facebook

Laos


Laos to jedyny w rejonie Azji południowo-wschodniej kraj bez dostępu do morza. Przepływająca rzeka Mekong skupia większość ludności zamieszkującej to państwo. Miejsce to jeszcze do niedawna było świadkiem dramatycznych wydarzeń. Tocząca się w sąsiednim Wietnamie wojna i przebiegający przez Laos szlak Ho Chi Mina miał ogromny wpływ na kraj. Od początku lat 50 antyfrancuski i komunistyczny ruch wyzwoleńczy Patchet Lao stopniowo przejmował kontrole nad Laosem. Państwo było bombardowane przez USA. Ostatecznie w 1975r ogłoszono powstanie socjalistycznej republiki Laosu. Ludność terroryzowana przez komunistyczne władze masowo uciekała do Tajlandii. Obecnie złagodzenie polityki zagranicznej z sąsiednimi krajami i wcześniejsze wycofanie wojsk Wietnamskich poprawiło sytuacje ludności. Kraj ten zaczęliśmy zwiedzać od rejsu po Mekongu, łodzią przez dwa dni. Pierwszym naszym celem jest Luang Prabang.

Przelicznik walutowy 1 zł = 2244 Kipów Laotańskich

Tak, tak, z przeliczaniem pieniędzy jest kłopot. Płacimy w tysiącach, jak będzie można zobaczyć w wydatkach są to niebagatelne sumy, oczywiście w Kipach, nie w przeliczeniu w złotych. Trudno jest się przestawić po Tajlandii i Malezji, gdzie było to dosyć proste - w Malezji po prostu 1:1, a w Tajlandii dla blondynek - przesunąć przecinek w lewo o jedno miejsce...

dzień dwudziesty trzeci 18 stycznia

Wstaliśmy po 6.00. Mini bus, który zabierał nas z hostelu w Chiang Mai nie kazał na siebie długo czekać. Nawet nie zdążyłam wypić kawy. Wsiedliśmy jako pierwsi, dosiadło się jeszcze 9 osób. Wypełnionym busem dojechaliśmy do Chiang Khong, miejscowości w Tajlandii, gdzie przekraczaliśmy granicę. Przejazd trwał prawie 2 godziny.
Przekroczenie pobytu powyżej dopuszczalnego wymienionego w wizie okresu, kosztuje 500 batów za dzień. My nie musieliśmy ponosić tej opłaty, ponieważ spędziliśmy w Tajlandii 14 dni, a wizę mieliśmy na 15 dni. Niewielka kolejka na granicy, mała budka, czynne dwa okienka. Szybka pieczątka w paszporcie i hop, na prom. Przez Mekong na stronę Laosu i z powrotem pływają niewielkie, kilkunastoosobowe łodzie. Rzeka w okresie kiedy tu jesteśmy w porze suchej, ma może 150m szerokości. Prom mieliśmy opłacony w pakiecie, ale pewnie niewiele kosztuje. Przedostajemy się na drugą stronę. Druga strona rzeki to miasteczko Huay Xai. Wspinamy się do posterunku granicznego Laosu, po stromym nabrzeżu. Żadnych problemów z wyrobieniem wizy na granicy nie ma. Cała procedura trwa kilkanaście minut. My mieliśmy zrobioną w Bangkoku. Opłata ta sama 30 dolarów amerykańskich. Kilkaset metrów dalej mieliśmy punkt zbiorczy w miejscu gdzie wypływają łodzie do Luang Prabang. Po prawie godzinnym oczekiwaniu na komplet pasażerów, wsiadamy do łodzi. Jej długość to około 40m, a szerokość 3m. Mieści dwa rzędy siedzeń. Całość zadaszona drewnianą konstrukcją. Sterówka umieszczona na samym przodzie i silnik spalinowy od ciężarówki w tylnej części. To będzie nasz transport przez kolejne dwa dni po Mekongu. Odpływamy około godziny 13, Dziś przed nami 5 godzin rejsu.
Na pokładzie mieszanka pasażerów. Jest całe mnóstwo młodych ludzi, Amerykanie, Duńczycy, Francuzi, Szwajcarzy, Kanadyjczycy, Niemcy. Młodzież do 40 roku życia od razu chwyciła w dłoń Beerlao, czyli laotańskie piwo. Polało sie strumieniami, ludzie zrobili się hipernadaktywni. Chodzą po pokładzie od przodu do tyłu i odwrotnie. Od burty do burty by robić zdjęcia, lub nakręcić co lepszą scenę. Ponad 90 osób na pokładzie to tłum. Relacje jakie czytaliśmy o tym rejsie mówiły o braku jedzenia i picia na pokładzie, oraz o drewnianych ławkach. Nakupowaliśmy więc prowiant, jeszcze w Tajlandii, a przy odprawie, na stoisku kupiliśmy poduszki na siedzenia. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby. Od roku bodajże nie ma już drewnianych ławek do siedzenia, a przymocowane za pomocą śrub do drewnianego pokładu, mało używane, czy raczej mało zużyte siedzenia, wyciągnięte z minibusów. Całość łodzi jest drewniana, poza częścią dachową, która częściowo jest obłożona plastikiem. Są nawet firanki z frędzlami ozdobnymi i na czas suchej pory zwinięte, ceratowe osłony przeciwdeszczowe.
Widoki są po prostu piękne. Cały czas lasy, ogromne skalne bloki wystające z wody lub przycupnięte przy brzegach. Co jakiś czas malutka plaża bądź przystań ze schowaną wioseczką. Przy skałach widać rozłożone na kijach sieci. Parę razy mija nas szybka łódź, która tą trasę, którą robimy w dwa dni, robi w jeden dzień, dwa razy szybciej. Pasażerowie mają kaski, a łódź przemieszcza się z dużą prędkością, skacząc po falach rzeki. Gdy zaczyna się ściemniać, udaje nam się wreszcie dopłynąć do wioski Pak Beng. Od brzegu słychać przekrzykujących się właścicieli gesthousów i pokoi do wynajęcia. Zastanawialiśmy się czy możliwe jest, by tych pokoi zabrakło, ale raczej nie. Miasteczko choć niewielkie ma coraz większą bazę noclegową. Rozmawialiśmy z niemieckim małżeństwem, które było tutaj kilka lat temu. Nabrzeże wygląda podobnie, ale ilość pokoi podwoiła się. Jest ciemno, a my wspinamy się po kamiennym nabrzeżu. W zasadzie niewiele widać. Pokój na jaki się zdecydowaliśmy jest całkiem przyzwoity, pościel czysta, zresztą po wielu już doświadczeniach wiemy na jaki standard możemy liczyć, i czego oczekujemy w tym budżecie, który sobie założyliśmy. Negocjujemy jeszcze śniadanie i już spokojne możemy wyruszyć na nocny obchód. Niewiele jest do oglądania. Dosyć ciemno, nie widać rzeki, parę knajpek, dużo kwater z pokojami. Parę sklepów, głównie z chipsami, ciastkami i napojami.

