facebook

Ponownie w Tajlandii.

dzień pięćdziesiąty piąty 19 lutego

No to byliśmy po odprawie. I cóż dalej - stanęliśmy przed nie lada pytaniem, bowiem wszędzie pusto i głucho. Całe przejście jest trochę senne. Podszedł do nas jakiś kierowca taksówki, zaproponował 2000 batów, za transport na Ko Chang. Popukaliśmy się w czoła. Za chwilę okazało się, że parkujące obok motory, to "taksówki", którymi można dostać się do miasta. Podjechaliśmy na dwa motory. Jako pasażerowie za jedyne 50 batów od osoby. Każde z nas siedziało z tyłu za czerstwym Tajlandczykiem. Przyjechaliśmy. Diabli wiedzą gdzie. Stały cztery songthaew's, żadnego napisu nie było po angielsku. Kilku mężczyzn leniwie leżało w hamakach i rozmawiali między sobą. No nic. Jakoś się porozumieliśmy, że za 20 minut jadą. Ale gdzie, tego już nie wiedziliśmy. Kiedy odjeżdżaliśmy i jechaliśmy, to cieszyliśmy się tylko, że kierunek jest dobry, bo na południe, czyli słońce po lewej. Gdyby było pochmurno, byłoby trochę gorzej :).
Dojechaliśy jak się okazało do Chantaburi. Wysadzono nas na dworcu autobusowym. Przez 10 minut szukaliśmy autobusu. Okazało się, że mini bus odjeżdża do Trat. W dobrym dla nas kierunku. Wsiadamy. Po 5 minutach kolejna przesiadka. Nowy minibus, ale już z kompletem miejscowych. Ruszamy. Jedziemy kolejne pół godziny. Kierowca zatrzymuje się prawie w szczerym polu, otwiera drzwi i woła "Ko Chang".
Niby mamy wysiąść, ale znowu jesteśmy w dziwnym miejscu, koło jakiejś agencji turystycznej. No dobrze, mówimy, i przesiadamy się na ostatnią już songthaew do przystani promowej. Uff, w końcu dojeżdzamy w kolejne pół godziny do wybrzeża. W niezbyt dużej odległości widzimy kilkuset metrowej wysokości wzgórza celu naszej podróży. Wzniesienia są porośnięte lasem. Cały obszar Ko Chang wraz z kilkudziesięcioma mniejszymi wyspami jest parkiem narodowym. Teraz już tylko prom na Ko Chang, następnie kolejna songthaew i jedziemy do hotelu. Niestety nie zarezerwowaliśmy nic wcześniej, bo nie wiedzieliśmy, czy zdążymy dziś dojechać na tą wyspę. Każemy się zawieść do hotelu, który oglądaliśmy wcześniej w internecie.
Cóż. Stosunek jakości do ceny jest nieadekwatny (to tak delikatnie mówiąc). Na jedną noc bierzemy tą drożyznę i wypożyczamy skuter. Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża i znajdujemy fajne, niedrogie miejsce. Ciekawy, w rustykalnym stylu bungalow na jutro. Bliziutko plaża, leżaczki masaże i te sprawy. Życie ma sens. :)

dzienne wydatki

  • śniadanie 2$
  • taxi do granicy 25$
  • moto taxi na granicy 2x50 BTH
  • songthaew's do Chatchaburi 2x100 BTH
  • bus do Trat 2x70 BTH
  • songthaew's do przystani 2x60 BTH
  • lunch 95 BTH
  • prom na Ko Chang 2x80 BTH
  • songthaew's do hotelu 2x100 BTH
  • kolacja 285 BTH
  • skuter 200 BTH
  • paliwo 4L 160 BTH
  • nocleg 47$


