facebook

Argentyna

Argentyna marzyła nam się od dawna. Ogromne przestrzenie Patagonii, przepyszna wołowina, cudowne krajobrazy i wielobarwność natury. To kraj prawie rajski, gdyby nie to, że galopuje inflacja, gospodarka upada a dolara wymieniać trzeba na czarnym rynku. To znaczy nie trzeba, ale różnica pomiędzy kursem bankowym, a czarnorynkowym jest dwukrotna. Co oznacza, że możemy zjeść dwa razy więcej wołowiny, jeśli skorzystamy z uprzejmości tak zwanych cinkciarzy, lub koników.

Zobacz jak dotarliśmy do Argentyny i kliknij tutaj

22 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty czwarty

Na dzień dobry w Argentynie płacimy po 14 Peso od motoru za przejazd. Jest to opłata za przejazd przez most graniczny z Urugwajem. Deszcz przestał padać, więc postanowiliśmy jechać dalej w mokrych ubraniach, aby wyschły przewiewane wiatrem. Do pokonania mieliśmy jeszcze około 200 km. Po jakiejś godzinie jazdy ubrania były w miarę suche. Niestety w butach wciąż nam chlupała woda. Na stacji benzynowej przepakowaliśmy worki z ubraniami i wpięliśmy membrany przeciwdeszczowe do ubrań. Zmieniliśmy bieliznę i buty na motocyklowe. Wreszcie w miarę komfortowych warunkach mogliśmy jechać dalej.

Mijamy dwa piękne mosty. Pierwszy na rzece Uruguay, a drugi na rzece Parana. Duże konstrukcje robią wielkie wrażenie. Na posiłek zajechaliśmy do knajpki znanej nam już z poprzedniej wizyty w Argentynie w Zarate. Mocno głodni zamawiamy hamburgera, frytki, colę.Niektórzy rezygnują z frytek...

Rozmawiamy z rodziną na skypie. Czas upływa miło i komfortowo w klimatyzowanym pomieszczeniu, niestety czas ruszać  dalej. Około 16 godziny dojeżdżamy do klubu motocyklowego „Tigres de la ruta”. Trafiamy bez błędnie przy pomocy mapki narysowanej przez Horacio i przy pomocy nawigacji. Na podjeździe do domu stoi Alejandro i od progu macha do nas.

Asado po królewski

Zostajemy po królewsku przyjęci. Dostajemy miejsce na tyłach domu w pomieszczeniu klubowym. Mamy do dyspozycji lodówkę zaopatrzoną w napoje przez naszych gospodarzy. Łazienkę, łóżko, na ścianach zdjęcia motocykli, starych samochodów. Na półkach puchary z różnych zawodów. Na centralnym miejscu wisi flaga z logo klubu.

Klub motocyklowy Tigres en la Rutas

Bardzo klimatyczne miejsce. Bierzemy zimny prysznic i poznajemy rodzinę Alejandro.Żonę Lilianę, szesnastoletnią córkę Florę. Rozmawiamy o naszej podróży, motocyklach i o Argentynie. Nauka języka hiszpańskiego mojej żony nie poszła na marne. Bez tego byłoby słabo. Pomimo, że typowy hiszpański mocno różni się od języka używanego w Argentynie dajemy radę. Pomaga nam też podstawowa znajomość angielskiego przez Florę.

Alejandro i Liliana

Na kolację nasi gospodarze szykują pieczoną wołowinę. Co prawda nie z grilla, tylko z pieca, ale jest rewelacyjna. Duże soczyste kawałki mięsa smakują wybornie. Argentyńczycy twierdzą, że ich wołowina jest najlepsza w całej Ameryce południowej, ze względu na wysokiej jakości trawę i lepszą ziemię. Wieczór upływa nam też na oglądaniu zdjęć z wypraw Alejandro po Ameryce Południowej. Idziemy spać coraz bardziej świadomi czekających nas doznań w Patagonii…

23 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty piąty

Rano wstaliśmy pełni dobrej energii, chociaż jak czuliśmy temperatura tutaj nie jest komfortowa. Historyczne upały dają nam się we znaki. Odczuwają to też Argentyńczycy. Pogoda ma jutro się zmienić, ma padać i się ochłodzić. Aż do 20 (!) stopni.

Po porannej kawie wyruszamy na miasto. Bierzemy jeden motocykl i jedziemy (ekonomiczniej i bezpieczniej). Odpinamy sakwy i bierzemy kurtki z membranami. Po wczorajszym deszczu nie chcemy ryzykować. Alejandro postanowił, że będzie nas pilotował do centrum. Mamy około 35 km do przejechania. Wjeżdżamy na autostradę (Autopista del Sol). Cztery pasy a na każdym sporo samochodów. Buenos Aires to jedno z największych miast Ameryki Południowej. Cały obszar metropolitalny zamieszkuje ponad 12 milionów osób, a w samym centrum mieszka prawie 3 miliony ludzi. Wjeżdżając na peryferie miasta czuje się już oddech dużej aglomeracji.

Pomimo że upał daje się ostro we znaki, walczymy dzielnie. Priorytetem jest dla nas doprowadzenie naszego projektu poszukiwania potomków pasażerów Chrobrego. W pierwszej kolejności jedziemy do ambasady. Na miejscu pod bramą okazuje się, że z powodu sezonu urlopowego nikt nie ma czasu porozmawiać, odsyłają nas na jutro, pojutrze, po weekendzie. Nie mamy tyle czasu by zostać tak długo w Buenos Aires. Zaraz przypomina nam się Gombrowicz i Transatlantyk. Komentujemy jak możemy i jedziemy do Domu Polskiego na Jorge Luis Borges. Okazuje się że są wakacje i do lutego nikt nie będzie osiągalny. Wpadamy w coraz większe rozdrażnienie, pewnie ma na to wpływ również upał, który jest tak wielki, że nie chce się myśleć. Duży ruch na ulicach, lekka wolna amerykanka w stylu kierowców spychających motocykl na dalszy plan nie sprzyja normalnej jeździe. Decydujemy się jeszcze podjechać na najbardziej znany cmentarz w Buenos Aires Recoleta. Oglądamy grób Evity Peron, robimy parę zdjęć i wracamy do domu.

Grób Evity Peron

Po drodze zakupy, bo obiecaliśmy wczoraj, że zrobimy typowe polskie danie – pierogi ruskie. To był jeden z głupszych pomysłów na jakie mogliśmy wpaść. Gorąco jak nieszczęście a my gotujemy – najpierw ziemniaki, potem cebulkę smażymy, potem gotujemy pierogi. Ogień bucha, para i pot pokrywa nas od stóp do głów. Ricotta którą dodajemy do nadzienia nie do końca spełnia nasze oczekiwania, ale cała rodzina która się zebrała, dzielnie daje radę i je z nami pierogi, co niektórzy kurtuazyjnie mówią, że są „muy rico”, czyli dobre.

Znowu ruskie z ricottą...

Wieczór upływa nam na opowieściach ze statku. Noc przychodzi szybko, powietrze schładza się do 26 stopni a niebo zasnuwa się chmurami. Przychodzi długa burza, która trwa pół nocy. Leje całą noc...

24 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty szósty

Od rano posuwamy nasz projekt związany z odnalezieniem potomków pasażerów do przodu. Dzwonimy rano, korzystając też z pomocy Flory do Gracieli Antonowicz. Jej dziadek, babcia i wujostwo przypłynęło na MS Chrobrym do Argentyny. Umawiamy się na 16.00 w centrum miasta, przy Plaza Roma. Trochę pracujemy rano, czas szybko mija, wiec jedziemy na spotkanie, pełni dobrych przeczuć, ale też i obaw, jak nam pójdzie, jak się dogadamy, jak zostaniemy odebrani, czy Graciela będzie chciała nam coś opowiedzieć, czy nas zbyje.

Spotykamy się i jesteśmy bardzo mile zaskoczeni. Graciela jest otwartą, pełną radości i siły osobą. Podchodzimy do Puerto Madero. Siadamy w restauracji i pijemy kawę. Rozmawiamy jak to z przodkami było. Rozmowa toczy się w łamanym hiszpańskim i białorusko/ukraińskim. Niby podobnie do rosyjskiego ale inaczej. Dużo rzeczy rozumie się samo przez się, sercem.

Graciela z nami. W tle Puente de la Mujer (most kobiet)

Puerto Madero to nowoczesna dzielnica miasta, powstała na rzece la Plata. Duże wrażenie robi na nas most Puente de la Mujer (most kobiet), tylko dla pieszych. To most wiszący. Wysoki i pochylony pylon do którego podpiętych jest 19 lin utrzymują kładkę. Most zaprojektował Santiago Calatrave.

Monumento los Espanoles

Po jednej stronie rzeki dużo wysokich budynków, apartamentowców, loftów. Podobno jedna z droższych dzielnic w mieście.  Po drugiej stronie rzeki stoją odrestaurowane i przerobione na restauracje stare, ceglane budynki, które w dużej części służyły za spichlerze.

25 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty siódmy

Sobota jest jednym z przyjemniejszych dni zazwyczaj. Rano wstajemy dosyć wcześnie, wczoraj gdy wróciliśmy z miasta jedliśmy jeszcze kolacje z Alejandro i jego rodziną. Próbowaliśmy milanesa, czyli bardzo podobne kotlety do naszych schabowych.

Pogoda jest o niebo lepsza niż ostatnimi dniami. Około 27 stopni wystarcza nam w zupełności. Dzięki sprzyjającej aurze, coraz bardziej podoba nam się miasto. Znamy je coraz lepiej. W tętniącym życiem Buenos Aires jest jedna z najbardziej ruchliwych i szerokich (200 metrów) ulic na świecie - Avenida 9 Julio. Znajduje się na niej imponujący 70 metrowy obelisk, który zbudowano w 1936 roku. Jedziemy też Avenida de Mayo, która z przylegającymi do niej ulicami (Calle Lavalle i Calle Florida) oraz dzielnicą Santa Fe tworzy Microcentro. Na Lavalle możesz znaleźć wiele koników, także wymiana waluty nie powinna stwarzać problemów.