dzienne wydatki:
  • poduszki 2x 40BTH
  • bagietki 3x 40BTH
  • zupa i cola na łodzi 100BTH
  • hotel 400BTH


dzień dwudziesty czwarty 19 stycznia

Płyniemy łodzią od rana, co bardzo sprzyja pewnym refleksjom. Poranek rozświeciło piękne słońce, chociaż początkowo było bardzo chłodno a nawet mroźny. W odróżnieniu od wcześniejszych hosteli w tym była prawdziwa kołdra. Nie dziwimy się. Albo dziwimy się , choć bardzo się przydała. Ranek na łodzi, szczególnie moment wypływania i poczucia tego chłodnego wiatru zachęca do pośpiesznego (dla tych kto jeszcze tego nie zrobił) nałożenia polarów, kurtek, czapek, szalików. Płyną z nami Laotańczycy. Siedzą na pokładzie na samym przodzie. Oni to nawet nakładają rękawiczki, bo dla nich jest zima przecież. W każdym razie mnie mąż zmusił do nałożenia dwóch koszulek, bluzy, kurtki przeciwdeszczowej, dwóch par skarpetek i dziękuję mu za to, bo jest mi wystarczająco ciepło, ale widzę, jak inni kulą się z zimna. Po rozwianiu się porannych mgieł naszym oczom ukazuje się zieleń wzgórz otaczających nurty rzeki.W zasadzie na całej długości trasy są lasy. Poranne powietrze rozgrzało się od słońca, pobudzając skacowanych zachodnich turystów. Sternik leniwie ledwie dotyka koła, korygując kurs. Jest pięknie. Po prostu pięknie. Aż się wierzyć nie chce, że tu tak spokojnie. Mijamy kolejne niewielki osady i mamy wrażenie, że przepływające łodzie raz dziennie, są tu jedynym wyznacznikiem czasu. (co pewnie nie jest do końca prawdą ) Od czasu do czasu, na brzegu widać samotne szałasy. Jest pora sucha. Niski poziom rzeki widać wyraźnie po śladach na przybrzeżnych skałach.
Dopływamy wreszcie. Po ponad 7 godzinach rejsu jesteśmy w Luang Prabang. Bierzemy tuk-tuka do hostelu. Później krótka wizyta na lokalnym nocnym bazarze, obchód gesthousów - szukamy czegoś na jutro, koniecznie z widokiem na Mekong. Przed 21.00 jesteśmy w miejscowej restauracji. Jemy kolację, o 22.00 grzecznie nas informują, że zamykają. Wracamy, a po drodze mijamy dwa patrole policyjne. Ciągle zapominamy, że to państwo komunistyczne.

