facebook

Tajlandia


Tajlandia to kraj pełen uśmiechniętych, życzliwych ludzi, fantastycznej architektury, egzotycznej i smacznej kuchni. Pałace, drapacze chmur, drewniane chaty, skrajności i przeciwieństwa, wszystko to możesz znaleźć w tym kraju.

Przelicznik walutowy - bath tajlandzki oznaczany BTH

10 BTH = 1,09 zł

Dzień jedenasty 6 stycznia

Wczoraj wieczorem przekroczyliśmy granicę Malezji z Tajlandią. Pociąg zatrzymał się, wysiedliśmy na punkcie granicznym. Najpierw kontrola malezyjska, później tajlandzka. Na szczęście od prawie pół roku Polacy nie potrzebują wiz. Całość odprawy trwała około 1 godziny. Następnie wsiedliśmy z powrotem do pociągu, gdzie dostawiono już tajlandzką lokomotywę. Kobieta z "cateringu" przyniosła kartę, zamówiliśmy obiad i od razu śniadanie. Po półgodzinie przyniesiono dania. Później rozłożono nam łóżka i poszliśmy spać. Ranek powitał nas tajlandzkim słońcem, choć w przedziale zimno, bo klimatyzacja całą noc działała.Do Bangkoku dojechaliśmy o 12.00. W Tajlandii w stosunku do Malezji jest różnica czasu 1 godzina, więc znowu przestawialiśmy zegarki. Taksówką z dworca Hua Lamphong dotarliśmy do hostelu Marcopolo.
Warunki - hmmm... - delikatnie mówiąc średnie. Toaleta wspólna z prysznicem, pokój wielkości łóżka, no, może 60 cm szerszy. Brak gniazdek elektrycznych w pokoju. Musimy ładować sprzęt (telefon, aparat czy laptop) przy recepcji.
Ale w nagrodę niewygórowana cena za ten pokój, blisko ulicy Ko San Road - serca taniego podróżowania w Bangkoku. To dzielnica gdzie tanio możesz kupić ubrania, uszyć je, zrobić niedrogo masaż, stóp lub całego ciała, kupić pirackie płyty, najeść się do syta, głównie Pad Tai - makaronem z kiełkami i jajkiem, z dodatkiem kurczaka lub krewetek. My oczywiście próbowaliśmy tego przysmaku, a także korzystaliśmy z masażu stóp. Łóżko przy łóżku, przy blasku księżyca, siedzą turyści, a młode i starsze Tajki (lub Tajowie) masują stopy.
Przy okazji zebrałam doświadczenie z Fish Spa, czyli głodne, małe rybki ogryzły mi skórę, lub jak kto woli martwy naskórek. Noc głośna jak nigdy. Dookoła masa dyskotek i nocnych barów. Panowie i panie wciskają wizytówki w rękę. Najbardziej zaciekawił nas ping pong w wykonaniu Tajskich kobiet. Ale może to pominiemy milczeniem...Nie skorzystaliśmy. Dobrze, że nasz pokój jest na drugim piętrze. Dudnienie basów z dyskotek docierało już w niewielkim stopniu. Ko San Road wraz z okolicznymi uliczkami to również biura turystyczne różnej maści. W jednym z nich zamawiamy wizy do Kambodży i Wietnamu. Wypełniamy wnioski wizowe, zostawiamy 3 zdjęcia i paszporty. W zamian dostajemy ksero paszportu i kartę wjazdową, którą dostaliśmy na granicy. Nie ma problemu z wypłatą z bankomatu. Jest ich dużo w tym rejonie.

dzienne wydatki:

  • śniadanie 2x 100BTH
  • taxi do hotelu 100BTH
  • obiad 2x 155BTH
  • owoce 2x 20BTH
  • napoje 37BTH
  • Pad Thai 2x 35BTH
  • cola i piwo 48BTH
  • fish spa 150BTH
  • masaż stóp 0,5h 2x 100BTH
  • wiza Laos 2x 950BTH
  • wiza Kambodża 2x 1000BTH
  • hotel 500BTH

 


Dzień dwunasty 7 stycznia

Dzisiaj dzień zwiedzania. Narzuciliśmy od rana ostre tempo, pomimo upału udało nam się zwiedzić Wielki Pałac, świątynię Wat Pho, oraz Wat Arun.
W Świątyni Wat Pho (leżącego Buddy) moją uwagę zwrócił hałas, jakby brzęczenie dzwoneczków. Przechodząc od wejścia i posuwając się w kierunku stóp Buddy ( a jest on długi na 46 m i 15m wysoki), słychać i słychać to dzwonienie, którego nie można zidentyfikować. Przechodząc z drugiej strony Buddy, od jego tyłu (pleców?), zagadka zostaje wyjaśniona. Wzdłuż ściany Świątyni stoją ustawione coś na kształt mis na stojaczkach. Jest zwyczaj, by wrzucać pieniążki po kolei, do każdej misy. Idzie człowiek, przez ileś tam metrów, tych mis jest chyba z dwieście, i w każdą wrzuca monetę. Dodatkowo na długości rozstawienia tych mis kursuje młody człowiek, Taj, który wrzuca zawartość tych mis - brzęczące drobne monety - do wielkiego wiadra. I tak cały czas. Oczywiście zaraz za stopami Buddy usytuowany jest punkt rozmieniania banknotów. Fantastycznie marketingowo pomyślana samonapędzająca się maszyna. Genialnie.

Świętynia Wat Arun, czyli Świątynia Wschodzącego Słońca jest usytuowana po drugiej stronie rzeki Manam, naprzeciwko Grand Palace (Wielkiego Pałacu). Centralnym punktem świątyni jest monumentalna Stupa, otoczona czterema mniejszymi, rozstawionymi symetrycznie, na planie kwadratu.
br/> Do świątyni można się dostać promem z przystani Tha Tien do Th THai Wang. 82 metrowa wieża, w Khmerskim stylu została wybudowana w pierwszej połowie XIX wieku. Zdobiona jest kruszoną porcelaną.
Po przepłynięciu na drugą stronę rzeki, w upale, dzielnie wspinaliśmy się po stromych i głębokich schodach, osiągając kolejne (dwa!) poziomy. Z góry rozciąga się piękny widok na panoramę miasta, rozciągniętego wzdłuż rzeki, która wraz z przyległymi kanałami stanowi ważny szlak komunikacyjny miasta. Z tego powodu Bangkok nazywany jest czasem Wenecją Wschodu.

Następnie postanowiliśmy popłynąć łodzią kursującą regularnie po rzece. Na przystani mieliśmy do wyboru trzy rodzaje transportu. Są zwykłe przystające na każdej przystani, pośpieszne i ekspresowe, zatrzymujące się tylko w kilku punktach. Chcieliśmy dotrzeć do Vimanmek Teak Mansion. Tekowego domu zbudowanego na początku dwudziestego wieku. Wejście zapewnia bilet kupiony do Wielkiego Pałacu. Niestety nasza wyprawa okazała się daremna, a to z powodu niedopatrzenia przez nas godzin jego otwarcia. Pomimo to przejażdżka sama w sobie była bardzo miła. Bilety są stosunkowo tanie, linia podzielona na 3 strefy taryfowe. Zapłaciliśmy 1,6 zł za osobę na linii pospiesznej. Na jednej z przystani można karmić ryby, wielkie sumy pływające w ogromnej ilości przy brzegu.

Na pobliskich straganach kupisz chleb, w ramach spełniania dobrych uczynków możesz kupić ryby w worku i wypuścić je do rzeki. Masz więc do wyboru - karmienie lub darowanie wolności. I już dobry uczynek spełniony, który na pewno do Ciebie wróci.
Wieczorem kolejny spacer Khao San Road. Ulica raczej senna w ciągu dnia, wieczorem przechodzi metamorfozę. Ogromna ilość wielonarodowego tłumu przeważnie młodzieży, bawi się w knajpkach, dyskotekach, salonach piękności i przeróżnego rodzaju klubach. Jemy po raz kolejny Pad Thai. Dla odważnych są i specyficzne "smakołyki". Na kilku straganach spotykamy smażone świerszcze, żaby i jeszcze kilka nie zidentyfikowanych przez nas "robaków". Znajdują się chętni do degustacji tych specjałów... Ja nie skorzystałem, pozostanę przy drobiu itp. Kolejna noc w hostelu okazuje się wyjątkowo głośna. Klub na parterze budynku testuje chyba moc swojego sprzętu nagłośniającego. Basy chodzą tak, że cały budynek aż drży w posadach. Nie jest to jednak nic nadzwyczajnego w naszej okolicy. Całość usypia dopiero nad ranem, a my razem z nimi...


dzienne wydatki:

  • tuk tuk do Pałacu 40BTH
  • wstęp do Wielkiego Pałacu 2x 400BTH
  • woda i cola 80BTH
  • Pad Tai 2x 40BTH
  • owoce 20BTH
  • wstęp do Wat Pho 2x 100BTH
  • prom przez rzekę 2x 3BTH
  • wstęp do Vat Arun 2x 50BTH
  • prom przez rzekę (kolejny) 2x 3BTH
  • rejs po Menam 2x 15BTH
  • kawa 2x 30BTH
  • rejs po Menam 2x 15BTH
  • prom 2x 3BTH
  • przekąska spring roll 1x 25BTH
  • pat thai 2x 35BTH
  • piwo 2x 50BTH
  • shake mango 1x 20BTH
  • hotel 400BTH