Ulica Lavalle

Wstępujemy się w dosyć dużej włoskiej restauracji. Jest to miejsce niepodobne do nowoczesnych miejsc. Tu jakby czas się zatrzymał.  Wnętrze wygląda jak z lad sześćdziesiątych: stoliki, bar, ściany, lustra, wszystko sprawia, że przenosimy się w czasie. Kelner, barman, pomocnik, mają chyba po 70 lat każdy. Kelner ma przewieszoną  serwetę przez ramię lewej ręki, ale cały jego strój sugeruje, że naprawdę cofnęliśmy się w czasie. Próbujemy empandadosy, wypijamy colę i w drogę. 

Obelisk w centrum miasta na Nueve de Julio, najszerszej ulicy na świecie. 26 pasów ruchu...

Dzisiaj miał być dla nas ważny dzień. Po południu mieliśmy umówione spotkanie z wnuczką pasażera chrobrego. Niestety, czekaliśmy ponad godzinę, ale pod adresem który nam podała – nikogo nie było w domu. Szczekanie psa słyszeliśmy tylko i niepewni co się mogło wydarzyć napisaliśmy informację do niej na facebooku, prosząc o kontakt.

Budynek w dzielnicy La Boca

Odwiedzamy dzielnicę La Boca, która jest swoistym symbolem Buenos Aires. TO dzielnica głównie hiszpańskich i włoskich emigrantów, głównie robotników. Najbardziej turystyczna ulica to Caminito. Dookoła jest pełno restauracji, w których dla przyciągnięcia klientów pary tańczą tango. Kolorowe domy są wizytówką tej dzielnicy. Znajduje się tu również stadion La Bombenera, gdzie rozpoczynał swoją karierę Diego Maradona.

Italiańska pizza Liliany...

Wieczorem jemy NAJLEPSZĄ pizzę pod słońcem. Przodkowie Liliany są Włochami i naprawdę ma to znaczenie. Tak dobrej pizzy nie jadłam dawno. Najpierw przygotowuję ją z Lilianą. To znaczy spód już jest gotowy, Lily robiła go wczoraj. Mówi, że nie ma problemu, spody do pizzy mogą i z miesiąc stać gotowe. Gotowe znaczy to , ze wyrośnięte i posmarowane sosem pomidorowym. Wieczorem nakładamy ser, dużo sera mozzarela, na to szynka, oliwki, jajka na twardo, cebulę uduszoną, palmitas z puszki –(to chyba rodzaj palmianego wnętrza). I pieczemy w piekarniku i specjalnym garnku, przypominającym patelnię z przykrywką.

Cała rodzina w komplecie,  dodatkowo Mama Alejandro i goście – rodzina Alejandro z południa. Ciotka, kuzynka z mężem i z córkami. Starsza – Aleksja- szykuje się do kariery piosenkarki. Ma swój kanał na You tubie, tam umieszcza różne ciekaw filmy. Za parę lat, powiem, że jadłam kolację w towarzystwie gwiazdy.

26 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty ósmy

Pakujemy się. Wyjeżdżamy dziś z Buenos Aires, przynajmniej taki mamy zamiar. Wieczorem jesteśmy umówieni u Gracieli na asado. Zależy jej także na tym, byśmy poznali jej ojca i matkę.

Tygrysy na drodze. A raczej na parkingu.

Do południa jednak Alejandro i Liliana zapraszają nas na przejażdżkę na wyspę Tigre.  To miejsce bardzo turystyczne i po prostu przeurocze. Niska zabudowa, masa atrakcji, głównie wodnych, lodziarnie, restauracje, parki, dużo, dużo zieleni i dużo, dużo ludzi. 

Na pierwszym planie parilla (mięsko z grila)

Przy moście Evy Peron zatrzymujemy się na parille. Jemy znowu duże ilości mięsa wołowego, kaszankę, która tutaj przyrządzają zupełnie w inny sposób niż w Polsce. Nie dodaje się kaszy, tylko odrobinę zielonej cebulki. Smak jest boski.

Pakowanie ostateczne na motory zajmuje nam już nie dłużej niż 30 minut. Jest postęp. Żegnamy się czule z całą rodziną. Alejandro i Liliana to niezwykle mili i dobrzy ludzie. Bardzo im dziękujemy za czas spędzony wspólnie. Bardzo. Dawno nie spotkaliśmy takich fantastycznych ludzi.

Alejandro, Liliana, ich syn i córka.

Zapakowani wyjeżdżamy do Gracieli. Przejazd do San Jose zajmuje nam trochę czasu. San Jose to jeden z dystryktów Buenos Aires. Stolicę można podzielić na okręg ścisłego centrum (to ten z prawie 3 milionami mieszkańców) i resztę dookoła Przejeżdżamy przez miasto z innej strony. Buenos jest pełne zieleni. W niedzielne, słoneczne popołudnie jest dużo ludzi którzy odpoczywają, biegają, jeżdżą na rowerach, grają w piłkę, pływają w basenach, lub po prostu siedzą na kocach czy na ławkach, jedzą, popijają mate czy inne napoje (Argentyńczycy piją duże ilości wszelkich słodkich napoi gazowanych). 

Dzielnica do której wjeżdżamy to nieco dziurawe ulice, w części szutrowe. Małe domki, niewielkie podwórka. Trafiamy prawie bezbłędne. Czeka na nas Carlos i Graciela, po pół godzinie dołącza do nas Debora, córka Gracieli i Carlosa oraz Maksymilian – narzeczony Debory, który zna angielski i w newralgicznych momentach służy nam za tłumacza. Po chwili dołącza do nas jedna z ważniejszych osób – ojciec Gracieli - Miguel.

Miguel Antonowicz, syn Stefana, pasażera MS Chrobry

To  syn pasażera Chrobrego. Porozumiewamy się mieszanką polski, ukraińsko kastellańskiego.  Miguel jest pogodnym człowiekiem, pełnym łagodności i spokoju. Opowiada nam trochę o swoim życiu, o swoich przygodach w Paragwaju, jak przyjechał do Buenos Aires. Później idziemy do niego do domu, mieszka nieopodal. Tam już jego żona, a matka Gracieli opowiada nam trochę o dawnych czasach. Ona sporo mówi po polsku, bo gdy była w Paragwaju miała dużo znajomych Polaków.

Miguel Antonowicz z żoną, córką i wnuczką.

Wracamy do domu Gracieli. Carlos przygotował parillę. Ogromne ilości mięsa znowu pochłaniamy, chorizo (kiełbasa tutejsza) i sałatki różnego rodzaju. Pijemy trochę słodkiego wina ze spritem i dyskusje ciągną się w nieskończoność. Argentyńczycy mają zwyczaj jadać kolację około 22.00 trwa to długo i długo. My, nie wcześniej niż o pierwszej w nocy kończymy.

Po lewej Carlos, maestro parillero.

Przy okazji dowiadujemy się, że jutro wielki dzień, bo rząd zadecydował o pewnym uwolnieniu dolara, to znaczy będzie można kupić, bo do tej pory tylko na czarnym rynku można. Maks – przyszły zięć Gracieli tłumaczy nam trochę zawiłe polityczno gospodarcze relacje w Argentynie. Żeby było śmieszniej Maks jest potomkiem polskich Żydów – Dziadek przyjechał z Łodzi, babcia z Warszawy. Opowiada nam zasłyszane historie, kiedy to w Argentynie, w miejscach gdzie mieszkali polscy Żydzi, słychać było idąc ulicą, terkot i stukot maszyn do szycia. Dla nas te wszystkie opowieści są niesamowite. Polska jest przecież tylko polska, i niewiele się spotyka osób „nie polaków”. A Argentyna jest tak wielokulturowa, jest takim zlepkiem, że aż nieprawdopodobne.

27 Styczeń 2014 – dzień czterdziesty dziewiąty

Budzimy  się przed dziewiątą rano. Dziś mamy do pokonania największy jak dotąd odcinek drogi. Do naszego kolejnego celu, Villa Gesell mamy około 350 km. Pijemy poranną kawę z Gracielą i Carlosem. Sprawnie pakujemy sakwy i po pożegnaniu ruszamy na południe Argentyny. Wyjazd z Buenos Aires, a właściwie jego obrzeży około 10 rano idzie nam w miarę sprawnie. Na stacji tankujemy paliwo pod korek do obu motorów. Po około 30 minutach jesteśmy już na autostradzie. Dobrą dla nas wiadomością jest fakt, że w Argentynie motocykle nie płacą za przejazd autostradami. Wyjątek stanowią okolice Buenos Aires gdzie płaciliśmy kilka peso za motor jadąc do centrum z Tigre. Jazda idzie nam całkiem dobrze. Co prawda styl jazdy Argentyńczyków mocno odbiega od standardów Europejskich, ale przyzwyczajamy się. Jeszcze w mieście sporo kierowców.

Dla podróżujących tą trasą zachęcamy do zatrzymania się w Dolores. To duże skupisko lokalnych parillas. Krowy, a w zasadzie ich fragmenty pieką się ułożone na palach przy ogni, w pionie niemalże.

Zachęcamy do zatrzymania się tam, bo już naprawdę nic nie ma dalej. My niestety ten błąd zrobiliśmy i nic do samego Villa Gesell nie jedliśmy.

Ale dojechaliśmy i wynagrodziło nam to wszystkie niedogodności, błędy i niedociągnięcia. Wjechaliśmy do miasteczka. Miasto powstało w latach 40. Był sobie pan Aleman, czyli Niemiec, ale urodził się w Ameryce. Ściągnął z Kanady ponad 3 wielkie statki drzew. I wymyślił sobie, że tutaj, w tym miejscu powstanie miasto. I to miasto powstało. Niemiec nazywał się Gesell, kupił ziemię i ludziom dawał ziemię za pół darmo i nawet im oddawał połowę tego co zapłacili, jeśli w ciągu 5 lat wybudowali dom.

Kiedy dojeżdżamy na paseo 132, zaczynamy szukać domu Gali i Ryśka. To Polacy, z którymi dziś się spotykamy. Nie musimy daleko szukać. Wybiega do nas kobieta, machając flagą biało czerwoną, na głowie ma opaskę z napisem POLSKA. To Gala.

Gala jest żywiołowa, normalna i po prostu jesteśmy nią zachwyceni i zauroczeni. Rysiek jest jej przeciwieństwem, ale też wariat (tak twierdzi Gala).