dzienne wydatki:
  • śniadanie 130BTH
  • kawa 5.000KIP
  • tuktuk do hotelu 4 USD
  • lunch 2x 10.000 KIP
  • mleko do kawy 4.000KIP
  • kolacja 53.000KIP
  • hotel 13 USD


dzień dwudziesty piąty 20 stycznia

Dzień pełen wrażeń. Wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Sabaidee (sabaidii) oznacza dzień dobry. Każdy pozdrawia się tym słowem. Wypożyczyliśmy rano rowery. Przejechaliśmy miasto wzdłuż i wszerz. Nie jest wielkie. Duża ilość świątyń, praktycznie na każdym kroku, gdzie się nie ruszysz - świątynia. Luang Prabang to miasto wpisane na listę światowego dziedzictwo UNESCO. Jest antyczna stolicą tego regionu, starego królestwa Lany. W mieście dominuje niska, jednopiętrowa zabudowa. Jest bardzo wiele kamienic w stylu kolonialnym, z dużą ilością drewna. Drewniane drzwi, okna wraz z okiennicami, płotki, ogrodzenia, podbitki dachowe. Miasto leży w dolinie, otoczone pasmami gór. Odwiedzamy Royal Palace Museum, Świątynie Wat Zieng Thong, najstarszą świątynię w Luang Prabang, wspinamy się na szczyt wzgórza Phou Si, gdzie oprócz zapierającego dech widoku na miasto, jest świątynia Wat That Chomsi. Wspinamy się to dobre określenie, ponieważ by dotrzeć do świątyni trzeba przejść aż 350 stopni stromych schodów.

Wieczorem ponownie odwiedzamy nocny targ. Liczne stoiska, to znaczy na ziemi ułożone towary na ceratowych matach i sprzedawczynie zachęcające do kupna. Jutro rano przed nami nie lada wyzwanie. Musimy wstać o piątej rano, by uczestniczyć w "karmieniu mnichów" Ceremonii, jaka odbywa się co rano, podczas której głównymi ulicami miasta przechodzi procesja mnichów, a ludzie ofiarowują im jedzenie i okazują swój szacunek. By zorganizować najbliższe dni kupujemy bilety na autobus do Vientianu - naszego następnego celu wyprawy, a także, niejako w pakiecie kupujemy także bilety lotnicze do Hanoi. Ze stolicy Laosu polecimy do Wietnamu. Podróż autobusem zajęłaby dużo czasu (około 24 godziny), i wymęczyłaby nas okrutnie. Zadecydowaliśmy się więc pozwolić sobie na trochę luksusu.

dzienne wydatki:
  • śniadanie 40.000KIP
  • wypożyczenie rowerów 20.000KIP
  • wstęp do świątyni 2x 20.000KIP
  • cola i shake 17.000 KIP
  • obiad 2x 40.000KIP
  • owoce i shake 27.000KIP
  • bilety na autobus nocny do Vientianu 2x 180.000KIP
  • bilety lotnicze z Vientianu do Hanoi2x 135 $
  • bluza 6$
  • koszulka t-shirt 20.000KIP
  • zeszyt do notowania, ile wydała żona 4.000KIP
  • hotel 13 USD


  • dzień dwudziesty szósty 21 stycznia (Dzień Babci)
    Dzień zaczął się od bardzo wczesnej pobudki. Budzik zadzwonił o 5.00. Postanowiliśmy wstać przed wschodem słońca, by zdążyć na ceremonię karmienia mnichów. Odbywa się to każdego ranka w mieście. Na główną ulicę Luang Prabang pełną światyń, dotarliśmy o brzasku i z rosnącą grupą turystów czekaliśmy na pojawienie się mnichów. Niepewni tego co nastąpi obserwowaliśmy przygotowania mieszkańców do codziennego ofiarowywania żywności. Na chodniku wzdłuż murów świątyni tutejsze kobiety ułożyły maty i dywaniki, na nich poduszki dla turystów i słomiane pojemniki z ryżem. Za opłatą można było usiąść, przyklęknąć na poduszkach, przepasać się szarfą przez ramię, w przygotowaniu do zwyczaju przekazania pożywienia. Kiedy tylko nastał świt pojawiły się pierwsze grupki młodziutkich mnichów. Większość z nich to dzieci, kilkunastoletni chłopcy, z pojemnikami na żywność, przewieszonymi przez prawe ramię. Jeden za drugim w skupieniu, gęsiego, szli chodnikami, mijając kolejnych ofiarodawców, napełniających ich pojemnik. Całości towarzyszy tłum turystów, fotografujących to wydarzenie (my wśród nich oczywiście).

