facebook

Urugwaj

Urugwaj to kraj w Ameryce Południowej, który graniczy z Brazylią od północy, rzeką Rio del Plata od południa, od zachodu z Argentyną i jego wschodnią linię wyznacza również Ocean Atlantycki. Państwo jest niewielkie, ma 176 tys. km kwadratowych powierzchni i  3,5 miliona mieszkańców. Pierwszymi osadnikami byli na terenach dzisiejszego Urugwaju Portugalczycy (już w połowie XIV wieku), których później wyparli Hiszpanie (w XVIII wieku), którzy to w Montevideo założyli fort.

Urugwaj to państwo najbardziej laickie w całej Ameryce Południowej. Podobno aż 47% jest ateistami, a rozdział Kościoła od Państwa jest daleko idący i bardzo respektowany.

Zobacz jak dotarliśmy do Urugwaju. Kliknij tutaj

16 Styczeń 2014 – dzień trzydziesty ósmy

Wyjechaliśmy w końcu ze statku. Ostrożnie, delikatnie, nie nerwowo. Przynajmniej tak się staraliśmy. O ile w ładowni, w środku statku było gorąco. To na zewnątrz było  bardzo gorąco. 14.30. powietrze nagrzane do nieprzytomności. A my stoimy i czekamy na agenta Grimaldiego. W końcu przyszedł, przejechaliśmy w spokojniejsze miejsce, i tak czekaliśmy, dostając cały czas informacje, że taka tu w Urugwaju biurokracja, że nie wiadomo ile to może potrwać, może godzinę, może dwie, a może…. manana.

Z chief oficerem i Leonardo Gonzalez 

Czekaliśmy do piątej. W tak zwanym międzyczasie wykorzystałam naszego agenta (czy też pomocnika agenta) i z jego telefonu zadzwoniłam do Martina, potwierdzić nasz przyjazd.

Krótko przed 17.00 mieliśmy załatwione wszystkie formalności wjazdowe, dostaliśmy czasowe pozwolenie na wjazd z motorami i rozpoczął się pierwszy kontakt z Ameryką Południową.  Z nowymi systemami oznaczenia ulic, sygnalizacji świetlnej (w Ameryce jest po drugiej stronie ulicy). Większość ulic jest jednokierunkowa. Po półgodzinie przeciskania się przez gęstniejący ruch uliczny, dotarliśmy do Martina, wjeżdżając w dzielnice niskiej zabudowy, kilka kilometrów za centrum.

Można powiedzieć, że dzień pełen wrażeń dziś. Jesteśmy u  naszego gospodarza z Coachsurfingu. Jest późny wieczór, około 22.30. wykończeni jesteśmy okrutnie. Po pierwsze jest bardzo gorąco. Podobno nawet 37 stopni. Nie sprawdzaliśmy tego na termometrze, ale naprawdę czujemy że gorąco jest obezwładniające. 

Nasz gospodarz - Martin 4 lata spędził w Polsce, także po miesiącu nie rozmawiania po polsku z innymi osobami niż własny współmałżonek, mamy teraz sposobność pogadać. I się wygadać.

Martin z talerzem urugwajskich przysmaków

Martin i Anisia są bardzo przyjaźni, bardzo pomocni i przesympatyczni. Opowiadamy o naszym projekcie poszukiwań pasażerów Chrobrego, dostajemy dużo dobrego jedzenia – sandia (arbuz), riccota, dulce, queso (żółty ser).

TOwarzystwa dotrzymują nam zwierzęta. Suzzie  - spaniel który jest bardzo żywotny i niezmordowany, cały czas chce żeby mu rzucać zużytą butelkę, bo aportowanie to jego żywioł. Kot – piękny czarny pozwala na zagłuszenie tęsknoty za Klemensem…

17 Styczeń 2014 – dzień trzydziesty dziewiąty

To nasz pierwszy dzień w Urugwaju. Pierwszy cały dzień w Ameryce Południowej. Noc minęła nam dobrze. Dostaliśmy od Martina wielki materac i miejsce na niego w części domu w której odbywają się nauki flamenco. Na całej ścianie jest ogromne lustro, tak jak przystało na profesjonalną salę do ćwiczeń. Na ścianie wiszą wachlarze, a na półkach poustawiane są buty do tańca.