dzień pięćdziesiąty szósty 20 lutego

Rano po śniadaniu w naszym najdroższym z dotychczasowych hoteli, czujemy się zawiedzeni. Wczorajsze pierwsze wrażenie słabej jakości hotelu potwierdziło się, śniadanie było kolejną porażką. Byle jak podane, limitowana nawet kawa i tosty. W trzy gwiazdkowym hotelu jest to poniżej jakichkolwiek standardów. Tak więc "państwu dziękujemy", wsiadamy na skuter i przewozimy bagaże do wczoraj zarezerwowanego bungalowu. Pogoda od rana zapowiada się wspaniale, więc nie psując sobie nastroju leżymy na plaży, a właściwie w typowym dla tutejszego krajobrazu nadmorskim barze pod strzechą z bambusa. Na wodzie nie ma prawie fal, szmragdowa woda zachęca do kąpieli. W niewielkim oddaleniu widać kilka malutkich wysepek. Błękitne niebo zlewa się na horyzoncie z zatoką Tajlandzką. Sączymy powoli kawę mrożoną.
W południe bierzemy naszego wypożyczonego skuterka i postanawiamy ruszyć w południową stronę, jedyną drogą obiegającą wyspę. Miejscami droga jest jedną wielką serpentyną, teren jest mocno górzysty. Droga wznosi się stromo, by następnie gwałtownie opaść. Procentowe nachylenie drogi miejscami przekracza 20%. Przynamjniej na nasze wyczucie. Połączenie nachylenia z wielością zakrętów stwarza nie lada wyzwanie dla kierowców, zarówno skuterów jak i taksówek.
My dzielnie dajemy sobie radę, choć jako pasażer często piszczę (przynajmniej w duchu),ściskając kierowcę mego kolanami :), bo wydaje mi się, że lecimy ostro do przodu, a ja zsuwam się z siedzenia. Na szczęście to tylko złudzenie. Ale nie wyobrażam sobie, jak tu jeżdżą turyści w porze deszczowej, kiedy drogi są mokre i pokryte naniesionym błotem z otaczających je gór.
Wyspa jest piękna. Bardzo dużo na niej naszych wschodnich sąsiadów. Napisy w wielu miejscach po rosyjsku. Pozatym nic nie zakłóca sielanki tropikalnej wyspy. Podjeżdżamy do Bang Bao Bay. To piękna zatoka mocno wcięta w południowy kraniec wyspy. Na niej jest bardzo długie molo zakończone latarnią morską u wylotu zatoki. Uczepione mola restauracyjki, w bardzo płytkich wodach, postawione na drewnianych palach, gdzie serwowane są owoce morza. Kelnerzy zachęcają na każdym kroku, by usiąść i popatrzeć na piękne widoki, a przy okazji zjeść. Skusili nas. Zamawiamy kraba i barakudę.

 

Stwór morski z wieloma kończynami smakuje wybornie. Wspaniale przyrządzony z zielonym pieprzem, czosnkiem i warzywami. Barakuda jest ogromna, ponad 40 cm, nie mieści się na talerzu. Grilowana w pieprzu, podana z ryżem jest wyśmienita. Bardzo najedzeni oglądamy palmy na pobliskim brzegu i przepływające łodzie.
Koło 16 godziny słońce przygrzewa jeszcze bardzo mocno. Wracamy do naszego domku, który jest 20 m od brzegu zatoki i leniwie na przemian kąpiemy się i schniemy na słońcu. Na brzegu słychać wzmagające sie dżwięki muzyki. Rozpoczynają się wieczorne imprezy w licznych knajpkach. Oglądamy zachód słońca z tarasu plażowego baru.