    Znowu nieodparte uczucie skomercjalizowania tego jakże szlachetnego religijnego zwyczaju. Kontrast skupionych mnichów z ekspresyjną grupą turystów, dźwięk zwalnianych migawek aparatów, błysk fleszy, zaburzał trochę pełną powagi procesję. Trwało to około 40 minut, po czym wszyscy zaczęli się zbierać, ulica nieznacznie wyciszyła się, kobiety poskładały poduszki, zwinęły maty i dywaniki, pozbierały koszyczki z ryżem, a rzeczy toczyły się dalej swoim rytmem. Knajpy zaczęły serwować śniadania dla turystów.
    My oczywiście też idziemy na śniadanie. Zapowiadający się miły poranek chcemy spędzić w spokojnym, upatrzonym wczoraj miejscu nad Mekongiem. Obserwujemy budzących się do życia straganiarzy, dostawców, turystów powolnie zapełniających restauracji i wschodzące słońce, które powoduje opadanie mgieł nad lasami przy brzegach rzeki, jednej z największych w Azji.
    Na szczęście jest wi-fi. Otwieramy skrzynki z podziękowaniami za pocztówki :). Tak, tak, dużo znajomych pisze, że trzymają je na eksponowanych miejscach. :).
    Widokówki z ostatniej wyprawy ze Sri Lanki doszły tuż przed naszym powrotem, a tym razem mamy jeszcze przed sobą 40 dni podróży, nie minęliśmy jeszcze nawet półmetka naszej wyprawy. To miłe uczucie. Naprawdę...

    dzienne wydatki:
    • śniadanie 80.000KIP
    • wypożyczenie rowerów 2x 10.000KIP
    • shake 2 x 10.000 KIP
    • lunch 2x 13.000KIP
    • kolacja 2x 20.000KIP
    • pranie 20.000KIP
    • hotel 100.000 KIP


    • dzień dwudziesty siódmy 22 stycznia
      Śniadanie w "Indochina Spirit Restaurant". Stoliki z białymi obrusami, na śniadanie bagietka z jajkiem sadzonym, sałatka z owoców z jogurtem i herbatka. Z jednej strony dobrze, że są bagietki, bo w Tajlandii czy Malezji praktycznie w ogóle nie ma pieczywa. Ale przy śniadanku westchnęłam:"jak przyjedziemy do domu, to chleb pieczemy", na co mój mąż;"tak, tak, i rosołek, a nie te zupy cytrynowe".
      Fakt, jedzenie jest ciekawe, czasem nawet smaczne, ale powoli zaczynamy tęsknić za swoimi przyzwyczajeniami.
      Noc była dziś mało spokojna. Wczoraj wieczorem do guesthousu, w którym mieszkamy przyjechali Chińczycy. Jakaś grupa większa, około ośmiu osób. Hałasy, krzyki, ostry , gwałtowny, urywany nagle język. To, że mieszkamy w budynku zbudowanym w stylu kolonialnym ma niezaprzeczalny urok. Niestety, ma też wady. Główną jest to, że jest to lekka konstrukcja. Drewniane drzwi z litego drewna, bez uszczelek, powodują, że słychać każde, nawet najlżejsze stuknięcie drzwiami. Nie mówię już o tym, że ściany są cienkie, jedynie ze sklejki, wiec słychać wszystko. W pomieszczeniach mieszkalnych chodzi się bez butów, ściąga się je przy wejściu (podobnie jak do każdej Świątyni). W hostelach nie ma dywanów, więc nic nie wycisza kroków. Czasem jest tak, że faktycznie, ma się wrażenie, jakby słoń przeszedł.
