facebook

Kambodża


Kambodża to miejsce wielu trudnych momentów historycznych. Kojarzy nam się z wojną, przemocą, biedą i zacofaniem. Pociąga nas i odpycha jednocześnie. Osławiony Angkor Wat wraz z całym kompleksem świątyń stanowi dla nas główny powód do odwiedzenia Kambodży. To miejsce gdzie rozciągało się imperium Khmerów, po którym zostały ogromne kompleksy światyń. Kambodża okupowana dawniej przez Tajlandię, skolonizowana przez Francję w XIX wieku, zniewolona przez Japonię podczas drugiej wojny światowej, następnie znowu pod dominacją tajlandzką i kolejno wietnamską, wyniszczony przez wojny domowe oraz reżim Pol Pota i Czerwonych Khmerów, od niedawna odzyskuje spokój i normalizującą się sytuację polityczną. Ciągłe walki, reżim, barbarzyństwa i masowe mordy ludzi to cierpki obraz tego kraju.

Przelicznik walutowy 1 zł = 1.260 Riel

1 $=4.030 Riel



dzień czterdziesty siódmy 11 lutego

Rano jeszcze przed budzikiem obudziło nas stukanie w drzwi z informacją, że śniadanie już gotowe. Co prawda nie było go w cenie wycieczki, ale omlet i dżem były smaczne. Nasza wczorajsza grupa podzieliła się na dwie części. Jedna wracała do Sajgonu, a my wraz z drugą płynęliśmy na farmę ryb i do wioski Czamów. Na platformach pływających po rzece mieszkają ludzie trudniący się hodowlą ryb. W przymocowanych pod nimi ogromnych klatkach trzymają i hodują je.
Parę kilometrów dalej w górę rzeki przybiliśmy do przystani i spacerem przeszliśmy do wioski Czamów. Czamowie po utracie niepodległości w XIX wieku, obecnie żyją w kilku krajach jako mniejszości narodowe. W Wietnamie społeczność ta liczy około 130 tysięcy ludzi.
Wąska asfaltowa droga prowadziła przez biedne i podniszczone zabudowania. Większość maleńkich domów, a wręcz szałasów była postawiona na betonowych 2-3 metrowych słupach. Poza drogą teren mocno się obniżał i widać było ślady okresowego, podnoszenia się poziomu wody w Mekongu. W swoich domostwach większość mieszkańców nie miała zbyt wielu sprzętów.
Klimat tutejszy nie wymaga okien, szyb ani drzwi. Otwarte konstrukcje nie wyglądały na zbyt solidne i wytrzymałe.
Po powrocie do przystani zmieniliśmy łódź na tak zwaną "speed boat" i w niecałą godzinę byliśmy już na granicy wietnamsko - kambodżańskiej. Po prowizorycznym drewnianym trapie weszliśmy do budynku stojącego nad samą wodą na palach, gdzie dostaliśmy pieczątki opuszczenia Wietnamu.
Wymieniamy trochę dolarów na Riele kambodżańskie. Waluta ta jest sporo mocniejsza niż VND, ale tu też za dolara dostajemy pokaźną sumę 4000 Rieli.
Ponownie wsiadamy do łodzi i w parę minut jesteśmy kilkaset metrów dalej w punkcie odprawy granicznej Kambodży. Jako, że wizy mamy już wyrobione wcześniej w Bangkoku, podchodzimy do okienka poza grupą i już mamy pieczątkę wjazdową. Wizy można bez problemu wyrabiać na granicach, w zasadzie we wszystkich przejściach lądowych, na których byliśmy.
Kolejne 4 godziny upływają nam na oglądaniu krajobrazu wokół rzeki. Widzimy niszczycielskie działanie wody, która podmywa brzegi, rybaków w małych łódkach, większe stateczki przewożące różne towary.
Lekko znużeni rejsem ujrzeliśmy w końcu kilka wysokich budynków Phnom Penh. Zaraz na przystani zostaliśmy otoczeni przez kierowców tuk tuków oferujących przejazd do hoteli. Jako, że nie robiliśmy rezerwacji tym razem przez internet, korzystamy z transportu za 2$. Oglądamy trzy miejsca polecane nam przez kierowcę. Nie są jednak zbyt czyste, więc idziemy kawałek dalej i meldujemy się w Super Star Hotel. Pokoik na pierwszym piętrze z widokiem na ulicę, łazienką i klimą. Może niezbyt tani, ale w naszym zasięgu (mieści się w budżecie). Dochodzi już 18.00 i przed zmrokiem poznajemy tylko najbliższe ulice.
Zasięgamy informacji w naszym hotelu o opcjach transportu na kolejne dni. W Kambodży, podobnie jak w innych krajach Azji, każdy hotel i funkcjonujące żywo agencje turystyczne, pośredniczą i organizują transporty w dowolnym kierunku. W Kambodży równolegle funkcjonują dwie waluty. Dolar amerykański jest widoczny we wszystkich cennikach. Można płacić w obu z nich bez problemu.
Lekko zmęczeni dalsze poznawanie miasta odkładamy do następnego dnia.