dzienne wydatki

  • napoje 180 BTH
  • obiad 465 BTH
  • skuter 200 BTH
  • nocleg 480 BTH


dzień pięćdziesiąty siódmy 21 lutego

Dziś kolejny dzień odpoczynku (czytaj: "nic nie robienia"). Rano po orzeźwiającej kąpieli w morzu, postanawiamy po raz kolejny na wyspie zmienić hotel. Noc w bungalowie była specyficzna. Głośne i regularne odgłosy jakiegoś ptaka nie pozwalały nam zasnąć do późna. Chodzące po ścianach jaszczurki też stanowiły pewne urozmaicenie. Typowa chatka nad tropikalnym morzem ma swoje uroki, ale chyba tylko na jedną noc. Po kąpieli w morzu bierzemy skutera, który stał w nocy na parkingu i jedziemy na poszukiwania noclegu. Odwiedzamy kilka guesthousów i hotelików i bierzemy pokój w Mai Pen Lai przy Kai Bea Beach. Przewozimy plecaki skuterem, a następnie jedziemy zwiedzić wschodnie wybrzeże wyspy. Jest ono dużo mniej turystyczne. Jedziemy kilkanaście kilometrów wzdłuż wybrzeża i mijamy tylko dwa hotele, oraz kilka domów mieszkalnych. Niestety wyspy podobno nie można objechać naokoło, nie ma drogi. Prawdopodobnie ukształtowanie terenu nie pozwala na wybudowanie jej bez dodatkowych nakładów finansowych. Wzmagający się głód zaprowadził nas ponownie do zatoki Bang Bao na owoce morza. Tygrysie krewetki smakują po prostu wybornie (pozdrowienia dla Mariusza).
Nie wiadomo co tu robić. Wyspa nie jest za duża, objechaliśmy ją prawie dookoła. Próbowaliśmy trochę nocnego życia. Dyskoteka, jaką znaleźliśmy na plaży, była prawie pusta, dzisiaj - chcieliśmy zahaczyć o nocny bar. Wszędzie jednak prawie pusto, oprócz tajskich dziewcząt zachęcających do wstąpienia i wypicia drinka.
Podjęliśmy decyzję, że pojutrze wyjeżdżamy do Bangkoku. Jeszcze rozważamy różne opcje transportu. Ale na razie jesteśmy na tropikalnej wyspie...

dzienne wydatki

  • śniadanie 200 BTH
  • lody 90 BTH
  • skuter 200 BTH
  • kawa 2x30 BTH
  • obiad 410 BTH
  • napoje 22 BTH
  • kolacja 310 BTH
  • nocleg 600 BTH


dzień pięćdziesiąty ósmy 22 lutego

Rano podczas śniadania na które poszliśmy do restauracji nad zatokę, potwierdziło się duże ryzyko przebywania w tropikach pod palmami. :) Na naszych oczach łupnął z wysokości 30 metrów ogromy owoc kokosa. 5 kilogramowy kokos spadł na plażę z ogromnym łoskotem. A gdyby tak ktoś leżał, lub przechodził... :) Po śniadaniu zmieniamy miejsce leniuchowania i jedziemy do Siam Hut. Spodobało nam się to miejsce z wieloma chatkami nad samym morzem, luźną atmosferą i grilami co wieczór.
Zatem siedzimy na plażowym tarasie, przy blasku słońca w tym miejscu, pośród rozsianych wśród palm chatek. W oddali widać pięć małych idyllicznych wysepek. Nawet dziesiątki robaków wyłażących z każdej drewnianej szczeliny nie zakłócają niczym niezmąconego spokoju tego miejsca, które wypełnia człowieka siedzącego tutaj. Po raz kolejny spotykamy te same twarze. Ludzie wymieniają między sobą poglądy i spostrzeżenia z różnych poznanych przez siebie miejsc.
Odpoczynek...

dzienne wydatki

  • śniadanie 240 BTH
  • lody 210 BTH
  • owoce 100 BTH
  • lunch 110 BTH
  • skuter 200 BTH
  • paliwo 3L 120 BTH
  • kolacja 485 BTH
  • nocleg 600 BTH


dzień pięćdziesiąty dziewiąty 23 lutego

Jeśli napiszę, że cały dzień nic nie robimy, tylko się relaksujemy to nie będzie to do końca zgodne z prawdą. Choć coś w tym jest. Nic nie robimy tylko wypoczywamy przed jutrzejszą wyprawą do Bangkoku. Wiemy, że miasto to powita nas niebywałymn skwarem, hałasem ulicznych aut i motocykli, jazgotem tłumu, przekrzykiwaniami sprzedawców. chcemy jeszcze trochę naładować akumulatory na wyspie, która pozwala nic nie robić, tylko leżeć na plaży, kąpać się w szmaragdowym morzu, razem z rybami, które widać w przeźroczystej wodzie, taka jest czysta.
Obserwujemy małe kraby na plaży. Zwierzątka te wyciągając z piasku potrzebne mikroelementy, toczą malutkie kuleczki. Każda "norka" kraba, jest doskonale widoczna, bo otoczona setką małych kulek z piasku.
Oprócz plażowania można jeszcze skorzystać z przejażdżki na słoniu. Na wyspie jest kilka firm, które się tym zajmują. Są miejsca, gdzie słonie żyją w klatkach za kilka dolców możesz się przejechać, lub nakarmić malucha.