      Wczoraj zrobiliśmy ponownie obchód nocnego bazaru. Gdy mieszkasz w centrum Luang Prabang, praktycznie nie bardzo jest gdzie pójść. Trzeba "zaliczyć" targ. Zdumiewające, jak wiele jest tu rękodzieła. Luang Prabang z okolicznymi wioskami to centrum manufaktury tkackiej. Różnorodność tkanin, a z nich szalików, chustek, toreb, siatek, obrusów, fartuszków, śliniaków, kapci, nakryć głowy przeróżnych, zachwyca nas. Stoisko przy stoisku. Sprzedają w przeważającej ilości kobiety. Na długości około 1 kilometra leżą maty, rozłożone są towary. Tutaj robią "coś z niczego". Portfeliki z materiału. Rzeźby, pudełka,misy, pałeczki z drewna. Sporo wyrobów ze słomy, wikliny czy z bambusowych liści - koszyki, koszyczki, kosze, nosidła, czapki. Z niteczek powiązane są misternie przeróżne, kolorowe "bransoletki" na rękę. Oglądamy też dużo wyrobów ze srebra (chyba), bransoletki, łańcuszki, medaliki. Mnie najbardziej porusza obecność dzieci, niemowląt na targu. Kobiety siedzą z maleńkimi dziećmi, karmią je, kładą obok w leżaczkach. Na jednym ze stoisk leży może pół roczne niemowlę, na kocyku, osłonięte postawianą dziecięcą moskitierą. Naokoło hałas kupujących turystów, ostre światło z żarówek, zawieszonych na drutach na metalowych stelażach dookoła stoisk.
      Laos jest biednym krajem. Widać to wyraźnie. Nie trzeba do tego suchych danych o dochodzie narodowym brutto na mieszkańca. Na targu możesz też kupić oryginalną whisky (?) , w każdym razie jakiś mocny alkohol z wężem w butelce. Niektóre węże mają rozwarte paszcze i trzymają w nich skorpiona. Niewielkiego oczywiście, bo chodzi o to, by razem się zmieściły w butelce. Nie wiem jak oni tam upychają te gady.
      Nie można nie wspomnieć o zaułkach, przeważnie są to boczne uliczki, a w zasadzie jedna główna, która łączy nocny market z targiem warzywnym. Na tej ulicy, na całej długości, w otoczeniu mieszkalnych domostw, rozstawione są jeden przy drugim "szwedzkie stoły" Dostajesz talerz i możesz nakładać do woli (ale chyba tylko raz). Do wyboru masz kilkanaście rodzajów makaronów, przeważnie z niczym. Przyprawione, ze śladowymi ilościami warzyw, np. marchewki czy brokułów. Osobno są swoiste sałatki, z bliżej nie zidentyfikowanymi warzywami, może dynia, może oberżyna, może cukinia. Duże ilości fasolek zielonych, w osobnych misach ryże, zarówno białe jak i przyprawione szafranem i innymi przyprawami, z opiłkami warzyw, marchwi lub zielonych ziół i traw. Możesz też dobrać mango pokrojone w kostkę, ogórki w plastry, małe pomidorki. A wszystko za jedyne 10 tysięcy Kipów (czyli około 4 złotych). Dodatkowo możesz zaszaleć i za 8 do 10 złotych, czyli około 20 tysięcy Kipów laotańskich możesz kupić grilowaną rybę lub pierś kurczaka, lub coś na kształt boczku.
      Następnie siadasz z tym talerzem na drewnianych ławkach, przy drewnianych , niedbale złożonych stołach (zresztą mówiąc stołach, obrażam stoły z prawdziwego zdarzenia). To są raczej deski zbite do kupy, z założoną ceratą. I jesz, a otacza Cię chmara turystów, zachwycona lokalnym jedzeniem i otoczką konsumpcyjną. W okrągłych koszykach na stołach są pałeczki. Używane. Pamiętaj! Nigdy nie bierz pałeczek, które leżą otwarte. Wybieraj tylko zafoliowane, lub noś ze sobą swoje. Kup, są niedrogie, ale masz coś na kształt gwarancji, że nikt przed tobą tego drewienka nie lizał.
      W Luang Prabang przepięknie meandruje Mekong. Możesz uchwycić tu romantyczny zachód słońca, które odbija się w wodach Mekongu zahaczając o otaczające miasto góry. Doprawdy urocze miasteczko, leniwe i senne, rozbrajające swoim spokojem.