dzienne wydatki

  • śniadanie 120.000 VND
  • kawa, owoce 30.000 VND
  • tuk tuk w Phonh Penh 8.000 Riel
  • obiad 23.ooo Riel
  • mango 4.000 Riel
  • kawa 15.000 Riel
  • strepsil 6.000 Riel
  • nocleg 15$


dzień czterdziesty ósmy 12 lutego

Próbujemy się ogarnąć w Phnom Penh. Po porannym posiłku na świeżym powietrzu w knajpce naprzeciw hotelu, bierzemy tuk tuka. Mamy zamiar znaleźć biuro Angkor Arlines. W internecie znaleźliśmy tanie loty wewnątrz Kambodży i chcemy zaoszczędzić trochę czasu przeskakując jakiś dłuższy odcinek. Wyposażeni w adres z internetu jedziemy około 3km poza centrum. Bardzo rezolutny i pomocny kierowca próbuje zlokalizować nasz cel, jednak nie jest to takie proste nawet dla niego. Do teraz nie wiemy, czy adres ze strony internetowej jest prawidłowy. Ostatecznie po dłuższym szukaniu wylądowaliśmy w agencji pośredniczącej w sprzedaży biletów. A tam okazało się że dziś jest niedziela (znowu zapomnieliśmy jaki jest dzień tygodnia) i nie można się dodzwonić do linii lotniczej. Tak więc pierwszą rundę wygrywa miasto.
W kolejnej tez niestety ponosimy porażkę. Żądni wrażeń kulturalnych maszerujemy w rosnącym skwarze do Pałacu Królewskiego. Temperatura sięga chyba trzydziestu paru stopni. Odcinek pomiędzy hotelem, a Pałacem nie jest zbyt duży, ale cienia brak. Na miejscu okazuje się, że wstęp jest w godzinach porannych do 11 i potem od 14. Jesteśmy przed wejściem o 11 godzinie... Szczęśliwie dla nas tuż obok jest Muzeum Historii Kambodży. Wewnątrz zapoznajemy sie z wieloma eksponatami. w gablotach wystawiona jest Bogata kolekcja wyrobów z brązu, bardzo misternie zdobiona. Dużo rzeźb Khmerskich pochodzących z wykopalisk w różnych miejscach kraju. Wiele wizerunków Buddy i Boga Wisznu z czterema ramionami. Wchłaniamy historię chłodzeni szumem wentylatorów w salach wystawowych.
Po wyjściu z muzeum nie chce nam się już nic. Jest tak gorąco, że nic, tylko gdzieś usiąść. Albo się położyć. Nie ma mowy w ogóle o tym, byśmy wracali do Pałacu, by go zwiedzić.
Odpoczywamy dłuższą chwilę. Pijemy kolejne kawy mrożone i cole. Później jemy makaron, robiony na naszych oczach z ciasta z dodatkiem oleju z otrębów ryżowych (rice bran oil). Makaron jest bardzo plastyczny, kucharz rozciąga go kilkunastokrotnie, by później po prostu wrzucić go do wody i podsmażyć. Zmieszać z warzywami i podać nam. Tradycyjnie krewetki w jednej porcji, w drugiej nie :).
Oglądamy jeszcze Wat Ounalom, główne miejsce buddyzmu w mieście, za panowania Pol Pota prawie całkowicie zniszczone.
Dzisiejszy dzień zapisał się także jako dzień walki z odrostem. Dwa farbowania włosów w ciągu jednego dnia to nie przelewki. Oczywiście problemy z porozumieniem się (przecież fryzjerzy nie mówią po angielsku), uspokajanie w rodzaju " no problem" na niewiele się zdaje. Finalny efekt nie jest może do końca satysfakcjonujący, ale efekt pośredni był koloru kurczaczego. Wściekle żółty nie nadawał się do pokazania ludziom. A przecież nie można cały czas chodzić w czapce. Fryzjerki mają tu fantastyczny zwyczaj masowania głowy podczas mycia. Głowy, uszu, części karku. W zamian za to paznokciami właściwie drapią skórę podczas mycia. Przy czekaniu podczas farbowania włosów, fryzjerka masuje najpierw jedną moją rękę, później drugą, dłoń, przedramię, aż gęsia skórka wychodzi.
W poszukiwaniu farby do włosów zawędrowaliśmy do Sorya Shopping Centre. Centrum handlowe urzekło nas. Kto w kraju biedy kupuje te ciuchy w cenach takich jak w Polsce? Nie wiemy. Ale oglądających sporo, choć większość to młodzież. wieczór nadchodzi szybko i po wieczornej porcji owoców wykończeni dzisiejszym dniem zasypiamy spokojnym snem.

dzienne wydatki

  • śniadanie 20.000 Riel
  • tuk tuk na 2 godz. 16.000 Riel
  • wstęp do muzeum histori 2x12.000 Riel
  • farba do włosów 4,5$
  • fryzjer farbowanie 24.000 Riel
  • cola, kawa 11.500 Riel
  • obiad 20.000 Riel
  • wstęp do Wat Ounalom 2x4.000 Riel
  • kawa mrożona x 2, cola x 2 16.000 Riel
  • nocleg 60.000 Riel


