facebook

Wietnam


Wietnam to państwo do niedawna silnie komunistyczne. To pierwsze, co rzuca się w oczy, kiedy lądujemy w stolicy tego kraju. Wietnam, który ma powierzchnię porównywalną z Polską, ma dwa razy więcej mieszkańców, ponad 85 milionów. Na ulicach jest tłoczno, tym samym gwarno i hałaśliwie. Wietnam ma przepiękną deltę Mekongu, jednej z największych rzek w Azji, Zatoka Ha Long, ze swoimi unikalnymi formacjami skalnymi, została wpisana w 1994 roku na listę Unesco. Wietnam jest kompletnie różny od innych państw Azji południowo-wschodniej. Widać tu wyraźną dominację i wpływy chińskie, zamiast Watów, w dużych ilościach można spotkać Pagody, całe morze czerwonych flag z sierpem i młotem lub żółtą gwiazdą. Charakterystyczna jest również architektura. Kolonialny styl francuski miesza się z bardzo wąską zabudową kamienic. Domy, nawet gdy są wolnostojące, są wąskie na szerokość 3-4 metrów. Charakterystyczne wietnamskie nakrycia głowy, stożkowe, w kształcie ostrosłupa o podstwie koła, bambusowe lub wiklinowe czapki, są wszechobecne. Jadąc autobusem widać wiele pól ryżowych, stojących w wodzie.

Przelicznik walutowy 1 zł = 6.000 Dongów Wietnamskich (VND)

1 $=20.300 VND

(przeliczniki podawane w zaokrągleniu. Dużym. Przeliczamy na dolary, z dolarów na złotówki, trochę ma to prawo się rozjechać...)

dzień trzydziesty 25 stycznia

Jeszcze w Laosie na lotnisko dojeżdżamy tuk tukiem po małej negocjacji ceny. Nadajemy bagaże, zapominam wyjąć z podręcznego nożyk, który zabiera mi obsługa lotniska na późniejszej kontroli. Terminal trochę senny i prowincjonalny. Widzimy dosyć duże prace budowlane, miejmy nadzieje, że rozbuduje się szybko. Dolatujemy do Hanoi po 45 min locie z Vientianu. Samolot Airbas A 320 pachniał jeszcze nowością, dostaliśmy mały poczęstunek nawet na tak krótkim locie. Po odebraniu bagażu, szukamy taniego transportu do miasta. Lotnisko oddalone jest około 35 km od centrum. Wychodząc na zewnątrz dostajemy propozycje podwiezienia od kierowców taxi za 350000 VDN. Rezygnujemy sugerując się informacją z przewodnika i pani z lotniska o dostępnym busie za 2 $ . Po kilkunastominutowym daremnym poszukiwaniu go, decydujemy się na wspólną podróż taxi z poznanym na lotnisku amerykańskim małżeństwem. Po dokładnym ustaleniu ceny z kierowcą ruszamy. Na miejsce dojeżdżamy w niecałą godzinę.
Kiedy kierowca stwierdził, że jesteśmy na miejscu lekko się zdziwiliśmy. Okolica wyglądała mało gościnnie, pomimo że byliśmy w samym centrum miasta. Nasz hotel znajdował się w tak zwanym Old Qarter, sercu starego miasta. Wąziutka uliczka, wąskie fasady budynków, przed którymi mieszkańcy gotowali, na naszych oczach zabijali drób. Plątanina kabli elektrycznych, obdrapane tynki, suszące się ubrania. Na szczęście Brand Hotel Hanoi wyróżniał się z otoczenia na korzyść. Wąskie wejście do budynku skrywało dosyć przyjemne wnętrze. Odebraliśmy klucze od pokoju, a następnie poszliśmy poznać okolice. Do tej pory pisaliśmy, że jest rześko kiedy było chłodno. W Hanoi jest po prostu zimno. Właściwie wszyscy się trzęsą. Ubrani na "cebule" we wszystkie rzeczy z plecaka szliśmy uliczkami w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Niestety jak się potem okazało trafiliśmy tu w okresie obchodów Chińskiego Nowego Roku. Wietnamczycy mają wtedy kilka dni wolnego.
Minęliśmy tylko jedna uliczną jadłodajnie po drodze. W pewnym momencie pod wiaduktem kolejowym ujrzeliśmy kilka stoliczków plastikowych, osoby na specyficznych grilach, przyrządzały sobie jedzenie. Zatrzymaliśmy się patrząc z ciekawością. Zachęceni przez właścicielkę i przynagleni głodem, siedliśmy. Uwiedzeni kolorytem miejsca i sposobem przyrządzania potrawy przez samego siebie, nawet nie zapytaliśmy o cenę ( co się później okazało nieciekawą niespodzianką). Błyskawicznie zorganizowano dla nas zarówno stolik (przyniesiono go "zza muru"), jak i światło (wkręcono żarówkę do oprawy w plątaninie kabli), a także maszynkę gazową z rodzajem grilla na niej. Podano jakiś rodzaj chrupków i ostry, pikantny sos na przekąskę. Po chwili pojawiły się masło, olej, różne sosy, warzywa i talerz z drobno pokrojonym mięsem, wołowiną, boczkiem i skórkami z drobiu.
Poinstruowani przez pomocnego właściciela, podglądając sąsiednie stoliki, zaczęliśmy przypiekać mięso i warzywa. Było to dosyć trudne, ponieważ do dyspozycji mieliśmy tylko pałeczki. Reasumując, siedzimy pod mostem, pieczemy skórki z drobiu, mięsko, cebulkę i warzywa, jest fajnie. Rachunek trochę nas zaskoczył. Wydawało nam się, że Wietnam jest tańszy niż kraje w których byliśmy do tej pory. Objedzeni wróciliśmy do hotelu, na kolejną niespodziankę. Na dworze 10 stopni, a ogrzewania brak. Pierwszy kontakt z Wietnamem za nami.

dzienne wydatki:

  • śniadanie 30.000KIP
  • kawa 2x 16.000KIP
  • tuk-tuk na lotnisko 40.000KIP
  • shake mango 15.000KIP
  • taksówka 175.000 VND
  • kolacja 260.000 VND
  • hotel 13 $


 

dzień trzydziesty pierwszy 26 stycznia

Jesteśmy w Hanoi, stolicy Wietnamu. To ciekawe miejsce mieszanki wschodniej kultury z zachodnią, przeszłości z teraźniejszością, unikalnej architektury nie spotykanej gdzie indziej. Hanoi to miasto motorów. Zewsząd, wszędzie słychać widać i czuć setki, tysiące, miliony skuterów, motorów, motorowerów. Nie ma mowy by po tym miejscu jeździć samodzielnie, chyba że po godzinach wprawek. Dzień rozpoczęliśmy od zaplanowania kolejnych dni. Dobry plan to podstawa. Ustalamy, że jutro dwudniowy rejs po zatoce Ha Long, a później wracamy na jeden dzień do Hanoi, by wyruszyć 30 stycznia nocnym autobusem do Hue.
Dzisiaj mamy zaplanowane odwiedzenie Mauzoleum Ho Chi Min-a, tutejszego kultowego przywódcy, Muzeum z nim związane, Pagodę (one pillar Pagoda), Temple of Literature. Na wieczór kupujemy bilety do Teatru Marionetek na wodzie (Thang Long Water Puppet Theater). Uzgodniliśmy szczegóły i przystąpiliśmy do realizacji planu.
Jako pierwszą odwiedziliśmy Świątynię Temple of Literature. Jest to zbudowana w 1070 roku świątynia, poświęcona Konfucjuszowi, która była pierwszym uniwersytetem w Wietnamie. Zbudowana dla nauczania głównie książąt, a z czasem również innych, utalentowanym mężczyzn. Przed świątynią kilkadziesiąt stoisk, na których nobliwie i mądrze wyglądający Chińczycy w różnym wieku, głównie podeszłym, wyrysowują tajemnicze chińskie znaczki, które mają symbolizować dobrą wróżbę na Nowy Rok (który się przecież dopiero zaczął w Wietnamie i Chinach). W świątyni znajdują się posągi Konfucjusza i ciekawe ołtarze. Ludzie biją pokłony cały czas przed nimi.
Niestety nie wiedzieliśmy, że w Wietnamie jest Nowy Rok. Jego obchody rozpoczęły się 23 stycznia i trwają trzy dni, a później, jak się dowiedzieliśmy, Wietnamczycy robią sobie coś na kształt przedłużonego weekendu. Chińczycy również świętują w tym okresie, w związku z tym po pierwsze prawie wszystkie sklepy i restauracje w mieście są zamknięte, a po drugie w miejscach uczęszczanych turystycznie jest po prostu mrowie ludzi. Chińczycy i inni rasy nie białej, po prostu w ogromnych ilościach przewijają się przez stolicę.
A z drugiej strony - ulice starego miasta, tak zwanego Old Quarter, są puste. Jdynie niewielka ilość sklepików jest otwarta. Przypuszczamy, że to mało spotykana sytuacja. Zobaczymy za dwa dni, gdy wrócimy do miasta z zatoki Ha Long.
Ze Świątyni Temple of Literature idziemy na plac do Mauzoleum Ho Chi Mina. Monumentalny budynek na ogromnym placu, z rzędami czerwonych flag, wywarł na nas mieszane uczucia. Jeśli ktoś tęskni do Komunizmu, zapraszamy do Wietnamu. Jest on tu ciągle żywy. Niestety, przyszliśmy trochę za późno - oglądanie szczątków zmumifikowanego wujka Ho, możliwe jest tylko od 8.00 do 11.00. W nagrodę udaliśmy się do muzeum, poświęconego jego osobie. Od kołyski, łącznie z makietą jego rodzinnego szałasu, poprzez fotokopie listów, zdjęć i innych notatek, przeszliśmy przez życie Ho CHi Mina.
Obok Muzeum znajduje się Pagoda jednej kolumny (one pillar pagoda), postawiona na niewielkim stawie,w kształcie kwadratu, okala go niewielki murek. Pagoda stoi na jednej kolumnie, prowadzą do niej schody, a wewnątrz posąg Buddy. Legenda głosi, że Pagoda została pierwotnie zbudowana w 1049 roku przez cesarza Ly Thai Tonga, który będąc już wiekowym ciągle modlił się by Budda dał mu syna.Pewnej nocy miał sen, śnił mu się Budda, siedzący w kwiecie lotosu o kwadratowych płatkach, który dał mu dziecko. Kilka miesięcy później urodził mu się syn, a on w podziękowaniu wybudował pagodę, na jednej kolumnie, która ma symbolizować kwiat lotosu.
Wracamy do hotelu, trochę się rozgrzać. Po drodze jemy na ulicy (jak zwykle), zupę z makaronem i ryż z opiłkami mięsa i warzywami. Całość woła trochę o pomstę do nieba, ale lokalni ludzie jedzą i żyją. Więc i my przeżyjemy.
Miasto jest całe udekorowane. Wszędzie wiszą czerwone flagi i transparenty z napisem po wietnamsku - Szczęśliwego Nowego Roku. W wielu miejscach widzimy drzewka pomarańczowe, dosyć dużych rozmiarów, zwykle powyżej 1,5m. Podobnie jak u nas w Polsce choinka, tak tu te drzewka są przystrojone w czerwone, ozdobne kartki z żółtymi literami, z życzeniami powodzenia na Nowy Rok. Wygląda to urokliwie. Chuc mung nam moi - czyli Szczęśliwego Nowego Roku.
Najpiękniejsze jest to, że kompletnie gubimy dni tygodnia. Owszem, wiemy, że jest 25 czy 27 stycznia, ale nie możemy się zorientować, czy jest piątek, czy sobota. Nasze rozmowy z cyklu:"dziś środa? Eee, chyba nie, dziś piątek", nie należą do rzadkości. W Wietnamie sprawę dodatkowo utrudnia liczenie dni tygodnia, ponieważ jest tu w użyciu zupełnie inny kalendarz, gdzie Nowy Rok rozpoczął się od 23 stycznia i od tego dnia rozpoczęło się liczenie dni.
Przemarzliśmy dziś bardzo. 13-15 stopni Celsjusza to nie dla nas pogoda...:).
Wróciliśmy do hotelu, a mój mąż wyciągnął naszą ogromną torbę z medykamentami, w której mamy polopirynę, aspirynę, apap, ibuprom i strepsils. Mówi, że trzeba się leczyć na to, na co mamy lekarstwa...
O godzinie 20 docieramy spacerem z hotelu nad jezioro Hoan Kiem Lake przy którym znajduje się teatr lalek na wodzie. Widownia zapełniała się powoli widzami z różnych krajów. Przedstawienie trwało około 45 min. Zaczęło się tradycyjną wietnamską muzyką, wykonywaną przez niewielki zespół muzyków. Spektakl poruszał kilka motywów z historii i legend wietnamskich. Na oświetlonym niewielkim basenie rozgrywała się przed nami akcja opowiadana przy pomocy kolorowych i pomysłowych marionetek. Gra świateł i pomysłowość aktorów stojących za zacienionym parawanem robiła wrażenie. Efektowny "przelot" smoka mieniącego się kolorami nie pozostał bez owacji publiczności. Pomimo dialogów w języku, którego nie sposób nam zrozumieć, uniwersalne historie o miłości poznaliśmy od razu. Miło było obejrzeć jedyny na świecie wietnamski teatr marionetek na wodzie. Tak zakończyliśmy nasz drugi dzień w Hanoi.