Gala i Rysiek

Dostajemy piękne mieszkanie na drugim piętrze z widokiem na ocean, który i tak Argentyńczycy nazywają morzem. Kolacja na nas czeka, więc już jest fantastycznie. Mięsko, kiełbaski (w tym chorizo) sery (w tym pleśniowy), sałatka z tuńczykiem, sałatka z pomidorami.

Chcę tu zostać. Odpocząć. Wreszcie!

28 Styczeń 2014 – dzień pięćdziesiąty

Ranek z widokiem na ocean. Czy może być coś piękniejszego? Czysta łazienka, ciepła woda. PACHĄCE RĘCZNIKI!!!. To duży luksus, bo od dwóch miesięcy raczej nikt nas tak nie dopieścił jak Gala i Ryś wczoraj. I dziś. W dwóch garnkach w ich kuchni już czekają na nas dwie, typowo argentyńskie potrawy. Co tam jest? Jeszcze nie wiem. W każdym razie na razie rozkoszuje się widokiem oceanu i nie mogę uwierzyć że tu jestem.

Paradoksalnie wygląda tu trochę jak w każdej nadmorskiej miejscowości: lody, jedzenie, quady, rowery, baseny. Roślinność przypomina tu trochę polskie badyle, więc może dlatego. Nie zmienia to faktu, że na takich wakacjach nie byłam już dawno i z przyjemnością odpoczywam od 7.00 rano (tak, ja tak wcześnie wstaje na wakacjach).

Wczoraj jedliśmy pyszne sery. Argentyna ma wspaniałe sery, które są po prostu obrzydliwie drogie. Prawie dwa razy drożej niż w Polsce. A przecież mają dużo mleko, a nawet bardzo dużo. To może oznaczać jedno. Tutaj ser jest PRAWDZIWY.  Z mleka. I podpuszczki (czy jak to tam się nazywa). A nie z dopuszczonej do obrotu chemii. Ulepszaczy, poprawiaczy smaku, stabilizatorów i wypełnień. Wczorajszy ser pleśniowy, którym nas poczęstowano po prostu zwalił z nóg swoim cudownym smakiem.

Podróżnicy przy mapie i zdjęciach z wypraw.

A rano po prostu odlot – jajecznica! Od 9 grudnia nie zjedliśmy prawdziwie polskiego śniadania, a tutaj Rysiek nawet chleb robi z prawdziwego zakwasu. Bo w sklepach co najwyżej bagietki.

Słychać gwizdek co jakiś czas. To sprzedawca churros – podłużnych ciastek smażonych w głębokim oleju. Gala mówi, że to obrzydlistwo. Niejadalne.

Po południu kupujemy mapę i planujemy kolejne kroki naszej trasy. Gala daje nam same użyteczne wskazówki, na przykład żeby absolutnie nie zatrzymywać się na stopie. Bo tutaj nie ma zasad. Znaczy jakieś są, ale słabe. A już zatrzymywanie się na stopie jest zabronione, bo znak stopu jest raczej tylko informacyjny, więc ktoś miejscowy na pewno przywali ci w tył samochodu, a w naszym przypadku motocykla.

Locro a'la Gala

Na obiad locro. Podobno jest dużo przepisów na to cudo. My jamy to u Gali tak: żeberka, kiełbaska (różna 4 rodzaje, różne rodzaje salaminy) trochę wołowinki, kukurydza, dynia, garbanzos (ciecierzyca),  papryka czerwona, cebula, marchewka. Gotujesz do miękkości. Po prostu eintop. Ale pyszny i do tego ostry sos – dużo małej pikantnej papryczki cebuli i pomidory. Do smaku dodajesz i jesz. Następnie umierasz z rozkoszy.

Na deser strudel z jabłkami i rodzynkami. Zapach cynamonu roznosił się w całym mieszkaniu.

Po południu trochę pracujemy, uzupełniamy stronę, wstawiamy trochę zdjęć. W momencie jak to robię, dostaję wiadomość od Emi. To ochrzan, że za rzadko piszemy. Naprawdę nie mamy czasu. Z motocyklem wszystko jest dwa razy dłuższe. Zabiera więcej czasu. Pakowanie, rozpakowanie, parkowanie, tankowanie i rozmowy z naszym hepeesem (tak się nazywa po hiszpańsku GPS) pochłaniają ogromne ilości minut. 

...a stopy obmywa ocean ...

Wieczorem po spacerze nad oceanem i kolacji, idziemy na lody. W Argentynie naprawdę są bardzo dobre lody. Pisałam wcześniej, że w Urugwaju są pyszne, ale chyba naprawdę tutaj są najlepsze. Różne smaki, chyba z 50 rodzajów. Z dodatkami, czekoladą, ciasteczkami, owocami. Rozkosz niewyobrażalna. Jemy po jakieś 250 gram. Nic nie mówię, nie odzywam się. Po prostu nie ma co marnować czasu, trzeba jeść.

Argentyńskie lody. Pychota

Zygmunt ma jutro urodziny. Jakbym się nie połączyła, to tu może napiszę, że wszystkiego najlepszego…

29 Styczeń 2014 – dzień pięćdziesiąty pierwszy

Oprócz lodów bardzo popularne są w Argentynie czekoladki wszelkiej maści, a nade wszystko alfajores (czytaj: alfahores)  jest to ciastko przekładane dulce de leche, czyli karmelem. Może być oblane czekoladą mleczną lub białą. Jest słodkie jak nieszczęście, ale po prostu pyszne.

Życie zaczyna się tu po 21.00. wtedy wszyscy zaczynają jeść, idą do restauracji (podobno nie chce im się gotować). Jedzą duże ilości mięsa, właśnie na kolacje, a później jedzą lody. Deserują.

Takie tablice są w całej Argentynie. Wyspy Malwiny są argentyńskie...

Dzięki bogu Gala i Rysiek nie przejęli zwyczajów obowiązującego czasu posiłków. Jedzą o takiej porze, jak to jest przyjęte w Polsce. Dzięki temu już o 23 możemy iść spać. Dziś jest nasz ostatni dzień w Villa Gesell, jutro szykujemy się do drogi. Bahia Blanca wzywa. A tak naprawdę wzywa Ushuaia. I nie ma co czekać, bo szmat drogi przed nami.

Rano śniadanie i wyruszamy do Pinamar i Carilo. Zwiedzamy. Ta druga miejscowość to położona w lesie ogromna enklawa turystycznych domów. Luksusowa. Każdy dom inny, jeden nie podobny do drugiego. A każdy następny piękniejszy i ekskluzywniejszy od drugiego. Co ciekawe, we wszystkich nadmorskich kurortach nie ma asfaltowych ulic. Wszystkie są SPECJALNIE niewyasfaltowane. Chodzi o to, by ten asfalt się nie nagrzewał, bo jest tu ciepło, a nawet bardzo ciepło i tak właściwie cały rok.

Kalmarowe krążki

Na obiad dziś ryba. Nie wiem, czy jest piątek, bo oczywiście nie wiadomo jaki jest dzień tygodnia. Trochę rozpoznajemy niedzielę, bo są zamknięte sklepy, ale reszta dni to już niewiadomo. W każdym razie dziś rybny obiad. Na przystawkę były kalmarowe krążki. Kupiliśmy świeżutkie  (obgotowane) kalmarowe kółka, wycięte  z całości, umoczyliśmy w mące i na gorący, głęboki tłuszcz. Rewelacja. Na drugie – merluza (czyli morszczuk) i do spróbowania abadejo (a to już diabli wiedzą co, ryba podobna w smaku do dorsza). Sałatka z pomidorów i już jesteśmy najedzeni. Na deser mango. I jest pięknie. Pogoda szalona, ocean szumi jak się tyko uchyli okno.

Gala przyrządza rybę na tak zwanej parigas

Wieczorem znowu lody. Lody są po prostu cudownie pyszne.

Jutro wyruszamy dalej. Ciągle i niezmiennie póki co – kierunek Ushuaia.

30.01.2014 – dzień pięćdziesiąty drugi

Wyjechaliśmy szczęśliwi i zadowolenie z Villa Gesell. Zjedliśmy pyszne śniadanie i ruszyliśmy, żegnani serdecznie przez Galę i Ryśka. Było to naprawdę fantastyczne spotkanie i bardzo dziękujemy za wszystko.

Mar del Plata.

Jedziemy sobie, jedziemy, mijamy Mar de Plata. To super piękne i wielkie wypoczynisko, (kurort) dla całego Buenos Aires. Jest ogromne, oplażowane na całym wybrzeżu (jak ja kocham to moje słowotwórstwo) i naprawdę urocze miasto. Nie możemy się pohamować, robimy więc krótki postój, fotki i zachwycamy się tym miejsce. Jedziemy spokojnie dalej. Kolejne 200 km za nami, temperatura rośnie. Niestety, chcieliśmy się wyspać, wiec wystartowaliśmy dosyć późno, dodatkowo we wszystkich nadmorskich miejscowościach są duże kolejki na stacjach benzynowych. W ogóle mało stacji benzynowych w tym kraju, a że turystów pełno, bo sezon wakacyjny w pełni, to się tłoczą ludzie okrutnie. 

Wielbłądy piją w Mar del Plata...

W każdym razie jedziemy sobie spokojnie, słońce grzeje coraz mocniej, mijamy Miramar i jedziemy wybrzeżem w stronę Tres Arroyos. Tam mamy zaplanowany nocleg. W międzyczasie posilamy się pięknym stekiem.