dzienne wydatki

  • śniadanie 200 BTH
  • owoce 110 BTH
  • obiad 460 BTH
  • cola, kawa 75 BTH
  • kolacja 200 BTH
  • shake 30 BTH
  • nocleg 600 BTH


dzień sześćdziesiąty 24 lutego

Jedziemy do Bangkoku. Jak zwykle nie tolerujemy tłumu turystów i nie kupujemy biletu na wyspie, a w każdej agencji można go kupić. Jedziemy samodzielnie, najpierw do przystani, później promem, kolejny problem, mówią nam, że autobus do Bangkoku jest pełny. Brak miejsc. Jedziemy zatem do Trat i stamtąd ekskluzywnym autobusem do Bangkoku. Zatrzymujemy się raptem parę razy, jedzie tylko jedna para turystów, jak się okazuje później Szwajcar z Czeszką, oraz kilku lokalnych ludzi. Autobus nie jest wypełniony, klimatyzacja, dostaliśmy wodę i ciasteczka. Po około 4 godzinach widać już drapacze Bangkoku. Jeszcze tylko godzinę przeciskamy się przez miasto, korki okrutne. Następnie dogadujemy się z parą turystów i wspólną taksówką jedziemy na Ko San Road (nie ma to jak dzielenie kosztów:)).
W taksówce mieszają się języki - my między sobą po polsku, Czeszka do nas po czesku, ze Szwajcarem po niemiecku, a on z kolei z nami po angielsku.
Dojeżdżamy na Ko San. Dobrze wrócić na stare śmieci. Wszystko wydaje się dobrze znajome. Jemy najtańsze curry z kurczaka z ryżem i płyniemy na Patpong.
Podróż szybką łódką jakie kursują po Menemie, jest ekscytująca. Dopiero tutaj widać wyraźnie jak miesza się w tym mieście nowoczesność z tradycją. Wysokie wieżowce, upchnięte się miedzy stare świątynie, z charakterystyczną architekturą, nad kilkoma kanałami widać wielkie ubóstwo ludzi mieszkających tutaj.
Patpong to dzielnica podobno aspirująca do nocnego marketu. Owszem, jest tam morze stoisk, z wszystkim: ciuchy, zegarki, paski, biżuteria, słoniki, świeczniki, maskotki i inne zbieracze kurzu.
W dużych ilościach są tam również, a raczej przede wszystkim, nocne kluby. Naganiacze atakują cię od razu, zapraszając do klubu. Drzwi do wielu są szeroko pootwierane widać młode dziewczyny prężące sie na rurach. Oczywiście, że niekompletnie ubrane. Następna uliczka - siedzą panie w rządku. Siedzą, stoją, można sobie którąś wybrać i miło spędzić czas. Ale my grzecznie tuk tukiem wracamy do hotelu.

dzienne wydatki

  • songthaew's do przystani 2x100 BTH
  • prom 2x80 BTH
  • songthaew's do Trat 2x50 BTH
  • autobus do Bangkoku 2x241 BTH
  • taxi na Ko San Road 150 BTH
  • obiad 100 BTH
  • tuk tuk na Patpong 100 BTH
  • tuk tuk do hotelu 100 BTH
  • łódź po rzece 30 BTH
  • nocleg 450 BTH