dzienne wydatki:

  • bagietka 5.000KIP
  • wstęp do Świątyni Literatury 2x 20.000VND
  • wstęp do Muzeum 2x 20.000VND
  • pocztówki 60.000VND
  • obiad 110.000VND
  • ciastka, cola i czekolada 175.000 VND
  • bilety do teatru na wodzie 2x 100.000VND
  • kolacja 148.0000VND
  • wycieczka na zatokę Ha Long 2x 65$
  • bilety na transport nocnym busem do Hue 2x 26$
  • hotel 13 $


dzień trzydziesty drugi 27 stycznia

Jedziemy rano z hotelu do zatoki Ha Long. Zatoka obejmuje 1.969 wysepek, różnych rozmiarów, 989 z nich ma nadane nazwy. Są dwa rodzaje skalnych formacji - wapienne i łupkowe. Ich powstanie datuje się na 250 milionów lat temu.
Wyglądają jak swoiste dzieła sztuki. Zielona, szmaragdowa woda zatoki sprawia, że czujemy się zauroczeni tym legendarnym światem kamiennych wysepek, wyrastających z wody, a których kształty zmieniają się wraz ze zmieniającym się kątem padania światła słonecznego. Słońca jednak nie ma. Jest za to przepiękna mgła, która powoduje, że skały wyglądają jeszcze piękniej. Płyniemy drewnianą łodzią długości około 45m i szerokości około 6. Na dolnym pokładzie jest 8 kabin i kuchnia, a na górnym jeszcze 3 kabiny i lobby z jadalnią. Na dachu znajduje się pokład widokowy z leżakami. Całość jest już trochę zniszczona. Deski na pokładzie, zapewne z powodu nieustającej wilgoci wypaczyły się. Po godzinie rejsu wśród ogromnych skał wystających prawie pionowo z wody, dopływamy do wyspy z ogromną jaskinią.
Krótkie dygresje. Próbowaliśmy rzetelnie i dociekliwie wybrać łódź, która byłaby dla nas odpowiednia. Nie jesteś w stanie sprawdzić wszystkiego. Zimno jak diabli, a ogrzewanie ma być dopiero po 19.00, ciepła woda reglamentowana, będzie tylko przez godzinę. Więcej ludzi na łodzi niż miało być. Zapewniano nas, że 16, a jest 24 osoby. Tłok, wszystko nadgryzione mocno zębem czasu. Najgorsze, że jest zimno.
Lunch i kolacja uboga, dożywiamy się ciastkami. Po raz kolejny okazuje się, że nie można wierzyć kolorowym, wyretuszowanym folderom reklamowym, zapewnieniom sprzedawcy, który w chwili zaokrętowania na łódź jest 100 km od nas.
Wszystko jednakże rekompensuje przepiękna i niepowtarzalna zatoka Ha long. Nie da się tego z niczym porównać. Zaliczamy wszystkie żelazne punkty programu naszej wyprawy, a rejs po tej zatoce, należał do jednego z najważniejszych. Zrodziło się pragnieniem, by przyjechać tu jeszcze raz, gdy jest bardzo słonecznie i bezchmurnie.

dzienne wydatki:

  • ciastka, cola 38.000 VND


dzień trzydziesty trzeci 28 stycznia

Poranek na łodzi. Urokliwie. Jest ciepło. Oczywiście w kabinie, ale i na zewnątrz odrobinę jakby cieplej. Mży. Cudowna pogoda na oglądanie skał i skałek na Zatoce Ha Long. Jemy śniadanie i płyniemy dalej. Przypływamy do nawodnej wioski. Mieszkańcy żyją z turystów i ewentualnie ze sprzedaży ryb i innych owoców morza. Mieszkają na tratwach, na których jest niewielka konstrukcja sugerująca domostwo. Niewielki, drewniany podest, całość pływa na beczkach plastikowych. Niewielkie łódki pływają pomiędzy większymi, oferując przejażdżki wodne do mniej dostępnych miejsc, gdzie płycizna nie pozwala na dopłynięcie. Na prawie każdej konstrukcji powiewa czerwona flaga z żółtą gwiazdą. Ciekawy sposób, na przeniesienie do innych realiów.
Wśród towarzyszy naszego rejsu są różne osobowości. Poznaliśmy młodą Australijkę z krzepkim pięćdziesięciokilkoletnim towarzyszem, trzy urocze Chinki, parę młodych Niemców i kilku Anglików. Można dużo ciekawych rzeczy się dowiedzieć.
Jadąc turystycznym szlakiem spotyka się często tych samych ludzi. w Hanoi spotkaliśmy ludzi z dwudniowego rejsu po Mekongu. W Luang Prabang spotkaliśmy Włocha, z którym byliśmy na wycieczce w Złotym Trójkącie w Tajlandii. Wcześniej, czytając blogi nie wydawało nam się możliwe, żeby spotykać te same osoby, przy długich dystansach. Ale tak właśnie jest. Pomimo dużej ilości turystów, zwłaszcza w typowo komercyjnych miejscach, zawsze spotkasz kogoś, kogo już widziałeś na szlaku.

dzienne wydatki:

  • kawa na łodzi 20.000 VND
  • kawa (ponownie) 20.000 VND
  • kolacja 190.000 VND
  • słodycze 36.000 VND
  • książka (przewodnik po Kambodży) 20.000 VND
  • hotel 13$


dzień trzydziesty czwarty 29 stycznia

Dziś półmetek naszej podróży. Leci czas szybciej, niż możemy sobie wyobrazić. Jesteśmy w Hanoi. Spokojny dzień. Chłoniemy atmosferę miasta. Szybko i w dużych ilościach przejeżdżające skutery i motory. Siedzących na ulicy ludzi, gotujących zupy, smażących placki. Sprzedających owoce, kwiaty, warzywa. Mijają nas rikszarze z turystami, których przewożą.
Hanoi ma ponad tysiącletnią tradycję. Miasto nosiło kilka nazw. Bardzo długo funkcjonowało jako Thang Long, co oznacza "wzlatujący smok". Nazwa ta była związana z legendą, według której, z odmętów jeziora Hoan Kiem wyłonił się smok, którego zauważył ówczesny władca - Ly Thai To, uznał to za dobry omen i w tym miejscu wybudował miasto. Był to czas, kiedy Wietnam wciąż kruchą swoją niepodległość od Chin, rozwijał i umacniał. Nie trwało to długo, bo chińska dominacja wciąż była bardzo silna.
Kiedy w XIX wieku przybyli tu kolonizatorzy francuscy, miasto rozwijało się nadal, obszar starego miasta ciągle był silnie związany z handlem, a Francuzi rozbudowywali miasto na jego obrzeżach. Wówczas to powstał kościół wzorowany na paryskiej katedrze Notre Dame, do dziś funkcjonujący pod nazwą świętego Józefa (Saint Joseph Church). Jest on trochę zaniedbany, oprócz bryły kościoła niewiele w nim świetności. Wnętrze jest surowe, główny ołtarz i dwa poboczne, nie przypominają wnętrza francuskiego oryginału. Najbardziej rozbrajające są elementy "tutejsze", to znaczy drzewka pomarańczowe, które są ustawione przy ołtarzach, podobnie jak w polskich kościołach choinki świerkowe.
W przeszłości każda ulica zwyczajowo była przypisana do konkretnego rzemiosła. Stąd w późniejszym czasie nadano im nazwy sprzedawanych tam produktów lub profesji wykonywanych przez ich mieszkańców. Idąc ulicami mijamy ciąg sklepików jubilerskich, kilka ulic dalej tekstylnych, następnie szereg z butami.
Zastanawialiśmy się nad wysłaniem paczki. W tym celu udaliśmy się na pocztę główną. W środku jedna kobieta wpatrzona w komputer, z ręką na myszce. Na pytanie o cenę wysłania paczki rzuciła nam na ladę (dosłownie rzuciła) zeszyt formatu A4, z zafoliowanymi kartkami, z różnymi angielsko - wietnamskimi napisami. Chodziło chyba o to, żebyśmy sobie sami znaleźli cenę. A ona - ponownie wzrok utkwiony w monitorze. Delikatnie zajrzeliśmy na ekran. No jakże by inaczej - gra w pasjansa. Zrobiło mi się dziwnie. Komuno wróć!! Każdego, kto tęskni za tamtymi czasami, zapraszamy do Wietnamu (ponownie).
W centralnym punkcie Starego Miasta "napadają" nas kobiety z koszami, sprzedają ananasy i banany. Wszystko za jedyne parę dolarów. Podobnie nagabują nas sprzedawcy książek, zapalniczek, czapek, koszulek i tym podobni.
Naszym kolejnym celem jest wybudowane przez francuskich kolonizatorów więzienie. Przetrzymywano w nim Wietnamskich patriotów i bojowników o wolność i niepodległość. W okresie wojny wietnamsko- amerykańskiej więziono tu pilotów zestrzelonych podczas tego konfliktu. Sugestywnie przedstawione naturalnej wielkości postaci zamknięte w celach i zdjęcia ludzi zakutych w dyby zrobiły na nas spore wrażenie. Umieszczona w jednej z sal oryginalna gilotyna używana przez Francuzów, daje dużo do myślenia. Teren na którym znajdowało się więzienie był kiedyś wioską, dziś wokół są budynki. Ocalała jedynie niewielka część pierwotnego kompleksu. Spacer po mieście zaprowadził nas do Opery, którą zbudowali Francuzi w dzielnicy nazwanej French Quarter. Obszar ten charakteryzuje wyraźnie różna architektura, szerokie ulice i fasady domów. Po ciasnym i trudnym do przemieszczania się Starym Mieście, była to miła odmiana. Przestrzeń, budynki w stylu francuskim, rozłożyste, duże, obszerne ulice z zielonymi skwerami. W ciągu dnia poranna mżawka ustała, było troszkę cieplej niż wczoraj. Znaleźliśmy w miarę spokojne miejsce na kawę i rozpoczął się ciąg dalszy próbowania wietnamskich potraw. Po tradycyjnej tutejszej zupie Pho, przyszła kolej na spring Rolls (Nem), w Polsce znane jako sajgonki.

Najgorsze, że jakiś insekt pogryzł mą skórę... Jakże to miło mieć B Rh+.

dzienne wydatki:

  • wstęp do muzeum 2x 20.000VND
  • bułeczki 4x 14.000VND
  • lunch 115.000VND
  • wapno w aptece 48.000VND
  • woda, cola, słodycze 60.000VND
  • kolacja 150.000VND
  • hotel 13$


dzień trzydziesty piąty 30 stycznia

Ostatni dzień w Hanoi rozpoczęliśmy leniwie. Jako, że wieczorem wyruszamy nocnym sypialnym autobusem do Hue, nie chcieliśmy tracić sił. Jak się potem okazało, była to słuszna strategia. Po śniadaniu w hotelu, tradycyjnie bardzo skromnym jak na nasze żołądki , poszliśmy zwiedzać i szukać czegoś do zjedzenia.
(śniadania w naszym hotelu są ekstremalnie skromne, dżemik wielkości czubka łyżeczki, plasterek masła, przez które widać powietrze, jedno smażone jajko i bagietka, którą jest tak mała, że wystarcza na dwa kęsy).
Odwiedziliśmy pobliski targ warzywny. Rozłożone na ziemi w rzędach, tarasujące chodnik i ulice warzywa i owoce zachęcały do ich skosztowania. Wielu z nich nie potrafiliśmy nawet zidentyfikować.
Pomiędzy straganami ujrzeliśmy wąską, bogato zdobioną bramę. Okazała się wejściem do mocno już zniszczonej przez wieki chińskiej świątyni. Po bokach stały kamienne tablice z nazwiskami ofiarodawców na rzecz świątyni. Wewnątrz bogato zdobione wnętrze i ludzie odprawiający modlitwy. Po chwili ciszy wewnątrz, wyszliśmy ponownie na ruchliwe i tętniące życiem ulice.
Parę uliczek dalej natrafiliśmy na spokojną knajpkę, w której spotkaliśmy grupkę Polaków. Wymieniliśmy się cennymi spostrzeżeniami z podróży.
Po nocnym przejeździe z Luang Prabang do Vientianu i związanych z nim wielogodzinnym męczeniem się w za małym siedzisku, szukaliśmy tanich lotów na dalszą drogę. Udaliśmy się w tym celu do biura rezerwacji Vietnam Airlines. Tu kolejny raz w tym kraju spotkaliśmy się z niekompetencją obsługi. Pani za ladą napisała nam ceny i godziny odlotów. Po chwili przemyślenia przez nas jaki lot najbardziej nam pasuje, zdecydowaliśmy się na konkretny lot. Ku naszemu zaskoczeniu, panienka z rozbrajającą miną stwierdza, że bilety już są droższe. Jest dużo chętnych i na ten dzień musimy zapłacić więcej. wszystko to mówi zajadając się słonecznikiem, wypluwając łupiny i równocześnie prowadząc rozmowę z koleżanką. Kolejna taka sytuacja, która nas tu spotyka. Szybko pani dziękujemy i korzystając z sieci internetowej pobliskiej kawiarni sprawdzamy bezpośrednio na stronie przewoźnika sytuację. Okazuje się, że są dostępne bilety na lot z Da Nang do Saigonu w niższej nawet cenie niż uzyskana w informacji. Po 10 minutach jesteśmy ich szczęśliwymi posiadaczami (ciągle wirtualnie). Cieszymy się, ponieważ zaoszczędzimy sporo czasu i zdrowia w pseudo sypialnych busach po Azji. Ale o tym jutro, jak przeżyjemy podróż z Hanoi do Hue...

dzienne wydatki:

  • drugie śniadanie 250.000 VND
  • przekąski 2x14.000 VND
  • lunch 120.000 VND
  • napoje i ciastka 45.000 VND
  • bilety lotnicze Da Nang - Saigon 2x 1.452.000 VND


dzień trzydziesty szósty 31 stycznia

Drogi turysto, jeśli chcesz poznać koloryt i zwyczaje transportu w Wietnamie, zapraszamy w podróż autobusem sypialnym. Podróż, na którą masowo są sprzedawane przez agencje turystyczne bilety, większość pasażerów przyprawia o zawrót głowy. Wszystko zaczęło się niewinnie. Pod hotel podjechał bus, który zawiózł nas pod biuro agencji turystycznej. Po okazaniu niezbyt miłej pani dowodu wpłaty zostaliśmy skierowani do autobusu stojącego na ulicy. Autobus był bardzo podobny do tego jakim jechaliśmy kilkanaście dni temu w Laosie. Zdezorientowani poczynaniami kierowcy, który krzycząc coś po wietnamsku kazał nam się odsunąć od drzwi, wyczekiwaliśmy co nastąpi. Wraz z grupką równie skonsternowanych turystów, obserwowaliśmy jak manewruje po ulicy. Uszczęśliwieni możliwością zajęcia w końcu miejsc w środku przekazaliśmy bagaże do luku i zdejmując obowiązkowo buty weszliśmy do środka.
Autobus ruszył i zaczęła się ponad dwu godzinna jazda po mieście, w celu zebrania kompletu pasażerów. Wymęczeni tą zbieraniną, ciągłym przystawaniem i przepychaniem się kolejnych ludzi,poczuliśmy zadowolenie gdy wszystkie miejsca były zajęte. Nie spodziewaliśmy się rozwoju kolejnych wydarzeń.
Wypełniony autokar, a kierowca palący papierosy zaczął przystawać co jakiś czas i zabierać Wietnamczyków na stopa, bez miejscówki. Ludzie ci bez najmniejszego skrępowania rozkładali się pomiędzy nami na podłodze na prowizorycznych matach. Wsiadło kilkoro z małymi dziećmi. Przyglądaliśmy się wszyscy temu z niedowierzaniem. Ilość osób dodatkowych była niesamowita. Całe szczęście, że tym razem moja żona wybrała miejsca na górze. Było trochę luźniej, za to bardziej śmierdząco...
Kierowca chyba wietnamskim zwyczajem nie dał nam pospać, trąbiąc co chwila. Po traumatycznej nocy w końcu dotarliśmy do Hue po 14 godzinach jazdy. Bogu dziękujemy, że kupiliśmy bilety na samolot na dalszą podróż do Sajgonu.