I wszystko byłoby dobrze, bo nawet udało się nam dojechać. To znaczy prawie się nam udało. Najpierw był mały problem z wiatrem. Po prostu taki wielki wiatr, że prawie zwiewało nas z ulicy. Potem drugi problem, tym razem z moim motorem, bo już po 199 km zawołał, że chce rezerwę paliwa. Oznacza to, że zaczął palić przynajmniej 7,5 litra na 100 km. A to naprawdę przegięcie. Ale sobie pomyśleliśmy, że wiatr, że dużo bagażu, no trudno, może tak ma być. Zaczęliśmy się denerwować, bo do miasta było ponad 30 km, a  na domiar złego wysiadły komunikatory. Nie wytrzymały ponad 7 godzin wiatru i naszego gadania. W każdym razie w naszych uszach rozległ się ostrzegawczy sygnał o niskim poziomie baterii i w ciągu pół godziny przestaliśmy się słyszeć. Na całe szczęście się widzieliśmy. Na domiar złego na niebie zaczęły się zbierać ciemne chmury. Ale tak ciemne że aż granatowe. Nieśpiesznie zaciągnęło się całe niebo. I w tym momencie to się stało. Coś, czego się nie spodziewaliśmy, a co przecież było prawdopodobne. Krzyśka motor najpierw zaczął się krztusić, to znak, że potrzebuje paliwa. Dostał więc rezerwę, ale nie chciał już zapalić. Jakby mu ktoś odciął dopływ benzyny. Staliśmy zatem w szczerym polu, z jednym motocyklem który mógł przejechać około 20 km. Drugim który nie chciał zapalić i z chmurami nad głowami z pojawiającymi się z rzadka na horyzoncie błyskami nadchodzącej burzy. Nie muszę wspominać, że dookoła pola i parę drzew na krzyż. Dzięki Bogu,  zwykle człowiek ma więcej szczęścia niż rozumu, albo odwrotnie. W każdym razie znalazł się przemiły człowiek w półciężarówce, który korzystając z linki którą mieliśmy zaholował jeden motor na stację około 25 km, a drugi, mój jakoś dojechał. Pewnie na oparach paliwa.

Zatankowaliśmy oba motory do pełna i wtedy lunął deszcz. Ale nie, ze sobie tak lunął po prostu, tylko lunął tak, że aż się asfalt ugiął. Lało tak intensywnie przez pół godziny, motor pomimo, że pełny paliwa nie chciał w dalszym ciągu odpalić. Szybko zdiagnozowaliśmy to (jak ja lubię liczbę mnogą w takich przypadkach) na zanieczyszczenie przez brudne paliwo, świec, lub co gorsza gaźnika.

Próbowaliśmy coś robić na stacji, ale słabo to wyglądało. Iskra na świecach była, paliwa po zdjęciu przewodu zasilającego gaźnik też leciało. Wyglądało to na zatkany dolot paliwa w samym gaźniku. W tych warunkach, na stacji benzynowej więcej nie mogliśmy zrobić. Lał deszcz, co prawda byliśmy pod dachem, ale ulewa była tak wielka, ze woda rozbryzgiwała się na boki, wspomagana jeszcze przez wiatr, także dookoła wszystko było zamoczone, lub w najlepszym razie zawilgocone. Kilka aut przewinęło się przez stację, zatrzymał się też, żeby zatankować biały Hillux. Pasażerka z małą dziewczynką spojrzała na mnie i zapytała, czy potrzebujemy pomocy. Od słowa do słowa, zaprosiła nas do siebie do domu. Jej mąż wziął na hol jeden motor i tak dojechaliśmy do ich domu. Laura i jej mąż Walter, byli bardzo mili, zostawili nam swoją sypialnię do dyspozycji.

Zostaliśmy tam na noc. Pomimo, że próbowaliśmy rozkręcić motocykl, niewiele to dało, podjęliśmy zatem decyzję o odwiedzinach u mechanika następnego dnia rano.

Wieczór upłynął nam w towarzystwie córki (Berenis) i syna (Lukasa), a także wujka (Juana). Pan i pani domu pojechali do swojego letniskowego domku w Claromeco.  Zaprosili nas na asado w piątek, na następny dzień.

Wieczorem rozmawiamy długo z Berenice, Lukasem i Juanem o sytuacji w Polsce, w Argentynie, trochę o ekonomii.  Jemy pizzę i podjadamy ser. Jak się okazuje trafiliśmy do rodziny, która ma małą fabrykę sera. Noc spędzamy w sypialni, na grubym materacu, odpoczywamy. Szczęście, ze na świecie są dobrzy ludzie…

31.01.2014 – dzień pięćdziesiąty trzeci

 Ranek zaczął się szybko. Za szybko, bo o 8.00. Jakoś tak słabo wypoczęliśmy, a już o 8.30 jechaliśmy holowani przez pana domu do mechanika. Mechanik okazał się bardzo kompetentną osobą. Od razu wiadomo było, ze to zatkany gaźnik. Potwierdziła się nasza diagnoza z wczoraj. Niestety paliwo w Argentynie pozostawia wiele do życzenia.

Pierwsza wizyta w warsztacie...

Nie dość, że stacji jest niewiele, to jeszcze chyba przez sitko trzeba przecedzać to paliwo. Mechanik zaproponował zamontowanie dodatkowego filtra, okazało się że mamy taki filtr paliwa, że zabraliśmy go przezornie z Polski. Na 17 motor miał być gotowy.

Pojechaliśmy więc z Berenice na miasto. Pracuje ona w sklepie, w którym głównym towarem są sery , jogurty i dulce de leche,  które jest produkowane w fabryce jej ojca.

Przez dwie godziny trochę obchodzimy miasto, wstępujemy do lokalnego muzeum, gdzie oglądamy obrazy, po czym na lokalnym skwerze (Plaza Municipal) siedzimy i odpoczywamy. Termometr wskazuje 32 stopnie, relaksujemy się zatem w cieniu drzew. Tres  Arroyes to miasto, w którym dominują potomkowie Holendrów i Duńczyków. 

Tress Arroyes. Ratusz i główny plac w mieście.

O 13.00, kiedy to Berenice kończy pracę, zabiera nas na wieś.

Wiemy już, że w Argentynie to normalnie, zwłaszcza w interiorze, że sklepy otwarte są od 8.00 do 12.00 lub 13.00, a później otwierane są najwcześniej o 16.00 do wieczora.

Jedziemy z Berenice przez duże pastwiska, które rozdziela droga szutrowa. Na pastwisku pasą się krowy, które nalezą do rodziny. Dojeżdżamy do budynku, gdzie znajduje się produkcja sera. O tej porze nikt nie pracuje, więc mamy okazję obejrzeć pustą fabrykę. To niewielkie pomieszczenia, a pierwsze z nich służy do dojenia krów. Oczywiście wszystko odbywa się automatycznie a podczas dojenia krowy jedzą spokojnie kukurydzę.

Później oglądamy różne pomieszczenia i maszyny, służące do mieszania mleka, a przede wszystkim podziwiamy sery, które leżakują na półkach, lub moczą się w solance.

Wszystko razem naprawdę robi wrażenie, zwłaszcza kiedy się jest pierwszy raz w fabryce sera.

Później Berenice zaprasza nas do domu swojej babci. I to jest duże przeżycie dla nas, bo babcia przyjechała z Holandii w 1952 roku i mieszka w tym samym domku (!) cały czas. Dom jest skromny, położony na płaskiej pampie w otoczeniu ogromnej ilości krów.

Opowiadamy naszą historię o poszukiwaniach potomków pasażerów, jemy ciasto i domowe lody, oglądamy zdjęcia. W tak zwanym międzyczasie Berenice odbiera telefon. Nasz motocykl jest gotowy. Jedziemy więc do mechanika odebrać nasz motor. Płacimy 500 peso i możemy ruszać dalej. Ponieważ zostaliśmy zaproszeni na asado do Claromeco, cofamy się o 60 km i jedziemy na wybrzeże. Laura już na nas czeka. Razem z nią cała gromada dzieci i nie pytajcie nas skąd się wzięły. Tu po prostu jest bardzo rodzinnie, dużo znajomych, dużo dzieci. Laura i jej mąż mają razem 6 dzieci.

Razem z Laurą jedziemy zobaczyć polską rodzinę. Państwo Tybuchowicz prowadzą tu niewielki sklep z ciastami. TO niesamowite zobaczyć Polaka kultywującego tradycje, tak daleko od Polski.

W sklepiku jest mnóstwo polskich akcentów. Począwszy od napisu przed wejściem „Los Polakos”, poprzez flagę Polski wewnątrz i zdjęcia obrazujące historie rodziny na ścianach. Robimy pamiątkowe zdjęcia, słuchamy jego opowieści o tym, jak mu się tu żyje, jak się znalazł w Argentynie jego ojciec, który przeszedł sowiecką niewolą w Katyniu i na Syberii. Wszystko razem niezmiernie wzruszające.

Laura zawozi nas jeszcze nad ocean, możemy zobaczyć jak wielkie są fale wieczorem, jak zachodzi słońce, a także gdzie bawi się cała młodzież w Claromeco. Dyskoteka jest dosyć duża, w Polsce powiedzielibyśmy, zę prowizoryczna, ale tak naprawdę w nocy niewiele widać. Oglądamy ją za dnia, więc tak trochę inaczej to wygląda.

Oglądamy jeszcze jedno miejsce, to Estacion Forestal. Las w którym jest stadnina, gdzie możemy popatrzeć na konie. Od 20.00 można kupić przejażdżkę na koniu przez las do oceanu i z powrotem.

Bo życie w Argentynie płynie nieco w innym rytmie. Tu wszystko się dzieje w nocy, zwłaszcza na wakacjach czy w weekendy. Młodzież o 3 w nocy idzie na dyskotekę i wraca nie wcześniej niż o 7.00 czy 8.00. w dzień w nagrodę śpią. Dorośli nie robią lepiej. Do 2-3 w nocy siedzą i asadują, czyli robią asado (grila) i jedzą mieso, piją piwo lub wino i gadają.

Asado. Walter w roli mistrza wieczoru.

Tak też było i tego wieczoru. Pan domu zrobił asado, a do domu zaproszono jeszcze jedną rodzinę. Dobrze trafiliśmy, bo jeden z gości zajmuje się weterynarią i powiedział nam, że w Argentynie jest ponad 50 milionów krów. To znaczy że na jednego obywatela przypada więcej niż jedna krowa. To chyba bardzo dużo. Wieczór upływa miło i sympatycznie. Jemy żeberka, morcille (kaszankę argentyńską) i chorizo (kiełbaskę z wieprzowiny).

O pierwszej prawie po angielsku idziemy do sypialni i zapadamy w głęboki sen. Jutro ciężki dzień, dużo kilometrów przed nami. Szczególnie serdecznie żegnamy się z Berenice. Zajmowała się nami przez cały czas.

