facebook

Malezja

Malezja to kraj wielu różnych kultur, z bogatą kolonialną historią. Teren obejmuje dwa obszary oddzielone Morzem Południowochińskim, południową część Półwyspu Malajskiego oraz północną część wyspy Borneo. Kraj jest gęsto zalesiony. Jadąc przez Malezję widać wiele lasów, głównie palmowych. Początki państwa datują się na początku XV wieku, kiedy powstał sułtanat Malakki. Religią dominującą stanowił Islam. W 1511 Malakkę podbili Portugalczycy, zakładając tam kolonię. Równolegle synowie ostatniego sułtana Malakki założyli Sułtanat Perak i Sułtanat Johor. Kolejni kolonizatorzy - Holandia a później Anglia wywarły duży wpływ na Malajów. Główne religie to Islam, Buddyzm, Hinduizm.

Przelicznik walutowy na dzień 30 grudnia - waluta w Malezji to Ringgit oznaczony RM

1RM = 1.08 zł

Dzień trzeci 29 grudzień

Noc w Singapurze minęła specyficznie. Głównym powodem były hałasy uliczne, ale także różnica czasu dała nam się we znaki. Sen przychodził i odchodził w dziwnych porach. Rano o 9.00 z trudem doszliśmy do siebie, ale zebraliśmy się i z plecakami poszliśmy na przystanek autobusu 170, który docelowo jedzie do Larkin (terminal autobusowy po stronie malezyjskiej w Johor Bahru). Wsiedliśmy do autobusu na przystanku w centrum. Dojechaliśmy do granicy, najpierw odprawa singapurska na ich terminalu, następnie powrót do autobusu i przejazd na stronę malezyjską około 3km. Ponowne wyszliśmy do odprawy, sprawdzanie paszportów, skanowanie linii papilarnych. Dostalismy stempel wjazdowy i pozwolenie na przebywanie w Malezji przez 90 dni Ponowny powrót do autobusu i dojazd około 10 minut do Larkin. Całość podróży singapurskim autobusem podmiejskim, z uwzględnieniem 20 minutowej odprawy po stronie malezyjskiej trwała około 2,5 godziny i kosztowała na osobę 2,5 $ singapurskiego. Na dworcu otoczyło nas kilku naganiaczy lokalnych przewoźników oferując przejazdy do Kuala Lumpur, Melaki i innych miejsc. Szybkie śniadanie, omlet z mielonym mięsem, cebulą i jajkiem, oraz do tego ostry sos fasolowy (chyba), oraz soki ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Autobus do Melaki jechał 3 godziny, Melaka przywitała nas ogromnym chaosem na dworcu. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy wreszcie podmiejski autobus numer 17, który dowiózł nas blisko naszego hostelu.
Hostel baaardzo tani i taki też standard. Little Dragon Hostel.
Pokój wielkości łóżka, wentylator, metalowa szafka. Ściany z dykty, a wszystko za jedyne 7 dolarów za dobę :) na dwie osoby. Toaleta z prysznicem na zewnątrz, choć uważam że toaleta to za duże słowo :) Wszystko jakieś nie wykończone i prowizoryczne... Teraz już wieczorny spacer. Po zakwaterowaniu się wyszliśmy na rekonesans miasta. Przepiękny kanał otoczony kamieniczkami w kolonialnym stylu, nadszarpnięte zębem czasu, co dodawało im tylko uroku w wieczornym świetle latarni. Kawa 1,5 RM, porcja lodów 2,8 RM. Czujemy się jak na urlopie, zwłaszcza że jest 22.00 ( W Polsce 15.00) a my w tropikalnym powietrzu, siedzimy w krótkich rękawkach i chłoniemy uroki miasta.

dzienne wydatki:

  • bilet do Johor Bahru - 2x 2,2 SGD
  • bilety z Johor Bahru do Melaki- 2x 19RM
  • lunch na dworcu + dwa soki z wyciskanych pomarańczy 12,5 RM
  • autobus do hotelu z dworca 2x1RM
  • kolacja 2x8 RM
  • kawa i lody 2x4,5 RM
  • cola i woda 4 RM
  • nocleg 7 $