dzień sześćdziesiąty pierwszy 25 lutego

Złota myśl na dziś: jeśli osoby, które spędziły noc w hotelu, w którym pokój właśnie oglądasz, mówią, że są pogryzieni przez insekty nie przypuszczaj, że twój pokój będzie inny. Na 99,99% jeśli masz specyficzną urodę i podobasz się komarom, będziesz również atrakcyjny dla każdego innego rodzaju insektu.
Niby człowiek wie, ale przy ostatnich dniach podróży jakby traci jasność umysłu, czy co?
Pogryziona jestem niemożliwie. Od 4 rano się drapię. Od 4 rano trwa polowanie na insekty, małe czarne robaczki napęczniałe od mej krwi. Co ciekawe - mąż czysty - nie pogryziony. Nieatrakcyjny dla insektów.
Czym prędzej opuszczamy hotel. Jemy śniadanie i szukamy następnego hotelu. Nie rekomendujemy w żadnym wypadku Orchid House na Rambutti 323/3. No chyba, że jesteś nieatrakcyjny/a (dla insektów). Jemy śniadanie i szukamy następnego hotelu. Po wizycie w czterech kolejnych decydujemy się wreszcie na Lucky Hotel. Wygląda przyzwoicie, ale tym razem bardzo dokładnie oglądamy prześcieradła, czy nie noszą śladów ewentualnej bytności niepożądanych owadów i innych stworzeń. Sprawdzamy łazienkę, oglądamy ręczniki i penetrujemy otoczenie. Cisza.
Ruszamy zatem na dalszy podbój Bangkoku. Płyniemy łodzią po rzece Menem. Za dnia jest jeszcze piękniej niż wieczorem. Widok jest wspaniały, nie przeszkadza nawet ryk silnika i sygnalizacja za pomocą przeraźliwego gwizdka chłopaka cumującego na każdym przystanku łódż, ze sternikiem. Łódź jest chyba najtańszym środkiem transportu w mieście i korzysta z niego mnóstwo osób.
Wysiadamy na molo Central Pier. Przy okazji rozwiązujemy problem numeracji stacji. Od Centralnej liczy się w dwie strony, zatem południowa nr 1 i północna nr 1. Dla nas były to do tej pory po prostu numery przystanków, ale już wiemy, że to nie do końca tak, o czym mieliśmy okazje przekonać się wczoraj wieczorem myląc przystanki.
Przesiadamy się na skytrain. W Bangkoku jest kilka linii kolejki naziemnej. Kupujemy bilety w automacie, wybieramy przyciskiem przystanek, wrzucamy monety, maszyna drukuje bilet. Przemieszczamy się kolejką w dzielnicę centrów handlowych i wysokich wieżowców. Sama kolej jest fantastycznie skonstruowana. Porusza się na ogromnych filarach na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią. Ponad wszystkimi korkami paraliżującymi miasto prawie non stop. Poniżej poziomu lini kolejowej, ale jeszcze sporo nad ziemią znajduje się sieć przejść dla pieszych. Można nimi wejść bezpośrednio do centrów chandlowych lub hoteli bez schodzenia na poziom ziemi. Upał jest ogromny. Powietrze lepkie od gorąca. Termometr na jednym z budynków wskazuje 39 stopni Celsjusza. Bangkok jest uznawany za najgorętszą stolicę świata. Na ulicach mijamy tłumy ludzi. Naszym głównym celem jest Baiyoke Sky Hotel - najwyższy budynek w mieście, ponad 80 pięter. Przechodzimy przez ogromne centra handlowe, siedmiopiętrowe gigantyczne galerie, sprzedające różne produkty znanych marek.
Klimatyzacja ochładza nas na jakiś czas, ale po godzinie, gdy wychodzimy stamtąd, uderza nas jak obuchem w łeb żar ulicy. Przechodzimy przez indyjską dzielnicę. Wokół tłum ludzi, tłum samochodów na ulicach, tłum straganów ulicznych z takimi niepotrzebnymi rzeczami jak skarpetki, zapalniczki, spinki do włosów, bransoletki, koszulki, bluzki, szmat po prostu tysiące. A pomiędzy nimi zauważam ładnie ułożone krawaty z dużym napisem "POLSKA" :) Wszystko w ulicznym hałasie, stoiska oddzielone od ulicy płachtami plandek, przymocowanymi do sklepowych markiz. Powoduje to jeszcze większy upał, choć przecież jest to niemożliwe do przyjęcia. W małym przesmyku pomiędzy ulicami ujrzeliśmy tabliczkę z napisem Baiyoke Sky, a z lewej strony ponad 250 metrowy budynek. Naprawdę robi wrażenie. Podobnie robi wrażenie widok z 19 piętra, na które wjechaliśmy. Tam właśnie znajduje się recepcja. Podpytaliśmy o noclegi i chyba coś nas podkusiło. Właśnie wtedy najbardziej.
Wjazd na taras obserwacyjny na dachu wieżowca (84 piętro) jest płatny, kosztuje 300 bathów. Póki co nie zdecydowaliśmy się na to. Podobnie wjazd do baru (w cenie dostępny bufet) na samej górze kosztuje 1100 bathów.
Z Baiyoke przechodzimy uliczkami do hotelu Centara, który wypatrzyliśmy w panoramie miasta. Budynek wyróżnia się owalnymi tarasami na samym szczycie. Poprzez 2 systemy wind wjeżdzamy na 55 piętro, do znajdujących się tam na dachu restauracji i kawiarni. Wygodne fotele i widok na całe miasto od którego dzieli nas tylko metrowej wysokości szyba jest niesamowity. Zamawiamy kawę i obserwujemy rozświetlające się miasto po zachodzie słońca. Z tej perspektywy Bangkok rozpościera się z każdej strony po horyzont. Niekończące się morze świateł, wielopasmowe drogi w wieczornych korkach i dziesiątki wielopiętrowych budynków. Można rzec, że dziś Bangkok zwiedzamy od góry.
To takie niesamowite uczucie, kiedy życie toczy się na dole, a my siedzimy ponad tym wszystkim. Czas jakby zwalnia, daje możliwość perspektywicznego spojrzenia i swoistego oderwania się od codzienności, choć nasza codzienność, od ponad 60 dni nie jest codzienna :).
Powrót do naszego hotelu tuk tukiem jest kolejnym miłym i jednocześnie ekscytującym doświadczeniem. Kierowca pewnie, ale też szybko i brawurowo wiezie nas przez zakorkowane ulice. To prawda co piszą w przewodnikach. Kierowcy tuk tuków są wariatami, albo może raczej jeżdża jak wariaci.