 


Dzień trzynasty 8 stycznia

Fantastyczny poranek. Ja - wyspana. Mąż trochę mniej. W pokoju obok ktoś zaprosił tajską dziewczynę do pokoju. Było głośno... Rano wczesna pobudka. Wyruszamy dziś do miasta Aluthaya - dawnej stolicy Tajlandii. To miasto pełne świątyń, i ich resztek. Aluthaya poważnie odczuła skutki tegorocznej powodzi. Większość miasta była zalana na wysokość 1 metra. Z hostelu idziemy do ulicy Kho San i wsiadamy w taksówkę, zawozi nas na dworzec, kupujemy bilet i wsiadamy w pociąg. 6.40 odjeżdżamy. Trochę wcześnie, ale właśnie budzi się słońce.
W półtorej godziny dojeżdżamy do celu. Od razu wsiadamy w tuk-tuka i jedziemy do pierwszej świątyni, którą jest Wat Mahathat. Najbardziej znana chyba, ze względu na głowę rzeźby, która w którejś z kolejnych zawieruch wojennych, utknęła w korzeniach i przez lata obrosła.
Bezsprzecznie najpiękniejszą świątynią jest Phra Mongkobkophit, najlepiej zachowana, z pięknym wizerunkiem Buddy. Poza granicami miasta warto odwidzić Wat CHaiwatthanaram, ruiny 1630 roku. Nie będzie zawiedziony ten, kto stawia na wielkość. Świątynia Wat Yai Chai-Mongkol nie zawiedzie go pod tym względem. Ogromny leżący Budda, pokryty złotą szatą, Próbujemy jeszcze coś zjeść w miasteczku, ale finalnie wyruszamy około 14.00 do Bangkoku. Pociąg miał opóźnienie, więc się załapaliśmy wcześniej, niż planowaliśmy.
Dzięki temu zwiedzamy jeszcze jedna świątynie - Wat Tramit. To świątynia Złotego Buddy. Olbrzymi wizerunek Buddy faktycznie zapiera dech w piersiach , nie tylko dlatego, że trzeba się wspiąć na czwarty poziom po stromych schodach, by go zobaczyć.
Szwendamy się jeszcze chwilę po mieście. Zaliczamy chińską dzielnicę, pijemy sok z granatu i ponownie sok z trzciny cukrowej, który już próbowaliśmy wcześniej w Kuala Lumpur. Chińska dzielnica jest rozległa i hałaśliwa. Dookoła ogromne ilości straganów, zarówno z daniami kuchni chińskiej, jak i ciuchami, butami, przyprawami, chińskimi papierowymi zabawkami.

dzienne wydatki:

  • taksówka na dworzec 100BTH
  • bilet na pociąg 2 klasa 2x 65BTH
  • tuk tuk w Aluthaya 400BTH
  • przewodnik po Świątyniach w Aluthaya 20BTH
  • wstęp do Świątyni 2x 20BTH
  • pociąg powrotny do Bangkoku 3 klasa 2x 20BTH
  • cola 2x20BTH
  • bilety na nocny pociąg do Chang Mai 2x 531BTH
  • obiad 2x 55BTH
  • sok z granatu 40BTH
  • sok z trzciny cukrowej 2x 20BTH
  • kawa 2x 60BTH
  • shake z mango 20BTH
  • piwo, cola i ciastka 112BTH
  • naleśnik z bananem 25BTH
  • nocleg 400BTH

 

Dzień czternasty 9 stycznia


Ranek wczesny. Wyruszamy do Kanchanaburi. Noc minęła spokojnie. Wychodzimy z hostelu szukamy taksówki. Sugerując się ceną za wczorajszy kurs, a także wskazówkami z przewodników, zarówno Lonley Planet, jak i Pascala (swoją drogą szybko dezaktualizują się ceny w tych przewodnikach), targujemy z kolejnymi kierowcami taksówek cenę za przejazd. Każdy uparcie woła 200 bathów. Wczoraj płaciliśmy 100 bathów. Co drugi z taksówkarzy schodzi do 150 BTH, ale niżej już żaden. Podchodzimy do szóstego z kolei. Ten zgadza się na kurs za 100 BTH. Nasza cierpliwość została nagrodzona. Taksówką docieramy na dworzec Thon Buri. W Bangkoku jest kilka dworców kolejowych, pociągi odchodzą z różnych miejsc. Jedziemy południową linią kolejową. Kupiliśmy bilet i spokojnie siedzimy w pociągu. Czeka nas około 3 godzin jazdy. Nocujemy w Thai Guesthouse.
Hotel zarezerwowaliśmy już dwa dni wcześniej przez stronę www.agoda.com. Jak do tej pory chyba wolimy w taki sposób szukać noclegów na kolejne dni, zaoszczędza nam to czasu na miejscu. Pozostajemy jednak przy tej stronie tylko i wyłącznie, ponieważ z booking.com do tej pory prowadzimy korespondencje mailową w celu wyjaśnienia problemu z Kuala Lumpur.
W Kanchanaburi planujemy zwiedzić: most na rzece Kwai, budowany był przez jeńców wojennych. Tajlandia podczas II wojny światowej była pod okupacją japońską. Przybliżone dane wskazują, że podczas budowy mostu zginęło około 100 tysięcy jeńców. Byli wśród nich zarówno Amerykanie, Australijczycy, Tajlandczycy, Holendrzy. JEATH (Akronim od nazwy państw, których jeńcy zginęli podczas bombardowania Kanczanaburi pod koniec II wojny światowej) Muzeum Wojny - cmentarz jeńców wojennych, którzy zginęli podczas II wojny Światowej - 16 tysięcy alianckich jeńców.
Dodatkowo chcielibyśmy jeszcze zobaczyć Park narodowy Erawan, gdzie są wodospady.


Leniwe popołudnie. Właśnie siedzimy w tajskiej knajpce the Hut, na jednej z uliczek Kanchanaburi. Zobaczyliśmy już most na rzece Kwai, cmentarz żołnierzy, Muzeum Wojny. Dziś zdecydowaliśmy się wypożyczyć skuter na 2 najbliższe dni. Miasteczko jest dosyć rozciągnięte i chodzenie na piechotę byłoby męczące w tym upale. Jutro chcemy dojechać do parku Erewan, oddalonego około 30 km na północny zachód. W gesthousie, w którym nocujemy dzisiaj, wykupiliśmy jeszcze jedną noc. Pokój po norze w Bangkoku jest wielki, czysty, z przyzwoitą łazienką. Wypożyczyliśmy skuter i przemieszczamy się nim po miasteczku.

dzienne wydatki:

  • taksówka na dworzec 100BTH
  • bilet kolejowy do Kanchanaburi 2x 100 BTH
  • kawa 12BTH
  • wynajęcie skutera na 2 dni 400BTH
  • śniadanie 65BTH
  • paliwo do skutera 112BTH
  • obiad (no zaszaleliśmy)230 BTH
  • pocztówki i znaczki 440 BTH
  • cola woda owoce 50BTH
  • hotel 16 $

 

Dzień piętnasty 10 stycznia


Dzisiaj realizujemy ambitny plan zwiedzania. Ruszamy skuterem do oddalonego o około 65 km od Kanchanaburi parku narodowego Erawan. Od rana zapowiada się kolejny słoneczny i upalny dzień. Zabezpieczeni kremami UV 50, nieodzownymi dla turysty w tym klimacie ruszamy nieśpiesznie drogą na północny zachód w kierunku Sai Yok. Po drodze wstępujemy na śniadanie w przydrożnym zajeździe. Po około 30 km okazało się, że troszkę pomyliłem drogę kierując się jej numerem. Ale po małej poprawce kierunku i zwiedzeniu okolicznych wiosek,trafiamy do celu.
Wstęp do parku kosztuje 200 BTH +20 za parking dla skutera w naszym przypadku. Zostawiamy go przypiętego łańcuchem do specjalnych barierek i ruszamy dalej pieszo. Początkowo asfaltowa alejka po kilkuset metrach zmienia się w dosyć stromą ścieżkę. Miejscami schodzi ona w dół po czym znowu wspina się doprowadzając nas do kolejnych z siedmiu poziomów wodospadu. Po doświadczeniu zdobytym na wyspie Penang w Malezji, wiemy czego się spodziewać w tym dzisiejszym marszu. Wodospady tworzą liczne kaskady. W zagłębieniach wypłukanych przez wodę żyją ryby które po wejściu przez nas do wody podpływają i podskubują nam stopy. W porze suchej wodospady nie są zbyt obfite w wodę. Przechodziliśmy suchą stopą miejscami, przez które w porze deszczowej płynie woda.
Po przeszło godzinnej wspinaczce, docieramy na ostatni, 7 poziom. Myślę, że opłacał się trud, widok na opadającą z góry kaskadami wodę, która spływa między skałami, jest satysfakcjonujący. Droga powrotna zajmuje nam nieco mniej czasu. Na dole czeka upragniona kawa mrożona, bo woda skończyła nam się już podczas podejścia.
Gdyby nie spotykani co pół kroku nasi sąsiedzi zza wschodniej granicy (jakąś promocję mieli na Tajlandię, czy co?), to Park Erawan i jego wodospady byłoby najpiękniejszym miejscem jakie widzieliśmy przez ostatnie kilka dni. Zrobiło się już popołudnie. Ruszamy w drogę powrotną. Wstępujemy tradycyjnie na tajskie jedzenie, wybierając jak najmniej turystyczne miejsce. Za dziesięć złotych ( w przeliczeniu) zjadamy obiad. Świeżo smażone na naszych oczach ryż z warzywami i kurczakiem (lub krewetkami) do tego cola. Pani chociaż nie rozumie za wiele po angielsku na kuchni tajskiej zna się bardzo dobrze. Dania są tradycyjnie bardzo pikantne i aromatyczne. Duża ilość czosnku i przypraw tworzy bardzo intensywny smak. Około 17 docieramy do miejsca naszego noclegu, oddajemy skuter w recepcji i kupujemy bilety na jutrzejszy dzień do Bangkoku.