Ranek zaczął się o 8.00. spaliśmy spokojnie snem głębokim. Szybkie śniadanie, dużo rozmowy, rozmawiamy po polsku i hiszpańsku

Na śniadanie dostajemy bardzo mocną kawę, owoce, suszone śliwki, ser ricotta, żółty ser, blok marmolady, paprykę czerwoną i jabłka. I jakieś ciastka, bardziej przypominające podpłomyki.

Już wczoraj mogliśmy spróbować zupełnie nowego i niespotykanego raczej u nas łączenia różnych smaków. Martin z zupełną naturalnością łączy ze sobą żółty ser i bardzo słodkie czerwone „cos”. Chyba rodzaj owocowego, miękkiego cukierka.

Na razie próbujemy się zorganizować, idzie nam słabo, bo mamy wrażenie, ze wszystko jest trochę w rozsypce. ZA DUŻO MAMY RZECZY. Albo mamy nieposegregowane jak należy. Nie wiadomo gdzie są koszulki, a gdzie inne rzeczy. Jednak w Azji pod tym względem było lepiej – jeden plecak na osobę i tyle

Po śniadaniu i rozmowach idziemy do pobliskiego sklepiku po zakupy. Za tak mile przyjęcie chcemy odwdzięczyć się zrobieniem czegoś do jedzenia znanego z Polski.

Wybór pada na ruskie pierogi. Martin podczas swojego dosyć długiego pobytu w Polsce bardzo je polubił. Odwiedzamy sklep spożywczy i warzywniak. Kupujemy  potrzebne produkty. Co prawda twaróg jest, ale trochę inny niż u nas, będzie musiał taki wystarczyć.

Przy okazji ogarniamy się w cenach. Tanio nie jest. Urugwaj jest jednym z najdroższych państw w Ameryce Południowej. Ceny paliw są wyższe niż w większości krajów europejskich.

Konsumujemy pierogi z sałatką z pietruszki zielonej i buraków

Wracając obserwujemy, że dzielnica w której jesteśmy, to teren małych domków jednorodzinnych. Wytyczona na planie kwadratu większość ulic ułatwia orientację w terenie. Podczas „produkcji” pierogów słuchamy polskich ludowych piosenek i pod śpiewek. Nasz gospodarz jest ich wielkim fanem. Tłumaczymy tekst piosenki na bardziej współczesną wersję. Znaczenie wielu słów zmieniło się, a części już się nie używa. Martin pomimo bardzo dobrej znajomości polskiego, nie rozumie wszystkich tekstów piosenek.

Jemy pierogi wraz z jego dziewczyną, która wróciła z miasta. Wszystkim nam bardzo smakują. Po posiłku idziemy do mieszkania siostry Martina skorzystać z dostępu do Internetu. Nasz gospodarz ma jakieś problemy z łączem.

Ruskie z ricottą. Tego jeszcze nie było...

Zagęszczamy ruchy jeśli chodzi o poszukiwania potomków pasażerów. Po dwóch godzinach wracamy do mieszkania, aby zabrać nasze dokumenty z archiwum i listę pasażerów MS Chrobry. Na wieczór umówieni jesteśmy w budynku byłej ambasady Jugosławii na spotkanie z człowiekiem, który może nam pomoże w naszych poszukiwaniach. 

Spotkanie z konsulem honorowym Republiki Serbii

Ten człowiek to Daniel Klisich di Vietri, konsul honorowy Republiki Serbii. Miło rozmawiamy, dowiadujemy się paru rzeczy istotnych dla nas, po czym dostajemy namiar na człowieka, który być może zna kogoś o nazwisku z naszej listy.