Hotel Than Thien całkiem przyjemny, może zapach trochę dziwny, ale damy radę. Gorzej, że ciągle pada. Pada deszcz. Trochę gęstszy niż kapuśniaczek. Ubieramy kurtki przeciwdeszczowe i ruszamy na miasto. Jemy późne śniadanie i idziemy do Cytadeli w Hue. Największe, otoczone murem i fosą, niegdyś przepiękne, okazałe miasto cesarskie, dziś ruiny, które nie wytrzymały ataku, głównie Francuzów i Amerykanów, podczas wojen w XX wieku. Weszliśmy do cytadeli przez Bramę Południową, położoną nad Rzeką Perfumową. Zwiedzamy kolejno odrestaurowane sale Mandarynów, Purpurowe Zakazane Miasto (a raczej jego ruiny), w którym mieszkała rodzina królewska. Od 1993 r. Cytadela w Hue znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
Popołudnie i trochę wieczoru spędzamy w Mandarin Cafe, gdzie właścicielem jest Mr. Cu. To profesjonalny fotograf, który od ponad 40 lat pasjonuje się fotografią. Przemiły człowiek, który podarowuje nam jedno ze swoich zdjęć, w formie pocztówki, które naprawdę są urzekające.
Jutro na spokojnie planujemy dalsze zwiedzanie miasta, które nie jest duże. Najgorsze, że ciągle pada...

dzienne wydatki:

  • bus z dworca do hotelu 60.000 VND
  • śniadanie 120.000 VND
  • bilet wstępu do Cytadeli 2x 55.000 VND
  • obiad 200.000 VND
  • woda 5.000 VND
  • hotel 16,2$


dzień trzydziesty siódmy 1 luty

Niebiosa się nad nami dziś zlitowały. NIE PADA. To fantastyczna nowina, z samego rana wyruszyliśmy wobec powyższego na dalszą eksplorację miasta Hue. Gdy nie pada, miasto wydaje się większe, turyści wyszli na ulice, jest gwarniej i tłoczniej. W związku z tym, że nie pada, wypożyczyliśmy skuter, zatankowaliśmy (paliwo po 1 dolara za litr). Hue jest okalane cesarskimi grobowcami. Pojechaliśmy zobaczyć dwa z nich, grobowiec Khai Ding, oraz Minh Mang. Są to wielkie, okazałe budowle, otoczone murami, świątyniami, kolejnymi budynkami. Gdy jechaliśmy skuterem, usłyszeliśmy "Good morning". Na skrzyżowaniu zaczepiła nas około 40-letna kobieta. Dosyć zrozumiałym angielskim zaczęła prowadzić z nami konwersację ze swojego skutera. Jechała z nami równolegle, aż do pierwszego naszego celu, cały czas próbując skusić nas na wizytę w jej domu. My jakoś z wymigaliśmy się od kolejnego naciągania. Jest ono niestety dosyć nagminne. Na targu, w sklepie trzeba ciągle przeliczać tutejsze kwoty w dziesiątkach tysięcy dongów i pilnować zer na banknotach, które są do siebie podobne. Grobowiec Khai Ding położony jest około 12 km na południe od Hue.
Usytuowany jest na zboczu wzniesienia. Do głównego grobowca prowadzą nas schody przez trzy kolejne tarasy. Na jednym z nich stoją naturalnej wielkości dwa rzędy kamiennych posągów żołnierzy. W centralnej części znajduje się wykonany we Francji w 1920r posąg siedzącego cesarza. Na sklepieniu z malowidła wyłania się 9 smoków. Malowidło zatytułowane jest dziewięć smoków ukrytych w chmurach.
Wykorzystujemy utrzymującą się poprawę pogody i jedziemy do drugiego grobowca Minh Mang. Ignorujemy informacje zaczepiającego nas chłopaka na skuterze, że pomyliliśmy drogę. I już po 3 minutach jesteśmy na parkingu przed wejściem do grobowca. Rozciąga się on na dużo większym obszarze niż poprzedni. Cały obszar kilkudziesięciu hektarów otoczony jest murem. Płacimy za parking dla skutera, a następnie bilet do środka. Wewnątrz na pierwszym dziedzińcu po obu stronach stoją kamienne posągi żołnierzy, a centralnie budynek świątyni poświęconej cesarzowi.
Niedostępny dla zwiedzających i otoczony 280 m murem 3 m wysokości. Niewielu turystów odwiedzających to miejsce cieszy nas, jest cicho i spokojnie. Spacerujemy po terenie chłonąc atmosferę tego miejsca. Droga powrotna do Hue jest już prostsza do przejechania. Wjeżdżamy do miasta i tym razem po przekroczeniu Perfumowej Rzeki kierujemy się na zachód w stronę Thien Mu Pagoda. Tylko 3 km dzielą ją od miasta. Ponownie zostawiamy skuter na parkingu i po schodach docieramy do wysokiej wieży za którą jest brama wejściowa. Za nią, po obu stronach w głębokich nawach znajdują się po trzy bogato zdobione posągi. Trochę nasyceni dzisiejszą dawką historycznych budowli powoli wracamy oddać skuter i zjeść kolacje. Może tym razem znajdziemy coś innego niż ryż...

dzienne wydatki:

  • bilety na busa do Hoi An 2x 8 $
  • wynajęcie skutera 100.000 VND
  • paliwo 100.000 VND
  • wstęp Khai Dinh 2x 55.000 VND
  • wstęp Minh Mang 2x 55.000 VND
  • ciastka 35.000 VND
  • parking 4x 5.000 VND
  • obiadokolacja 185.000 VND
  • napoje 105.000 VND
  • hotel 336.000 VND


dzień trzydziesty ósmy 2 luty

Wstaliśmy wcześnie rano. O 8,15 mamy autobus do Hoi An. Po śniadaniu znieśliśmy bagaże do recepcji(nasze wielkie, już prawie puste plecaki, które często budzą coś na kształt zdziwionego zachwytu w naszych współturystach, że niby tak mało rzeczy na 2 miesiące) i chwile przed godziną 8 jesteśmy gotowi do wyjazdu. Autobusu oczywiście nie ma na czas. Czekamy cierpliwie ponad godzinę. Pojazd, który miał być szybkim turystycznym połączeniem, po raz kolejny okazuje się pułapką na turystów. Ponownie w żółwim tempie jeżdzimy po mieście zaliczając kolejne hotele. Nie rozumiejący angielskiego kierowca i jego pomocnik ignorują nasze i współpasażerów pytania kiedy ruszymy. Inną sprawą jest stan autobusu. Pomijając brud i zniszczone, a niektóre nawet pocięte siedzenia, w środku czuć spaliny z rzężącego silnika. Dotychczasowe nasze doświadczenia w Azji związane z komunikacją nie są zbyt miłe. Pomijając przelot z Laosu do Wietnamu, który był na najwyższym poziomie, mamy wrażenie, że odbywa się swoista gra pomiędzy turystą, a agencjami sprzedającymi bilety. Pytając w naszym hotelu o możliwość dojechania do Hoi An lokalnym transportem, nie uzyskaliśmy na ten temat żadnej informacji. Za to panienka (a może mężatka) z recepcji roztoczyła przed nami wizje przyjaznego i szybkiego transportu spod hotelu. Co okazało się potem grubymi nićmi szytymi kolejnymi kłamstwami. Siedząc w rozklekotanym autobusie, po raz kolejny nabici w butelkę, paradoksalnie cieszymy się że tu jesteśmy (choć przed chwilą chcieliśmy już wysiąść, bo autobus ponad 2 godziny zbierał turystów po mieście). Jest to jedyna chyba okazja, żeby poznać i poczuć klimat tego kraju. Ogromne kontrasty w nim zawarte. Okiem turysty na pewno nie da się ogarnąć problemów jakie towarzyszą ludziom tu żyjącym. Jak mniemam silne jeszcze związki z komunistyczną ideologia rządzących, utrudniają
Wietnamczykom normalne życie. Wszechobecna ignorancja przywodzi mi na myśl nasz kraj sprzed przemian. Autobus jedzie tak wolno, że nie wytrzymuję i idę zapytać, czy jest jakiś problem. Drogi są wąskie i nie można jechać szybciej. A chyba jedziemy z 40 km/h. Nic to, w Polsce też tak jest miejscami. Cieszmy się, że choć jakieś odcinki autostrady są u nas. Najbardziej wkurzające i męczące jest w Wietnamie nieustanne trąbienie. Używanie klaksonu cały czas jest obezwładniające. Oznacza najczęściej - "uwaga jadę, zjedź mi z drogi".
Prawidłowo jeżdżący Wietnamczyk obtrąbia wszystko: wszechobecne skutery, pieszych, rowery, i inne pojazdy. Brak klaksonu w pojeździe uniemożliwia normalną jazdę. Gdybyś chciał turysto choć trochę się zdrzemnąć - sugeruję wypić ze dwa piwa. Jest ci bardziej wszystko jedno. Z drugiej jednak strony brak toalety w autobusie, w którym jedziemy mógłby znacznie utrudnić przetwarzanie owego lekkiego alkoholu w twoim organizmie i uniemożliwić wydalenie go na zewnątrz wtedy, gdy będziesz chciał.
Ogólnie jazda drogowa to jeden wielki dramat w tym kraju. Wolna amerykanka. Wczorajsza nasza wyprawa skuterem w różne miejsca, zwieńczona była sukcesem - nikogo nie zabiliśmy, nikt nas nie zabił, niczego nie uszkodziliśmy i nikt nas nie uszkodził. Wszyscy jeżdżą skuterami w różne strony, na nic pozornie nie patrząc. Jednak oni widzą wszystko i wszędzie :) Podobno są dwie metody, by przeżyć, przy przechodzeniu na drugą stronę ulicy. Pierwsza - szybko, szybko do przodu, byle szybciej na drugą stronę. Druga metoda - wręcz przeciwnie, spokojnie, powoli, acz sukcesywnie. Skutery jeżdżą stosunkowo wolno, także zdążą cię minąć lub wyhamować. Ale dla przeciętnego Europejczyka - każde przejście przez większe skrzyżowanie może oznaczać prawdziwe wyzwanie, fantastyczny zastrzyk adrenaliny i pełne upojenia poczucie sukcesu, gdy już się przejdzie na drugą stronę.
Widoki są piękne. Wietnam jest zachwycająco położony. Jedziemy wzdłuż środkowego wybrzeża, widać morze południowo chińskie, a lądem ciągnie się górskie pasmo i wiele, bardzo wiele pól ryżowych, poprzedzielanych wąskimi miedzami. Ryż cały tonie w wodzie, taka już jego natura (czyli jego hodowanie), nad mokrością wyłaniają się zielone połacie. Naprawdę, piękny krajobraz.