      dzienne wydatki:
      • śniadanie 2x 18.000KIP
      • podwieczorek (kawa i ciastka) 33.000KIP
      • shake 10.000KIP
      • kolacja 40.000KIP
      • prowiant na drogę 13.000 KIP


      dzień dwudziesty ósmy 23 stycznia
      Jesteśmy w Vientianie - stolicy Laosu. Nocny przejazd autobusem sypialnym należał do najgorszej nocy spędzonej podczas dwudziestu ośmiu dni w podróży. Niby wszystko zapowiadało się dobrze - VIP sleeping bus - znaczy, że autobus przystosowany do spania, niby miał być koc (w sumie to był), niby, że o 7.00 będziemy w Vientianie (w sumie to byliśmy), ale całość wrażeń - męcząca. W nocnych pociągach - super - można było się wyspać. Tymczasem przed wejściem do autobusu dostaliśmy torebki foliowe na buty, które musieliśmy zdjąć. Każdy zajął swoje miejsce w zbyt ciasnym fotelu nie przystosowanym do naszych europejskich wymiarów. W pojeździe były dwa poziomy foteli w 3 rzędach, dwa pod oknami i jeden na środku. Miejsce na nogi było umieszczone w obudowie pod leżanką pasażera z przodu. Całość dosyć dziwnej konstrukcji nie pozwalała na prawie żaden ruch. Przejścia pomiędzy siedzeniami z czasem poblokowane przez podręczny bagaż uniemożliwiały swobodne dojście do toalety, choć po jednokrotnej naszej wizycie w toalecie i przygodach z tym związanych, na kolejne się nie zdecydowaliśmy. Wypełniony kompletem pasażerów autobus ruszył z Luang Prabang o czasie. Ku naszemu lekkiemu zdziwieniu kilkakrotnie zatrzymał się zaraz za miastem i zabrał kilkoro miejscowych ludzi, którzy bez skrępowania rozłożyli się w wąskich przejściach między siedzeniami. Leżeliśmy tak jak "śledzie", a oni nic sobie z tego nie robili. Inną sprawą jest stan dróg w tym kraju, a właściwie ich brak. Przeważającą większość trasy nie jechaliśmy szybciej jak 30-40 km/h. Teren jest mocno górzysty, a serpentyny ciągną się w nieskończoność. Z dworca autobusowego w Vientianie wraz z dwoma poznanymi turystkami z Hiszpanii, po małych negocjacjach ceny, dojechaliśmy taxi do centrum. W zarezerwowanym wcześniej guesthouse zostawiliśmy bagaże i pomimo ciężkiej nocy pojechaliśmy rowerami na objazd miasta.
      Vientian wcale nie przypomina typowej stolicy państwa. w całej panoramie miasta, którą oglądaliśmy na bulwarze nad Mekongiem i potem z łuku triumfalnego, widać tylko dwa wysokie budynki. A i te mają tylko kilkanaście pięter. Leżący nieopodal rzeki Pałac Prezydencki i łącząca go z łukiem triumfalnym szeroka dwupasmowa aleja bardzo nam się skojarzyła z Paryżem. Pewnie dlatego, że Laos był kolonią francuską, i odbija się to echem w tym mieście. Plac na którym Francuzi w 1962 roku wznieśli replikę łuku triumfalnego jest rozległy. Sąsiaduje z imponującym budynkiem rządu. Dwie fontanny na osi alei zwieńczone są gongiem pokoju. Łuk tryumfalny zwany raczej Victory Gate (bramą zwycięstwa), czy po laotańskiemu Patuxay, jest zlokalizowany na Lane Xang Avenue. Zbudowany na początku lat 60 dwudziestego wieku, jest monumentalnym budynkiem, niedokończonym ze względu na zawirowania polityczne. Następnie odwiedziliśmy duży kompleks świątynny Pha That Luang. Położona w północno wschodniej części miasta, wyróżnia się z otoczenia dużą stupą w złotym kolorze. Stupa zbudowana w 1566 roku przez króla Sayasetthathirath robi bardzo duże wrażenie.
      Po małej dawce zabytków postanowiliśmy poszukać miejsca, w którym można by zjeść śniadanie. Nie wiem czemu, ale w Azji nie możemy znaleźć typowego śniadania w naszym tego słowa rozumieniu. Ponownie trafiamy w miejsce, gdzie zamawiamy noodle soup i rice, czyli zupa i ryż na śniadanie. Posiłek jedliśmy blisko guesthouse'u, więc odbieramy nasze bagaże z recepcji. Dostajemy klucze do naszego pokoju. Nie jest źle, parter w bocznym skrzydle budynku, łazienka w pokoju, wiatrak i klima. Niestety jak w większości odwiedzonych przez nas miejsc najczyściej nie jest. Wystarczyłoby trochę wysiłku obsługi w utrzymanie czystości i nie byłoby na co narzekać.
      Po wcześniejszym rozeznaniu się w miejscach gdzie można tanio i dobrze zjeść, wybraliśmy się na kolacje nad Mekong. Wzdłuż muru świątyni Wat Chantabul rozłożyło się kilka stoisk z grillowanymi rybami, kurczakami i owocami morza. Wybraliśmy jeden z plastikowych stolików rozłożonych przez obsługę i dostaliśmy naszą rybkę z ryżem i makaron z kurczakiem. Dookoła przechodziło dużo ludzi, turystów i miejscowych. Po jakim czasie w naszą stronę podszedł człowiek,lichego wyglądu, uklęknął i prosił o jałmużnę. Nie spotkałem się jeszcze z tak bezpośrednim i wymownym gestem. Nie jestem znawcą ludzkich zachowań, ale prośba tego człowieka i jego postawa była według mnie prawdziwa. Gdy podziękował za skromny datek widzieliśmy dwoje małych dzieci. Chodząc od stołu do stołu prosiły o resztki z talerzy. Zbierały je do reklamówki i z gestem podziękowania odchodziły dalej. Nie powinniśmy zapominać, że na świecie jest dużo biedy. Jest takie powiedzenie, że podróże kształcą, coś w tym jest...