dzienne wydatki

  • śniadanie 260 BTH
  • łódź po rzece 4x30 BTH
  • kolejka 2x30 BTH
  • maść na ukąszenia 98 BTH
  • napoje 90 BTH
  • 2x kawa (55 piętro) 440 BTH
  • napoje 2x30 BTH
  • tuk tuk 150 BTH
  • kolacja 100 BTH
  • nocleg 450 BTH


dzień sześćdziesiąty drugi 26 lutego

Dziś z samego rana ogarnął nas szał zakupowy. Dla naszej licznej rodziny i przyjaciół dokupiliśmy jeszcze parę drobiazgów. Naprawdę NIC tu nie ma. W galeriach handlowych może i by się coś znalazło, ale do końca przecież nie o to chodzi. Chodzimy w okolicach naszego Hotelu po bazarze w rosnącym z minuty na minutę skwarze. Ostatnie chwile na Khao San Road chcemy zapamiętać na długo.
Pod koniec podróży, w ostatnią noc którą spędzimy w Bangkoku (W Singapurze mamy już zarezerwowany hotel), postanowiliśy podarować sobie odrobinę luksusu. Na stronie www.agoda.com znaleźliśmy promocję, która obowiązuje na nocleg w najwyższym budynku w mieście - Baiyoke Sky Hotel . Zabieramy spakowane wcześniej plecaki z hotelu, bierzemy taksówke i w zwiększających się korkach około 14 godziny dojeżdżamy na miejsce. W recepcji dostajemy pokój na 26 piętrze. Widok już z tej wysokości jest niesamowity. Wielkość pokoju zresztą też robi wrażenie jak na standardowy. Sama łazienka jest większa niż niejeden z dotychczasowych naszych pokoi hotelowych w innych miejscach.
Korzystamy z uroków hotelu. Taplamy się w basenie na 22 piętrze. Oglądamy widok z 88 piętra. Na obrotowym tarasie, stojąc w miejscu, można zobaczyć całe miasto. Pokład widokowy z niewielką prędkością obraca się wokół budynku. Naprawdę robi wrażenie. Będąc w dzielnicy tanich hoteli i gesthousów, nie widzi się takiego ogromu tego miasta. Owszem widać, że jest bardzo dużo ludzi, ale dopiero widok na całą okolicę, z wysokości około 250 m pozwala ogarnąć wielkość miasta. I to pewnie też nie całą.
Jest parę kwestii, które są irytujące w tym hotelu. Po pierwsze tysiące ludzi. Nie ma się w sumie co dziwić, bo każdy chce zobaczyć widok z góry. Może to i dobrze, że wjazd jest płatny. Wyklucza to już pewien procent ludzi. Ale wielkość hotelu automatycznie determinuje gęstość przewalającego się tłumu.
Po drugie - pomimo, że w pokojach jest czysto, nie widać śladów pajęczyn, brudu czy robactwa, to czystość kawiarni pozostawia wiele do życzenia. Nie będziemy tu pisać o brudnych obrusach, ani karaluchu, którego znaleźliśmy pod talerzykiem z ciastem, które zamówiliśmy. Pozostańmy przy tym, że nie polecamy korzystania z barów wewnątrz budynku.
Po trzecie, sprawa która najbardziej mnie irytuje, choć podobno jest to normalne, internet jest dodatkowo płatny 400 bathów na dobę. Owszem, podobno jest to szybkie łącze, ale przecież obecnie w każdej szanującej się knajpie, i w 90% hoteli, w których nocowaliśmy wcześniej łącze Wi Fi jest oczywiste. Nie chodzi tu o oszałamiającą prędkość 6MB/s, która ponoć jest dostępna, ale o brak tego w cenie. Co prawda mąż zapewnia mnie, że to normalne, ponieważ ci, którzy nie korzystają z netu nie muszą za to płacić w cenie noclegu, ale mnie wydaje się to co najmniej mankamentem tego hotelu (jeśli nie poważną niedogodnością). Zresztą jakby tego było mało w okolicznym McDonaldzie, KFC czy Starbuck'sie też nie ma netu. Co wkurza jeszcze bardziej. A Emilka czeka na relacje :) Pomimo naszej krytycznej oceny paru kwestii związanych z hotelem, pobyt w nim dał nam sporo satysfakcji i odpoczynku po kilku wcześniejszych nocach.