Kiedy wreszcie po ponad 4 godzinach dojeżdżamy kierowca podjeżdża pod całkiem przyjemny hotel i mówi, że to już tu, że to koniec. Że jesteśmy w Hoi An i że możemy tu tanio znaleźć nocleg. Natychmiast po wyjściu z autobusu otaczają nas trzy osoby mówiąc, że hotel jest niedrogi i fantastyczny, że z basenem i masażem. Doprawdy troska o klienta jest tu zachwycająca. Po prostu przyjeżdżasz do miasta i jesteś wysadzony w miejscu, skąd do centrum masz odległość dobrego spaceru, ale możesz skorzystać i od razu wziąć hotel bez szukania.
My mamy już zarezerwowany nocleg, więc musimy do niego przejść ładny spacerek... Pokój może i sympatyczny, wanna w pokoju..., znaczy, że szykuje się romantyczny wieczór...jeszcze tylko kwiaty i świece... :)
Hoi An jest przepiękne. Jest przepiękna pogoda. Ciepło. Słońce przebiło się przez chmury. Miasteczko jest urocze, nic nie trzeba poprawiać. Cisza i spokój. Sielanka. Nie ma ogromnego hałasu skuterów, jest niska zabudowa małych domków na starym mieście. Z głośników sączy się muzyka. Nad kanałem leniwie pływają łódki. Raj.

dzienne wydatki:

  • obiad 165.000 VND
  • kawa lody 110.000 VND
  • kolacja 110.000 VND
  • hotel 19$


dzień trzydziesty dziewiąty 3 luty
Hoi An jest mocno zakorzenione w tradycji i historii. Było głównym portem w XVI wieku, do którego przybywali zarówno Portugalczycy, jaki Holendrzy, Anglicy i Japończycy. Miasto ma szereg różnych miejsc, gdzie bezpośrednio możesz dotknąć historii. Zwiedzaliśmy dziś na rowerach Stare Miasto. Zobaczyliśmy jedyny w swoim rodzaju zadaszony most japoński, wybudowany przez Japończyków, później rozbudowany przez Chińczyków i Wietnamczyków. Most łączy dwie części miasta, pośrodku Chińczycy wybudowali niewielką świątynię. Wejścia od strony zachodniej strzegą dwa psy, a od strony wschodniej dwie małpy. Legenda mówi, że most wybudowany był w roku psa, a budowa zakończona została w roku małpy (albo odwrotnie...).
To miasto z wielowiekową tradycją rzemiosła krawieckiego. Co drugi, a nawet częściej sklep to krawiec. Uszyją Ci wszystko, o czym tylko pomyślisz. W witrynach sklepów manekiny, jeden obok drugiego, prezentują możliwości właściciela sklepiku. Ceny uszycia sukienki, zaczynają się od 45 $, ale jestem przekonana, że można jeszcze sporo wytargować.

Zwiedzamy dziś namiętnie starówkę. Jest tak piękna, że aż nieprawdopodobna. Aż dziw bierze, skąd takie miasto się tu uchowało. Kupujemy zbiorczy bilet na pięć zabytków w mieście i kolejno odwiedzamy Muzeum Historii i Kultury Hoi An, Quang Trieu Assembly hall, Quan Cong Temple (przepiękne niewielkie świątynie). Dominują w nich różne smoki, posągi, wiele chińskich akcentów, w końcu to miasto na Chińczykach długo stało :)
Phuoc Kien Assemblay Hall, który zwiedzamy jest zwany również Kim Son Pagoda. Zbudowany w XVII pełnił rolę miejsca spotkań dla chińskiej społeczności. Większość budynków, które mają elementy chińskiej architektury, cechuje charakterystyczny dach, spadzisty, pokryty bambusowymi rurkami, zakończonymi elementem porcelanowym.
Miasto otacza jedna z najładniejszych rzek w Wietnamie - Thu Bon River. Jest na niej bardzo wiele zarówno łodzi jak i łódek. Za opłatą można praktycznie popłynąć w każde miejsce, gdzie prowadzi rzeka, czyli około 3 tysięcy metrów.

Odwiedzamy tutejsze targowisko, kupujemy owoce i zajadamy się mango i czymś czego nazwy nie znamy, w każdym razie jest to owoc.
Spacerujemy uliczkami Hoi An, pomimo niskiego sezonu wszystkie kawiarenki i sklepiki są otwarte. Udajemy się do zaprzyjaźnionej już kawiarni Bobo Cafe, polecanej przez Lonely Planet na kolacje i wieczorną kawę.

dzienne wydatki:

  • owoce 70.000 VND
  • bilety wstępu 2x 90.000 VND
  • obiad 120.000 VND
  • fryzjer 120.000 VND
  • kolacja 70.000 VND
  • hotel 315.000 VND


dzień czterdziesty 4 luty

Wietnamczycy są mistrzami świata w `przewożeniu czegokolwiek na swoich skuterkach. Możesz zobaczyć na ulicy transport jajek skuterem, transport kur, świń czy stołów. Czegokolwiek chcesz. Wszystko jest dobre do przewożenia skuterem.
Rano wyruszyliśmy na skuterach do My Son Sanctuary. To przepiękne miejsce, które było Królestwem Champy (po wietnamsku Cham pa).
Państwo Czamów (jak można to spolszczyć) toczyło ciągłe wojny z sąsiadami, którymi byli Wietnamczycy od północy i Kmerowie od południa. Państwo Czamów istniało do XVII wieku, kiedy to ostatecznie zostało podbite przez Wietnamczyków. Jakoś dziwnie doszukuję się analogii do Państwa Polskiego, które na 123 lat zniknęło z mapy Świata, ale na szczęście wróciło. Czamowie nie mieli tyle szczęścia.

Zespół świątyń, a raczej tego, co z nich pozostało, jest zlokalizowane około 50 km od Hoi An. Powstałe w X i XI wieku świątynie zostały prawie definitywnie zniszczone podczas bombardowań przez USA tych terenów, w okresie wojny 1969 roku.
My Son było centrum kulturowym królestwa Czamów. Budowle charakteryzują specyficzne łączenie sklepienia, ułożone ze zbiegających się na szczycie cegieł. Czamowie nie znali, czy nie używali łukowego sklepienia, a jedynie układali cegły, które schodziły się u szczytu budowli. W wyniku tego świątynie mają grube mury i niewielkie wnętrza, a także wąskie wejścia.
Oczywiście pomyliliśmy drogi. Wietnamskie mapy są stworzone po to, by po pierwsze znaleźć je z wielkim trudem, po drugie są niedokładne, w większości poglądowe. Po trzecie mało która droga jest oznaczona i brak jakichkolwiek drogowskazów. Owszem, po przejechaniu 15 km, z głównej drogi AH1, są widoczne kierunkowskazy na My Son, ale raczej "reklamowe", a nie drogowe. Na dodatek Wietnamczycy nie potrafią czytać mapy. Pytani o drogę wodzą bezwiednie palcem po mapie próbując zlokalizować swoją pozycję. Po kilku nieudanych próbach, przy których otrzymywaliśmy sprzeczne informacje, postanowiliśmy więcej nie pokazywać im mapy. Używaliśmy dedukcji :).
Jedziemy i mijamy niewielkie wioski tętniące życiem, ludzi pracujących na polach ryżowych, brodzących po kolana w wodzie. Nie wygląda to zbyt bogato, ale bardzo biednie też nie. W Wietnamie do wiosek prowadzą bramy. Bogato zdobione, oczywiście obowiązkowo flaga z sierpem i młotem.

Co prawda nadłożyliśmy drogi o około 13 km, ale dojechaliśmy do celu. Droga powrotna była juz dużo prostsza. Zatrzymaliśmy się jeszcze w niewielkim muzeum poświęconym królestwu Czampy. Zebrane są w nim ołtarze religijne, rzeźby z piaskowca i drobiazgi codziennego użytku. Część zbiorów poświęcona jest Kazimierzowi Kwiatkowskiemu, polskiemu archeologowi. Prowadził on prace w My Son przez kilkanaście lat. Przy jego dużym udziale sanktuarium to, oraz starówka Hoi An zostały wpisane na listę dziedzictwa UNESCO. Po przyjeździe do miasta zrobiliśmy spacer ulubionymi już uliczkami. A przed powrotem do hotelu spędzamy godzinkę na zjedzeniu słodyczy i kawie przyglądając się wieczornemu Hoi An.




dzień czterdziesty pierwszy 5 luty

Doczekaliśmy się w końcu pięknego słońca i ponownie upału. Od ponad tygodnia lekko marzliśmy, dziś jest odwrotnie. Jedziemy więc dwa kilometry za miasto nad morze, by się nacieszyć słońcem. Słyszeliśmy, że w Polsce siarczyste mrozy. Pozdrawiamy zatem gorąco z plaży gdzie chłodne fale morza południowo-chińskiego obmywają nasze stopy. Jest upalnie. Idąc brzegiem widzimy oddaloną o kilkanaście kilometrów od nas wyspę Cham i kilka mniejszych w jej pobliżu. Wynurzający się z wody na 166 m nad poziom morza wierzchołek Hon La jest wyraźnie widoczny. Plaża w tym miejscu ciągnie się kilkanaście kilometrów prosto i mamy piękne widoki. Stosunkowo niewielu turystów o tej porze roku widać w tym rejonie, nieliczni opalają się lub z rzadka siedzą w nadbrzeżnych knajpkach.