Z Berenice.

01.02.2014 – dzień pięćdziesiąty czwarty

Wyruszyliśmy rano z Claromeco, z gościnnego domu Laury i jej męża Waltera. Chcieliśmy zgodnie z planem  wyjechać o 8.30 i prawie nam się to udało. Chociaż noc była krótka, bo dosyć długo siedzieliśmy przy asado z gośćmi.

Niestety już po 30 km staliśmy w polu naprawiając po raz kolejny nasz motocykl. Jak się okazało założony zapobiegliwie dodatkowy filtr paliwa, blokował jego przepływ i silnik nie chciał pracować. Całe szczęście, ze to tylko taka awaria, a nic bardziej poważnego. Małymi skokami po kilkanaście kilometrów przesuwaliśmy się z powrotem w kierunku Tres Arroyes do warsztatu, w którym byliśmy wczoraj. Mechanik bez większych problemów usunął filtr, pozbywając nas kłopotu. Jak widać temu modelowi motocykla w zupełności wystarczają małe filtry fabrycznie wbudowane. Z gościnnego Tres Arroyes ufni, ze nasz motocykl nie będzie więcej sprawiał kłopotów ruszyliśmy do Bahia Blanca. Do przejechania dzisiaj jak się okaże później mieliśmy rekordowe 450 km. Był to najdłuższy jak do tej pory przejazd, odkąd ruszyliśmy z Montevideo. Człowiekowi żyjącemu w Europie, trudo jest sobie wyobrazić ogromne odległości pomiędzy poszczególnymi miastami. Jest to niewyobrażalna przestrzeń do pokonania.  Droga ciągnie się po horyzont bez zakrętu. Pofałdowanie terenu jest niewielkie, a po obu stronach nie ma nic oprócz Pampy…

Camping w Rio Colorado

02.02.2014 – dzień pięćdziesiąty piąty

Kolejny dzień dziś wstajemy wcześnie rano. No, trochę przesadzam, nie jest tak wcześnie. Obudził nas szczebiot ptaków i szum rzeki. Spaliśmy na campingu w Rio Colorado, tuż przy rzece. Rano jajecznica i pakowanie. Cały czas teraz przez kilka dni mamy w planie spanie po jeden dzień na campingu. Oznacza to że i rano i wieczorem musimy się pakować i rozpakowywać. Trochę z tym zachodu, ale jakoś dajemy radę. Życie z motorami nie jest proste. To prawda, przyciągają wzrok i praktycznie w każdym miejscu gdzie się zatrzymujemy zawsze jest ktoś kto chce z nami pogadać. Podczas każdego postoju w kolejce po paliwo zagadują nas miejscowi mieszkańcy, ciekawi motocykli i nas.

Takie są kolejki na stację...

Ruszamy i się okazało, że jest temporada alta (wysoki sezon), czyli ogromne kolejki na stacjach benzynowych i tylko jeden lub dwa czynne dystrybutory. To wszystko jakieś dziwne, ale już nie wnikamy. To jest tak trochę, że nie ma konkurencji. Po prostu trzeba przyjąć to co jest, trzydzieści lub czterdzieści minut odstać w kolejce na pełnym słońcu i ruszyć w drogę. Tym sposobem tracimy dwie godziny, bo mamy dwa tankowania – jedno w Rio Colorado, drugie w niewielkim miasteczku Gral Conesa.

Po drodze zatrzymujemy się przy kapliczce, a w zasadzie przy dwóch sąsiadujących ze sobą miejscach, przy których Argentyńczycy oddają cześć (tak chyba można to ująć).  Pierwsze miejsce to kapliczka Gaucho Gila. Antonio Mamerto Gil Núñez, lepiej znany jako "Gauchito Gil 'jest czczony jako mistyczny symbol odwagi w Argentynie. Jego historia zaczyna się w XIX wieku kiedy w rejonie Argentyny i Paragwaju toczyły się walki o wpływy różnych sił politycznych. Gaucho Gil wdał się w romans z wdową Estrella Díaz de Miraflores w mieście Pay Ubre, nie w smak było to jednak komisarzowi policji, który chciał się go pozbyć z miasta. Gaucho Gil uciekł więc do armii, gdzie wsławił się bohaterskimi czynami w walkach z grasującymi Paragwajczykami. Po powrocie do Pay Ubre Gaucho Gil stał się kimś w rodzaju naszego Janosika, który bogatym zabierał dawał biednym. W końcu został złapany, a kapitan policji, który był na niego cięty za ową wdowę, z którą romansował Gaucho Gil, brutalnie i niegodziwie (!) go powiesił, a uprzednio trochę poturbował. Gaucho Gil niejako rzucił na niego klątwę i powiedział, ze za ten niegodziwy postępek policjantowi zachoruje syn, ale wyzdrowieje, jeśli będzie się modlił za duszę Gaucho Gila. Po tych słowach wyzionął ducha. Jego przekleństwo się sprawdziło i od tego czasu wszędzie, szczególnie w Patagonii, Mendozie i   Santa Fe, widoczne są czerwone kapliczki. Są to ubogie, ceglane, niskie na nie więcej niż pół metra budowle, ozdobione czerwonymi flagami, świecami i komentarzami. Rozpoznawalny jest też bardzo wizerunek kudłatego Gaucho z czerwonym poncho i czerwoną chustą.

Dojeżdżamy do San Antonio Oeste i chcemy zanocować, ale jedyny camping jaki znaleźliśmy to drogie byleco. Robimy szybkie zakupy i przemieszczamy się w stronę Las Grutas, niewielkiej miejscowości troche dalej. Po kilku kilometrach od San Antonio Oeste znajdujemy camping Oasis. Szału nie ma, dużo ludzi, oddzielne boksy. Wszystko razem wygląda ok. Właściciele to starsi ludzie – Włoch i Angielka, która w krótkich zwięzłych słowach pokazuje miejsce biwakowania. Argentyńczycy chyba uwielbiają campingi, bo zwykle jest ich pełno i zwykle są to miejscowi, lub z niedalekiej okolicy.

Naprawdę jeszcze tyle kilometrów przed nami?

Jemy kolację, myjemy się i planujemy dalszą trasę. Jutro chcemy dojechać do Puerto Madryn, a jak będzie to zobaczymy, bo wiatr wszystko spowalnia. Jeśli ktoś mówił wam, ze w Argentynie, w Patagonii wieje, to mu nie wierzcie. Tu nie wieje. Tu wieje straszliwie! Od pięciuset kilometrów wieje. W zasadzie już dobre 100 kilometrów od Tres Arroyos wieje. I nie przestaje. Jak nie wieje z prawej, to z lewej. Jeśli na sekundę wiatr ustaje, to po to, by uderzyć z podwójną siłą za chwilę. Ale to zupełnie inny wiatr póki co, niż  u nas. To ciepły wiatr i dosyć silny. Nie da się jechać szybciej niż 100, 110 km na godzinę. Przynajmniej dla mnie, z pełnym ekwipunkiem.  

03.02.2014 – dzień pięćdziesiąty szósty

Dojechaliśmy do Puerto Madryn. Oczywiście znowu nie było prosto, choć wiatr wyraźnie dziś zelżał. Przejechaliśmy jakieś sto kilometrów, kiedy widoczne robią się dosyć wysokie wzniesienia po prawej. To niezwykłe, bo Patagonia jest płaska jak lustro. Po kolejnych dwudziestu kilometrach już wszystko wiadomo. Dojeżdżamy do Sierra Grande. Miasteczko jest położone pomiędzy niewielkimi górami,  tankujemy, jemy pizzę, łapiemy połączenie Internetowe, krótkie skypowanie z rodziną i możemy jechać dalej. Mamy jeszcze jakieś 135 kilometrów do Puerto Madryn. Miasto jest typowo turystyczne, dużo ludzi, rozległa zatoka (Golfo Nuevo). Zatrzymujemy się popytać w informacji turystycznej o noclegi, kampingi i inne możliwości. Miasteczko ma kilka zabytkowych miejsc z początku XX wieku, jak molo (Muelle Comandante Luis Piera Buena) zbudowane w 1910 czy parę starych budynków, dobrze zachowanych, jak na przykład stacja kolejowa z 1926 roku.

Dojeżdżamy do Puerto Madryn

Dojeżdżamy na camping. Powtarzamy procedury. Rozbicie namiotu, rozłożenie materacy i śpiworów, ustawienie motocykli. W pewnym momencie zauważamy samochód dziwnie znajomy. Tak. Wzrok nas nie myli to Livia i Jens. Witamy się serdecznie. Jakaż ta Argentyna mała.

Jens i Livia, nasi współpasażerowie ze statku Grande Amburgo. Niespodziewane spotkanie w Puerto Madryn na campingu.

Wieczorem gotujemy gulasz. Wcześniej kupione mięso wołowe, pomimo wszelkich podejrzeń w 30 minut gotuje się do miękkości. Cebulka, czosnek, papryka i pomidory dopełniają smaku. Kupiliśmy wcześniej pieprz i ostrą paprykę. To nie lada wyzwanie, bo w Argentynie wszyscy nie dosmaczają potraw. Wszystko jest mdłe i niedoprawione.

Zmęczeni kładziemy się spać w namiocie. Nic nas nie jest w stanie ruszyć  

04.02.2014 – dzień pięćdziesiąty siódmy

Dzisiaj dzień odpoczynku. Relaks. Wstajemy rano bez pośpiechu, jemy jajecznicę. Odpoczywamy. Znowu gorąco, prawie 30 stopni pewnie jest, słońce grzeje mocno. Drobne prace przy motocyklu, przykręcanie tablicy rejestracyjnej, bo na wertepach wypadła śrubka. O 14.00 jedziemy „na miasto”. Camping w którym mieszkamy jest na obrzeżach miasta. Idziemy się przejść po molo. W Puerto Madryn morze przypływa i odpływa w ciągu dnia. To ciekawe zjawisko, bo wieczorem nie ma już około 10 metrów morza. Cofa się. A rano znowu przypływa. Zaglądamy do lodziarni. Lody dobre, ale bez porównania z tymi w Villa Gessel. Łapiemy Internet i spędzamy w lodziarni ponad dwie godziny. Uzupełniamy wszystkie informacje i jedziemy dalej. Trochę objeżdżamy miasto, podziwiamy panoramę zatoki z pobliskiego wzniesienia i robimy zakupy. Dziś znowu gulasz, tym razem dodajemy bakłażana i wychodzi nowy smak.