      dzienne wydatki:
      • śniadanie 28.000KIP
      • wypożyczenie rowerów 20.000KIP
      • cola i shake 21.000KIP
      • kolacja 70.000KIP
      • lody i kawa 79.000KIP
      • hotel 110.000 KIP


      dzień dwudziesty dziewiąty 24 stycznia
      Już wiem, dlaczego guesthouse-y nie wiedzą czy jutro będzie wolny pokój, czy nie. Recepcjoniści/właściciele mówią, że jutro, w porze wymeldowania będzie wiadomo. A Ty chodzisz od guesthouse-u do guesthouse-u i poszukujesz na jutro. Udaje się to tylko wówczas, gdy naprawdę jest dużo wolnych pokoi. Jeśli są goście - nigdy nie wiadomo, kto będzie chciał zostać, tym samym - nie trzeba sprzątać pokoju, nie trzeba wymieniać ręczników, nie trzeba wymieniać pościeli - czysty zysk. Takie przemyślenia przychodzą do głowy, kiedy siedzę sobie spokojnie przy stoliku w Saysouly guesthousie, w którym nocowaliśmy. Przechodzili młodzi ludzie szukając pokoju - jeszcze nie czas... Pokoju należy szukać około 10-11. Wtedy wszyscy się określają, czy zostają, czy nie. Ale co zrobić, jeśli nocny autobus z Luang Prabang przyjeżdża o 7.00 rano, dworzec jest poza miastem, musisz tu dotrzeć, wiec wymięty i wykończony sleeping bus-em dojeżdżasz do stolicy - a tu zonk.
      Generalnie jest lepiej niż dobrze. Nasze dwumiesięczne podróżnicze życie jest lepsze, niż przypuszczaliśmy. Od młodzieży, która z najczęściej podróżuje padają czasem pytania, jak my razem wytrzymujemy 24 godziny na dobę. Odpowiadamy zawsze tak samo, niezależnie czy pyta Hiszpanka, Holenderka czy Francuzka (bo jakoś bardziej kobiety to interesuje): sztuka kompromisów. sztuka ustępowania, nie tracąc z oczu własnych potrzeb. Sztuka odpuszczania.
      Dziś jedziemy oglądać Xieng Khouan Buddha Park.Położony nad brzegiem Mekongu, przy mieście Nongkhai. TO park zbudowany w 1958 roku , gdzie jest duża ilość rzeźb zarówno Buddy, jak i innych statuetek. Park jest oddalony około 28 kilometrów od miasta, postanowiliśmy więc wypożyczyć skuter. Przy okazji zobaczymy Most Przyjaźni, który łączy Laos z Tajlandią i jest pierwszą stałą przeprawą mostową w dolnym biegu Mekongu. Most wybudowany został przez przedsiębiorstwo australijskie. W samej stolicy chcemy jeszcze zobaczyć zbudowaną w 1818 roku świątynię Vat Sisaket. To najstarsza świątynia w Vientianie, postawiona przez króla Anouvong. Jest to specyficzna świątynia, otaczający ją mur, a w nim krużganki mają ustawione w dwóch rzędach posągi buddy, na długości i szerokości całej świątyni. Dodatkowo w krużgankach na murach wykute są nisze, a w nich ustawione po dwie na niszę, setki małych rzeźb Buddy. Wygląda to imponująco.
      Poruszanie się skuterem po ulicach Vientianu nie sprawia zbyt dużo stresu. Miasto rozległe i trochę prowincjonalne. Nawet w godzinach szczytu nie korkuje się za bardzo. Przepisy ruchu drogowego nie są zbyt rygorystycznie przestrzegane, ale kierowcy są za to raczej uprzejmi i jakoś w miarę płynnie poruszamy się po mieście w kierunku naszego pierwszego celu.
      Po kilkunastu kilometrach natrafiamy na podniszczony i zaniedbany skansen. Zatrzymujemy się i wchodzimy do środka. Wstęp 5000 kip. W środku na kilkunastu hektarach stoją domy, zbudowane na wzór tych, w jakich w tym rejonie mieszkali w przeszłości Laotańczycy. Większość budynków jest niestety zamknięta, domyślamy się, że to z powodu ich złego stanu. Pomimo to można sobie wyobrazić jak tu kiedyś było pięknie. Zacienione wysokimi palmami alejki prowadzą nas do kolejnych punktów parku. Dotychczas jechaliśmy trochę na wyczucie w kierunku Parku Buddy. Nie widzieliśmy żadnego drogowskazu. Sprzedawczyni biletów w skansenie na migi wytłumaczyła nam ze obraliśmy dobry kierunek i jeszcze około 7 km przed nami. Parę minut później mijamy most graniczny z Tajlandią na Mekongu. Nie robi na nas takiego wrażenia jak się spodziewaliśmy. Właściwie bierzemy go z "marszu". Droga zaczyna się kończyć... a właściwie to asfalt na niej. Miejscami na długości kilkudziesięciu, kilkuset metrów jest bardzo dziurawy żwir.
      Zrobiło się dosyć gorąco i jedziemy na przemian, to w kurzu, to w błocie, bo drogę polewają wodą duże ciężarówki. Trochę niepewny, czy jedziemy w dobrym kierunku zatrzymuje się. Próbując dopytać się o drogę szukamy kogoś kto choć trochę rozumie po angielsku. Nie jest z tym łatwo, ale udaje się. Docieramy na miejsce dokładnie po 29 km, od centrum Vientianu. Xieng Khouan Buddha Park wart był przebytej drogi. Największym obiektem jest tu posąg leżącego buddy z podparta ręką głową. Ma kilkadziesiąt metrów długości i kilkanaście wysokości. W jego sąsiedztwie ustawione są przeróżne rzeźby przedstawiające postaci i sceny z religii buddyjskiej. Dosyć ciekawym miejscem jest sporych rozmiarów budowla, kilkanaście metrów wysokim, przypominającym kształtem kulę. Na jej szczycie umieszczone jest coś na kształt drzewa. Całość misternie ozdobiona płaskorzeźbami. Na szczyt można wejść przez ogromną głowę z otwartą paszczą. W środku na trzech poziomach zrobione są jakby kolejne kapliczki w posągami buddy i innych bóstw hinduskich. Są usytuowane centralnie wokół osi budowli, otoczone podwójny murem - pomiędzy dwoma murami jest korytarz i schodki prowadzące na kolejne poziomy. Widok z góry na park jest imponujący. Informacje jakie znaleźliśmy na temat tego parku mówią, że pierwsze rzeźby były ufundowane przez darczyńców i postawione w hołdzie dla Buddy. Następni wierni ponawiali ten zwyczaj i przez ostatnie 60 lat powstało miejsce, w którym nagromadzonych zostało wiele rzeźb i posągów.
      Nieśpiesznie wracamy do miasta. Mijamy po drodze i biedne chaty i chatki laotańskich ludzi, jak i "wypasione" domy, otynkowane, z oknami, drzwiami drewnianymi, tarasami, balkonami, ogrodami. Część wygląda na zadbane i nowe.