dzień czterdziesty dziewiąty 13 lutego

Dzisiaj będzie opisowo. Jest nieprzyzwoity upał. Nie mam pojęcia ile jest stopni, ale jest tak gorąco, że aż obezwładnia. Nie chce się myśleć, nie mówiąc o mówieniu czy zwiedzaniu. Phon Phen to miasto, które stwarza wrażenie, pewnej takiej nieciekawości. Wydaje się że wszystkie ulice są takie same, wszędzie te same stoiska z jedzeniem, te same bary.
Rano wstajemy skoro świt. Chcemy przed upałem zdążyć zobaczyć Pałac Królewski, którego wczoraj się nie udało zwiedzić. Aktualizujemy informację z przewodnika - bilet nie kosztuje 3 dolary, a sześć. I 25 centów. :) Oglądamy Salę Tronową, niestety zamkniętą dla zwiedzających, jedynie przez otwarte drzwi i okna możemy zobaczyć wielkie, wysokie na 59 metrów pomieszczenie, gzie Król Sisowath i kolejni, od 1919 roku koronują się, celebrują inne uroczystości i przyjmują dyplomatów. Oglądamy jeszcze Srebrną Pagodę, która zawdzięcza swoje imię posadzce, która jest pokryta srebrnymi kafelkami. Podobno jedna waży 1 kg. W większości te płytki są przykryte dywanem. Nie robią oszałamiającego wrażenia. Wrażenie robi natomiast Złoty Budda, inkrustowany 9587 diamentami.Gdyby tak jeszcze lepiej był oświetlony, odpowiednim naświetlaczem, powalałby na kolana. Po Złotym Buddzie w Bangkoku jest on jednym z najpiękniejszych posągów Buddy, jaki widzieliśmy.
Powyżej, na podwyższeniu, stoi statuetka Szmaragdowego Buddy. Równie piękna, ale zdecydowanie przyćmiony jej blask. Większość Królewskiego Pałacu była zburzona i zdewastowana przez Czerwonych Khmerów.Powoli jest to teraz odbudowywane. W ogóle całe miasto w pewnym sensie wygląda na młode i dopiero co budowane w większości miejsc.
Pisaliśmy nie raz o ludziach, których spotykamy wielokrotnie, podczas naszej podróży. Do naszych największych ulubieńców należy para Amerykanów. Spotkaliśmy ich po raz pierwszy na łodzi z Tajlandii do Luang Prabang. Później w Hanoi, w Hue, w Hoian, w Sajgonie. Nie zdziwiliśmy się, gdy ujrzeliśmy ich w Phnom Penh. Za każdym razem wpadamy na siebie przypadkowo. Kobieta ma na imię Marysia.Dokładnie tak ma wpisane w paszporcie. Marysia. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, ze jest Afroamerykanką.Jej matka zakochała się w pisarzu, który pisał o Marii, stąd też wzięło się imię.
Odpuszczamy Muzeum Tuol Sleng. Nie wchodzimy tam, by oglądnąć tą szkołę, zamienioną przez Pol Pota na więzienie, miejsce kaźni tysięcy Kambodżan. Rozmawialiśmy z innymi turystami, czytaliśmy liczne blogi. Wystarczy nam informacja, że koszmary śnią się po nocy. Co innego czytać o tym, a co innego namacalnie zobaczyć to na własne oczy. Podobnie nie jedziemy oglądać Pól Śmierci (killing fields). To miejsce , gdzie jest wiele masowych grobów, zabitych przez Czerwonych Khmerów, tysiące czaszek i kości.
Część dnia po prostu odpoczywamy. Wieczorem jemy i pijemy na mieście. Z ciekawostek: wszystkie ceny są podane w dolarach. Jeszcze nie wiemy, czy tylko dla turystów, ale co ciekawe bankomaty funkcjonują również w dolarach.
Jutro wyjazd do Siem Reap. Jeden z najciekawszych punktów naszej wyprawy. Ósmy cud świata - Angkor.

dzienne wydatki

  • śniadanie 14.000 Riel
  • bilet na bus do Siem Reap 2x9$
  • wstęp do Pałacu Królewskiego 2x25000 Riel
  • tuk tuk na 1 godz. 3$
  • lunch 24.000 Riel
  • colax2, woda 6.000 Riel
  • kolacja 34.000 Riel
  • kawa, soki 18.000 Riel
  • nocleg 60.000 Riel


dzień pięćdziesiąty 14 lutego


Jedziemy busem do drugiego z najważniejszych miejsc naszej wyprawy - Angkor Wat. To miejsce w pobliżu Siem Reap - niewielkiej miejscowości na południu Kambodży. Podróż z Phnom Penh zajmuje około 4-5 godzin. Zainwestowaliśmy 2 dolary więcej na osobę i nie jedziemy w czterdziestoosobowym autobusie, tylko dwunastoosobowym busem. Mijamy kambodżańskie wioski. Większość domów jest na konstrukcjach drewnianych, często pokryte liśćmi palmowymi. Posadowione w większości na drewnianych filarach/podporach. Mijamy wiele odcinków gdzie prowadzone są roboty drogowe. Wzmagający się upał daje nam się we znaki nawet w klimatyzowanym busie. Dojeżdżamy w końcu do centrum miasta, skąd bierzemy tuk tuka do zarezerwowanego dzień wcześniej przez internet hotelu. Miłe powitanie w recepcji szklanką chłodnego soku ugasiło nasze pragnienie. Nie ma to jak trzy gwiazdki. Hotel nas nie rozczarował. Czysty pokój, duże, wygodne łóżko, żadnych większych mankamentów. Jesteśmy usatysfakcjonowani. Może nawet bardziej niż bardzo. Po tych "norach" w których kilka razy nocowaliśmy, to naprawdę całkiem przyzwoity hotel.
Szybki orzeźwiający prysznic i bierzemy kolejnego tuk tuka na resztę dnia. Jedziemy na miasto w poszukiwaniu miejsca na obiad. Po drodze znajdujemy biuro Angkor Arlines, którego szukaliśmy w Phnom Penh bez skutku. Niestety nasze plany przelotu do Sihanoukville spalą chyba na panewce. Promocje cenowe opisane w internecie są już niedostępne. A normalna cena niewspółmiernie wysoka do odległości.
Kierowca zawozi nas w okolice Old Market. Z pośród wielu restauracyjek rozlokowanych w tym rejonie wybieramy spokojniejsze miejsce z dostępem do internetu. Dzisiaj ja decyduje się na spaghetti, tęsknie do europejskiego menu :), a moja druga połowa tym razem zamawia rybę z sałatką z mango. Przed świątynię dojeżdżamy chwilę po 16.00. Z zakupem biletu wejściowego musimy poczekać do 16.45, kiedy to otwarte zostaną kasy. Opłata 20$ od osoby za jeden dzień, lub 40$ za 3 dni nie jest mała. Ale jak się potem okazuje prace przy renowacji obiektów prowadzone są na dużą skale, tak więc nie jest szkoda takich pieniędzy. Decydujemy się na bilet jednodniowy. Uprawnia on do wejścia wieczorem na zachód słońca nad Angkor dnia poprzedzającego wstęp. Przed kasą czekamy chwilkę, aż zostaną wydrukowane nasze bilety wraz ze zdjęciem zrobionym przy okienku. Do głównej i największej ze świątyń dojeżdżamy w kilka minut. Droga prowadzi nas wzdłuż zbiornika wodnego otaczającego kompleks.
Wysiadamy na parkingu naprzeciw głównego wejścia. Po kamiennych stopniach dostajemy się na groble łączącą bramę wejściową z drugim brzegiem. Po obu jej stronach widać ogromne kamienne wielogłowe węże. Przechodzimy dalej gdzie za bramą ukazuje się nam ogromna przestrzeń, a na środku wznosi się pięć głównych wież. Najwyższa z nich, 65 metrowa góruje nad pozostałymi. Całość otoczona jest murem o wymiarach 1300m na 1600m. W zachodzącym słońcu obchodzimy cały teren próbując uchwycić zmieniające się kolory kamiennych budowli i rzeźb. Pierwszy kontakt z Angkor mamy za sobą. Wiele widzieliśmy wcześniej zdjęć i czytaliśmy opisów tego miejsca. Żadne nie oddaje w pełni piękna i ogromu Angkor Wat. Do miasta wracamy tym samym tuk tukiem, który czeka na nas na parkingu.
Wieczorem jemy kolację w Siem Reap. Khmerskie jedzenia zaczyna mi coraz bardziej smakować. Zamawiam regionalne danie "amok". To mieszanka mięsa i przypraw, podawana w liściach bananowca, specjalnie spiętych w miseczkę. Do tego podawany jest ryż. Smak jest odlotowy. Po spokojnej, długiej walentynkowej kolacji czujemy się zrelaksowani. W drodze do hotelu podchodzimy do kilku z brzegu kierowców tuk-tuka. Chcemy któregoś umówić na jutro. Ten, którego polecono nam w hotelu, zdecydowanie jest mało zaangażowany, wobec tego rezygnujemy z jego usług. Kolejnego kierowcę umawiamy na 7 rano po kilkunastu minutach twardych negocjacji ceny. Jutro kolejny dzień spotkania z Angor.