Miasteczko jest typowo turystyczne, czuje się obecność angielskojęzycznych turystów dookoła. Knajpki są stylizowane w amerykańsko/tajlandzkim stylu. Po południu odwiedzamy jeszcze cmentarz ofiar wojny. Faktycznie robi wrażenie i nie dziwi nas w ogóle, że jest tu tylu amerykańskich turystów dookoła. Na nagrobkach można przeczytać napisy, że w 1944-45 roku zginęli tu młodzi żołnierze, 20-30 letni.

Rady dla podróżujących tą trasą:

pranie można zrobić już za 20 BTH za 1kg
Bilety w różne strony - Bangkok, Aluthaya, itd - dostępne w każdym guesthousie lub hostelu, dostępne również w ulicznych biurach podróży. Kupić można bilety na transport w dowolne strony Tajlandii. Busy odbierają pasażerów bezpośrednio z hosteli.
Wyżywienie - najlepiej "po bokach" w garkuchniach. Wychodzi przynajmniej dwa razy taniej, jeśli nie trzy.

dzienne wydatki:

  • śniadanie (kurczak)67BTH
  • paliwo do skutera 147BTH
  • wstęp do parku 2x 200BTH
  • opłata za parking w parku 20BTH
  • kawa 2x 40BTH
  • obiad 2x 50BTH
  • bilety na bus-a do Bangkoku 2x 140 BTH
  • kawy i soki 145BTH
  • pedicure 100BTH
  • napoje i ciastka 75BTH
  • kolacja 80BTH
  • hotel 580 BTH

 

 

Dzień szesnasty 11 stycznia

Wyjeżdżamy z Kanchanaburi. W guesthousie załatwiliśmy transport do Bangkoku na Khao San Road, gdzie odbierzemy wizy i paszporty, a następnie na dworzec i nocnym pociągiem pojedziemy do Chiang Mai. To antyczna stolica kraju. Centrum jego otoczone jest murem, a wewnątrz ponad 300 świątyń. Na obrzeżach miasta zlokalizowana jest najładniejsza świątynia Wat Phrathat Doi Suthep. Zlokalizowana jest 18 km od miasta. Zbudowana została w XIV wieku w okresie królestwa Lanna. Legenda głosi , że miejsce świątynie zostało wybrane przez słonia. Piękny widok na miasto, ale okupiony poważnym wysiłkiem. Głębokie schody do pokonania, około 300 stopni.

Popołudnie, a w zasadzie już wieczór. Siedzimy na dworcu kolejowym Hue Lampong w Bangkoku. W sieciówce "black canyon coffee" pijemy kawę mrożoną.
Zastanawialiśmy się dziś dlaczego mówi się powszechnie, że Tajlandia to kraj uśmiechniętych ludzi. Nie spotkały nas jakieś szczególne serdeczności czy uprzejmości ze strony Tajów. Naszym zdaniem są po prostu normalni. W stosunku do turystów czasem bywają lekceważący. Może uśmiechają się po prostu częściej, ale do siebie, a nie obcych.
Do Bangkoku dojechaliśmy około 16.00. Nasz bus, który zamówiliśmy w hostelu spóźnił się 45 minut. Niby nic, bo mieliśmy zapas czasowy, ale zbieramy kolejne doświadczenie, żeby mieć duży zapas czasu. Odebraliśmy paszporty z wizami w agencji turystycznej pośredniczącej w załatwieniu wizy. Dzięki Bogu wszystko bez większych problemów. Przynajmniej do tej pory, zobaczymy jak będzie na granicy. Wklejki do paszportu są podobne z trzech krajów - Wietnamu, Laosu i Kambodży. Mamy wszystkie wizy. Taksówką jedziemy na dworzec. I znowu dramat. Miasto zakorkowane dramatycznie. Znowu się potwierdza to, co już wiemy - duży zapas czasowy musi być.
W nagrodę siedzimy teraz zmęczeni, ale spokojni na bangkockim dworcu. Ludzi pełno. Ludzi mrowie, głównie turystów. Turystów łatwo poznać, bo są biali. Ale co z tymi, których nie rozpoznajemy, np. Japończyków czy innych osób rasy nie białej :)

dzienne wydatki:

  • śniadanie (tosty i kawa)160BTH
  • obiad 130BTH
  • shake mango 30BTH
  • kawa 160BTH
  • taksówka 120BTH
  • zakupy (cola i ciastka) 100BTH
  • kolacja 40BTH

 

Dzień siedemnasty 12 stycznia

Niestety. Nasz pociąg ma opóźnienie. Jedziemy już w sumie 12 godzin, a zostały ze 3. Wagon pełen pajęczyn, ale w sumie można wytrzymać. Na rozłożonych fotelach, położone są materace z prześcieradłami i poduszki. Każdy dostaje zapakowany w woreczek rodzaj grubszego prześcieradła, służące jako kołdra. Rano konduktor zbiera całą pościel i składa łóżka. Tym razem mieliśmy małą "atrakcję". Przyszła policja i dwójce młodych Amerykanów pokazała na migi, że mają opróżnić plecaki. Zrobili im regularną rewizję. Początkowo myślałam, że szukają narkotyków. Ale nie - Amerykanie zapakowali sobie owe kołdry do plecaków. To trochę tak jakbyś z hotelu wyniósł pościel.
Nie ponieśli żadnych konsekwencji. Ona szybko schowała się za czarnymi, przeciwsłonecznymi okularami. Przecież to wstyd. W wagonie sypialnym sami turyści i tajlandzkie prostytutki towarzyszące niektórym białym facetom 40+. Prostytucja w Tajlandii to zjawisko bardzo powszechne. Praktycznie na każdym kroku można spotkać bary w których siedzą i czekają. Na ulicach, szczególnie większych miast, widać dużo par mieszanych - on biały, głównie po czterdziestce, choć są i młodsi, a Tajki młode, lub nawet bardzo młode.
Niezliczone agencje turystyczne w mieście oferują wycieczki. Gdziekolwiek chcesz, DO Świątyni Wat Phrathat Doi Suthep która jest zlokalizowana na górze Suthep około 500 BTH, lub cały dzień objazd po świątyniach Chiang Mai - 1800 BTH, LUb wycieczkę do parku słoni, około 500 BTH, całodzienne safari słoniowe z raftingiem na bambusowych tratwach - 1000 BTH. Wycieczki do wioski plemienia Karen (kobiety chodzą tam z obręczami na szyjach) około 1300 BTH. Oczywiście wszystkie ceny są wyjściowe. Zawsze można z nich stargować. Agencje oferują także wycieczki do Laosu, łącznie z pośrednictwem wizowym.

dzienne wydatki:

  • śniadanie (późne) 185BTH
  • roti z bananem 2x 25BTH
  • aspiryna 25BTH
  • cola i woda 27BTH
  • hotel 400BTH

 