I taki widok przez 100 kilometrów

Dyskutujemy o trasie. Co dalej? Gdzie jedziemy? Czy jedziemy jutro? Postanawiamy jechać do Punta Tombo, by zobaczyć pingwiny. A wcześniej zatrzymamy się w Rawson. Trudno nam robić po 400 km dziennie, bo to duży wysiłek. Nikt chyba nie zdaje sobie sprawy z odległości w Argentynie, z objętości tego kraju i z braku możliwości zatrzymania się na 150 kilometrach. Przynajmniej ja sobie nie zdawałam sprawy. Nie jest to chyba do pojęcia dla nikogo, kto tu nie był i tego nie doświadczył. Nawet trudno to opowiedzieć. Jak się mówi, że przez 150 km nie ma nic, to trudno sobie to uświadomić. Ale już jak się jedzie i naprawdę nic nie ma, a po 150 km maleńka wioska i nic w niej oprócz stacji paru domów na krzyż i może z dwóch knajp i trzech sklepów, to dopiero wtedy widać, ze nie jest to tak, jak się przyzwyczailiśmy w Europie. Zresztą u nas to można kraj zjechać wzdłuż i wszerz i co parę kilometrów knajpa, stacja lub hotel. Na campingu spotkaliśmy Argentyńczyka, który opowiadał nam trochę o swojej podróży do Europy. Pytali go ludzie, gdzie mieszka. Mówił, że blisko Buenos Aires. A jak blisko? 300 km!  W Argentynie 300 km to jest blisko. Po prostu. A Emi mówi, że z Torunia do Gdyni jej daleko! A to przecież bliżej niż bliżej...

05.02.2014 – dzień pięćdziesiąty ósmy

Ranek obudził nas wielkim wiatrem. Trząsł się cały namiot. Podmuchy nasypały piachu wszędzie, bo musicie wiedzieć, że w Patagonii jest w zasadzie tylko piach i trochę karłowatej roślinności. Są jakieś drzewka, ale też karłowate. Generalnie piach jest tak paskudny, że trudno wbić śledzie od namiotu. W każdym razie w ten paskudny wiatr złożyliśmy namiot, zjedliśmy jeszcze płatki kukurydziane z mlekiem i wyjechaliśmy. Założyliśmy sobie, że lajtowo pojedziemy do Trelew i Rawson i tam się rozbijemy. To tylko 60-70 km, więc na ten wiatr będzie w sam raz.  

Piach, kamienie. Witamy w Patagonii

A wiatr był paskudny, z trudem dojechaliśmy do Tralew, a stamtąd do Rawson odległego o 14 km i już po kolejnych 10 kilometrach byliśmy w Playa Union, bo tam był najbliższy kamping. Udało nam się rozbić w wietrze namiot. Obok nas przeczekiwali wiatr rybacy (?). Tak, tak. Też byliśmy zdziwieni, ale tak było. Panowie rybacy czekali aż minie wiatr. To dobrze, bo oznacza to że nie jest tak wietrznie zawsze i jakąś szansę na poprawę pogody mamy. To znaczy pogoda jest piękna, nawet ciepło i świecie słońce, ale wiatr wieje obrzydliwy. Obok w namiocie przeczekiwał też wiatr inny motocyklista, który czekanie umilał sobie grą na fujarce.  Przynajmniej takie odgłosy dochodziły z namiotu (Fujarki nie widziałam). 

A po horyzont tylko droga i nic więcej dookoła

Na campingu złapaliśmy też Internet, co miało swoje dobre strony, bo w końcu dziś piąty luty i urodziny mamy.  Po południu krótki wypad do miasta. Trzy, może cztery ulice. Robimy zakupy i wracamy. Nic nam się nie chce gotować, więc idziemy po najmniejszej linii oporu i robimy jajecznicę. Poprawiany żółtym serem, który był dosyć drogi, ale za to bardzo dobry. Postanawiamy rano wcześnie wstać, by mieć duży zapas i nacieszyć się pingwinami w Punto Tombo.

06.02.2014 – dzień pięćdziesiąty dziewiąty

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem patagońskich zwierząt. Po pierwsze wyruszyliśmy z Playa Union wcześnie rano, tak jak sobie obiecaliśmy. Zmieniłam tylko w budziku 6 na 7, żeby jednak trochę litości okazać dla siebie i mego męża i już o 8.30 ruszyliśmy w drogę. Standardowa procedura – tankowanie i jazda do celu.

Już niedaleko...

Okazało się, że z Rawson do Punto Tombo można jechać krótszą drogą, ale rupio (to znaczy że szutrowa, kamienna i piaszczysta). Zdecydowałam przełamać swoją niechęć do tego rodzaju drogi i ruszyliśmy. 130 km przejechaliśmy po szutrze, nie spotkawszy żywego ducha.

Punto Tombo.

Do Punto Tombo prowadzi również droga szutrowa, przez kolejne 20 km jechaliśmy podziwiając widoki oceanu, który wyłaniał się za kolejnymi zakrętami, później widzieliśmy tutejsze lamy, czy gnu, czy jak one się tam nazywają.

W Punto Tombo dużo turystów, zdecydowanie za dużo, jak dla nas, ale chcemy zobaczyć pingwiny jak wszyscy, więc płacimy za bilety wstępu i ruszamy do kolonii pingwinów. Pingwinów jest bardzo dużo, tworzą kolonię, na obszarze ponad 10 km2. 

To pingwiny Magellana. Pingwiny w tej kolonii są od września do kwietnia. Później migrują do Brazylii. Dorosły pingwin ma około 5 kg, żywi się rybami, kalmarami i innym morskimi owocami. Pingwiny faceci mają zwykle charakterystyczne biało czarne fraki. Pingwin żyje średnio 30 lat. Co ciekawe, większość swoich życiowych funkcji odbywa na lądzie – rodzi się, wykluwa, dorasta. W wodzie tyko łapie pożywienie i migruje do cieplejszych wód.

Pingwiny w wodzie zachowują się jak drapieżniki. Ze względu na swój kształt (wyglądają w wodzie jak pocisk), z łatwością i dużą szybkością polują na ryby.

Kolonia pingwinów

Kiedy już wracamy z wizyty w kolonii pingwinów, na parkingu spotykamy znowu Livię i Jensa, z którymi płynęliśmy na Grande Amburgo i których spotkaliśmy w Puerto Madryn dwa dni temu.  Witamy się, śmiejemy i żartujemy, że ta Argentyna naprawdę jest mała. A prawda jest taka, że turyści jeżdżą wyznaczonymi szlakami, czy tego chcesz czy nie, spotkasz tych samych ludzi.

Punta Tombo

Zdecydowaliśmy pojechać do Camarones. To niewielka miejscowość na wybrzeżu. Ruszyliśmy z Punta Tombo jak najkrótszą drogą. Wiedzieliśmy że częściowo droga będzie szutrowa, ale nie spodziewaliśmy się że na całej długości będzie na przemian piach, kamienie i zero asfaltu. Na całej długości trasy, jak okiem sięgnąć, jedna estancja, potem druga, potem trzecia. Estancja to takie ogromne 1000, 2000 hektarowe i jeszcze większe gospodarstwa.

Stoimy na rozwidleniu dróg. Jedna w prawo, druga w lewo. Gdzie jechać?

Podróżując tą drogą widzimy mnóstwo zwierząt, przede wszystkim barany, całe stada baranów, a także konie w gromadzie, później dużo od czasu do czasu trafi się mara patagońska, czyli taki swoisty rodzaj zająca. Czasem na poboczu stoją stadka strusi Nandu. Płochliwie przebiegają drogę przed naszymi motorami i znikają w Pampie. Widzimy też stada Gwanako, takiej lamy występującej w Patagonii. Przez ponad 100 km nie spotkaliśmy żywego ducha, dopiero po jakiś 110 km zobaczyliśmy jakieś domostwo i przejeżdżający obok samochód. To był jedyny samochód jaki spotkaliśmy na tej trasie. Po 130 km dojechaliśmy wreszcie do Camarones.

Zapasowe tankowanie po drodze

Camarones to mała mieścinka, znana z wielkiej ilości występujących tu w morzu krewetek, a także z krótkiej bytności w latach dziecinnych Juana Perona. Miasteczko ma trzy ulice, wszystkie są kamienisto - piaskowe. Wieje jak diabli, ale jest ciepło. Piękny widok na zatokę wynagradza wiele.

Caming w Camarones

Znaleźliśmy kamping, rozłożyliśmy namiot klnąc przy tym  niemiłosiernie. Okazało się, że wszędzie (doświadczyliśmy też tego wcześniej) jest piach tak twardy, poprzetykany kamieniami, że nie można wbić śledzi, a jak się je wbija, to się  wyginają. Cholerstwo. W końcu część linek przymocowaliśmy do kamieni, do drzewa i zakończyliśmy męczarnie z namiotem. Jeszcze tylko krótka, szybka kolacja i spać. Jutro plan zakłada dojechanie do Comodoro Rivadavia.

07.02.2014 – dzień sześćdziesiąty

Plan planem, ale w nocy jakoś około 4 rano obudził nas silny wiatr, zrezygnowaliśmy z jazdy w ogóle. Wiało tak silnie, że namiotem trzepało jak łapką na muchy w czasie polowania. Przez około 30 minut przytrzymywałem ścianę namiotu ręką w obawie, że się powyrywają śledzie z ziemi i namiot odfrunie z nami… Lekko wychyliłem się z namiotu spojrzeć czy motocykle jeszcze stoją, czy wiatr je przewrócił. Ale jak na razie wytrzymały napór żywiołu i ocalały. Wstaliśmy po 8.00 ale wiało dalej tak silnie, że musieliśmy się poubierać w ciuchy motocyklowe, bo membrany przeciwwiatrowe spisują się super. Słońce świeciło mocno. W bezwietrzny dzień byłoby spokojnie 27 stopni Celsjusza. I tyle pewnie było, gdyby nie wiatr.

Camarones rano...