dzienne wydatki

  • śniadanie 16.000 Riel
  • tuk tuk do hotelu 2$
  • obiad 34.000 Riel
  • tuk tuk do Angkor Wat 30.000 Riel
  • wstęp do Angkor Wat 2x20$
  • kolacja 42.000 Riel
  • nocleg 22$


dzień pięćdziesiąty pierwszy 15 lutego

Witamy w Angkor. Dzień rozpoczął się o 6.30 w hotelowej restauracji gdzie zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy o 7.00 na zwiedzanie kompleksu świątyń. Umówiony dzień wcześniej kierowca tuk tuka podjechał na czas. Rozpoczęliśmy od Angkor Thom. To skupisko wielu świątyń. Najsłynniejsza z nich to Bayon. Świątynia zachwyca swoimi 216 twarzami wykutymi w kamieniach. Niektóre są ogromne. Podobno jest tak, że gdzie się nie obrócisz, tam zobaczysz przynajmniej 12 twarzy dookoła siebie. Wrażenie jest niesamowite. Ogrom budowli przytłacza. Jest jeszcze wczesny ranek, także mamy możliwość bez duszącego upału zwiedzić to miejsce. To bardzo ciasno wzniesione obok siebie, przypominające piramidy budowle, połączone wieloma ciasnymi korytarzami. Przechodzimy nimi pomiędzy poszczególnymi częściami świątyni. W czasach świetności w całym mieście jak twierdzą historycy mogło żyć około miliona ludzi, a był to okres kiedy w Londynie mieszkało zaledwie 50 tysięcy osób.
Następnie podjeżdżamy tuk-tukiem do Preah Khan, która jest niedawno odbudowana, w zasadzie ciągle trwają tam prace. Świątynia była wzniesiona w okresie buddyjskim, więc trochę różni się od poprzednich. Kolejno zwiedzamy kolejne świątynie z tak zwanego wielkiego kółka w obszarze Angkor, czyli Neak Pean, Ta Som, East Mebon. Można powiedzieć, że wszystkie są podobne, ale jednocześnie każda inna na swój sposób. Każdą wyróżnia coś innego. W szczegółach wykończenia pojawiają się trochę odmienne motywy. Każda budzi podziw dla Imperium Khmerów,które przez kilka wieków utrzymywały swoją potęgę.
Upał narasta z każdą godziną, w cieniu jest ponad 30 stopni. Całkowity brak wiatru również daje się we znaki. W pewnym momencie dnia lekko słabniemy i prawie odpuszczamy kolejne miejsca na naszej zaplanowanej liście. Mały odpoczynek w czasie przejazdu i lekki wietrzyk spowodowany jazdą nieosłoniętym tuk tukiem dodaje nam jednak sił. Twardziele z nas, nie ma co :).
Kierowcy tuk-tuków podchodzą coraz bardziej marketingowo do turystów. Każdy ma małą lodówkę, a w niej wodę, która w tym skwarze, jest po prostu niezbędna. Lunch w południe. Zatrzymujemy się dwa kilometry przed kultową świątynią Ta Prohm. Khmerskie dania oczywiście zostały zamówione. Duża część dań jest z dodatkiem mleczka kokosowego. Kuchnia nie jest pikantna, z niewielką ilością trawy cytrynowej i innych ziół.
Wielkie doznania czekają na nas w świątyni Ta Prohm. Całość porośnięta jest ogromnymi korzeniami drzew. Drzewa przez bardzo wiele lat w niesamowity sposób wrosły w kamienne budowlę. Teraz majestatycznie górują nad nimi powoli krusząc i oplatając je. Spotykamy tam starszego, chudego mężczyznę. Gestem dłoni woła nas i coś chce pokazać. Przeprowadza przez parę na wpół zawalonych korytarzy. Spośród prawie całkowicie skruszonego korzeniem drzewa muru, wyłania się nie całkiem jeszcze zniszczona płaskorzeźba. Momentalnie mamy skojarzenie z podobnym motywem widzianym w Tajlandii, w Aluthaii.
Oczywiście spotykamy znajomych z trasy. Tym razem są to ludzie z Palestyny, z którymi podróżowaliśmy do Phnom Penh oraz do Siem Reap. Pozdrawiamy serdecznie Azur'a i jego żonę.
Wieczorem znowu lądujemy w dzielnicy restauracyjnej :). Zostało jeszcze trochę w budżecie na pożywienie :). Siedzimy w "pub street food house" i konsumujemy khmerskie dania. Zupę, rybę z przepysznymi sosami, oczywiście wszystko przy akompaniamencie jaśminowego ryżu. Pomimo późnej pory - jest po 19.00 - ciągle duszno jak w piekle. Gorąco jak w garnku z rosołem. Wentylatory pod sufitem ratują nam życie. Jutro mamy fantastyczny dzień "nic nie robienia". Nie mamy żadnego planu, oprócz tego, że rano trzeba wstać i zjeść śniadanie w hotelu. Przedłużyliśmy pobyt w Siem Reap o jeszcze jeden dzień, także spokojnie mamy czas na słodkie lenistwo.
Pomimo upału czas się wziąć w garść i zaplanować następne dni podróży. Z Siem Reap jest kilka opcji, niestety lot do Sikhanoukville już nie mieści się w budżecie, z powodu swojej wysokiej ceny. Jednak możemy płynąć łodzią do Battanbang, lub autobusem. Możemy też prosto do Bangkoku. Możemy też jeszcze się sprężyć i wrócić do Phon Penh by następnie pojechać nad morze. Ciągle nie mamy ustalonej wersji, ale jutro podejmiemy decyzję. Pierwszy raz to się zdarza. Na razie ciągle jest bardzo gorąco, mimo, że jest prawie 21.00