Wieczorem idziemy na plażę. To niesamowite, jak o 22.00 temperatura wciąż utrzymuje słupek rtęci na 28 stopniu. Woda ciepła, ludzie się kąpią, siedzą na plaży, odpoczywają.

Plaża w Montevideo nocą.

18 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty

Dziś na śniadanie zostaliśmy zaproszeni do Mamy Martina – Cleusa Oliveira de Souza jest Brazylijką, wobec tego jest ogromną fanką futbolu. Brazylijskiego rzecz jasna. Śniadanie przygotowane zostało na styl brazylijski – arbuzy, melony, banany, winogrona, brzoskwinie. Tyle z owoców. Do tego marmolada truskawkowa, żółty ser i szynka. Na styl brazylijski, podobno pomieszany z emigranckim niemieckim, których sporo było swego czasu w Brazylii, jemy pieczywo z ziarnami, z serem, szynką i marmoladą. Słodką.

Do tego poprawiamy płatkami z jogurtem owocowym. Dodatkowo dostajemy suszone śliwki (ale suszone, suszone, a nie jak w Polsce wędzone) oraz orzechy makadami (chyba). Na deser jemy pyszne rogaliki z ciasta francuskiego z dulce de leche (czyli z karmelem).

Popijamy pyszny, po prostu pyszny sok z wyciskanych pomarańczy. A później mocna, aromatyczna kawa.

Cleusa jest po prostu fantastyczna. Mówi dużo, jak najbardziej po hiszpańsku,  chociaż jej pierwszym językiem jest portugalski. Opowiada o sobie, ma 64 lata, gra namiętnie w koszykówkę, dużo pływa i ogólnie prowadzi zdrowy tryb życia.

Cleusa jest fanką brazylijskiego futbolu.

Oprowadza nas po domu, pokazuje miejsce na dachu, na którym jest parillera, bez którego nie funkcjonuje żaden tutejszy dom. Parilla to gril, Urugwajczycy grillują bardzo dużo, produkują dużo mięsa, to i dużo go jedzą.

Po 4 godzinach żegnamy się czule – w Urugwaju to zwyczaj, że wszyscy się całują i na powitanie i na pożegnanie. Wszyscy, kobiety z kobietami, mężczyźni z mężczyznami i mężczyźni z kobietami. Jak wszyscy to wszyscy.

Jestem zadowolona, bo widziałam wreszcie naprawdę ludzi chodzących z termosem i swoim kubkiem z Yerba Mate. To nie jest mit. Oni naprawdę to siano piją i chyba sobie chwalą.

Plaza Independencia. Montevideo

Jedziemy na Stare Miasto. Zabytkowa część Montevideo jest dosyć rozległa, wygląda na mocno kolonialną, jeśli chodzi o architekturę. Urugwaj był w pierwszej kolejności skolonizowany przez Portugalczyków, którzy oddali go później Hiszpanom. I chyba raczej nie było to oddanie z dobrej woli. 

Przed symboliczną bramą do Starego Miasta jest wielki plac (Plaza Independencia) z pomnikiem gaucha w centralnym punkcie. Przechodzimy przez nią i zwiedzamy katedrę,  podziwiamy kamienice i budynki  w kolonialnym stylu. Stare Miasto znajduje się bardzo blisko portu, jest położone tak, ze idąc główną arterią z jednej i z drugiej strony praktycznie widoczne jest morze w oddali.  

Montevideo to miasto wielu pięknych fontann i wielu przeróżnych pomników i rzeźb stojących w parkach.

Wieczorem poprawiamy łańcuch (korekta luzu łańcucha – jak to mówi mój mąż), za dużo mamy bagażu!

Korekta luzu łańcucha pod czujnym okiem Suzzie

Jutro wyjeżdżamy do Colonia del Sacramento. Wstajemy wcześnie i o 7.00 najpóźniej planujemy wyruszyć. Czyli rano męczarnia z przymocowywaniem sakiew  i innych bagaży.