Dzień osiemnasty 13 stycznia

Dzisiejszy poranek był wyraźnie chłodniejszy od dotychczasowych podczas naszego pobytu w Azji. Północna część Tajlandii daje nam troszkę odpocząć od upałów.
Dzień zaczęliśmy od zmiany hotelu. Po wczorajszym rekonesansie centrum miasta, znaleźliśmy w miarę cichy i czysty nocleg w prowadzonym przez Francuza hoteliku. Zamawiamy małe śniadanie, tosty, herbatkę i omlet. Zgodnie z wcześniejszym planem wynajmujemy skuter. Nie ma z tym najmniejszego problemu. Na naszej uliczce, dosłownie 10m naprzeciw znajduje się mała wypożyczalnia i pralnia dla turystów. Bierzemy Honde Click 125 CC. Trzeba zostawić jeden paszport lub zastaw około 2 do 5 tysięcy batów, w zależności od wypożyczalni. Ceny za wypożyczenie skutera zaczynają się od 150 batów na dobę.
Naszym celem jest Doi Southep. świątynia położona jest na górze na zachód od miasta. Kilkunasto kilometrowa droga prowadzi nas serpentynami cały czas pod górę. Z każdym kilometrem powietrze staje się chłodniejsze, dobrze ze zabraliśmy polary i skarpety. Wchodzimy po 309 schodach prowadzących do wejścia do świątyni. Po obu ich stronach są pięknie i kolorowo zdobione węże. Za wstęp płacimy po 30 BTH. W środku spora ilość wiernych odprawia swoje obrzędy. Wokół imponującej i mieniącej się złotem stupy zgodnie z ruchem wskazówek zegara chodzą ludzie z kadzidełkami. Każdy detal jest misternie zdobiony, widzimy mnicha pracowicie malującego jedną z płaskorzeźb. Wszędzie panuje atmosfera podniosłości i wyjątkowości tego miejsca. Wychodzimy z tej świątyni całkowicie usatysfakcjonowani i wyciszeni jej wpływem.
Droga w dół prowadzi nas z powrotem w nieco cieplejszy klimat. Poruszanie się skuterem po mieście pomimo lewostronnego ruchu nie sprawia zbyt wielu problemów ("dla zawodowego kierowcy z 20-letnim stażem" dopisek żony ). Owszem, trzeba być cały czas skoncentrowanym. Ogromna ilość jednośladów jadąca właściwie bez większego respektowania przepisów ruchu drogowego, dla Europejczyka może okazać się sporym utrudnieniem.
Dziś w poszukiwaniu obiadu trafiliśmy do baru w centrum starego miasta. w oko wpadła nam sporych rozmiarów ryba. Smażona jest w głębokim oleju. DO tego oczywiście nieśmiertelny ryż. Mamy wrażeniem, że niczego się tutaj nie da zjeść bez ryżu lub makaronu. Są oczywiście "zachodnie" knajpy dla turystów, gdzie zjesz steki i frytki, ale przecież nie o to nam chodzi. Zwłaszcza, że trzeba trochę za to zapłacić. Trochę więcej niż za lokalną kuchnię.
Wieczorem - raj. Dla kobiet oczywiście. Trafiamy na nocny market. Stoiska oświetlone rzęsiście ciągną się aż po horyzont. Na stoiskach dużo ciuchów, oczywiście wszystko cienkie, lekkie, przewiewne. Koszulki, t-shirty, spodnie, spodenki (tajski boks jest tu bardzo popularny), szlafroczki z jedwabiu, skarpetki i inne. Tysiące stoisk z lokalną biżuterią. Łańcuszki, korale w milionach kolorów, bransoletki, bransolety, wisiorki, amulety. Stoiska z ręcznie robionymi mydełkami. Breloczki, pamiątki, zegary, zegarki, fajki, zapalniczki, noże, lampy, lampiony. Klapki, sandały, rzeźby. Bardzo mi się podoba misa z mosiądzu, która po puknięciu jej drewnianą pałeczką i przesuwaniu nią po obwodzie misy, wpada w rezonans, wydając charakterystyczny odgłos. Trochę jest droga...
Wewnątrz bary, jadłodajnie, pełno stolików, kraby żywe, obwiązane wstążkami, żeby nie uciekły, czekają na swoją kolejkę do zjedzenia. Mnożą się stoiska z owocowymi, świeżo wyciskanymi sokami i shake'ami. Na kupujących czekają wózki z przewoźną smażalnią placków roti (naleśnik z bananem), lub pad thai (przekąską makaronową z jajkiem).
Po prawie 4 godzinach łażenia po nocnym bazarze wracamy ze "zdobyczami" do hotelu.

dzienne wydatki:

  • śniadanie 95BTH
  • skuter 150BTH
  • paliwo 95BTH
  • kawa i napoje 55BTH
  • przekąski 42BTH
  • wstęp do świątyni Doi Southep 2x 30BTH
  • lunch 175BTH
  • lunch drugi 85BTH
  • pamiątki 1855BTH (mąż złapał się za głowę, ale powiedział że ostatnie dni będziemy jechać na przyszłym schabowym, czyli będziemy już jeść tylko wyobrażenie o kotlecie, który zjemy zaraz po przyjeździe do Polski
  • soki i cola, shake mangowy 105BTH
  • hotel 550BTH

 

Dzień dziewiętnasty 14 stycznia

Dzień zaczął się inaczej niż wszystkie do tej pory. Pada. Około dwóch godzin kropił równo deszcz. No, może deszczyk. Trochę pokrzyżowało nam to plany. Chcieliśmy na skuterze zwiedzić okoliczne wioski. Około 11.00 przeszło, zanim załatwiliśmy sprawy związane ze skuterem (poprzedniego dnia nie było to do końca sprecyzowane), minęła 12.00. Zdecydowaliśmy pobyć trochę turystami i kupiliśmy w miejscowej agencji turystycznej kurs gotowania na jutro, oraz transport do Chiang Rai, razem ze zwiedzaniem białego pałacu, Złotego Trójkąta i wioski plemienia Karen. Następnie skuterem pojechaliśmy do miejscowości Lamphun, oddalonej od Chiang Mai o 26 km.
Zwiedziliśmy tam świątynię Wat Phat Hathariphun Chai, na której wzorowana jest Świątynia Doi Southep. Bardzo podobny układ budowli i detale architektoniczne. Chwilę pokręciliśmy się po miasteczku, zobaczyliśmy targ z miejscowymi wyrobami - jedwabiem, miody, wino miejscowe. W drodze do Lamphun zatrzymaliśmy się na targu. Kupiliśmy tam owoce papayi, w których zasmakowałam, oraz Lemang - ryż gotowany w bambusie. Wydrążone łodygi bambusa, wyściełane liśćmi bambusa są napełniane ryżem, uprzednio namoczonym w mleku kokosowym. Nawlekane na sznurek i rozciągane nad ogniskiem. Czasem napełnione łodygi są ustawiane na konstrukcji drewnianej blisko ognia. Podawane do różnego rodzaju carry. Ten lemang, który jadłam, miał dodatek - niewielką ilość czerwonej fasoli. Czerwona fasola traktowana jest tutaj jako dodatek do słodkich potraw.


dzienne wydatki:

  • śniadanie 230BTH
  • skuter 100BTH
  • wynajęcie skutera 100BTH
  • paliwo 60BTH
  • przekąski i napoje 45BTH
  • lunch 60BTH
  • ryż w bambusie 25BTH
  • papaja 5BTH
  • pamiątki 180BTH
  • kolacja 2x 100BTH
  • kurs gotowania 2x 750BTH
  • transport ze zwiedzaniem do Chiang Rai 2x 700BTH
  • hotel 550BTH

 

Dzień dwudziesty 15 stycznia

Dziś rano zmieniliśmy ponownie hotelik. Wczoraj wieczorem dowiedzieliśmy się, że w naszym dotychczasowym nie będzie miejsca na kolejny nocleg. Właściciel twierdził, że ma już komplet, a my nie pomyśleliśmy wcześniej o rezerwacji. Miejsce na kolejną noc znaleźliśmy w "Dixie Pig"- guesthouse naprzeciw, w którym jedliśmy poprzedniego dnia śniadanie. Po lekko spóźnionym odebraniu nas z hotelu przez organizatorów kursu gotowania, skuterami podwieziono nas na targ, gdzie dołączyliśmy do naszej grupy. Na bazarze zapoznaliśmy sie z różnymi rodzajami warzyw i przypraw występujących w tym rejonie i używanych w tajskiej kuchni. Bardzo nas zainteresowała trawa cytrynowa (lemongrass), używana do dużej ilości potraw, różne rodzaje imbiru, tajska kolendra, dwa gatunki limonek i różnorodne papryczki. Nastepnie przeszliśmy uliczkami starego miasta do domu, w którym były stanowiska dla nas. Każdy miał swój stolik z palnikiem i wokiem. Wok używany jest tu powszechnie. Z listy dań możliwych do przyrządzenia wybraliśmy po pięć różnych, aby urozmaicić dzisiejsze menu. Na pierwszy ogień robiliśmy, ja Pad Thai, a żona fried cashew nut with chicken (czyli kurczaka z orzechami).
Rozdzielono nas na poszczególne podgrupy, które przygotowywały potrawy. Zabrałem się za przygotowywanie pad thai. Po wstępnym pokrojeniu wszystkich składników jako pierwszy na woku podsmaża się rozgnieciony czosnek na oleju. Po paru chwilach dodajemy drobno pokrojoną pierś z kurczaka. Smażymy minutę, całość odsuwamy na bok Woka, a na środek wbijamy jajko i i mieszając ścinamy je. Kolejnym krokiem jest wymieszanie z wcześniej usmażonym kurczakiem.
Ponownie całość odsuwamy na bok, a na środek woka wlewamy szklanke wody i wrzucamy makaron ryżowy. Mieszamy go, dodajemy łyżeczkę cukru, łyżeczkę suszonych krewetek i pokrojone tofu. Po kilku minutach mieszamy z resztą składników, dodajemy szczypiorek, skrapiamy limonką i doprawiamy sosem rybnym. Ocenę moich umiejętności kulinarnych pozostawiłem żonie. Po jej minie widziałem, że jest rozsmakowana....
Kolejne dania były równie ciekawe i urozmaicone, stanowiły nowe doświadczenia smakowe. Mieliśmy wrażenie, że odkrywamy kuchnie tajską od nowa. Zaczęliśmy rozpoznawać dania, które wcześniej jedliśmy. Możesz nawet zobaczyć zdjęcia na stronie szkoły gotowania.
Niektóre przyprawy były dla nas dużym zaskoczeniem. Najedzeni do syta wieloma daniami, przygotowanymi przez nas samych w miłej, wielonarodowościowej ekipie, możemy z czystym sumieniem polecić ten rodzaj kontaktu z tajską kuchnią. Bardzo smaczne były różne curry, które przygotowywaliśmy, a także desery, zachwyciły nas swoim smakiem. Wieczorem poszliśmy nadać paczkę do Polski z pamiątkami. Nie chcemy ich nosić ze sobą, ważą 5 kg i nie mamy gdzie ich pomieścić w plecaku. Na przyszłość radzimy zwrócić uwagę, że część sklepów bądź agencji np. pocztowych, może być nieczynnych w niedzielę. Wysyłamy paczkę z agencji pocztowej, można ją znaleźć na nocnym bazarze.
W Chiang Mai odbywał się dziś wieczorem wielki festyn. Setki straganów rozstawionych wzdłuż północnej bramy miasta. Zbyt długo nie chodzimy tam. Nic nie kupujemy. Zakupy zrobione i wysłane pocztą. Ale na ulicach gwar, pomimo późnej pory. Tłumy ludzi, głównie turystów, ale nie tylko. Stare miasto jest rozświetlone tysiącem świateł.