Po południu lądujemy w niewielkiej lokalnej restauracji. Plastikowe stoliki, na nich ceraty, widok na rzekę, brak menu, jedna kobieta z kuchni trochę mówi po angielsku. Zamawiamy dwa razy noodle, czyli makaron. Dostajemy coś. Coś na talerzu, wygląda jak pomieszanie różnych poszatkowanych liści warzyw, z orzeszkami ziemnymi i najprawdopodobniej małymi ślimaczkami, wyławianymi z tutejszej rzeki. Zajada się to z plackiem. Rodzaj mocno wysuszonego naleśnika, a raczej placek smażony w głębokim tłuszczu.
Nie chcę tego. Proszę, by nam to zabrali. Błagam o makaron. W tym celu biorę kobietę z kuchni za rękę, prowadzę do stolika obok i pokazuję palcem. Uzgadniam oczywiście cenę. Dostajemy zawinięte w liście bananowca "cosie", zawiązane po bokach, a do tego jedną główkę czosnku. Patrzymy na siebie zdziwieni. Za chwilę dostajemy makaron z mięsem, kiełkami fasoli, podejrzanymi liśćmi, połową zielonej mandarynki i czerwoną, zaje... bardzo ostrą papryczką. To wszystko posypane czymś w rodzaju wypieczonych kwadratowych chipsów.

Rozwijam liście bananowca. Coś dziwnego w środku. Rodzaj rybnego, podłużnego pulpetu, bardzo specyficzny smak.
Nasz eksperyment kulinarny powiódł się połowicznie. Najdrożej nie było, najtaniej też nie. Smak był ciekawy, ale nie powalający na kolana. Za to papryczka - bardzo ostra. Oczy zaczęły mi łzawić bardziej, niż kiedykolwiek, a na czole wystąpiły kropelki potu.
Na starym mieście zobaczyliśmy jeszcze dwa zabytkowe domy. Obydwa mają dwustuletnią tradycję. Pierwszy to Tan Ky, symbol Hoi An. Jeden z najczęściej odwiedzanych zabytków w tym mieście. Charakterystyczna wietnamsko-chińska architektura z elementami japońskich detali. Od siedmiu pokoleń należy do jednej rodziny, w środku dotykasz historii - eksponaty, kubek Konfucjusza.
Znaleźliśmy przeuroczą knajpkę - Tam-tam Cafe, na ulicy Tran Phu. Fantastyczna kawa, przepyszne ciastka kremowe. Także urlopujemy się na całego, niczym turyści.
Jak Wietnam długi i wąski, tradycyjnie wszyscy siedzą (lub stoją) i łuskają pestki. Głównie dyni, ale chyba też i słonecznika. Obojętnie czy na ulicy, czy w sklepie, czy w biurze, czy w muzeum. Siedzą, łuskają, plują. Ciekawe zjawisko.
Dzisiejsza noc jest 14 w kalendarzu księżycowym. W tym czasie w Hoi An odbywa się legendarny nocny festiwal. Stare Miasto jest rozświetlone latarniami i lampionami. Od godziny 21.00 w obszarze starówki dozwolony jest tylko ruch pieszych.
Mieszkańcy okazują szacunek tradycji i swoim przodkom, którzy właśnie 14 dnia każdego księżycowego miesiąca, organizowali nocne ofiarowywanie darów duchom poprzednich pokoleń. Na ulicach starówki tłumy ludzi. Przed każdym domem, czyli przed każdym sklepem jest ustwiony niewielki stoliczek, na nim palące się świece i kadzidełka, owoce, ryż, szklanka z napojem. Wygląda to bardzo niecodziennie. Przy kanale tłumy ludzi, miejscowy sprzedają papierowe lampiony,wewnątrz których palą się świeczki. Głównie turyści kupują je następnie łódkami płyną i puszczają je na wodę. Cała rzeka jest rozświetlona światłem z tych lampionów. W dwóch miejscach miasta wiekowi Chińczycy grają w chińskie szachy. W innych miejscach grają na tradycyjnych wietnamskich instrumentach. Na Starym Mieście organizowane są zawody dla młodzieży w zbijaniu glinianych naczyń, zawieszonych na sznurku. Gracz ma zasłonięte oczy i musi pałką stłuc naczynie. Dookoła tłum ludzi, głównie młodych. Tłumy cały czas, brodzą w ciemnościach rozświetlanych tysiącem lampionów, przemieszcza się po ulicach. Wszyscy tubylcy niżsi od nas o głowę.


dzienne wydatki:

  • wypożyczenie skutera 100.000 VND
  • paliwo 60.000 VND
  • bilety na busa do Danang 2x 70.000 VND
  • eksperyment kulinarny 120.000 VND
  • kolacja 240.000 VND
  • hotel 315.000 VND


dzień czterdziesty drugi 6 luty

Dziś ponownie intensywne zwiedzanie. Trzeci dzień z kolei wykorzystujemy skuter wypożyczony z hotelu. Jest to chyba najlepszy sposób na samodzielne poruszanie się po okolicy. Nie bardzo lubimy zorganizowane zwiedzanie. W grupach jeżdżących turystycznymi busami wszystko robione jest na czas. Odwiedza się przy okazji sklepy, fabryczki i warsztaciki dla turystów. Skuter daje dużo swobody w wyborze kierunku i czasu jazdy. Pewną niedogodnością jest konieczność samodzielnego załatwiania biletów wstępu, zaznajomienia się z topografią terenu. Ale lepiej można poznać kraj który się odwiedza. Choć czasem napotyka się na różnego rodzaju kłopoty to jest sporo zabawy i przygody. Około 15 kilometrów na północ od Hoi An jest interesujące miejsce zwane Marble Mountains. Jest to kompleks pięciu wzniesień na płaskim terenie. Legenda głosi, że król Minh Mang ( jego grobowiec zwiedzaliśmy w Hue), przejeżdżając tędy nazwał je górami pięciu żywiołów, Kim Son (metal), Moc Son (drzewo), Hoa Son (ogień), Tho Son (ziemia), Thuy Son (woda). Na największej z nich (Thuy Son) znajdują się różne pagody, a wewnątrz jaskinie. Wspinamy się po 150 schodach jak nas poinformowała pani przy zakupie biletów wstępu, do pierwszej świątyni. Dla leniwszych turystów zbudowano windę. My twardziele nie korzystamy. Pięknie wkomponowana w zbocze wzniesienia i bogato zdobiona robi na nas duże wrażenie. Jak się potem okazuje, wędrówka pomiędzy poszczególnymi punktami wymaga niezłej kondycji. Idziemy właściwie ciągle stromymi schodami. Jednorodna jakby się zdawało z zewnątrz góra w środku poprzecinana jest wieloma rozpadlinami i zboczami. W jednej z kilku jaskiń oczom naszym ukazuje się po zejściu w dół ogromna komnata. W sklepieniu widać niewielkie otwory przez, które sączą się strużki światła. W niektórych miejscach nawet większe snopy światła padają na wilgotną od wody posadzkę. Widać, że jaskinia żyje swoim życiem. Przez dwa otwory w sklepieniu jaskini, cyrkulacja powietrza powoduje, że jest ciągły przewiew wewnątrz.
U podnóża góry rozciąga się wioska, w której prawie każdy sklep zajmuje się sprzedażą wyrobów z kamienia. Kamieniarze są na każdym kroku produkując i sprzedając zarówno ogromne rzeźby, np. posągi Buddy czy święte statuy jak również zwierzęta i niewielkie wyroby jak moździerze. Wszystko z kamienia.
Z Marble Mountains jest już niedaleko do Da Nang, korzystamy z tego i jedziemy zobaczyć ten powstały 200 lat temu port, który przejął ruch morski z Hoi An. Miasto jest rozległe, przestrzenne i dość spokojne. Wysokie hotele na brzegu robią wrażenie, po wszystkich niskich zabudowach starówek wietnamskich, jak Hue, Hoi An czy Hanoi, które dotychczas widzieliśmy.
Oglądamy hotel w którym się jutro zatrzymamy. Jest ok, zwłaszcza, że przecież z samego rana mamy samolot, więc długo w nim nie zabawimy.
Zatrzymujemy się na kawę. Knajpa nazywa się Kayla Coffee przy Nguyen Van Linh. Oglądamy menu, ceny przystępne. Kawa najpyszniejsza, jaką do tej pory piliśmy. Prosimy o rachunek. Przychodzi młody mężczyzna i pewnym tonem mówi, że 135 tysięcy. Liczymy w głowach - nie powinno wyjść więcej jak 90 tysięcy... więc? Mówimy, żeby przyniósł menu. Po 5 minutach przynosi rachunek na którym wydrukowana jest wartość 85 tysięcy, za trzy pozycje, które zamówiliśmy, a 20 tysięcy dopisane jest ręcznie. Podchodzi dziewczyna, która przyjmowała zamówienie i mówi, że to podatek. Tłumaczymy, że jeśli jest napisane ręcznie, to nie płacimy. Nie ma na rachunku - nie ma pieniędzy. Owszem, w Hanoi spotkaliśmy się z opłatą za serwis (obsługę) od 15 do 20 %, ale jest to napisane w karcie. W dodatku nie dopisuje się tego ręcznie. Bardzo nam się podobało, jak zmieniały się ceny w miarę, kiedy drążyliśmy temat. Okazuje się, że nawet przy zamawianiu kawy należy się targować... i nie brać na poważnie tego, co jest powiedziane.
Wieczorem jesteśmy już a Hoi An. Miasto ponownie rozświetlone lampionami, ponowie jesteśmy w BoBo cafe i jemy makaron lub ryż :). Niechętnie stąd wyjeżdżam. Prawda jest taka, że Hoi An skradło me serce. Im dłużej się tu przebywa, tym bardziej chce się tu zostać.