Ale rozmawiałam dziś z mamą na skype i jestem bliska wyrzucenia wszelkich niepotrzebnych rzeczy, takich jak na przykład zimowa kurtka. Właśnie wyrzuciłam dżinsy jedne, które są niepotrzebne, dwie koszulki i starą torbę, w której mieliśmy ciuchy zimowe.

Na koniec pytanie dnia - czy potówki to normalna sprawa?

 

19 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty pierwszy

Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Montevideo. Wstaliśmy o 6,30, prawie godzinę zajęło nam wystawienie motorów, zainstalowanie sakw, worków, plecaków, tankbagów (czy wspominałam już że mamy ZA DUŻO RZECZY?), i trochę przed wpół do  ósmej wyjechaliśmy do Colonia del Sacramento. Przejechaliśmy praktycznie bez zatrzymywania się 177 km, droga prosta, przeważnie dwupasmowa, choć trudno ją porównać do autostrad jakie znamy z Europy. Bez poboczy, raczej asfalt nierówny, ale za to dwa pasy. Krajobraz dosyć monotonny, niska zabudowa gdzieniegdzie, dużo pastwisk z krowami i ranch (czy jest takie słowo?) z końmi. Do Colonia del Sacramento wjeżdża się aleją palm, także wrażenie jest niesamowite. To miasto założone w 1680 roku przez Portugalczyków, przez wiele lat przechodziło z rąk do rąk. Podpisywano wiele traktatów, które przyznawały Hiszpanom lub Portugalczykom  prawo do tego miasta. W połowie XIX wieku trafiło na krótko do Brazylijczyków, by w 1828 roku ostatecznie został miastem urugwajskim.

Plac w Colonia del Sacramento

Miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zachowało bowiem swoją prawie oryginalną architekturę na Starym Mieście.  W najważniejszym historycznie punkcie miasta, na Plaza Mayor del 25 de Mayo, widać wiele portugalskich konstrukcji z XVIII wieku, piękną latarnię morską i ruiny oryginalnych portugalskich domów. W mieście panuje specyficzny klimat, jakby trochę czas stanął w miejscu. Jest wiele turystów, ale nie tak wiele jak w innych tego typu turystycznych miejscach.

Zaraz na wjeździe do miasta odnajdujemy camping i zatrzymujemy się na nim. Płacimy 13 dolarów , czyli 275 peso urugwajskich, rozbijamy namiot i jedziemy do centrum. Łapiemy Internet, niestety słabe łącze, trochę piszemy i skypujemy, ale generalnie trochę chłoniemy atmosferę miasteczka. Robimy krótką rundę dookoła, zakupy, kawa i czas zleciał.

Na campingu za to pracowicie spędzamy czas. Po pierwsze – gotujemy. Gulasz z makaronem.  Kuchenka działa, także jesteśmy zadowoleni, pijemy kawę, podjadamy ciasteczka. Żyć – nie umierać.

Latarnia morska w Colonia del Sacramento

Później kolejny raz przepakowujemy nasze bagaże. Na razie wymyśliliśmy tyle, że w jeden worek damy ciuchy na chłodne dni. Kolejne segregacje ubrań i innych rzeczy przyprawiają mnie o nerwowe telepanie.

Jeszcze tylko ważna operacja mocowania uchwytu do GPS-u (przez zbyt wystający tankbag trzeba było kombinować).

Jutro jedziemy do Argentyny. Urugwaj jest koszmarnie drogi. Paliwo kosztuje dwa dolary. Nawet jeśli policzymy tylko po 3 zł, to i tak wychodzi 6 zł za litr benzyny. Nie podoba nam to się. Pożywienie – no nie jest dobrze. Przestałam przeliczać, bo jak mi serek 280 gram wyszło 10,- zł to zasłabłam. Z drugiej strony – sery są dosyć drogie, od 35 zł w górę za kilogram. Może są z mleka? Nie tak jak w Polsce z chemicznych preparatów z odrobiną mleka.