dzienne wydatki:

  • pamiątki 1150BTH
  • paczka do Polski 2270BTH
  • napoje 41BTH
  • hotel 400BTH

 

Dzień dwudziesty pierwszy 16 stycznia

Od rana jedziemy busem do Chiang Rai. Przy okazji zwiedzamy parę miejsc. Za dziesięć siódma, niechętnie ale wstaliśmy, wiedząc, że bus i tak nie będzie o 7.00, tylko o tej, o której mu pasuje. Do busa można zapakować 12 osób, więc jeżeli zbiera pasażerów z kilku hoteli to może to potrwać nawet godzinę i dłużej. My czekaliśmy 40 minut. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę z Amerykaninem Brucem z New Jersey, który chwalił się nam, że spędzał dzieciństwo z Brucem Springstinem, nie do końca mu wierzymy, ale niech będzie. Dixie Pig guesthouse był całkiem cichy i spokojny podczas tej nocy którą tam spędziliśmy. Jak za 400 batów, nie było tragedii. Nawet łazienka znośna.
Droga do Chiang Rai to piękny, górzysty teren. Trasa to same ostre zakręty. Mamy tylko 5 współtowarzyszy w busie plus przewodnik i kierowca. Nie jest źle. Dookoła rozległe, pełne wody pola ryżowe, a wszystko otoczone wstęgą zielonych gór. Zatrzymaliśmy się zobaczyć gorące źródła. Woda o temperaturze 60 stopni Celsjusza tryska z ziemi wysokim słupem, rozbryzgując się na boki. Wokół pełno straganów z pamiątkami, stoisk z jedzeniem. Możesz od krążących niczym satelity wokół Ciebie kobiet kupić jajka w małym, plecionym koszyku, kurze lub przepiórcze, a później zamoczyć je w gorącej wodzie, gdzie się gotują. Możesz też przysiąść na ławce i zamoczyć nogi w ciepłej wodzie ze źródła (co oczywiście czynię).
Należy pamiętać, że klimat w rejonie Chiang Mai/ Chiang Rai jest górski. Nie jest gorąco, ranki są chłodne. Można powiedzieć, że jest rześko. Trzeba to uwzględnić i ubierać się stosownie, zwłaszcza jesli planuje się jazdę skuterem. My właśnie leczymy się z kataru.

Ruszamy dalej. Po godzinie dojeżdżamy do Wat Rong Khun - Białej Świątyni (white temple). Prawdziwie bajkowy widok. Świątynia jest malowana na biało, ze srebrnymi zdobieniami dookoła. Mieni się w słońcu. Nie zmienia to faktu, że komercyjność tego miejsca aż zwala z nóg. Wewnątrz świątyni malowidła współczesne - historyczne postacie z tego, bądź ubiegłego wieku - Keanu Reeves z Matriksa, czy Michael Jackson wkomponowani w smoki, buddy i inne. Ale świątynia faktycznie, jak z obrazka.
Następnym przystankiem jest Złoty Trójkąt, czyli przecięcie granic trzech państw - Tajlandii, Laosu i Birmy . Jemy niedaleko lunch, po czym zatrzymujemy się w Mea Soi - gdzie można przejść na chwilę za jedyne 10 dolarów amerykańskich na stronę Birmy. Nie reflektujemy.

W drodze powrotnej do Chiang Rai - ostatni punkt wycieczki to wioska plemienia Akha i Karen. Kobiety z tak zwanymi długimi szyjami, to znaczy na szyjach mają obręcze, które powodują, że ich szyja wydaje się dłuższa, z biegiem czasu opadają obojczyki. Na pewno jest to bardzo niewygodne. Wioska jest typowo komercyjna, nastawiona na turystów. Wiele stoisk z pamiątkami związanymi z tymi plemionami, kobiety tkają chusty i pozują do zdjęć. Opłata za wstęp nie jest mała, więc trochę się nie ma co dziwić, że kobiety pozują bez żadnych problemów. Po raz pierwszy robię zdjęcia bez zastanowienia, choć nie ukrywam, że wioska i kobiety wzbudzają w nas bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony wiemy, że to komercja, że to pod turystów, a z drugiej strony patrzenie na te kobiety wzbudza swoistą mieszankę litości i jakby zażenowania. Jednak chęć poznania specyficznego plemienia wzięła górę nad uczuciem zmieszania z powodu oglądania ich niczym w jakimś zoo. A przecież to żywe, ludzkie istoty. Widać jakby żywcem były wyrwane ze swego naturalnego środowiska, w Birmie, gdzie od setek lat nie mogą znaleźć wolności. Wzbudziły w nas swoiste poczucie winy, więc by w pewien sposób zadośćuczynić kupiliśmy jeden "gadżet" wioskowy - figurkę kobiety z plemienia Karen.
Po wizycie w wiosce wysiedliśmy z busa w Chiang Rai. Uprzejmy kierowca podwiózł nas pod sam hotel, który zarezerwowaliśmy poprzedniego dnia z portalu www.agoda.com. Ostatnio korzystamy wyłącznie z tego portalu. Citi Home Guesthouse.
Pokój okazał się przyzwoity, a miejsce dogodnie położone w centrum miasta, niedaleko dworca autobusowego. Przyzwyczailiśmy się do rezerwowania sobie noclegów z wyprzedzeniem. Czasami okazują sie trafione, czasem nie, ale dają pewność, że nocleg jest zapewniony na 100%. Po wieczornym spacerze i rozeznaniu się w okolicy, przysiedliśmy na kolacje naprzeciw nocnego bazaru i dworca autobusowego. Z dużą przyjemnością zamówiliśmy dla odmiany spagetti, po monotonnym ryżu, który ostatnio cały czas jedliśmy. Chyba już przyzwyczailiśmy się do tutejszego czasu, bo wczesnym wieczorem (a w Polsce dopiero 15.00) zakończyliśmy nasz 21 dzień podróży.

dzienne wydatki:

  • pamiątki 200BTH
  • śniadanie 75BTH
  • shake i cola 75BTH
  • wstęp do wioski Karen 2x 300BTH
  • kolacja 2x 120BTH
  • ciastka i cola
  • hotel 500BTH

 

Dzień dwudziesty drugi 17 stycznia

Dzień zaczął się słonecznie. Noc była chłodna, ale słońce w ciągu dnia grzało mocno. Dziś dzień logistyczno-odpoczynkowy. W Chiang Rai zobaczyliśmy wieżę zegarową, targ, dwie świątynie. Załatwiliśmy transport do Luang Prabang i nocleg w tym mieście. W jednej z agencji wykupiliśmy przejazd busem do Chiang Khong, w pakiecie razem z promem na drugą stronę, taksówkę do przystani, dwudniowy transport łodzią do Luang Prabang. Nocować będziemy w Pakbeng, w połowie drogi. Teraz siedzimy w chińskiej knajpie, jemy zupę z makaronem, oczywiście pałeczkami i rybę w sosie słodko kwaśnym. Jutro z samego rana pożegnamy Tajlandię, by później, za ponad miesiąc, spędzić jeszcze dwa dni w Bangkoku przed wylotem do Singapuru.

dzienne wydatki:

  • pranie 30BTH
  • apteka (lekarstwo na gardło) 180BTH
  • śniadanie 170BTH
  • krawiec (skrócenie spodni) 50BTH
  • przekąski i owoce 55BTH
  • obiad 245BTH
  • prowiant na prom 150
  • deser (kawa i lody) 260BTH
  • hotel 500BTH
  • bilet na łódź do Luang Prabang (transport z Chiang Rai) 2x 1500BTH

 

 

Ciąg dalszy...