dzienne wydatki

  • śniadanie 190 BTH
  • pamiątki 930 BTH
  • napoje 60 BTH
  • taxi do hotelu 120 BTH
  • obiad 100 BTH
  • słodycze, napoje 185 BTH
  • nocleg 73$


dzień sześćdziesiąty trzeci 27 lutego

Bardzo powoli moje ukąszenia od insektów znikają. Maść, którą kupiłam w aptece jakby zaczynała działać, choć obawiam się, że apteki tutaj, to typowe sklepy z prezerwatywami, testami ciążowymi, i repelentami. Smaruję skórę Clinivate-N firmowane przez Bangkok Lab i jakoś troszeczkę lepiej. Choć ciągle bardzo swędzi i doprowadza tym do szaleństwa. Dziś popołudniu mamy samolot do Singapuru. Wczoraj wieczorem zrobiliśmy jeszcze rozpoznanie gdzie pójdziemy na dworzec kolejki Airport Rail, która dowiezie nas na lotnisko i ile zapłacimy. Wszystko wiemy, jeszcze tylko jemy śniadanie, kolejny wjazd i ostatni (podczas tej wyprawy) na 84 piętro, by popatrzeć z góry na miasto i Goodbye Bangkok.
W sumie dobrze, że jeszcze tylko trzy, czy jak liczyć sam przyjazd do Polski cztery dni naszej wyprawy, bowiem większość rzeczy trzeba by już wymienić. Plecaki spisują się znakomicie (dziękuję mojej przyjaciółce za pomoc przy zakupie), ale sandały to już wołają o pomstę do nieba. Zresztą swoje przeszły.
Dojeżdzamy do lotniska Suvarnabhumi sporo przed planowanym na godzine 16.45 odlotem. Nadajemy bagaż i przechodzimy kontrolę przed wejściem do hali odlotów. Czas oczekiwania na lot upływa nam szybko, gdyż spotykamy sympatyczną Iwonę z Polski w drodze do Birmy. Rozmawiamy o różnych spostrzeżeniach i przemyśleniach z podróży. Zaciekawia nas Tybetem, którym jest zafascynowana.
Przelot do Singapuru przebiega spokojnie i miło. Dostajemy zamówiony jeszcze przy zakupie biletu w Polsce posiłek. A potem kupujemy jeszcze kawę i słodycze. Po ponad 2 miesiącach powrót do miejsca, z którego zaczynaliśmy naszą podróż wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo chcemy już wrócić do Polski, domu i rodziny. Z drugiej zaś mamy ochotę na kolejne dni w drodze i odkrywanie kolejnych nieznanych nam krajów...
Póki co jesteśmy już w Singapurze, a jutro ekscytujący dzień zwiedzania miasta w pigułce.

dzienne wydatki

  • śniadanie 250 BTH
  • koszulka 120 BTH
  • parasolki 270 BTH
  • kawa, słodycze (w samolocie) 15$
  • bilet na kolejke 2x3,8 SGD
  • kolacja 13 SGD
  • nocleg 46 SGD


Ciąg dalszy...

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012