dzienne wydatki:

  • wypożyczenie skutera 100.000 VND
  • paliwo 60.000 VND
  • bilety wstępu 4x 15.000 VND
  • obiad 190.000 VND
  • kawa i lody 85.000 VND
  • kolacja 240.000 VND
  • hotel 315.000 VND


dzień czterdziesty trzeci 7 luty

Jedzemy dziś po południu do Danang. Nocujemy blisko lotniska, a rano wylatujemy do Ho Chi Minh. W związku z tym szukamy w mieście punktu, w którym moglibyśmy wydrukować nasz wcześniej zakupiony przez internet bilet lotniczy. Po nieudanych wczorajszych próbach zalogowania sie na stronie Wietnam Airlines dziś udaje nam się. Jednak żeby nie było za łatwo drukarka odmawia posłuszeństwa, a niezbyt miły pan po kilku naszych pytaniach wyłącza nam kompa i wyprasza. W końcu jednak znajdujemy uprzejmą panią w biurze podróży, która pozwala nam skorzystać z komputera i drukarki. Nie całkiem jednak bezinteresownie, bo za opłatą. Robimy wydruk rezerwacji biletu. Sprzeczne informacje, które otrzymujemy w tej sprawie w różnych punktach, dezorientują nas. Wracamy wymeldować się z hotelu. Po drodze ja wypijam kawę, a żona sprawdza umiejętności tutejszej fryzjerki. Co prawda trochę ostrożnie bierze tylko mycie i czesanie za to po 30 minutach wychodzi jeszcze piękniejsza... Autobus do Da Nang zabiera nas z recepcji hotelowej. Przejazd nie trwa dłużej niż 30 minut. Znając już trochę miasto i mając upatrzony hotel prosimy kierowcę i "kierownika" autobusu, żeby nas wysadził w centrum. Pozostają niewzruszeni i zostajemy wysadzeni jakieś 2 km dalej, na obrzeżach miasta pod jakimś hotelem. Jest to kolejna już taka sytuacja w tym kraju, jaka nas spotyka. Po wyjściu z autobusu proponują nam swoje usługi różne, czekające tam osoby. Jesteśmy trochę osaczeni, wszystko jest tak zorganizowane, że trudno jest samodzielnie podejmować decyzje. Być może ktoś pomyśli, że to fajne i wygodne. Pewnie tak, ale za to dosyć kosztowne dla osób mających inne plany, niz panowie z obsługi autobusu. Musimy wziąść taxi, żeby dostać się do miejsca, które niedawno prawie mijaliśmy. Oglądamy kilka pokoi i decydujemy sie na czwarte pietro, pokój z małym balkonem i oknem. Mamy ładny widok na tętniącą życiem ulicę. Popołudniu szwędamy się trochę po okolicy. Nic nie ma ciekawego, żadnej restauracji, w której można by zjeść obiad. Musielibyśmy przemieścić się do dzielnicy nadrzecznej, gdzie jest znacznie więcej turystów. Lądujemy w końcu w KFC. Trudno.

dzienne wydatki:

  • drukowanie biletu 20.000 VND
  • fryzjer :) 100.000 VND
  • kawa 15.000 VND
  • cola i woda 14.000 VND
  • owoce 30.000 VND
  • taxi do hotelu w Danang 50.000 VND
  • obiad (o ile KFC można nazwać obiadem) 240.000 VND
  • lody 17.000 VND
  • hotel 280.000 VND


dzień czterdziesty czwarty 8 luty

Ho Chi Minh to miasto, poprzecinane wieloma rzekami i kanałami. Największa z nich to Sai Gon River. Podczas gdy Hanoi ma ponad tysiącletnią tradycję, o Sajgonie pierwsze wzmianki pojawiają się pod koniex XVII wieku. Sajgon jako port był zbudowanany w 1862 roku i gwałtownie stawał się największym i najbardziej dynamicznym portem w tym rejonie, przez wiele lat zwany był nawet Perłą Dalekiego Wschodu.
W wyniku wygranej wojny przez Wietnam północny z USA i sprzymierzeńcami, zjednoczono kraj. Dla upamiętnienia tego w lipcu 1976 roku zmieniono nazwę z Saigon na Ho Chi Minh City (w skrócie HCMC). Obydwie nazwy funkcjonują do dziś, pomimo, że oficjalnie używa się skrótu HCM.
Jestem zauroczona Saigonem. To miejsce, które po prostu mnie urzekło. Widać francuskie wpływy bardzo mocno, wszak do 1975 roku przez ponad 100 lat, teren ten był pod protektoratem Francji. Miasto jest przestrzenne, ani śladu wąskich uliczek Hanoi i jego ścisku. Być może jesteśmy już przyzwyczajeni do milionów skuterów, bo w Sajgonie wydają się czymś najnormalniejszym.
Ranek był trudny. wstaliśmy o 4 rano i taksówką pojechaliśmy na lotnisko. Port lotniczy jak wymarły, ani jednego człowieka, po pięciu minutach weszła jedna osoba, potem druga, potem wstał człowiek, który spał za kontuarem baru. Potem zaczęło się zaludniać, ale pierwsze wrażenie było niesamowite, pustej hali odlotów.
Lot przebiegł bez problemów. VIetnam Airlines to chyba najuboższe linie, ponieważ w cenie normalnego biletu dają na pokładzie podczas przelotu jedynie pół litra wody mineralnej. Niegazowanej. No sok, to rozumiem, ale zostawmy to...
Po godzinie byliśmy już w Ho Chi Min City. Odnieśliśmy pierwsze, poważne zwycięstwo. Udało nam się dojechać do centum miasta miejskim autobusem lini 152. Staje przy 11 filarze przy hali przylotów... Taksówka miała kosztować 8 dolarów. My pojechaliśmy za 1 dolara od osoby razem z tubylcami.
Drugie zwycięstwo to znalezienie taniego hotelu i to w miarę szybko. Mieliśmy do dyspozycji cały dzień. Nie bacząc na rosnący upał rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. Zobaczyliśmy Katedre Notre Dame, przepiękny budynek świątyni niestety był zamknięty. Przy katedrze mieści się zabytkowy budynek poczty. Zbudowany w 1886 roku budynek oszałamia swoją architekturą. Oglądamy jeszcze gmach teatru, również z przełomu XIX i XX wieku, a także Opere. Wszystkie budowle we francuskim stylu, zbudowane z rozmachem i wkomponowane w przestrzeń miasta. Obok Opery oglądamy Hotel Continental, który był w okresie wojny wietnamskiem kwaterą dowództwa wojsk amerykańskich.
Do najciekawszych miejsc, które oglądamy dzisiejszego dnia, na pewno zaliczymy Conference Hall lub inaczej zwany Independence Palace, lub Reunification Palace. To budynek zbudowany w 1868 roku dla Gubenartora kolonii francuskiej. Pałac był wówczas nazywany Norodom Palace. Do 1975 toku rezydował tam prezydent południowego Wietnamu, a później wojska północnego Wietnamu zdobyły to miejsce i rozpoczął się proces zjednoczenia kraju w duchu komunistycznym.
Pałac jest imponujący, niestety był dwa razy bombardowany, więc niewiele zostało z pierwotnej, francuskiej formy. Bryła i zamysł architekta pozostał i budynek, pomimo swoich socrealistycznych udogodnień jest zadziwiająco ciekawy i interesujący. Zwiedzamy go z przewodnikiem. Młody chłopak szczegółowo, ciekawie i z entuzjazmem mówi o historii tego miejsca. Odwiedzamy chyba wszystkie zakamarki. Sale konferencyjne, część mieszkalną prezydenta, kuchnie. Potem schodzimy do piwnic gdzie był sztab wojskowy.
Miasto jest pełne zieleni, dużo parków i zielonych terenów. Jestem zauroczona. Wiem, wiem. Powtarzam się.
Wieczór kończymy w Ben Thanh Market. To ogrommny teren ze stoiskami, na których możesz kupić tysiąc i jedną rzecz, począwszy od ciuchów różnej maści, toreb, szmatek, plecaków, po słodycze, kawy, owoce, pamiątki w setkach wzorów, form i kolorów. Sam budynek owej hali targowej jest ciekawy. Zbudowany pierwotnie w 1870 roku, odnowiony w 1914 stanowi zabytek sam w sobie. Na froncie hali wieża zegarowa, bardzo charakterystyczna dla tego miejsca.

dzienne wydatki:

  • taxi na lotnisko 30.000 VND
  • autobus w Sigonie 16.000 VND
  • śniadanie 130.000 VND
  • lunch 280.000 VND
  • owoce 20.000 VND
  • bilety wstępu 2x 30.000 VND
  • kolacja 160.000 VND
  • kawa i cola 25.000 VND
  • pamiątki 505.000 VND
  • hotel 12$


dzień czterdziesty piąty 9 luty

Wietnamczycy są wytrawnymi kupcami. Targują się do upadłego. Najpierw łapią klienta, osaczają go i już nie wypuszczają. Najciekawiej, gdy człowiek siedzi sobie grzecznie przy stoliku i sączy kawę, lub sok, lub je śniadanie czy obiad. Wietnamczycy z różnej branży nie dadzą ci spokoju. Najpierw pierwszy z tekturową tablicą, na której ma przypięte okulary przeciwsłoneczne. To nic, że jedne masz na nosie. Zawsze możesz kupić następne - wychodzi z założenia sprzedawca. Następnie przychodzi kolejny ze sztaplem książkowych przewodników. Od Wietnamu, Kambodży, Tajlandii po europejskie stolice. Kupić możesz jaki chcesz. A jak nie ma, to za chwilę pan przyniesie. Kolejno podchodzą kobiety, a to z koralikami, a to z bransoletkami, a to pocztówki, albo owoce. Za chwilę - człowiek z hamakami. Kup - rozwieś między drzewami i odpoczywaj. A najbardziej rozbroił nas pan ze szczotką i pastą do butów, proponując usilnie swoje usługi. Popatrzeliśmy zaskoczeni na swoje sandały za grosze z hipermarketu i wybuchnęliśmy śmiechem.
Absolutnie udany dzień. Wypożyczyliśmy skuter. Nie ma tu jako takich wypożyczalni. Na hotelowej ulicy podchodzisz i pytasz czy mają skutery do wypożyczenia. Albo oni pytają. Jeśli nie mają, to natychmiast dzwonią i ktoś przyjeżdża i pożycza. Dziś do nas przyjechała dość dojrzała kobieta w piżamie. Dla nas to piżama, ale część osób chodzi tu w podobnych ciuchach. Przyjechała i chciała nam pożyczyć skuter. Niestety - nie działo światło stopu. Pomimo jej zapewnień, że "no problem" a także, że "okey", nie daliśmy się omamić. Poszliśmy kawałek dalej i znowu kolejna próba. Pani z małej knajpy pożyczyła na swój skuter za jedyne 5 dolarów do wieczora.
Sajgon zwiedzamy od kuchni, przejeżdzamy przez kolejne districty, na które miasto jest podzielone. Jest tu ponad 8 milionów mieszkańców, cztery Warszawy, osiem Trójmiast złożonych razem :). Ogromne. Trafiamy w kolejne nieturystyczne dzielnice i radość nasza nie ma granic. Kawa kosztuje dwa, czasem trzy razy taniej. Owoce kosztują często i pięć razy taniej. Od zawsze wszelkie przewodniki i relacje podróżników o tym mówią. My to potwierdzamy, potwierdzamy pijąc drugą kawę w lokalnej knajpce. Siedzimy w dystrykcie 7, Dookoła sami lokalni, zero turystów. Życie toczy się trochę wolniej niż w centrum, a już na pewno wolniej niż w europejskich metropoliach, pomimo że prawie "za ścianą" jest jeden z większych portów w tym rejonie.

Jazda po tym mieście skuterem, w morzu innych skuterów, to czysta adrenalina, to fantastyczna przygoda, zwłaszcza jak się jedzie z takim kierowcą jak mój mąż. Mieliśmy mały wypadek. Prawie stłuczkę. Wietnamczyk uderzył nam lekko w przednie koło. Właściwie nic się nie stało, z uśmiechem na twarzy przeprosił. Wszyscy zajeżdżają drogę wszystkim. Każdy jedzie jak chce. Pod prąd to nic takiego. To norma. Czerwone światło? Aaa, to tylko taka mała, nic nie znacząca informacja. Pierwszych parę skrzyżowań, a fala skuterów w której jechaliśmy pchała nas nie tam gdzie chcieliśmy, a następna fala nie pozwalała skręcić tam gdzie chcieliśmy. Musieliśmy się dostosować do tłumu. Ale już po paru kilometrach, dzielnie dawaliśmy sobie radę. To znaczy ja starałam się nie wiercić z tyłu, a mój kierowca w osobie mojego męża miał oczy dookoła głowy.
Mango i papaje jemy dziś w dużych ilościach. Owoce są wszędzie w tym rejonie Azji przepyszne. Nie zastąpią tego słońca tutaj dojrzewalnie w Polsce.

Rozstrzygnęliśmy dziś odwieczny dylemat kawa czy herbata. W Sajgonie jest to możliwe, ponieważ skwar robi wodę z mózgu. Do zamówionej kawy mrożonej podano nam w dzbanuszku herbatę, żeby sobie dolewać. Całkiem dobre. Mokre i zimne, a to najważniejsze.
Rano kupiliśmy bilety. Jutro wyjeżdżamy z tego miasta. A szkoda. Na Sajgon warto mieć kilka dni. I warto zacząć zwiedzania Wietnamu od południa. Ludzie są tutaj inni, trochę spokojniejsi, trochę łaskawsi, miasto bardziej zielone i przestrzenne. Z drugiej strony gdy zaczniesz zwiedzanie od północy, południe Wietnamu wyda Ci się jeszcze piękniejsze.

dzienne wydatki:

  • śniadanie 90.000 VND
  • owoce 30.000 VND
  • kawa i cola 60.000 VND
  • lunch 220.000 VND
  • owoce 20.000 VND
  • kolacja 160.000 VND
  • skuter 5$
  • paliwo do skutera 60.000 VND
  • hotel 12$


dzień czterdziesty szósty 10 luty

Dzisiaj troche wcześniejsza pobudka. O siódmej rano zostawiamy bagaże w agencji, gdzie kupowaliśmy przejazd do Kambodży. Idziemy na śniadanie po drugiej stronie ulicy. Znamy już tą restauracyjkę z w miare dobrego jedzenia. Tradycyjny już omlet i bagietka muszą nam zapewnić energię na intensywny dzień zwiedzania. Pare minut przed 8 ruszamy busem, by przez przeszło godzinę krążyć po mieście zbierając kolejnych turystów. W rosnących powoli korkach wyjeżdżamy z Sajgonu. Żegnamy się z tym miastem niechętnie. Dopiero co zaczęliśmy rozpoznawać niektóre budynki i w miarę poruszać się skuterem po zatłoczonych ulicach. Po około 2 godzinach jazdy dojeżdzamy do przystani, z której odpływamy niewielką łodzią. Płyniemy rzeką, na której toczy się normalne życie. Co jakiś czas widzimy rybaków w małych łodziach wyciągających sieci, barki przewożące różne towary. Odwiedzamy miejsce, gdzie z ryżu wyrabia się ręcznie słodkie wafle, a z kokosów ciągnące się "krówki". Jest też oczywiście od razu sklepik, gdzie wszystkie te smakołyki można kupić (dwa razy drożej niż w sklepie. Płyniemy dalej przecinając Mekong, szeroki w tym miejscu na pewnie ponad 2 kilometry i dalej odnogą pośród łodzi i przybrzeżnych zabudowań. Brzegi są w wielu miejscach podmyte przez wodę, betonowe umocnienia popękane i obrośnięte wodorostami. Na powierzchni pływają kępy lili, oraz sporo zanieczyszczeń. Przed lunchem przybijamy do brzegu, podjeżdżamy rowerami 10 minut do małej restauracyjki. Posiłek wliczony w cene dzisiejszej wycieczki nie jest zbyt okazały. Malutka zupka i ryż z mikroskopijną ilością kurczaka (z czego połowa tej mikroskopijnej porcji to kości).
Decydujemy się na zamówienie polecanej tu ryby. Bardzo ciekawie podana, podparta na specjalnych patyczkach, smakowicie się prezentuje. Do tego serwowana sałata, liście mięty, makaron i ogórki. Wszystkie te składniki zawija się w papier ryżowy i zjada maczając w sosie z papryki i czosnku. Bardzo smaczne i efektowne danie. Wracamy na łódź, a następnie około godziny płyniemy kolejnymi kanałami i odnogami Mekongu. Mijamy zaskakująco dużo, jak nam się wydaje, kościołów katolickich. W Wietnamie żyje około 8% Katolików.
Czas upływa nam szybko na obserwowaniu życia ludzi. w Can Tho przesiadamy się do autobusu, a następnie promem płyniemy na drugi brzeg. Przeprawa odbywa się sprawnie i szybko. kilkanaście aut i skuterów wjeżdża, my wchodzimy pieszo, a po drugiej stronie ponownie wsiadamy do autobusu.
Dzień dzisiejszy mamy wypełniony w pełni. Kolejnym punktem jest zwiedzenie farmy krokodyli. W betonowych boksach z dużymi wybiegami i stawkami, ogrodzonymi dodatkowo siatką, wygrzewają się różnej wielkości gady. Pogrupowane wielkością robią duże wrażenie. Szczególnie te największe z nich. Widzimy jak wyłupiaste oczy wystają znad wody, a zaraz potem ogromna paszcza...
Po dreszczyku emocji mała orzeźwiająca kawa mrożona (po wietnamsku "ca phe sura da"), a także oglądanie wyrobów ze skóry aligatora. Można wybrać sobie damską torebkę, portfel lub pasek, czy buty. Ceny przystępne - od 200$ w górę.
Największa atrakcja czekała na nas po przyjeździe do hotelu. W zapadających ciemnościach dojechaliśmy na nocleg. Okazało się, że organizator zaplanował nam noc na rzece. Niestety ekscytujaca była tylko nazwa miejsca - Mekong Hotel. Unoszące się na wodzie pomosty bujały sie, pokoje nie trzymały najmniejszego nawet standardu. Rozumiem taktykę organizatora, aby przywieźć nas tam po zmroku. Gdyby nie ciemności ukrywające kolejne "mankamenty" obiektu, wiekszość turystów uciekłaby tak szybko, jak to tylko możliwe. Ogromna ilość moskitów dopełniała obrazu czekającej nas tam nocy. Nora i tyle. Dobrze, że moskitiera była cała... Jak się okazało później - przeżyliśmy i mamy się dobrze... Jutro będziemy już w Kambodży.


dzienne wydatki:

  • śniadanie 130.000 VND
  • owoce 30.000 VND
  • kawa i cola 60.000 VND
  • lunch 180.000 VND
  • owoce 20.000 VND
  • kolacja 160.000 VND

Ciąg dalszy...

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012