Ponownie w Tajlandii.

dzień pięćdziesiąty piąty 19 lutego

No to byliśmy po odprawie. I cóż dalej - stanęliśmy przed nie lada pytaniem, bowiem wszędzie pusto i głucho. Całe przejście jest trochę senne. Podszedł do nas jakiś kierowca taksówki, zaproponował 2000 batów, za transport na Ko Chang. Popukaliśmy się w czoła. Za chwilę okazało się, że parkujące obok motory, to "taksówki", którymi można dostać się do miasta. Podjechaliśmy na dwa motory. Jako pasażerowie za jedyne 50 batów od osoby. Każde z nas siedziało z tyłu za czerstwym Tajlandczykiem. Przyjechaliśmy. Diabli wiedzą gdzie. Stały cztery songthaew's, żadnego napisu nie było po angielsku. Kilku mężczyzn leniwie leżało w hamakach i rozmawiali między sobą. No nic. Jakoś się porozumieliśmy, że za 20 minut jadą. Ale gdzie, tego już nie wiedziliśmy. Kiedy odjeżdżaliśmy i jechaliśmy, to cieszyliśmy się tylko, że kierunek jest dobry, bo na południe, czyli słońce po lewej. Gdyby było pochmurno, byłoby trochę gorzej :).
Dojechaliśy jak się okazało do Chantaburi. Wysadzono nas na dworcu autobusowym. Przez 10 minut szukaliśmy autobusu. Okazało się, że mini bus odjeżdża do Trat. W dobrym dla nas kierunku. Wsiadamy. Po 5 minutach kolejna przesiadka. Nowy minibus, ale już z kompletem miejscowych. Ruszamy. Jedziemy kolejne pół godziny. Kierowca zatrzymuje się prawie w szczerym polu, otwiera drzwi i woła "Ko Chang".
Niby mamy wysiąść, ale znowu jesteśmy w dziwnym miejscu, koło jakiejś agencji turystycznej. No dobrze, mówimy, i przesiadamy się na ostatnią już songthaew do przystani promowej. Uff, w końcu dojeżdżamy w kolejne pół godziny do wybrzeża. W niezbyt dużej odległości widzimy kilkuset metrowej wysokości wzgórza celu naszej podróży. Wzniesienia są porośnięte lasem. Cały obszar Ko Chang wraz z kilkudziesięcioma mniejszymi wyspami jest parkiem narodowym. Teraz już tylko prom na Ko Chang, następnie kolejna songthaew i jedziemy do hotelu. Niestety nie zarezerwowaliśmy nic wcześniej, bo nie wiedzieliśmy, czy zdążymy dziś dojechać na tą wyspę. Każemy się zawieść do hotelu, który oglądaliśmy wcześniej w internecie.
White House.
Cóż. Stosunek jakości do ceny jest nieadekwatny (to tak delikatnie mówiąc). Na jedną noc bierzemy tą drożyznę i wypożyczamy skuter. Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża i znajdujemy fajne, niedrogie miejsce. Ciekawy, w rustykalnym stylu bungalow na jutro. Bliziutko plaża, leżaczki masaże i te sprawy. Życie ma sens. :)

dzienne wydatki

  • śniadanie 2$
  • taxi do granicy 25$
  • moto taxi na granicy 2x50 BTH
  • songthaew's do Chatchaburi 2x100 BTH
  • bus do Trat 2x70 BTH
  • songthaew's do przystani 2x60 BTH
  • lunch 95 BTH
  • prom na Ko Chang 2x80 BTH
  • songthaew's do hotelu 2x100 BTH
  • kolacja 285 BTH
  • skuter 200 BTH
  • paliwo 4L 160 BTH
  • nocleg 47$

 

dzień pięćdziesiąty szósty 20 lutego

Rano po śniadaniu w naszym najdroższym z dotychczasowych hoteli, czujemy się zawiedzeni. Wczorajsze pierwsze wrażenie słabej jakości hotelu potwierdziło się, śniadanie było kolejną porażką. Byle jak podane, limitowana nawet kawa i tosty. W trzy gwiazdkowym hotelu jest to poniżej jakichkolwiek standardów. Tak więc "państwu dziękujemy", wsiadamy na skuter i przewozimy bagaże do wczoraj zarezerwowanego bungalowu. Miejsce nazywa się Siam Hut.
Pogoda od rana zapowiada się wspaniale, więc nie psując sobie nastroju leżymy na plaży, a właściwie w typowym dla tutejszego krajobrazu nadmorskim barze pod strzechą z bambusa. Na wodzie nie ma prawie fal, szmaragdowa woda zachęca do kąpieli. W niewielkim oddaleniu widać kilka malutkich wysepek. Błękitne niebo zlewa się na horyzoncie z zatoką Tajlandzką. Sączymy powoli kawę mrożoną.
W południe bierzemy naszego wypożyczonego skuterka i postanawiamy ruszyć w południową stronę, jedyną drogą obiegającą wyspę. Miejscami droga jest jedną wielką serpentyną, teren jest mocno górzysty. Droga wznosi się stromo, by następnie gwałtownie opaść. Procentowe nachylenie drogi miejscami przekracza 20%. Przynamjniej na nasze wyczucie. Połączenie nachylenia z wielością zakrętów stwarza nie lada wyzwanie dla kierowców, zarówno skuterów jak i taksówek.
My dzielnie dajemy sobie radę, choć jako pasażer często piszczę (przynajmniej w duchu),ściskając kierowcę mego kolanami :), bo wydaje mi się, że lecimy ostro do przodu, a ja zsuwam się z siedzenia. Na szczęście to tylko złudzenie. Ale nie wyobrażam sobie, jak tu jeżdżą turyści w porze deszczowej, kiedy drogi są mokre i pokryte naniesionym błotem z otaczających je gór.
Wyspa jest piękna. Bardzo dużo na niej naszych wschodnich sąsiadów. Napisy w wielu miejscach po rosyjsku. Pozatym nic nie zakłóca sielanki tropikalnej wyspy. Podjeżdżamy do Bang Bao Bay. To piękna zatoka mocno wcięta w południowy kraniec wyspy. Na niej jest bardzo długie molo zakończone latarnią morską u wylotu zatoki. Uczepione mola restauracyjki, w bardzo płytkich wodach, postawione na drewnianych palach, gdzie serwowane są owoce morza. Kelnerzy zachęcają na każdym kroku, by usiąść i popatrzeć na piękne widoki, a przy okazji zjeść. Skusili nas. Zamawiamy kraba i barakudę.


Stwór morski z wieloma kończynami smakuje wybornie. Wspaniale przyrządzony z zielonym pieprzem, czosnkiem i warzywami. Barakuda jest ogromna, ponad 40 cm, nie mieści się na talerzu. Grilowana w pieprzu, podana z ryżem jest wyśmienita. Bardzo najedzeni oglądamy palmy na pobliskim brzegu i przepływające łodzie.
Koło 16 godziny słońce przygrzewa jeszcze bardzo mocno. Wracamy do naszego domku, który jest 20 m od brzegu zatoki i leniwie na przemian kąpiemy się i schniemy na słońcu. Na brzegu słychać wzmagające sie dżwięki muzyki. Rozpoczynają się wieczorne imprezy w licznych knajpkach. Oglądamy zachód słońca z tarasu plażowego baru.

dzienne wydatki

  • napoje 180 BTH
  • obiad 465 BTH
  • skuter 200 BTH
  • nocleg 480 BTH

 

dzień pięćdziesiąty siódmy 21 lutego

Dziś kolejny dzień odpoczynku (czytaj: "nic nie robienia"). Rano po orzeźwiającej kąpieli w morzu, postanawiamy po raz kolejny na wyspie zmienić hotel. Noc w bungalowie była specyficzna. Głośne i regularne odgłosy jakiegoś ptaka nie pozwalały nam zasnąć do późna. Chodzące po ścianach jaszczurki też stanowiły pewne urozmaicenie. Typowa chatka nad tropikalnym morzem ma swoje uroki, ale chyba tylko na jedną noc. Po kąpieli w morzu bierzemy skutera, który stał w nocy na parkingu i jedziemy na poszukiwania noclegu. Odwiedzamy kilka guesthousów i hotelików i bierzemy pokój w Mai Pen Lai przy Kai Bea Beach. Przewozimy plecaki skuterem, a następnie jedziemy zwiedzić wschodnie wybrzeże wyspy. Jest ono dużo mniej turystyczne. Jedziemy kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża i mijamy tylko dwa hotele, oraz kilka domów mieszkalnych. Niestety wyspy podobno nie można objechać naokoło, nie ma drogi. Prawdopodobnie ukształtowanie terenu nie pozwala na wybudowanie jej bez dodatkowych nakładów finansowych. Wzmagający się głód zaprowadził nas ponownie do zatoki Bang Bao na owoce morza. Tygrysie krewetki smakują po prostu wybornie (pozdrowienia dla Mariusza).
Nie wiadomo co tu robić. Wyspa nie jest za duża, objechaliśmy ją prawie dookoła. Próbowaliśmy trochę nocnego życia. Dyskoteka, jaką znaleźliśmy na plaży, była prawie pusta, dzisiaj - chcieliśmy zahaczyć o nocny bar. Wszędzie jednak prawie pusto, oprócz tajskich dziewcząt zachęcających do wstąpienia i wypicia drinka.
Podjęliśmy decyzję, że pojutrze wyjeżdżamy do Bangkoku. Jeszcze rozważamy różne opcje transportu. Ale na razie jesteśmy na tropikalnej wyspie...

dzienne wydatki

  • śniadanie 200 BTH
  • lody 90 BTH
  • skuter 200 BTH
  • kawa 2x30 BTH
  • obiad 410 BTH
  • napoje 22 BTH
  • kolacja 310 BTH
  • nocleg 600 BTH

 

dzień pięćdziesiąty ósmy 22 lutego

Rano podczas śniadania na które poszliśmy do restauracji nad zatokę, potwierdziło się duże ryzyko przebywania w tropikach pod palmami. :) Na naszych oczach łupnął z wysokości 30 metrów ogromy owoc kokosa. 5 kilogramowy kokos spadł na plażę z ogromnym łoskotem. A gdyby tak ktoś leżał, lub przechodził... :) Po śniadaniu zmieniamy miejsce leniuchowania i jedziemy do Siam Hut. Spodobało nam się to miejsce z wieloma chatkami nad samym morzem, luźną atmosferą i grilami co wieczór.
Zatem siedzimy na plażowym tarasie, przy blasku słońca w tym miejscu, pośród rozsianych wśród palm chatek. W oddali widać pięć małych idyllicznych wysepek. Nawet dziesiątki robaków wyłażących z każdej drewnianej szczeliny nie zakłócają niczym niezmąconego spokoju tego miejsca, które wypełnia człowieka siedzącego tutaj. Po raz kolejny spotykamy te same twarze. Ludzie wymieniają między sobą poglądy i spostrzeżenia z różnych poznanych przez siebie miejsc.
Odpoczynek...