W każdym razie jutro wyjeżdżamy. Mamy nadzieję przekroczyć granicę za około 300 km. W sumie mamy na to cały dzień. Na śniadanie kupiliśmy sobie mleko i płatki. Damy radę.

Pytanie na dziś – czy potówki muszą się tak rozprzestrzeniać i swędzieć i nieładnie wyglądać?

Colonia del Sacramento

20 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty drugi

Dzień zapowiadał się dziś bardzo dobrze, wstaliśmy rano wyspani, wypoczęli. Kłopoty zaczęły się już przy śniadaniu – kupiliśmy wczoraj płatki do mleka., Niestety. Okazało się że pełno w nich robaczków dziwnych. Różnych. Pierwszy kłopot. Zaczęliśmy się pakować, żeby zgodnie z planem przekroczyć granicę z Argentyną. A tu drugi kłopot -  deszcz. Może nie wielki, ale ustawiczny. Przemoczyło nam wszystko, bo byliśmy w połowie pakowania, wszystko rozgrzebane, część spakowana, część rozłożona. Szybko złapaliśmy plandekę i przykryliśmy co się dało. Tak przeczekaliśmy 15 minut, po czym, wykorzystując chwilę przerwy w deszczu, szybko zamocowaliśmy resztę rzeczy na motocyklach i w drogę. Trzeci problem. Wyszło słońce. Wielkie, gigantyczne, przeogromne. Ciepło. Gorąco. Daję słowo, że odczuwalna temperatura to 40 stopni. Nas omotał wielki wiatr, bo Urugwaj jest dosyć równinny i z niewysoką rzadką zabudową. Dojechaliśmy do Dolores, ale była już 12.00 więc wszystkie sklepy zamykano. Zdążyliśmy jeszcze wymienić dolary i w drogę. Udało nam się dojechać do Mercedes i powiedzieliśmy pas. Na stacji benzynowej dowiedzieliśmy się jak wygląda sprawa z campingami i zatrzymaliśmy się na jednym – Isla del Puerto.  Do granicy mamy stąd 65 km. Zamierzamy ją przekroczyć jutro i już w Argentynie szukać noclegu. Póki co słabo nam idzie z couchsurfingiem, pewnie dlatego, że ciągle jest słaby dostęp do Internetu.

Zaledwie wjechaliśmy na parking, a tu motocykl, przy próbie postawienia go na stopkę centralną – położył się na ziemie. Piąty już kłopot z kolei.

Pajączek przydaje sie zawsze

Położenie motocykla to nic. To nic, że się wywrócił. To nic że się wywrócił prawie prosto na płot z siatki. To wszystko nic. Ale urwało się mocowanie do zestawu komunikacyjnego w kasku. To już po prostu szczyt wszystkiego. Jeszcze tego by brakowało żebyśmy byli bez komunikacji.

Na domiar złego tego 200 kilogramowego stwora co leży na ziemi, nie można podnieść.

No ale to już był ostatni kłopot. Od tej poru rozpoczęły się same dobre rzeczy. Po pierwsze natychmiast przechodzień podbiegł, a w zasadzie przeskoczył przez płot, młody, silny choć normalnie zbudowany. Raz dwa chłopaki podnieśli motocykl. Po drugie, ja zostałam na campingu pilnować dobytku, rozłożyłam namiot i odczepiłam część sakw, a Krzysiek pojechał do sklepu po zakupy na kolacje.

Kuchenka od tatusia przydaje się bardzo...

Druga trzecie zjedliśmy pyszny posiłek z miejscowych warzyw, owoców i pieczywa.  Po czwarte zapowiadany silny wiatr nie przyszedł, tylko trochę wiało mocnok ale na szczęście przewidywania meteorologów się nie sprawdziły.

Piąta, najlepsza rzecz jaka nas spotkała to spotkanie z Eleną i Horacio.