Zresztą ten wiatr nie jest zimny, chłodny czy przejmujący. Jest po prostu silny i bardzo silny, tyle. Podmuchy były bardzo silne. Postanowiliśmy więc nie jechać, tylko zostać i przeczekać wiatr. Na campingu był dostęp do Internetu, więc sprawdziliśmy prognozę pogody. Tak jak przypuszczaliśmy, dopiero za dwa dni poprawa pogody, to znaczy osłabnięcie wiatru.  Teraz wiało z prędkością 100 km/h. Tak sobie medytowaliśmy, zastanawialiśmy się i żadne z nas nie chciało podjąć decyzji o wyjeździe. Po prostu strach jechać przy wietrze, którego podmuchy są bardzo silne. Około 11.00 patrzymy, a pod kamping podjeżdża samochód Livii i Jensa. Przyjechali za nami, wiedzieli, ze będziemy w Camarones. Sami nocowali bardziej ekonomicznie – na dzikim parkingu nad brzegiem morza. Jak się ma samochód, inaczej się rozpracowuje logistykę. Chwilę porozmawialiśmy i oni ruszyli dalej. My, postanowiliśmy zapłacić za nocleg za kolejną noc. A miła pani w okienku administracji campingu mówi, że około 15.00 wiatr bardzo osłabnie, ze będzie spokojnie. Ale w nocy znowu zacznie i jutro do popołudnia znowu będzie wiać. Podobnie w niedzielę. Stwierdziliśmy, że miejscowych trzeba słuchać, zwłaszcza że pani na dowód swoich słów otworzyła strony z prognozami pogody w swoim kompie i pokazała nam wykresy. Decyzja zapadła w  5 minut. Spakowaliśmy się i o 13.30 wyjechaliśmy z Camarones. Jechaliśmy najpierw prawie 80 kilometrów do drogi krajowej nr 3 (Ruta 3). Przez ten czas minęliśmy 2 samochody (słownie: dwa), dzięki bogu nie wiało więcej niż się spodziewaliśmy i cały czas był asfalt.

Krótki posiłek na trasie...

Kiedy już dojechaliśmy na Rutę 3, wiatr jakby powoli ucichł, po jakiś 50 kilometrach zrobiło się prawie spokojnie, po kolejnych 40 kilometrach przecieraliśmy oczy ze zdziwienia, bo zobaczyliśmy pierwszą restaurację na trasie. Pierwszą i jedyną. W końcu dojechaliśmy do Comodoro Rivadavia. To ciekawe miasto.  1770 kilometrowy rurociąg transportuje stąd gaz do Buenos Aires.

Ruta 3

Do miasta wjeżdża się przez góry, które nieco osłaniają je od patagońskich równin, ale i tak wieje. Samo miasto jest duże, ale raczej wąskie, bo mieści się na takim skrawku pomiędzy górami a morzem. Okoliczne wzgórza obfitują w farmy wiatrowe, wykorzystując naturalny klimat tego miejsca i duże wiatry. Co ciekawe, miasto zostało założone nie dalej niż 110 lat temu jako niewielki port. Dziś to duży, rozrośnięty obszar portowy, który jest już ostatnim tak dużym portem na południu Argentyny.

Zasięgnęliśmy języka i pojechaliśmy do Rada Tilly, to taki mały kurort, wypoczynkowa mieścinka dla mieszkańców Comodoro. Znaleźliśmy normalny camping, rozbiliśmy namiot i dzisiaj pierwszy raz robiliśmy asado samodzielnie, na prawdziwej argentyńskiej parilli (grilu).

Na kolację dziś - argentyńska wołowina 

Kupiliśmy wołowinę pokrojoną w plastry i pyszne 15 minutowe steki przyrządziliśmy sami. Do tego jeszcze pół kurczaka, pięknie upiekliśmy i mamy już przygotowany obiad na jutro.

Mistrz asado w akcji

Żyć nie umierać. Rada Tilly jest położone w takiej dolince, osłonięta górami z dwóch stron, przy samym morzu. Miasteczko jest niewielkie, ma piękny widok na zatokę, wiele knajpek i restauracyjek.

Jutro wypoczywamy.

08.02.2014 – dzień sześćdziesiąty pierwszy

Dziś wypoczywamy. Od jazdy motocyklem, bo poza tym ciężko pracujemy przygotowując i  segregując zdjęcia, pisząc teksty do strony, odpisując na maile, szukając noclegu na najbliższe dni, sprawdzając pogodę i tym podobne.

Camping w Rada Tilly

W międzyczasie korzystamy z uroków Internetu i rozmawiamy z rodziną na Skype (pozdrawiamy śpiącą Edytę).

Pogoda piękna, trochę wieje, ale to nic w porównaniu z tym, co było w Camarones.

Rada Tilly jest uroczym miasteczkiem. Widać, że Comodoro Rivadavia to bogate miasto, bo w jego zapleczu turystycznym, jest właśnie Rada Tilly jest tyle pięknych domów. Nowatorskich stylów, od nowoczesnych, greckie budowle poprzez style typowo hiszpańskie i włoskie.

Połasiliśmy się na lody. I mówię wam, nigdy nie kupujcie lodów w Rada Tilly w Grido. Paskudztwo, a do tego cappuccino nie jest kawą, tylko lodami z mlekiem, (zmiksowane i posypane czymś na kształt kawy z cukrem na górze). Do tego wszystkiego jakaś masa udająca bitą śmietanę na wierzchu tego kosmicznego napoju. Koszmar.

Czyszczenie łańcuchów

Dzisiaj jest też dzień trochę roboczy przy motocyklach. Czyścimy łańcuchy – to przede wszystkim. Sprawdzamy, poprawiamy, polerujemy. Profilaktycznie, aby uniknąć kłopotów z brudnym paliwem spuszczam z dna gaźników osad i wodę, która się tam zebrała. Wszystko po to, by spokojnie jechać dalej bez problemów.

Kaszanka i steki

Wieczorem oczywiście asadujemy. To znaczy po polsku – grillujemy. Kupiliśmy piękne steki i miejscową kaszankę, zwaną morcilla. A stek krwisty, oj krwisty...

09.02.2014 – dzień sześćdziesiąty drugi

Pierwsza rada na dziś jest taka, żeby nie wierzyć pogodzie w Patagonii. Wczoraj po prostu był dzień piękny. Ciepło, gorąco, bezwietrznie. Około 2 w nocy, jak nie zacznie wiać. Wiało tak, że namiot się trząsł. Co prawda nie było to tak ostry wiatr jak w Camarones, ale nie przewidzieliśmy tego wiatru i zostawiliśmy karton mleka z płatkami w reklamówce, powieszonej na drzewie. Straty – mleko sztuk raz. 

A wiało dziś okrutnie...

Wyruszamy dziś z Rada Tilly do Skamieniałego Lasu (Monumentro Boques Petrificados). To park utworzony w celu zachowania w Patagonii lasów poddanych procesom petryfikacji (czyli przemiany w kamień). Znajduje się na północny wschód, w prowincji Santa Cruz, w pobliżu miast Jaramillo i Fitz Roy. Mijamy zatem po drodze Caleta Olivia, wiatr trochę osłabł więc wykorzystujemy to i jedziemy co tchu. Dodatkowo w tym odcinku pomiędzy Caleta Olivia a Jaramillo, droga biegnie wzdłuż wybrzeża. Widoki są zatem piękne. Wreszcie jest to, o czym mówił Alejandro. Droga przestała być nudna, a stała się wręcz widowiskowa. Niestety. Tuż za Comodoro Rivadavia, przy zatoce San Jorge, znowu mocno zaczęło wiać.

Prosto do parku po szutrze.

Takiego wiatru to jeszcze nie mieliśmy. Na odcinku około 80 km po lewej stronie mamy ocean, nie dalej jak 200m od drogi. Po prawej zaś otwartą przestrzeń. W tym miejscu nie ma żadnych wzgórz, które spowalniałyby siłę żywiołu. Motocykle tańczą na drodze, a my usiłujemy utrzymac kierunek jazdy.  Wieje tak, że prawie głowy chce urwać. Wreszcie skończył się ten męczący odcinek i wjechaliśmy w bardziej zróżnicowany teren i siła wiatru osłabła… chociaż niewiele.

Wjazd do parku skamieniałych drzew

Aby zrozumieć, jak powstały drzewa z kamienia, trzeba by się cofnąć miliony lat wstecz. Był czas, kiedy klimat w tym rejonie był umiarkowany. Nie było jeszcze gór zwanych dzisiaj Andami, więc wilgotne wiatry z Oceanu Spokojnego mogły spokojnie wiać bez przeszkód. Sprzyjało to rozwojowi lasów iglastych. Jakieś 150 milionów lat temu doszło do zmiany: zaczęły wiać silne wiatry, a aktywność wulkaniczna zintensyfikowała się. Popiół wulkaniczny zaczął osiadać na drzewach a krzemowy deszcz przeniknął do tkanek roślinnych i zastąpił wszystko w środku. I od tamtej pory nic nie jest takie same. Region stał się, czym jest dzisiaj: suchym, wietrznym i niemal pustynnym miejscem.

W drodze do parku narodowego  skamieniałych drzew

I tak jest naprawdę. Jest tu bardzo dziwny krajobraz. Przyjechaliśmy Rutą 3 i jakieś 90 kilometrów za Fitz Roy skręciliśmy z asfaltu w szutrową drogę. Jechaliśmy nią jakieś 30 kilometrów. Następna rada – nigdy nie wierz tablicom informacyjnych w Argentynie. Wszystko sprawdzaj sam. Dojechaliśmy do domowego campingu. Upewniliśmy się że jest miejsce – nie było nikogo, więc żaden problem i ruszyliśmy do Parku ze skamieniałym lasem. Dalej jechaliśmy ponad 20 kilometrów, krajobraz robił się ciekawy, zbliżaliśmy się do gór, które na wierzchołkach były płaskie jak podłoga.

Droga niestety była koszmarna. Duża warstwa luźnych kamieni wielkości orzechów włoskich i kurzych jajek. Nasze motocykle dostały ostro w kość, a my razem z nimi. Jechaliśmy z prędkością około 30 -40 km/h, czasami tylko udało się zwiększyć ją do prawie 60 km/h. Na dodatek silny boczny wiatr powodował utratę stabilności. Przy każdej próbie zakrętu zarzucało motocyklem.