      Stolica jest senna, jest ruch na drogach, ale mamy wrażenie, że większość interesujących punktów tego miasta już widzieliśmy. Zostają nam jeszcze ze trzy muzea - historyczne i wojskowe, ale podejmujemy decyzję, że skrócimy nasz pobyt o jeden dzień w Laosie.
      Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy biuro laotańskich linii lotniczych (Lao Airlines). Mamy dużo szczęścia, ponieważ godzinę przed zamknięciem (tutaj w zasadzie wszystko funkcjonuje do 16.00, a w nagrodę jest jeszcze przerwa na lunch, zwykle między 12 a 13) biura, udaje nam się zamienić nasz termin wylotu z 26 na 25 stycznia.
      Póki co jesteśmy zadowoleni. Wszystko idzie zgodnie z planem. Teraz obiad, szybki tour skuterem po mieście. Przepiękne są bulwary nad Mekongiem, całe skąpane w słońcu, zarówno rano jak i wieczorem. Jeszcze zaliczamy świątynie Sisaket (nawet za parking nas kasują...), która jest warta pieniędzy, jakie płacimy za wejście. Na zewnętrznym obszarze świątyni oglądamy bibliotekę. To niewielki budynek, zbudowany na kształt świątyni, a w nim drewniana konstrukcja, bogato zdobiona malowidłami, przygotowania do przechowywania pism o tematyce religijnej.
      Wieczór w tej azjatyckiej stolicy jest leniwy i spokojny. Nie ma hałaśliwego tłumu, w ogóle nie ma dużych gromad ludzi. Jest prowincjonalny spokój, sennie i leniwie otaczający turystów. Jedynie nad Mekongiem nieznacznie atmosfera jest ożywiona.
      W pobliżu hostelu, w którym dziś nocujemy mąż funduje mi masaż. Prawdziwy laotański masaż (ciekawe ile w tym komercji), na całe ciało, trwający jedną godzinę. Korzystam. Najpierw mycie nóg. Opłukują mi nogi w misce, namydlają, osuszają ręcznikiem. Potem prowadzą mnie na piętro, gdzie na drewnianej podłodze leży około 12 materacy, każde stanowisko jest oddzielone od drugiego kotarami, przewieszonymi na drewnianych konstrukcjach. Masażysta przynosi szaty, coś na kształt chińskiej piżamki. Przebieram się. A później już tylko przyjemnie, bo każdy mięsień na stopach i nogach i rękach i plecach jest uciskany. Część masażu wykonywana jest przy pomocy stóp. Generalnie - przyjemnie i relaksująco. Jutro wylatujemy z Laosu.

      dzienne wydatki:
      • śniadanie 40.000KIP
      • wypożyczenie skutera 80.000KIP
      • wstęp do Muzeum etnicznego 2x 5.000KIP
      • wstęp do Budda Park 2x 5.000KIP
      • obiad 28.000KIP
      • wstęp do Vat Sisaket 2x 5.000KIP
      • parking przed świątynią 3.000KIP
      • cola 2x 5.000KIP
      • kolacja 51.000KIP
      • kawa shake 10.000KIP
      • masaż 60.000KIP
      • hotel 110.000 KIP

      Ciąg dalszy...
comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012