Dzień czwarty 30 grudzień
Rano mąż zarządził wczesną pobudkę. Ogolony obudził mnie, więc pora wstawać.
Melaka to miasto wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO. Ma powody by tam być. Jest pełna zabytkowych budynków, w których czai się historia tego miejsca.
Początki miasta datuje się na 1403 rok, gdy Hinduski książę Królestwa Sri Vijaya na Sumatrze przybył i założył Sułtanat Melakka.
W 1511 Portugalczycy na 130 lat skolonizowali Melakę, a następnie Holendrzy przejęli to miasto by po 154 latach oddać Brytyjczykom. Melaka była pod okupacją japońską podczas II wojny od 1942 do 1945, po czym wróciła pod władanie brytyjskie. Pełną autonomię uzyskała w 1957r.
Zwiedziliśmy dzisiaj:

  • Kościół św Pawła zbudowany przez Portugalczyków w XVI wieku. Później pełnił rolę fortecy, w kolejnych wiekach Holendrzy uczynili cmentarz z tego miejsca. Do dziś dzień wzdłuż muru ciągną się nagrobki. Kościół jest bardzo zniszczony, praktycznie stoją tylko mury i tablice nagrobne w środku. Początkowo kościół był kaplicą dziś zwaną kaplicą na wzgórzu. Dookoła oczywiście na stolikach gadżety turystyczne, breloczki, łańcuszki, bransoletki, i inne.
  • Stadthuys - zbudowany w 1660. Wzorowany na ratuszu holenderskim w mieście Hoorn. Obecnie jest w nim muzeum Historii i Etnografii. To najstarszy holenderski budynek na wschodzie Azji.
  • Sułtanat Palace - Jest to rekonstrukcja pałacu sułtańskiego z XV w. Wstęp 2 RM. Na nas zrobił duże wrażenie. Duży drewniany budynek, z figurami w środku (audiencja u Sułtana)
  • Cheng Hoon Teng Temple, Jalan Tokong. Najstarsza chińska świątynia w Malezji. Znajdziesz tam wyryty napis z 1685 upamiętniający czyny Kapitana Chin Li Wei.
  • Christ Church - kościół chrześcijański zbudowany w latach 1741 i 1753. Zastąpił on portugalski kościół, który został zniszczony. Cegły zostały wysłane z Zeeland w Holandii. Na podłodze kościoła można zobaczyć holenderskie nagrobki. Jest to najstarszy kościół protestancki w Malezji. Na ołtarzu obejrzeliśmy sakramentalne srebra, wciąż oznaczone Holenderskim herbem.
  • Holenderski Skwer - Piękny plac wokół Kościoła i Stadhuys. Na tym placu stoi Wieża Zegarowa. Piękna fontanna umieszczona na środku, a dookoła kilkadziesiąt rowerowych riksz, udekorowanych z dużym przepychem sztucznymi kwiatami, w kształcie serc. Wieczorem bogato oświetlonych (zasilanie akumulatorowe), z głośną muzyką, zachęcają turystów do przejażdżki. Ceny nie znamy (łazimy na piechotę).
  • Jonker, z przyległymi ulicami - To mieszkalne serce Starej Malakki, na zachód od rzeki, z wąskimi, krętymi uliczkami, niską zabudową kamienic, małymi sklepikami, świątyniami i meczetami. Cały teren przeżywa swój renesans z powodu dużej liczby turystów. Można powiedzieć, że turyści koegzystują z tym miejscem, napędzają handel. Wokół dużo sklepików z lokalnymi pamiątkami, drobiazgami, gadżetami typowymi dla turystów. Na każdym kroku oferowane są specjały lokalnej kuchni. Jest wiele sklepików z chińskimi medykamentami. Panuje atmosfera swoistego kulturowego tygla. Jedna z ulic w tym obszarze jest zwana Ulicą Harmonii (Harmony Street), ponieważ są tam świątynie trzech głównych malezyjskich religii - Cheng Hoon Teng chińskiej świątyni, Sri Poyatha Vinayagar Moorthi Hindu świątyni, i meczetu ( Kampung Mosque Kling).
  • Bukit Chiny są jeden z największych chińskich cmentarzy poza Chinami kontynentalnymi. Groby z późnego okresu dynastii Ming (od połowy 17 wieku). Najwcześniejsze groby znalezione do tej pory datuje się na 1622, ale niestety wiele mogił ekshumowano podczas brytyjskiej okupacji Malezji.
  • Malakka Straits Meczet - nowo wybudowany meczet na wyspie Pulau Melaka położonej tuż obok miasta. Spektakularnie oświetlona w nocy.
  • Poh San Teng Temple - Świątynia ta znajduje się u podnóża Bukit China.