dzienne wydatki

  • tuk tuk na cały dzień 70.000 Riel
  • obiad 62.000 Riel
  • cola, woda 10.000 Riel
  • kolacja 68.000 Riel
  • nocleg 22$


dzień pięćdziesiąty drugi 16 lutego

Kambodżańczycy, potomkowie Khmerów to niezwykle otwarci i uśmiechnięci ludzie. Po Wietnamie trudno się przestawić, ale naprawdę ludzie są tu bardziej życzliwi i bardziej serdeczni. To dziwi podwójnie, ponieważ ostatnie lata wojen i masakrycznego panowania Pol Pota, mogłoby złamać ich dusze i znieczulić. Ale widać w khmerskiej krwi płynie sporo optymizmu i duchowej życzliwości. Możliwe, że dzieje się tak z powodu buddyjskiej wiary w dużej części społeczeństwa.
Od rana niemożliwe upały. Nie wiem, jak ludzie tu funkcjonują. Prawda jest taka, że jeżeli nie założysz sobie żadnego planu, to trudno tutaj się zmobilizować, by coś zwiedzać. Siedzimy w "Red Piano Cafe" i obserwujemy kierowców tuk tuków. Cały dzień czekają, aż znajdzie się chętny turysta na zwiedzanie Angkoru, lub po prostu jazdę po mieście. Kolejne kostki lodu w zastraszającym tempie rozpuszczają się nam w sokach. Wentylatory obecne w każdej knajpie, oddalone od siebie o 5 centymetrów dają troszeczkę ochłody. Obok przy stoliku siedzi kolejny widziany przez nas, dobrze dojrzały już mężczyzna z młodą Tajką lub Kambodżanką. Minuty ciągną się w tym upale w nieskończoność. Siedzimy nad przewodnikiem zastanawiając się nad planem na kolejne dni.