dzienne wydatki

  • śniadanie 240 BTH
  • lody 210 BTH
  • owoce 100 BTH
  • lunch 110 BTH
  • skuter 200 BTH
  • paliwo 3L 120 BTH
  • kolacja 485 BTH
  • nocleg 600 BTH

 

dzień pięćdziesiąty dziewiąty 23 lutego

Jeśli napiszę, że cały dzień nic nie robimy, tylko się relaksujemy to nie będzie to do końca zgodne z prawdą. Choć coś w tym jest. Nic nie robimy tylko wypoczywamy przed jutrzejszą wyprawą do Bangkoku. Wiemy, że miasto to powita nas niebywałymn skwarem, hałasem ulicznych aut i motocykli, jazgotem tłumu, przekrzykiwaniami sprzedawców. chcemy jeszcze trochę naładować akumulatory na wyspie, która pozwala nic nie robić, tylko leżeć na plaży, kąpać się w szmaragdowym morzu, razem z rybami, które widać w przeźroczystej wodzie, taka jest czysta.
Obserwujemy małe kraby na plaży. Zwierzątka te wyciągając z piasku potrzebne mikroelementy, toczą malutkie kuleczki. Każda "norka" kraba, jest doskonale widoczna, bo otoczona setką małych kulek z piasku.
Oprócz plażowania można jeszcze skorzystać z przejażdżki na słoniu. Na wyspie jest kilka firm, które się tym zajmują. Są miejsca, gdzie słonie żyją w klatkach za kilka dolców możesz się przejechać, lub nakarmić malucha.

dzienne wydatki

  • śniadanie 200 BTH
  • owoce 110 BTH
  • obiad 460 BTH
  • cola, kawa 75 BTH
  • kolacja 200 BTH
  • shake 30 BTH
  • nocleg 600 BTH

 

dzień sześćdziesiąty 24 lutego

Jedziemy do Bangkoku. Jak zwykle nie tolerujemy tłumu turystów i nie kupujemy biletu na wyspie, a w każdej agencji można go kupić. Jedziemy samodzielnie, najpierw do przystani, później promem, kolejny problem, mówią nam, że autobus do Bangkoku jest pełny. Brak miejsc. Jedziemy zatem do Trat i stamtąd ekskluzywnym autobusem do Bangkoku. Zatrzymujemy się raptem parę razy, jedzie tylko jedna para turystów, jak się okazuje później Szwajcar z Czeszką, oraz kilku lokalnych ludzi. Autobus nie jest wypełniony, klimatyzacja, dostaliśmy wodę i ciasteczka. Po około 4 godzinach widać już drapacze Bangkoku. Jeszcze tylko godzinę przeciskamy się przez miasto, korki okrutne. Następnie dogadujemy się z parą turystów i wspólną taksówką jedziemy na Ko San Road (nie ma to jak dzielenie kosztów:)).
W taksówce mieszają się języki - my między sobą po polsku, Czeszka do nas po czesku, ze Szwajcarem po niemiecku, a on z kolei z nami po angielsku.
Dojeżdżamy na Ko San. Dobrze wrócić na stare śmieci. Wszystko wydaje się dobrze znajome. Jemy najtańsze curry z kurczaka z ryżem i płyniemy na Patpong.
Podróż szybką łódką jakie kursują po Menemie, jest ekscytująca. Dopiero tutaj widać wyraźnie jak miesza się w tym mieście nowoczesność z tradycją. Wysokie wieżowce, upchnięte się miedzy stare świątynie, z charakterystyczną architekturą, nad kilkoma kanałami widać wielkie ubóstwo ludzi mieszkających tutaj.
Patpong to dzielnica podobno aspirująca do nocnego marketu. Owszem, jest tam morze stoisk, z wszystkim: ciuchy, zegarki, paski, biżuteria, słoniki, świeczniki, maskotki i inne zbieracze kurzu.
W dużych ilościach są tam również, a raczej przede wszystkim, nocne kluby. Naganiacze atakują cię od razu, zapraszając do klubu. Drzwi do wielu są szeroko pootwierane widać młode dziewczyny prężące sie na rurach. Oczywiście, że niekompletnie ubrane. Następna uliczka - siedzą panie w rządku. Siedzą, stoją, można sobie którąś wybrać i miło spędzić czas. Ale my grzecznie tuk tukiem wracamy do hotelu.

dzienne wydatki

  • songthaew's do przystani 2x100 BTH
  • prom 2x80 BTH
  • songthaew's do Trat 2x50 BTH
  • autobus do Bangkoku 2x241 BTH
  • taxi na Ko San Road 150 BTH
  • obiad 100 BTH
  • tuk tuk na Patpong 100 BTH
  • tuk tuk do hotelu 100 BTH
  • łódź po rzece 30 BTH
  • nocleg 450 BTH

 

dzień sześćdziesiąty pierwszy 25 lutego

Złota myśl na dziś: jeśli osoby, które spędziły noc w hotelu, w którym pokój właśnie oglądasz, mówią, że są pogryzieni przez insekty nie przypuszczaj, że twój pokój będzie inny. Na 99,99% jeśli masz specyficzną urodę i podobasz się komarom, będziesz również atrakcyjny dla każdego innego rodzaju insektu.
Niby człowiek wie, ale przy ostatnich dniach podróży jakby traci jasność umysłu, czy co?
Pogryziona jestem niemożliwie. Od 4 rano się drapię. Od 4 rano trwa polowanie na insekty, małe czarne robaczki napęczniałe od mej krwi. Co ciekawe - mąż czysty - nie pogryziony. Nieatrakcyjny dla insektów.
Czym prędzej opuszczamy hotel. Jemy śniadanie i szukamy następnego hotelu. Nie rekomendujemy w żadnym wypadku Orchid House na Rambutti 323/3. No chyba, że jesteś nieatrakcyjny/a (dla insektów). Jemy śniadanie i szukamy następnego hotelu. Po wizycie w czterech kolejnych decydujemy się wreszcie na Lucky Hotel. Wygląda przyzwoicie, ale tym razem bardzo dokładnie oglądamy prześcieradła, czy nie noszą śladów ewentualnej bytności niepożądanych owadów i innych stworzeń. Sprawdzamy łazienkę, oglądamy ręczniki i penetrujemy otoczenie. Cisza.
Ruszamy zatem na dalszy podbój Bangkoku. Płyniemy łodzią po rzece Menem. Za dnia jest jeszcze piękniej niż wieczorem. Widok jest wspaniały, nie przeszkadza nawet ryk silnika i sygnalizacja za pomocą przeraźliwego gwizdka chłopaka cumującego na każdym przystanku łódż, ze sternikiem. Łódź jest chyba najtańszym środkiem transportu w mieście i korzysta z niego mnóstwo osób.
Wysiadamy na molo Central Pier. Przy okazji rozwiązujemy problem numeracji stacji. Od Centralnej liczy się w dwie strony, zatem południowa nr 1 i północna nr 1. Dla nas były to do tej pory po prostu numery przystanków, ale już wiemy, że to nie do końca tak, o czym mieliśmy okazje przekonać się wczoraj wieczorem myląc przystanki.
Przesiadamy się na skytrain. W Bangkoku jest kilka linii kolejki naziemnej. Kupujemy bilety w automacie, wybieramy przyciskiem przystanek, wrzucamy monety, maszyna drukuje bilet. Przemieszczamy się kolejką w dzielnicę centrów handlowych i wysokich wieżowców. Sama kolej jest fantastycznie skonstruowana. Porusza się na ogromnych filarach na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią. Ponad wszystkimi korkami paraliżującymi miasto prawie non stop. Poniżej poziomu lini kolejowej, ale jeszcze sporo nad ziemią znajduje się sieć przejść dla pieszych. Można nimi wejść bezpośrednio do centrów chandlowych lub hoteli bez schodzenia na poziom ziemi. Upał jest ogromny. Powietrze lepkie od gorąca. Termometr na jednym z budynków wskazuje 39 stopni Celsjusza. Bangkok jest uznawany za najgorętszą stolicę świata. Na ulicach mijamy tłumy ludzi. Naszym głównym celem jest Baiyoke Sky Hotel - najwyższy budynek w mieście, ponad 80 pięter. Przechodzimy przez ogromne centra handlowe, siedmiopiętrowe gigantyczne galerie, sprzedające różne produkty znanych marek.
Klimatyzacja ochładza nas na jakiś czas, ale po godzinie, gdy wychodzimy stamtąd, uderza nas jak obuchem w łeb żar ulicy. Przechodzimy przez indyjską dzielnicę. Wokół tłum ludzi, tłum samochodów na ulicach, tłum straganów ulicznych z takimi niepotrzebnymi rzeczami jak skarpetki, zapalniczki, spinki do włosów, bransoletki, koszulki, bluzki, szmat po prostu tysiące. A pomiędzy nimi zauważam ładnie ułożone krawaty z dużym napisem "POLSKA" :) Wszystko w ulicznym hałasie, stoiska oddzielone od ulicy płachtami plandek, przymocowanymi do sklepowych markiz. Powoduje to jeszcze większy upał, choć przecież jest to niemożliwe do przyjęcia. W małym przesmyku pomiędzy ulicami ujrzeliśmy tabliczkę z napisem Baiyoke Sky, a z lewej strony ponad 250 metrowy budynek. Naprawdę robi wrażenie. Podobnie robi wrażenie widok z 19 piętra, na które wjechaliśmy. Tam właśnie znajduje się recepcja. Podpytaliśmy o noclegi i chyba coś nas podkusiło. Właśnie wtedy najbardziej.
Wjazd na taras obserwacyjny na dachu wieżowca (84 piętro) jest płatny, kosztuje 300 bathów. Póki co nie zdecydowaliśmy się na to. Podobnie wjazd do baru (w cenie dostępny bufet) na samej górze kosztuje 1100 bathów.
Z Baiyoke przechodzimy uliczkami do hotelu Centara, który wypatrzyliśmy w panoramie miasta. Budynek wyróżnia się owalnymi tarasami na samym szczycie. Poprzez 2 systemy wind wjeżdzamy na 55 piętro, do znajdujących się tam na dachu restauracji i kawiarni. Wygodne fotele i widok na całe miasto od którego dzieli nas tylko metrowej wysokości szyba jest niesamowity. Zamawiamy kawę i obserwujemy rozświetlające się miasto po zachodzie słońca. Z tej perspektywy Bangkok rozpościera się z każdej strony po horyzont. Niekończące się morze świateł, wielopasmowe drogi w wieczornych korkach i dziesiątki wielopiętrowych budynków. Można rzec, że dziś Bangkok zwiedzamy od góry.
To takie niesamowite uczucie, kiedy życie toczy się na dole, a my siedzimy ponad tym wszystkim. Czas jakby zwalnia, daje możliwość perspektywicznego spojrzenia i swoistego oderwania się od codzienności, choć nasza codzienność, od ponad 60 dni nie jest codzienna :).
Powrót do naszego hotelu tuk tukiem jest kolejnym miłym i jednocześnie ekscytującym doświadczeniem. Kierowca pewnie, ale też szybko i brawurowo wiezie nas przez zakorkowane ulice. To prawda co piszą w przewodnikach. Kierowcy tuk tuków są wariatami, albo może raczej jeżdża jak wariaci.