 


Nie zwiedzamy wszystkich turystycznych atrakcji (zgodnie z upodobaniami mojego męża) i dlatego się tak nie męczymy. Siedzimy przy kanale, obserwujemy łódki z turystami, naprzeciwko mamy widok na Kościół z 1849 roku. Wieczór zachęcił nas do kulturalnych wrażeń. Nieznacznie się ochłodziło, zajrzeliśmy wobec tego do Muzeów. Pierwszym była drewniana łódź, replika naturalnych wymiarów portugalskiej galery. Wykonana z drewna, w środku zainscenizowane naturalnych wymiarów postaci historyczne. Kilka eksponatów z okresu kolonii portugalskich. Następnie zwiedziliśmy Muzeum morskie i Muzeum Marynarki Malezji. W centralnym punkcie do niedawna używany helikopter, łódź wojenna, kolekcja mundurów wojskowych, odznaczenia i dystynkcje.
Zobaczyliśmy również dobrze zachowany fragment bramy wjazdowej Porta Santiago, jeszcze z czasów holenderskiej kolonii.
Wieczorem udało się chwilę porozmawiać z rodziną. Skype to dobra rzecz :)
Ciekawostki meteorologiczne. :) Przyzwyczailiśmy się, że owszem, jest ciepło, ale słońce ciągle za chmurami. A nawet przelotne opady. Co normalne zważywszy na klimat w tym rejonie. Pełne słońce w Mellace zaskoczyło nas więc troszkę. Pogoda słoneczna paradoksalnie nie rozpieszczała nas, o czym przekonaliśmy się wieczorem odkrywszy spaloną skórę na twarzy i karku.

 


dzienne wydatki:

  • śniadanie (kawa dwa soki, słodkie bułeczki) 15,4 RM
  • woda mineralna (a pijemy dużo, żeby się nie odwodnić) 6x1 RM
  • lunch (makaron + kurczak i zupka) 3,5RM
  • przekąska smażone banany 2RM
  • kawa i cola 13RM
  • Wstęp do Muzeów - 6RM
  • nocleg 7 $

 


Dzień piąty 31 grudnia SYLWESTER

Wyjeżdżamy rano do Kuala Lumpur - stolicy Malezji. Z hotelu dojeżdżamy do Dworca w Melace, stamtąd przesiadamy się na następny. Autobus jedzie około 3 godzin. Na rogatkach miasta już z daleka majaczą dwie wieże Petronas Tower, które później, w centrum są widoczne z wielu miejsc. Górują nad miastem. Dojeżdżamy na Terminal Bandar Tasek Selatan, gdzie po krótkim poszukiwaniu znajdujemy pociąg (MRT) do stacji przy wcześniej rezerwowanym hotelu. Nocujemy w Plaza Hotel.
Hotel wysoki na 10 pięter, trochę niknie w konfrontacji z wieżowcami tej nowoczesnej dzielnicy. Pomimo to dla nas zasługiwał w pełni na swoje trzy gwiazdki. Mamy do dyspozycji choć podstawowy, to komfortowy pokój, po wcześniejszym dwudniowym pobycie w norze (tak, tak, nie bójmy się tego słowa). Stolica Malezji jest imponująca. Przede wszystkim znakami rozpoznawczymi miasta są bliźniacze wieże Petronas Twin Towers , ich Wysokość to 452 m. To jedne z najwyższych drapaczy chmur na świecie. Dwie wieże są połączone mostem o długości 58 m na poziomie 41 i 42 piętra. Drugim najbardziej charakterystycznym dla miasta obiektem jest Menara Kuala Lumpur - wieża telewizyjna. Jej wysokość to 421 m. Jest jedną z najwyższych wież oraz wolno stojących budowli na świecie. Zwiedzamy u jej podnóża skansen malezyjski, a w nim chaty typowe dla dawnej Malezji. Szykujące się do nocy sylwestrowej miasto, w zapadającym zmroku zaczyna się rozświetlać noworocznie. Idziemy pod Petronas Towers. Suria Menara Centrum - ogromny kompleks handlowy znajduje się tuż obok. Oszałamia ilością markowych sklepów, mrowiem ludzi w środku, wysokością, wielkością i rozpiętością. Nie sposób go ominąć będąc w tym mieście.
Jemy kolację i później lody na deser. Spacerując w zapadającym zmroku pośród tych ogromnych budynków, czekamy na pokaz sztucznych ogni na tle ikony architektonicznej Kuala Lumpur.
dzienne wydatki:

  • miejski autobus nr 17 do dworca 2x 1RM
  • autobus do Kuala Lumpur 2 x9,5 RM
  • kolejka z dworca do hotelu 2 x1,2 RM
  • lunch 18RM
  • napoje i przekąski 10RM
  • kolacja 2x 9RM
  • lody (w końcu jest sylwester) 33RM
  • nocleg 99RM

 


Dzień szósty 1 stycznia NOWY ROK

Wczorajsza noc utkwi nam pewnie na długo w pamięci. Pokaz sztucznych ogni w Kuala Lumpur był imponującym spektaklem i całkowicie odmiennym z powodu klimatu głównie. Sylwester zawsze był mroźny lub zimny, a tutaj wysoka temperatura nawet o północy była mocno odczuwalna. Wielonarodowość tłumu zgromadzonego pod wieżami Petronas Tower dawała niesamowite wrażenie. Zadziwiające dla nas było to, że jedynymi osobami w tym tłumie które piły alkohol były trzy pary. Grupa Polaków i Rosjan. Reszta - wszyscy trzeźwi. Ranek zaczął się za szybko, po nocnej zabawie. Zmieniliśmy hotel na hostel Cosmopolitan,
który zarezerwowaliśmy wcześniej, aby trzymać się naszego założenia niskobudżetowej wyprawy. Następnie w narastającym upale zwiedzaliśmy kilka kolejnych punktów w Kuala Lumpur, takich jak Jamek Mosque (meczet) i Sultan Abdul Samad Building (pałac sułtański). Noworoczny dzień był upalny, schowaliśmy się więc w Chińską dzielnicę (Chinetown). W kwartale kilku ulic mieści się chiński targ. Próbowaliśmy tam jackfruit - owoc drzewa bochenkowego,a właściwie jego soczysty ciemnożółty miąższ. Próbowaliśmy też sok z trzciny cukrowej i jedliśmy specyficzne placki z orzeszkami ziemnymi, pieczonymi przez Chińskiego staruszka. Na terminalu Puduraya zasięgaliśmy informacji dotyczącej transportu do Georgetown, na wyspie Penang, kolejnego etapu naszej podróży. Po południu zgłębialiśmy nasze doświadczenia kulinarne ponownie ryż z kolejnymi dodatkami. Ryż to stały element większości posiłków, z wieloma rodzajami mięsa i sosów. Najbardziej smakują nam świeżo wyciskane soki z pomarańczy, są słodkie i z lodem. Pikantny smak potraw z aromatycznymi i intensywnymi przyprawami, charakterystycznymi dla malezyjskiej kuchni mocno pobudza kubki smakowe. Wieczór przy kawie spędziliśmy w Bukit Bintang. To dzielnica sklepów, butików, salonów masażu i restauracji, rozświetlona neonami i świąteczno-noworocznymi dekoracjami. Po powrocie do Hostelu rezerwujemy miejsca w Georgetown na stronie booking.com Zastanawia nas niezbyt jasna praktyka stosowana przy rezerwowaniu noclegu, tzn. podwójne obciążanie karty kredytowej. Ale na razie cierpliwie czekamy na wyjaśnienia w tej sprawie.

dzienne wydatki:

  • pociąg do centrum 2x 1,2RM
  • woda 1x 1,5RM
  • sok z trzciny 2 x2 RM
  • shake 2x 8,2RM
  • placek z orzechami 1RM
  • owoce (jackfruits) 1,2RM
  • obiad 20RM
  • kawa 2x 12RM
  • pociąg do hotelu 2x 1,6RM
  • nocleg 55RM

 

Dzień siódmy 2 stycznia

Wyjeżdżamy z Kuala Lumpur. Dwie wieże wyglądają cudownie. Mogłabym na nie patrzeć godzinami. Oczywiście z okien klimatyzowanego autobusu, bo żar lejący się z nieba, 30 stopniowego upału w rozgrzanym mieście jest obezwładniający. Po 5 godzinach, z prawie godzinną przerwą dojeżdżamy do Butterworth. Ogarniamy się na dworcu, autobus wysadził nas nieco na uboczu. Ale docieramy przejściami naziemnymi do dworca kolejowego, jednoperonowego i kupujemy bilety na przejazd do Bangkoku, pociągiem sypialnym. Następnie przechodzimy do pobliskiej przystani promowej. Prom odchodzi co 15 minut, płynie nie dłużej niż 20 minut.
W miarę sprawnie trafiamy do naszego hotelu Red Inn Court.
Hotel jest nowy, działa dopiero od 6 tygodni. Jest czysty, sprawia wrażenie wygodnego, bardzo uprzejma obsługa, pomocna. Dzięki niej układamy plan zwiedzania na jutro. Wychodzimy po południu na mały rekonesans. zwiedzamy między innymi:
Największy historyczny meczet w Georgetown, meczet Kapitana Kelinga. /br> dzielnicę Little India (małe Indie) - niewielki kwartał ulic to epicentrum aromatycznych kuchni, indyjskiej muzyki, egzotycznych przypraw i mnogiej ilości ciuchów.
Kilka świątyń chińskich, popularna Goddess of Mercy z 1800r, czy Taochew Temple z 1855r.
Ulicę Campbell - początki ulicy datują się na 1900 rok, znajdują się na niej chińskie sklepy z medykamentami, butiki z odzieżą, hotele. Wszystkie uliczki mają niską, jednopiętrową zabudowę. Kamieniczki są w stylu kolonialnym w większości, z portykami, podcieniami, które nieznacznie chronią od słońca. często są dodatkowo osłonięte od strony ulicy roletami bambusowymi. To ulica, gdzie odbywały się na początku XX wieku procesje, szły kondukty pogrzebowe, a w czasach gdy kantońscy emigranci przybywali na wyspę, stały prostytutki, nazywane "fresh chicken"

dzienne wydatki:

  • pociąg do dworca Puduraya 2x 1,25RM
  • autobus do Butterworth 2x 32RM
  • prom z Butterworth 2x 1,3RM
  • napoje 9,4RM
  • bilet kolejowy do Bangkoku 2x 108RM
  • obiad 2x 12RM
  • nocleg 75RM

 