A było to tak. Siedzimy sobie spokojnie, była już prawie 22.00 kiedy podjechał na parking Kawasaki 1400. Wielka maszyna. Szybka. I prosto do nas podchodzą – on i ona. A ktoś im powiedział, że Polacy przyjechali na wielkich maszynach, więc się zjawili. Bo motocykliści to jedna wielka rodzina.

Siedzieliśmy trochę, dużo nowych informacji zdobyliśmy. I dostaliśmy zaproszenie do nich do domu. Jutro podjedziemy.

Nocne łapanie internetu

21 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty trzeci

Od rana fantastyczny dzień. Godzinę trwało, zanim się zebraliśmy  z campingu. Podjechaliśmy do Eleny i Horacio do domu. I zaczęło się - najpierw kawa, potem asadao, potem alfajores – typowy dla Urugwaju deser – biszkopty połączone z dulce de leche (karmel).  

Asado.

I lody. A lody, musicie wiedzieć, to w Urugwaju nie są po prostu lody. W Urugwaju lody to lody. Robione na ŚMIETANIE. A nie jak inni robią na mleku/wodzie i dżemach lub innych smakopodobnych rzeczach. Lody w Urugwaju to po prostu marzenie.

Typowy Urugwaj to Mate. Mate i jeszcze raz mate. To prawda. To narodowy napój. Oni nie piją kawy. Mate jest napojem narodowym jako spuścizna po Indianach Guarani. Mate zalewamy zimną wodą. Musi nasiąknąć, a później dolewamy gorącej wody, ale nie gorętszej niż 70 stopni Celsjusza. Inaczej traci swoje właściwości. I tak cały dzień dolewamy do mate wodę i popijamy.

Pierwsze prawdziwe próby picia Yerba Mate

Urugwajczycy chodzą wszędzie ze swoim termosem i swoją mate a także z bombillą i popijają. Namiętnie. Dają też popróbować. Przyjaciołom. Czyli nam.

Picie mate ma też swoją symbolikę społeczną, która odnosi się do przyjaźni, współudział, kooperacji, akceptacji czy równości pomiędzy ludźmi, którzy dzielą ze sobą tradycję picia mate.

Kolejną typową rzeczą dla Urugwajczyka jest uprawianie sportów. To naród szczególnie czuły na punkcie futbolu, piłka nożna jest tu bardzo, bardzo popularna. Ale też inne sporty jak siatkówka, kajakarstwo, walki wschodnie, pływanie, koszykówka, mają swoje liczne rzesze zwolenników i dobrych zawodników.

Jak już wspominaliśmy, każdy dom ma swoje asado, bo nie ma Urugwajczyka, który by nie lubił asado, czyli grillowanego mięsa. Mięso jest dla mieszkańców tego kraju podstawowym źródłem białka.

Każdy dom ma swoją parillerę, czyli grilownie, miejsce do grillowania. Griluje się na węglu drzewnym, czyli najpierw drewno się pali, a z niego uzyskuje się węgiel, który podsypuje się pod parillie i grilluje. Asado to też towarzyskie spotkanie.

Typowe asado jakie przygotowali dziś dla nas Elena i Horacio to mięso z żeberek wołowych i kurczak.

Po południu lunęło poważnie. Niebo zrobiło się czarne. I tak lało przeszło 3 godziny. A wieczorem, pomimo, że nie padało, niebo było zaciągnięte czarnymi chmurami i pojawiały się w oddali błyskawice. Z tego powodu zadecydowaliśmy że zostajemy w gościnnym domu Eleny i Horacio.

W czasie deszczu Elena przygotowała la tarta frita. To ciasto które przyrządza się z mąki, drożdży, tłuszczu, soli i ciepłej wody, miesza się na jednolitą masę. Masa trochę rośnie, po czym wałkuje się ciasto, formuje się placuszki i kiedy trochę urosną, piecze na gorącym tłuszczu. Tradycją jest, że przyrządza się je w czasie deszczu.

La tarta frita i dulche de leche. Tradycyjne urugwajskie.