Kawa w Kambodży jest co najmniej dziwna. Po bardzo mocnej kawie w Wietnamie - tutejsza jest nie do picia. Bardzo słaba to delikatne jej określenie. A dodane do niej kostki lodu robią z niej prawie wodę.
W siem Reap jest bardzo dużo żebrzących ludzi. Gdy siedzimy przy stolikach podchodzą do nas ofiary ostatniej wojny. Osoby pozbawione kończyn, o kulach, lub na swojej konstrukcji wózkach inwalidzkich. Na jednym z nich widzimy sporą tablice z napisem w języku angielskim. Wynika z niej, że starszy mężczyzna stracił obie nogi 21 lat temu w wyniku wybuchu miny. Podobnie w Angkorze przed każdą świątynią siedzi grupa muzyków, również wojennych inwalidów. Zarówno w stolicy jak i tutaj, w Siem Reap przeraża taka mnogość osób proszących o jałmużnę.
Wczoraj w świątyni zobaczyliśmy siedzącego, jak nam się wydaje mnicha. Do tej pory nie wiemy, czy był to mężczyzna czy kobieta. Naciągnął nas na tkz. błogosławieństwo, czy też odstręczenie nieszczęścia od nas. Zawiązał(a) nam kolorowe nitki, w części z buddyjskich kolorów: biały (czystość), żółty (równowaga) i pomarańczowy (mądrość). Od tej pory staliśmy się podwójnie złączeni. Wszelkie zło jak mniemamy odeszło i opuściło nas na dobre. Koszt - co łaska, czyli pół dolara.
Cała Kambodża może się nazywać "one dollar". Gdzie nie pójdziesz (oprócz restauracji i droższych sklepów), sprzedawcy wołają "one dollar". Wszystko kosztuje jednego dolara. Bransoletka, widokówka, książka, łańcuszki, znaczki ( z nominałem trochę mniejszym w przeliczeniu niż 1 dolar). Oczywiście, gdy już podejdziesz bliżej okazuje się, że cena z reguły jest inna. Innym charakterystycznym zwrotem, który jest słyszalny wszędzie to "buy something" w różnych odmianach. "Kup coś". Z różną modulacją, od zachęcającej po proszącą, aż do błagalnej. Wiele dzieci po kilka, kilkanaście lat sprzedaje pocztówki, książki, kwiaty i inne drobiazgi.
Gdy mijamy stoiska na rynku, bądź w sklepie, natychmiast ktoś się zrywa i podchodzi. W restauracjach gdy podają kartę, stoją przy tobie i nie dadzą spokojnie przeczytać i zastanowić się nad zamówieniem. Ma to swoje dobre strony, ale nie dla osób, które potrzebują trochę czasu, bądź spokoju :).
Koło południa, decydujemy się na 2 godzinny objazd okolicy. Znaleźliśmy w przewodniku jeszcze dwie świątynie w samym mieście. Przed knajpką widzimy naszego wczorajszego kierowcę, który czeka na jakiegoś klienta. Po ustaleniu ceny ruszamy. Pierwsze miejsce to Wat Dam Nok. Świątynia jest prawie nowa. Budynek i wszystkie detale są w stylu khmerskim. Całość mieni się wieloma kolorami. Wewnętrzny dziedziniec otoczony kolumnami skrywa płaskorzeźby ze scenami z życia Buddy.
Druga Wat Bo, dla odmiany jest w bardzo kiepskim stanie. Nie możemy zobaczyć jej wnętrza, jest zamknięta. Na zewnątrz wokół niej wznoszą się kilkumetrowej wysokości stupy. Jest ich pewnie koło setki. Obok głównego budynku widzimy kolejny, trochę mniejszy z tabliczkami zakazu wejścia. Po stanie dachu widać, że drewniana konstrukcja jest mocno uszkodzona. W drodze do tuk tuka widzimy zakład kamieniarski, gdzie wykonuje się z betonu elementy do wykańczania świątyń. Formy do odlewów misternych detali i gotowe już różne kawałki. Podjeżdżamy jeszcze do agencji turystycznej obok naszego hotelu i kupujemy na jutro bilety na przejazd łodzią do Battambang. Młody człowiek sprzedający różne bilety, wycieczki i przejazdy, zdaje się w ogóle nie orientować w swojej branży. Jedynym celem jest sprzedanie biletu. Nie mając za bardzo lepszej opcji transportu, nie wnikamy za bardzo w temat i kupujemy. Następnie w hotelu zmieniamy koszulki, mokre już od upału i jedziemy w okolice nocnego marketu. Pośród różnych stoisk z koszulkami i pamiątkami znajdujemy studio masażu. Są tam osoby niewidome, które zajmują się tym. Ja na godzinkę siadam przy soku w restauracji obok, a żona poddaje się zabiegowi...Był tak drobny, że mieścił się bez problemu na materacu, gdzie klęczał i masował plecy. Trzeba przyznać, że odchodzi całe zmęczenie (i ewentualny stres, który podróż może stwarzać). Wracamy zrelaksowani ulicami Siem Reap do hotelu, by odpocząć przed jutrzejszą wyprawą.

dzienne wydatki

  • tuk tuk po mieście 10$
  • lunch 25.000 Riel
  • obiad 32.000 Riel
  • masaż 7$
  • napoje 4$
  • bilety na łódź do Battambang 2x84.000 Riel
  • nocleg 88.000 Riel