Dzień ósmy 3 stycznia

Georgetown na wyspie Penang to niesamowicie urokliwe miasteczko. Oczywiście nie brak wysokich wieżowców, głównie hoteli czy apartamentowców, ale cała zabudowa historycznego centrum, to jednopiętrowe kamienice, z podcieniami. Tworzą fantastyczny klimat kolonialnego miasteczka, gdzie przeplatają się kultury, zarówno chińska, indyjska, kantońska czy brytyjska. Ulice noszą kolonialne nazwy, jak Lebah Campbell czy Lebah Backingham, bądź Lebah Dickens (Lebnah to po malajsku "ulica") Dzielnica Chińska - Chinatown - rozciąga się w obszarze ulic Lebuh Stewart, Lebuh Campbell i Lebuh King. Fascynujące miejsce przedstawiające styl życia Chińskich emigrantów, przybyłych tu bez mała 200 lat temu. Bezlik chińskich sklepików, stoisk, butików, przeplatany chińskimi, bogato zdobionymi niewielkimi świątyniami. Trafiliśmy na targ chiński, gdzie wiszą suszone wędliny, kurczaki z głowami, przyprawy, stoiska z rybami, stragany z egzotycznymi dla nas owocami takimi jak owoce drzewa chlebowego, salak madu, liczi, mango w różnych odmianach. Na rybnym targu, obserwowaliśmy chińczyka, który "czyścił" krewetki, czyli patroszył i mył je. Autobusem nr 101 jedziemy do Narodowego Parku Penang. Trwa to około godziny. To miejsce niebywałej przyrody wyspy, gdzie można usłyszeć i zobaczyć rzadkie gatunki ptaków. Przy wejściu do parku wpisujemy się na listę odwiedzających to miejsce. Początkowa alejka po paru minutach zmienia się w szlak turystyczny w tropikalnym lesie. Droga najpierw płaska zaczyna wspinać się pomiędzy lianami i majestatycznymi drzewami. Lekki wietrzyk od morza towarzyszący nam w pierwszym etapie drogi zanika w "dżungli". Jesteśmy cali mokrzy z powodu upału i wspinaczki wąska ścieżką. Wędrujemy ponad godzinę do meromiktycznego jeziora, takiego gdzie woda słodka miesza się z wodą morską. Jezioro leży na brzegu morza, oddzielone od niego wąską piaszczystą plażą. Dotarliśmy do Pantai Kerachut, na której zwykle o tej porze roku, żółwie składają jaja. Niestety, nie udaje nam się zobaczyć żadnych ich śladów. Na pocieszenie odwiedza nas małpa. Karmimy ją ciastkami. A raczej jesteśmy zmuszeni by ją karmić, domaga się jedzenia. W drogę powrotną decydujemy się wrócić łodzią, która podpływa do pobliskiego mola. Garstka turystów na plaży. Odnotowujemy nasze wyjście z parku i wracamy do Georgetown na zasłużony obiad. Jutro odpoczywamy...

dzienne wydatki:

  • autobus do parku 2x 2,7RM
  • woda i ciastka 3,5RM
  • obiad 31RM
  • łódź z plaży 40RM
  • autobus powrotny do hotelu 2x 2,7RM
  • cola 3x 2RM
  • nocleg 75RM

 


Dzień dziewiąty 4 stycznia

Zgodnie z planem siedzimy w niewielkiej knajpce. Popijamy sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Niemiłosierny żar leje się z nieba, ale my pod wentylatorkami, w cieniu, obserwujemy ruch na ulicy. Siedzimy przy jednej z głównych ulic Lebuh Chulia. Przejeżdża samochód za samochodem, autobus za autobusem, skuter za skuterem. Tłok na ulicy duży.
Rano wstaliśmy zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy do innego hotelu. Zakwaterowaliśmy się w Hotelu Oasis, nieco schowanym, ale przy ulicy Lebuch Chulia. Standard na pierwszy rzut oka nieco niższy niż w poprzednim hotelu, ale w nagrodę prawie o połowę tańszy.

We wcześniejszym hotelu był ogromny hałas. Mieliśmy pokój na drugim piętrze, a w budynku drewniane schodki. Każde przejście człowieka, wiązało się z wrażeniem, że słonie przechodzą i tupią. Dramat. My ciągle nie możemy się przestawić, w związku ze zmianą czasu. Siedzimy długo w nocy, nie możemy zasnąć, a każdy hałas ma wpływ na sen.
Nie dotyczy to mojego męża, bo ma 30% uszczerbek słuchu. :)
( haa, haa, ale śmieszne- skomentował).
Po południu mała zmiana planów, wsiadamy do darmowego autobusu, który wozi turystów i zwiedzamy Fort Cornwalis, zbudowany na wyspie, z zachowanymi armatami, stanowiskami strzelniczymi. Tuż obok przy linii brzegowej jest promenada. Przy okazji zobaczyliśmy wieżę zegarową, która ma wysokość 60 stóp, zbudowana została w 1897r, na ceremonię 60 rocznicy panowania Królowej Wiktorii.
Niedaleko Ratusz miejski, zbudowany w 1903r. Jutro rano opuszczamy Georgetown. Bardzo nam się podobało. Odczuwalna jest ogólna życzliwość ludzi. Czas na Bangkok.
Tajlandia przed nami.