Wieczorem zwiedzamy miasto. Zwiedzamy je samochodowo. Objeżdżamy dookoła, oglądamy bulwar, promenadę,

Rio del Negro, która przepływa przez miasto, swego czasu była rzeką żeglowną, ponieważ jest dosyć głęboka jak na rzekę. W najgłębszym miejscu osiąga 12 metrów.

Elena i Horacio to przemili ludzie. Życzliwi, spokojni, pomocni. Jesteśmy zadowoleni, ze ich poznaliśmy i że mogliśmy spędzić ze sobą trochę czasu.

Wspólne pokazy zdjęć.Horacio był w wielu ciekawych miejscach.

Dzień mija szybko. Jutro znowu plan – jechać do Buenos Aires.

22 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty czwarty

No to jesteśmy w Argentynie. A było ciężko dojechać. Oj ciężko. Po pierwsze wczoraj tak lało, że myśleliśmy że taka trzydniówka się zaczęła. Przechodził ostry front po upalny i lało tak, że poprawiać nie trzeba było. Wykorzystaliśmy przerwę w padaniu i wyruszyliśmy, czule żegnając się z Eleną i Horacio, którzy jeszcze nam towarzyszyli do głównej drogi prowadzącej do granicy. Horacio przygotował też mapę dla nas i dokładnie wytłumaczył jak dojechać do jego kolegi motocyklisty w Buenos Aires. Nocleg zatem mamy już zapewniony.

Mapa przygotowana przez Horacio

Przejechaliśmy zaledwie dwadzieścia minut, kiedy ściana deszczu po prostu zalała nas. Wcale nie gwałtownie. Tylko po prostu. Permanentnie. Byliśmy cali mokrzy, bo jakoś tak wyszło (czytaj- nie przewidzieliśmy), że nie zapieliśmy membrany do kurtki ani do spodni. W związku z tym mokre mieliśmy wszystko od koszulki, przez majtki do skarpetek.

Bo jakby mało było braku membran, to jeszcze mieliśmy buty trekingowe ubrane, zamiast motocyklowych. W butach po prostu powódź. Dodatkowo, po 214 kilometrach jeden motocykl zaczął się krztusić – oj, już rezerwę trzeba? No tak. A tu dalej leje. Po jakiś 20 kilometrach – pierwsza stacja benzynowa. Pierwsze zadaszenie. Zatrzymaliśmy się, zatankowaliśmy. Odkryliśmy też że przyklejony wczoraj komunikator – szlag trafił. Odkleił się po prostu. No to trudna operacja mocowania, wyciągnęliśmy to co było najbliżej, czyli taśmę przylepną po chamsku przymocowaliśmy jeden komunikator. Dojechaliśmy jakoś do granicy. Tam odpadł drugi komunikator, więc straciliśmy ze sobą łączność już w ogóle.

Na granicy załatwiliśmy wszystkie formalności. Dostaliśmy pozwolenie na wjazd na 90 dni do Argentyny. Ja myślałam tylko o tym, że w butach mi chlupocze.

Po przekroczeniu granicy na dzień dobry mijamy tablicę (las Malvinas son Argentinas), czyli szukaj nas już w Argentynie. Kliknij tutaj

Jeśli chcesz poczytać o naszej drugiej wizycie w Urugwaju - Kliknij tutaj

 

 

 

PODSUMOWANIE:

Na co się nastawić? Co warto, a czego nie warto?

  • Jeśli podróżujesz w grudniu, czy styczniu, nastaw się na wysoką temperaturę. Co prawda przewodniki podają, że latem temperatura dochodzi do 28 stopni, ale my mieliśmy przyjemność przebywać w odczuwalnej prawie 40 stopni.
  • OTWÓRZ SIĘ. Naprawdę warto. Sympatyczni ludzie, fajnie, otwarci, możesz poznać zwyczaje.
  • Urugwaj jest drogi. Drogie są hotele, drogie jedzenie, drogie paliwo. Jeśli masz mały budżet – musisz się żywić moskitami.
comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012