dzień pięćdziesiąty trzeci 17 lutego

Budzik na chwilę przed 6 rano zrywa nas za snu. Poranną toaletę zakłóca niezbyt miły gość. W łazience znajdujemy małą jaszczurkę koło wanny. Nie daje się wyprosić, więc dajemy jej spokój i schodzimy na śniadanie. Chwilę przed 7 godziną w recepcji pojawia się kierowca busa, który jak mówi zabierze nas do łodzi płynącej do Battambang. Cieszymy się, bo jesteśmy już ostatni do kompletu miejsc w aucie. Jednak nasza radość nie trwa zbyt długo. Bus po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymuje się i dowiadujemy się, że mamy przesiąść się do większego, który stoi obok z innymi turystami jadącymi w tą samą drogę. W środku jest jeszcze tylko 5 wolnych miejsc siedzących. Dwa z przodu zajmuje para z Niemiec, Kotek siada na rozkładanym siedzeniu pomiędzy rzędami. Ja na podobnym przed, a przede mną jeszcze jedna osoba. W aucie jest komplet pasażerów a na wejście czekają jeszcze dwie osoby. Przestrzeń za kierowcą z tyłu i pomiędzy siedzeniami Wypełniona jest pod sufit ogromną górą bagaży. Bardzo wyluzowany młody chłopak z obsługi, bez mrugnięcia okiem zachęca do wejścia i stania w aucie dwójce pozostałych turystów pomiędzy bagażami. Dosłownie na jednej nodze. A sam zajmuje swoje miejsce obok kierowcy i ku mojemu zdumieniu zapina pasy bezpieczeństwa. Nie przychodzi mi do głowy żadna logiczna myśl, którą można się kierować tak postępując. Witamy w Kambodży... Przeciążony na maksymalnie mini autobus, jak z kiepskiej komedii z 24 pasażerami rusza i jedziemy. Zatrzymujemy się po kolejnych 5 minutach. Kolejny człowiek z wielkim plecakiem ma wsiąść do busa. Jest to już tak zabawne, że nie ma słów, choć oczywiście może być żałosne. Jedziemy więc, z trzema osobami ponad dopuszczalną ilość.
Droga po wyjeździe z miasta zaczęła się powoli pogarszać i po 15 minutach zamieniła się dziurawą szutrówkę. Podskakiwaliśmy na siedzeniach, a najbardziej trzy osoby stojące pomiędzy nami, ściśnięte bagażami. Droga prowadziła jakby wałem, w którymś momencie ujrzeliśmy niewielki kanał, może 8-10m szerokości i kilka łódek mogących pomieścić około 40 ludzi. Brzegi były bardzo błotniste i śliskie. W niezbyt głębokiej wodzie stały co kawałek osoby i zarzucały niewielkie siatki. Zaczęto wynosić torby, walizy i plecaki z busa i zajęliśmy miejsca w łódce. Drewniane ławki miały nam służyć za dzisiejsze siedzenie na kolejne jak przypuszczaliśmy 6 godzin.
W całości podróż łodzią zajęła 9 godzin. Przybyliśmy w linii prostej 80km... może mniej. Ale rzeka bardzo meandrowała, niektóre zakręty były nawet o 180 stopni. 9 godzin. Tyle jak się okazało płynęliśmy do Battambang. Z powodu obniżającego się stanu wody w jeziorze Tonle Sap, w bardzo wielu miejscach dosłownie szorowaliśmy o dno. Były miejsca gdzie lodź parę razy utknęła z tego powodu,sternik musiał cofnąć ją i z rozpędu przebić się przez płytszy odcinek.
Dodatkową "atrakcją" rejsu były kilkukrotne utraty sterowności przez lodź, czego następstwem było uderzanie w przeciwny brzeg. Część drogi płynęliśmy wąską i bardzo meandrującą rzeką. Zakola były tak ostre, że nasza może 25 metrowa jednostka nie mieściła się w niektórych. Sternik i pomocnicy odpychali wtedy dziób od brzegów, naprowadzając ja na prawidłowy kurs. Płynęliśmy zatem ze średnią prędkością 25 km/h, a na pewno tak to wyglądało.
W pierwszej części rzeki, gdzie woda jest jeszcze dosyć głęboka,przy samym jeziorze, na wodzie posadowionych jest sporo domostw. Nie wiem, czy można pisać, o posadowieniu na wodzie. Po prostu trzymają się na grubszych bambusowych platformach, które mają przyczepione plastikowe, odpadowe beczki, zwiększające wyporność. W tak zbudowanych domach, mieszkają na wodzie. poruszają się wszędzie łodziami. Czasem, pomiędzy jedną a drugą jest swoisty mostek, deskę po której można przejść. swoisty rodzaj tratwy zakotwiczona do drzew, rosnących na lądzie. Gdy woda przybiera, a może zwiększyć się nawet okresowo o 3 do 5 metrów w niektórych miejscach, platformy unoszą się wraz z poziomem wody, zapewniając mieszkańcom pewne swoiste bezpieczeństwo, komfort posiadania domu (o ile możemy to tak nazwać), czy też dachu nad głową.
Świnia jaka jest każdy wie. My zobaczyliśmy ją z trochę innej strony. Pozamykane w bambusowych klatkach, unoszących się na wodzie, zwierzęta są hodowane na środku szerokiej rzeki, obok pływającego domostwa. W tym kojcach leżą, nie są one większe niż 2mx3m.
Po drodze na całej długości rzeki Sangker River, którą płynęliśmy, na brzegach usytuowane są chaty (o ile tak to można nazwać). Często są to drewniane szałasy, małe konstrukcje przykryte liśćmi, sklecone z bambusa, uszczelnione gdzieniegdzie workami, kawałkami plandek czy szmat. Na rzece co kawałek spotykamy liczne łodzie, od malutkich do trochę większych, na wielu widać, że mieszkają w nich ludzie. Lekka, drewniana konstrukcja na środku łodzi. Obok widać ściankę i wiszące garnki. W każdym miejscu są też kobiety, które siedząc na pokładzie, segregują drobne rybki. Rzeka jest pełna ryb. Kambodża wraz z Tonle Sap i okolicznymi dopływami tego jeziora stanowi jeden z najzasobniejszych w ryby obszar.
Najbardziej zadziwiające jest, że małe dzieci, których jest pełno, wybiegają na brzeg, gdy widzą łódź i machają, krzycząc głośno.
Wieczorem dopływamy do Battambang. Cała gromada naganiaczy czeka na nas na przystani. Co najmniej jakby przyjechał Michael Jackson. Jeden przekrzykiwał drugiego, machając kartką z nazwą hotelu. Nie trzeba rezerwować hoteli. W każdym miejscu gdzie byliśmy, bez problemu można znaleźć hotel w przystępnej cenie. Już na łodzi dostajemy ulotkę, możemy sobie nawet wybrać hotel:). Oglądamy pokoje w jednym i drugim miejscu. Zarzucają nas ceną 20$, ale finalnie za 12$ mamy sympatyczny pokój, ciepłą wodę i wentylator.
Wieczorna kolacja w polecanej przez przewodnik Lonley Planet knajpce - Smokin Pot nie rozczarowuje nas. Miejsce jest może trochę zaniedbane (jak wszystkie tutaj), ale jedzenie świeże, przyrządzane w zasadzie na naszych oczach, i smaczne. Jem oczywiście Amok - tradycyjne danie kuchni khmerskiej. Kawałki kurczaka w sosie z mleczka kokosowego i przeróżnych ziół, z dodatkiem fasoli (chyba) i prawdopodobnie kalafiora (aczkolwiek nie jestem do końca pewna).