 


dzienne wydatki:

  • soki i napoje 16 RM
  • deser ice kacang 3RM
  • woda 6x1 RM
  • obiad 2x 8,5RM
  • owoce 1,6RM
  • kawa i soki 12,5RM
  • ciastka i napoje do pociągu 10RM
  • hotel 40RM

 

Kilka praktycznych rad dla podróżujących podobną trasą.

W większości hoteli i hosteli możemy korzystać z dodatkowych usług jak:
pranie odzieży (5RM za 1kg),
pośrednictwo wizowe,
wypożyczalnie skuterów czy samochodów (od 100RM),
wymiana pieniędzy,
dowolny łączony bilet na transport do okolicznych dalszych i bliższych miejsc turystycznych na przykład:

  • Do najbliższe większej miejscowości w Tajlandi - HatYai - 30 RM (czas przejazdu 4 godziny)
  • na wyspę Krabi - 60RM (czas przejazdu 8 godzin)
  • na wyspę Koh Samui - 87RM (czas przejazdu 10 godzin) przejazd nocny trochę droższy 92 RM
  • Bangkok - 115 RM (czas przejazdu 20 godzin)

Ruch drogowy, hałas, nagromadzenie jednośladów nie sprzyjają bezpiecznej jeździe, nie zdecydowaliśmy się więc na wypożyczenie skutera. Jeśli chodzi o miasto Georgetown to skuter wydaje się być zbędny. Dobra, tania i klimatyzowana komunikacja miejska zapewnia skuteczne przemieszczenie się w dowolne miejsce.

Dzień dziesiąty 5 styczeń

Noc upłynęła nam niecodziennie. Iluminacja w pokoju, pomimo zgaszonego światła, bijąca od oświetlenia ogromnych czterech akwariów (właściciel musi być niesamowitym pasjonatem akwarystą, na zewnątrz miał kolejne akwaria w dużych ilościach), spowodowała totalną bezsenność. Wspomnieliśmy, że zmieniliśmy hotel z powodu hałasu, nasz wybór okazał sie tym razem niezbyt trafiony. Sugerując się ceną i bliskością do centrum przymknęliśmy oko na nieodnawiane i zarośnięte pajęczynami ściany. Po bliższych oględzinach odkryliśmy, że w łazience 1 metra kwadratowego powierzchni odpada umywalka i deska. O godzinie 4 rano obudziło nas pukanie do drzwi. Okazało się że to alfons chciał sprzedać tanio swój "towar". Po nocy z "atrakcjami" zjedliśmy śniadanie w pobliskiej knajpce i sporo przed czasem ruszyliśmy autobusem 101 do przystani. Prom powrotny do Butterworth jest bezpłatny. Po dotarciu na dworzec kolejowy znaleźliśmy bardzo klimatyczne miejsce, jakim jest bar na jego tyłach. Serwują tu typowo lokalne jedzenie. Ja zdecydowałem się na ryż z grillowaną rybą i tajemniczym sosem a ukochana żona na kurczaka z zestawem pikantnych surówek i krewetkami. Na deser był specyficzny napój czekoladowy. Na dnie szklanki gorący, a u góry kostki lodu. Posypany słodkim kakao. Na godzinę przed planowanym odjazdem pociągu stawiliśmy się z powrotem na dworcu. Poznaliśmy tam przemiłe starsze małżeństwo z Australii. Podzielili się z nami wrażeniami i radami z Tajlandii i Wietnamu. Po podstawieniu pociągu na peron odnaleźliśmy nasze miejsca. Przez całą długość wagonu po środku jest przejście, a po dwóch stronach są siedzenia parami przodem do siebie. Pomiędzy nimi u góry jest rozkładane łóżko. Ruszamy z prawie 2h opóźnieniem. Granica po około 3 godzinach. Wypełniamy w pociągu wnioski wizowe.

dzienne wydatki:

  • śniadanie 13RM
  • autobus do portu promowego 2 x1,4RM
  • lunch, soki i kawa 17RM
  • kolacja 2x 150BTH

Ciąg dalszy...

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012