dzienne wydatki

  • śniadanie 260 BTH
  • łódź po rzece 4x30 BTH
  • kolejka 2x30 BTH
  • maść na ukąszenia 98 BTH
  • napoje 90 BTH
  • 2x kawa (55 piętro) 440 BTH
  • napoje 2x30 BTH
  • tuk tuk 150 BTH
  • kolacja 100 BTH
  • nocleg 450 BTH

 

dzień sześćdziesiąty drugi 26 lutego

Dziś z samego rana ogarnął nas szał zakupowy. Dla naszej licznej rodziny i przyjaciół dokupiliśmy jeszcze parę drobiazgów. Naprawdę NIC tu nie ma. W galeriach handlowych może i by się coś znalazło, ale do końca przecież nie o to chodzi. Chodzimy w okolicach naszego Hotelu po bazarze w rosnącym z minuty na minutę skwarze. Ostatnie chwile na Khao San Road chcemy zapamiętać na długo.
Pod koniec podróży, w ostatnią noc którą spędzimy w Bangkoku (W Singapurze mamy już zarezerwowany hotel), postanowiliśy podarować sobie odrobinę luksusu. Na stronie www.agoda.com znaleźliśmy promocję, która obowiązuje na nocleg w najwyższym budynku w mieście - Baiyoke Sky Hotel . Zabieramy spakowane wcześniej plecaki z hotelu, bierzemy taksówke i w zwiększających się korkach około 14 godziny dojeżdżamy na miejsce. W recepcji dostajemy pokój na 26 piętrze. Widok już z tej wysokości jest niesamowity. Wielkość pokoju zresztą też robi wrażenie jak na standardowy. Sama łazienka jest większa niż niejeden z dotychczasowych naszych pokoi hotelowych w innych miejscach.
Korzystamy z uroków hotelu. Taplamy się w basenie na 22 piętrze. Oglądamy widok z 88 piętra. Na obrotowym tarasie, stojąc w miejscu, można zobaczyć całe miasto. Pokład widokowy z niewielką prędkością obraca się wokół budynku. Naprawdę robi wrażenie. Będąc w dzielnicy tanich hoteli i gesthousów, nie widzi się takiego ogromu tego miasta. Owszem widać, że jest bardzo dużo ludzi, ale dopiero widok na całą okolicę, z wysokości około 250 m pozwala ogarnąć wielkość miasta. I to pewnie też nie całą.
Jest parę kwestii, które są irytujące w tym hotelu. Po pierwsze tysiące ludzi. Nie ma się w sumie co dziwić, bo każdy chce zobaczyć widok z góry. Może to i dobrze, że wjazd jest płatny. Wyklucza to już pewien procent ludzi. Ale wielkość hotelu automatycznie determinuje gęstość przewalającego się tłumu.
Po drugie - pomimo, że w pokojach jest czysto, nie widać śladów pajęczyn, brudu czy robactwa, to czystość kawiarni pozostawia wiele do życzenia. Nie będziemy tu pisać o brudnych obrusach, ani karaluchu, którego znaleźliśmy pod talerzykiem z ciastem, które zamówiliśmy. Pozostańmy przy tym, że nie polecamy korzystania z barów wewnątrz budynku.
Po trzecie, sprawa która najbardziej mnie irytuje, choć podobno jest to normalne, internet jest dodatkowo płatny 400 bathów na dobę. Owszem, podobno jest to szybkie łącze, ale przecież obecnie w każdej szanującej się knajpie, i w 90% hoteli, w których nocowaliśmy wcześniej łącze Wi Fi jest oczywiste. Nie chodzi tu o oszałamiającą prędkość 6MB/s, która ponoć jest dostępna, ale o brak tego w cenie. Co prawda mąż zapewnia mnie, że to normalne, ponieważ ci, którzy nie korzystają z netu nie muszą za to płacić w cenie noclegu, ale mnie wydaje się to co najmniej mankamentem tego hotelu (jeśli nie poważną niedogodnością). Zresztą jakby tego było mało w okolicznym McDonaldzie, KFC czy Starbuck'sie też nie ma netu. Co wkurza jeszcze bardziej. A Emilka czeka na relacje :) Pomimo naszej krytycznej oceny paru kwestii związanych z hotelem, pobyt w nim dał nam sporo satysfakcji i odpoczynku po kilku wcześniejszych nocach.

dzienne wydatki

  • śniadanie 190 BTH
  • pamiątki 930 BTH
  • napoje 60 BTH
  • taxi do hotelu 120 BTH
  • obiad 100 BTH
  • słodycze, napoje 185 BTH
  • nocleg 73$

 

dzień sześćdziesiąty trzeci 27 lutego

Bardzo powoli moje ukąszenia od insektów znikają. Maść, którą kupiłam w aptece jakby zaczynała działać, choć obawiam się, że apteki tutaj, to typowe sklepy z prezerwatywami, testami ciążowymi, i repelentami. Smaruję skórę Clinivate-N firmowane przez Bangkok Lab i jakoś troszeczkę lepiej. Choć ciągle bardzo swędzi i doprowadza tym do szaleństwa. Dziś popołudniu mamy samolot do Singapuru. Wczoraj wieczorem zrobiliśmy jeszcze rozpoznanie gdzie pójdziemy na dworzec kolejki Airport Rail, która dowiezie nas na lotnisko i ile zapłacimy. Wszystko wiemy, jeszcze tylko jemy śniadanie, kolejny wjazd i ostatni (podczas tej wyprawy) na 84 piętro, by popatrzeć z góry na miasto i Goodbye Bangkok.
W sumie dobrze, że jeszcze tylko trzy, czy jak liczyć sam przyjazd do Polski cztery dni naszej wyprawy, bowiem większość rzeczy trzeba by już wymienić. Plecaki spisują się znakomicie (dziękuję mojej przyjaciółce za pomoc przy zakupie), ale sandały to już wołają o pomstę do nieba. Zresztą swoje przeszły.
Dojeżdzamy do lotniska Suvarnabhumi sporo przed planowanym na godzine 16.45 odlotem. Nadajemy bagaż i przechodzimy kontrolę przed wejściem do hali odlotów. Czas oczekiwania na lot upływa nam szybko, gdyż spotykamy sympatyczną Iwonę z Polski w drodze do Birmy. Rozmawiamy o różnych spostrzeżeniach i przemyśleniach z podróży. Zaciekawia nas Tybetem, którym jest zafascynowana.
Przelot do Singapuru przebiega spokojnie i miło. Dostajemy zamówiony jeszcze przy zakupie biletu w Polsce posiłek. A potem kupujemy jeszcze kawę i słodycze. Po ponad 2 miesiącach powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy naszą podróż wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo chcemy już wrócić do Polski, domu i rodziny. Z drugiej zaś mamy ochotę na kolejne dni w drodze i odkrywanie kolejnych nieznanych nam krajów...
Póki co jesteśmy już w Singapurze, a jutro ekscytujący dzień zwiedzania miasta w pigułce.

dzienne wydatki

  • śniadanie 250 BTH
  • koszulka 120 BTH
  • parasolki 270 BTH
  • kawa, słodycze (w samolocie) 15$
  • bilet na kolejke 2x3,8 SGD
  • kolacja 13 SGD
  • nocleg 46 SGD

 

Ciąg dalszy...

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012