  • dzienne wydatki
  • przekąska na łodzi 3$
  • tuk tuk do hotelu 1$
  • kolacja 9$
  • nocleg 12$


dzień pięćdziesiąty czwarty 18 lutego

Battambang przywitał nas porannym deszczem. Padało również w nocy, ulice były całe mokre, a z nieba sączyła się wilgoć. Około 11 w miarę się wypogodziło. Wynajęliśmy spod hotelu tuk tuka. Nie stanowi to żadnego problemu. Pod każdym hotelem, na każdym rogu stoją owe pojazdy. Wynegocjowaliśmy 15 dolarów za podróż do Banana Temple, a wcześniej chcieliśmy zobaczyć bambusowy pociąg.
Pol Pot nakazał rozebrać tory podczas swego panowania.W ogóle facet miał dziwne pomysły. Miejscowi, z potrzeby chwili wymyślili ten pociąg, by przewozić wykorzystując pozostałości torów, towary z jednego miejsca do drugiego. Bambusowy pociąg to konstrukcja przedziwna i jedyna w swoim rodzaju, poruszająca się na resztkach torów, które pozostały z czasów, gdy pociągi między Phnom Phen i Battambang kursowały. Jest to niewielka platforma zbudowana z bambusa na podpórkach metalowych, które podtrzymują oś z małymi kołami. Całość konstrukcji napędza mały silnik (od motoroweru czy kosiarki) dociskany przez prowadzącego pociąg "maszynistę" do koła pasowego osi (cokolwiek to znaczy) (patrz: zdjęcie). Gdy pociągi jadące z przeciwnych stron spotykają się, jeden jest rozbierany w ekspresowym tempie.
Banana Temple to świątynia z X wieku, ma podobne ułożenie jak Angkor Wat, jak twierdzą miejscowi była inspiracją dla tej budowy. Świątynia wznosi się na szczycie wzgórza, skąd rozpościera się imponujący widok na okoliczne równiny. Prowadzą do niej strome, kamienne schody, i 328 stopni. Po obu stronach schodów umocowane są swoiste balustrady, przypominające kształtem węża, zwieńczone siedmioma głowami. Wdrapujemy się o własnych siłach. Bogu dzięki, czy też Buddzie dzięki, nie pada, a temperatura jest znośna, nieco powyżej 20 stopni Celsjusza. Dyszenie nasze przez 5 minut zakłóca spokój tego miejsca. Zrzucilibyśmy wszystko na karb wieku, ale i młodzi ludzie wspinają się obok - też dyszą. Nie jest z nami tak źle.
Ruiny świątyni mocno zniszczone,tradycyjny khmerski styl. Widzimy wiele tabliczek z napisem "danger". Jedna z wież w połowie odpadła i nienaturalnie, wbrew prawom fizyki trzyma się kamień na kamieniu. Wewnątrz głównej wieży postawiony jest posąg Buddy do którego modlą się okoliczni mieszkańcy (chyba).
W drodze powrotnej znowu złapał nas deszcz. Wracamy do hotelu i ciężko pracujemy nad stroną :).

dzienne wydatki

  • śniadanie 9$
  • tuk tuk 15$
  • wstęp do Wat Banan 2x2$
  • 2 arbuzy 2.000 Riel
  • pomarańcze 1.000 Riel
  • obiad 11$
  • schake 2x2$
  • nocleg 12$


dzień pięćdziesiąty piąty 19 lutego

Jedziemy do Tajlandii. Kupiliśmy wczoraj bilet na dzieloną taksówkę do granicy przez Pailin. Dzielona oznacza, że kupuje się miejsce w samochodzie, jak się dowiedzieliśmy możliwe jest zabranie trzech osób z tyłu i dwóch na fotelu pasażera z przodu. Cóż. Kambodżańczycy są nieduzi i wąscy w biodrach (ciągle spadają im spodnie), więc we dwóch mieszczą sie zapewne na przednim siedzeniu. W tym kraju nie działa system komunikacji publicznej, więc mieszkańcy radzą sobie jak potrafią najlepiej. Taksówka podjechała o 8.00, (a miała między 7 a 8, więc niby ok). Na pożegnanie manager hotelu Asia, w którym nocowaliśmy, podarował nam dwa cienkie szale ozdobne oraz wizytówkę hotelu. Miły gest. Zatem rekomendujemy ten hotel, jak niedrogi, a przyzwoity. Początkowo byliśmy sami w taksówce, po kilkuset metrach kierowca zatrzymał się, grzecznie przeprosił i wyszedł. Byliśmy przekonani, że za chwilę pojawią się kolejni pasażerowie.
Po 10 minutach kierowca podał nam telefon komórkowy, gdzie uprzejmy głos poinformował, że nie ma więcej chętnych na kurs, więc chce, żebyśmy dopłacili 10 dolarów. Suma summarum zgodziliśmy się na 5 dopłaty, czyli taksówka do granicy z Tajlandią kosztowała nas 25 dolarów. Droga upłynęła nam spokojnie. Co prawda kierowca zabrał jeszcze na stopa pasażera i dostarczył 2 paczki, ale do tego typu sytuacji zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Odległość 102 km pokonaliśmy w trochę ponad 2 godziny. Droga w większości była płaska, a w okolicach Pailin zaczęły się niewielkie wzniesienia. Po stronie Tajskiej góry są już dosyć wysokie.
Wybraliśmy samodzielny sposób przekraczania granicy, nie jak oferuje większość hoteli łączony bilet na autobus, kompleksowy transport z hotelu do miejsca docelowego, który jest zazwyczaj obarczony pewną marżą Wybraliśmy też mniej uczęszczane przejście graniczne, ale bliższe naszemu celowi podróży. Skutkowało to tym, że musieliśmy trochę improwizować w każdym punkcie pośrednim, zdani byliśmy na składanie sobie samym poszczególnych etapów podróży.
Granicę przekroczyliśmy w Psar Phrom (blisko Pailin)/Ban Pakard (Chantaburi). W zasadzie bez większych problemów, musieliśmy oprócz arrival card zostawić jeszcze zdjęcia, które na szczęście mieliśmy, a także kopie paszportów, które bezpłatnie nam zrobiono w punkcie imigracyjnym.

Ciąg dalszy...

 

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012