Skamieniałe drzewa

W końcu dojechaliśmy. Dzięki Bogu wejście do Parku jest darmowe. Oglądamy drzewa, które teraz są kamieniami, a kiedyś były żyjącymi roślinami. Robi to niesamowite wrażenie. Wiatr jest duży, ale nam to nie przeszkadza. Jechaliśmy tu ponad 250 kilometrów z Rada Tilly, więc zachwycamy się tym miejscem. Ciągle duże wrażenie robią przestrzenie tutaj. Kiedy wjechaliśmy na szutrową drogę mieliśmy do przejechania ponad 50 kilometrów, po drodze oprócz jednej estancji nie było nic. A później weszliśmy na górę w Parku i aż po horyzont znowu nic. Po drugiej stronie doliny wznosił się szczyt wulkanu. Nic oprócz tego dziwnego krajobrazu. Suchego, poprzetykanego jakąś nędzną karłowatą roślinnością. W Parku zwiedzamy jeszcze niewielkie muzeum, które opowiada krótką historię skamieniania i totalnej zmiany tego miejsca. Jako niespodziankę mamy na deser małego, szarego liska, który koniecznie chciał się nam pokazać (oj tam, oj tam, po prostu szukał pożywienia).

Widoki piękne, jak okiem sięgnąć przestrzeń...

W każdym razie wracamy na przydomowy camping. Swoje lata świetności chyba ma za sobą, trochę dziwne miejsce. Akurat na kręcenie horrorów. Tak się czuję, bo jesteśmy tu sami i jeden gospodarz. A, i dwa psy i jeden kot, który się łasi okrutnie. Jedną noc tutaj damy radę.

10.02.2014 – dzień sześćdziesiąty trzeci

Rano budzi nas szczekający pies i gorące słońce. Cała noc w zasadzie minęła bezwietrznie, po raz pierwszy od długiego czasu. Dalej jesteśmy sami, dookoła równina, niewielkie góry. Pakujemy się w miarę sprawnie, chociaż jest bardzo gorąco. Jemy szybkie śniadanie i ruszamy dalej. Sami nie wiemy ile dziś przejedziemy, jakoś tak zaplanowaliśmy sobie zwolnić tempo, albo gdzieś na dwa dni się zatrzymać. Jedziemy z naszego dzisiejszego campingu do Ruty 3 (głównej drogi) jakieś 30 kilometrów. Z powrotem po szutrze  jedzie się szybciej niż wczoraj. Nie wiadomo czemu…

Nie ma gdzie prać, więc ciuchy się wietrzą...

Dojeżdżamy do drogi, potem już tylko 70 kilometrów i już jesteśmy w Tres Cerros. Tankujemy. Nie jest to chyba raczej wioska, tylko stacja i hotel nawet żadnego domu nie ma. A przecież do następnego miasta jest około 100 km w jedną i drugą stronę.  No nic, jedziemy do Puerto San Julian. Mamy zamiar się tam dziś zatrzymać na noc. Jakieś 80 kilometrów przed tym miastem pogoda zmienia się diametralnie. Robi się chłodno. Więc się zatrzymujemy i ubieramy membrany do kurtek. Potem znowu robi się jeszcze zimniej. Ponownie  zatrzymujemy się i ubieram membrany przeciwwiatrowe do spodni. Lepiej. Ale za kolejne 50 kilometrów jest zimno zimno i zimno. Więc znowu kolejny przystanek, ubieram cieplejsze ciuchy pod kurtkę i wyciągamy pierwszy raz w Ameryce Południowej rękawice podgrzewane.

Teraz trochę elektryki i już za chwilę ciepło w łapki

Trochę z tym zachodu, by wszystkie kable poprzekładać i przygotować do włożenia, ale już po 15 minutach, gdy zaczynamy jechać, przyjemne ciepło spływa na dłonie i rozgrzewa. Noo.. tak to można jechać i podziwiać widoki. A widoki są piękne. Patagonia w całej rozciągłości. Ale już nie tylko płaska, jest dużo wzniesień, gór i pagórków. Dojeżdżamy do Puerto San Julian. Miasto wygląda jak wymarłe. Położone jest bardzo ładnie, nad zatoką, stanowi też miejsce podziwiania wielorybów i pingwinów. Dziś jednak nic z tego. Znajdujemy kamping, ale jednak jego położenie i pogoda dzisiaj, nie zachęcają do stawiania namiotu i pozostawania na noc. Podejmujemy szybką decyzję – jemy i jedziemy do Piedra Buena.  Kolejne 120 kilometrów mija jak z bicza strzelił. Dziś jest pierwszy dzień od czasu gdy jechaliśmy do Tres Arroyes, kiedy nie wieje podczas jazdy. To znaczy jest normalny pęd powietrza, przy jeździe z prędkością 120 km/h, ale to nie to samo, co ostry, zwłaszcza boczny, wiatr patagoński.

Widok na miasto Piedra Buena

Comendante Luis Piedra Buena to miato położone u ujścia rzeki Santa Cruz. Wjeżdża się z góry i od razu widać miasto jak na dłoni, które wychyla się zza wzgórza. Miasto jest niewielkie, niska zabudowa dominuje wszędzie. Jest bardzo czysto, ładnie, zadbanie.

Miasto: Comendante Luis Piedra Buena - centum

Znajdujemy kilka hoteli, na jeden się decydujemy i zostajemy na noc. Właściciel oddaje nam do dyspozycji swój garaz na zapleczu hotelu. Wstawiamy nasze motocykle i nie musimy zdejmować wszystkich sakiew i bagaży na noc. Wypoczywamy. Co będzie jutro – zobaczymy. Chcielibyśmy dojechać do Rio Gallegos, bo raczej nie ma na co czekać.

11.02.2014 – dzień sześćdziesiąty czwarty

Wczorajsza decyzja o spędzeniu nocy w hotelu zamiast na kempingu była strzałem w dziesiątkę. Po raz pierwszy od wielu dni mogliśmy wyspać się w normalnych łóżkach. Nie trzeba było chodzić pod prysznic nigdzie daleko i kąpać się wspólnie z innymi… No i wszechobecny piasek został za drzwiami hotelu. Rano nie musieliśmy wytrzepywać go z sakiew i worków na nasze rzeczy.

Śniadanie wliczone w cenę noclegu było skromne, ale zawsze cos nam się udało przegryźć popijając kawą. Niestety Internet który miał być dostępny w hotelu nie działał. Za tą niedogodność mojej żonie udało się urwać mały upust z ceny za nocleg. Rano w recepcji zaczepili nas hiszpańscy motocykliści. Dwóch panów około 50 na BMW 1200 GS. Ruszyli z Santiago w Chille kilkanaście dni temu, a teraz wracali na północ w kierunku Boliwii. Maja około 5 tygodni na swoja podroż. Wymieniamy się uwagami dotyczącymi jakości dróg na naszych trasach. Fajne są takie spotkania w drodze.

Wystawiamy nasze motocykle z garażu, gdzie bezpiecznie spędziły noc. Jedziemy na stacje zatankować paliwo. I tu jakoś tak zapominamy zapytać jak daleko jest najbliższa stacja benzynowa. Mamy tylko jedną 5 litrową bańkę z paliwem w zapasie. Ten błąd w Patagonii może skończyć się przymusowym postojem na drodze z powodu braku paliwa. Tym razem jak się okaże później mamy trochę szczęścia. Dzieląc się jedną bańka na połowę udaje nam się dojechać do Rio Gallegos na styk.

Dolewamy paliwo, dzięki Bogu mieliśmy trochę w zapasie...

Odcinek pomiędzy naszym noclegiem, a Rio Gallegos to około 230 km. Na tej przestrzeni widzieliśmy tylko jedną opuszczoną i zamkniętą na cztery spusty restaurację. Zapytani przez nas kierowcy potwierdzili, że stacji z paliwem brak. A najbliższa jest w Rio Gallegos.

Ruta 3 prosto :)

Wiatr ponownie nie pomagał nam w jeździe. Jakoś tak mam wrażenie, że cały czas wieje nam z boku, albo w twarz od początku podróży. Podmuchy są silne i czasem bardzo silne. Zużycie paliwa wzrasta. Czas na rezerwę nadchodzi już po 180 km. To dosyć szybko. Normalnie udaje się przejechać sporo ponad 200 km.

Postój na uzupełnienie paliwa

Dziś częściej niż w ostatnich dniach widzimy na poboczach stadka Guanako. Czasem stoją na środku drogi, a kiedy się zbliżamy uciekają w Pampę. Kilkakrotnie widzimy chyba potrącone, leżące martwe zwierzęta na poboczu. Czasem jest to struś nandu, czasem guanako (to ta lama argentyńska). 

To częsty obrazek, stada guanacu przy drodze

Kilkadziesiąt kilometrów przed Rio Gallegos teren zmienia się. Z rozległego płaskowyżu zjeżdżamy w dół. Przed nami otwiera się przepiękna panorama. Wraz ze zmianą terenu uzyskujemy też osłonę przed wiatrem. Teraz dopiero możemy odpocząć od jego naporu. Sam dojazd do miasta był już czystą przyjemnością. Tankujemy paliwo do pełna. Dojechaliśmy już tu na oparach. Robimy rundkę po mieście w poszukiwaniu noclegu. Dziś również decydujemy się poszukać hotelu zamiast kempingu… czyżby wygoda nam wchodziła w krew… Po odwiedzeniu kilku znajdujemy wreszcie taki jaki nam pasuje. Właściwie w samym centrum, z zamykanym na noc parkingiem. Hotel Covadonga ma już 85 lat, jest parterowym budynkiem mającym chyba 18 pokoi. Na ścianach recepcji wiszą zdjęcia z początków jego historii. Fajny klimat lat, chyba 40 – 50. Zostajemy.

Rio Gallegos leży 2636 km od Buenos Aires. To największe miasto w prowincji Santa Cruz, ma 98 tysięcy mieszkańców. Miasto powstało w latach 20 ubiegłego wieku, kiedy to rząd Argentyny chciał zaludnić te tereny. Rejony Rio Gallegos są znane z owczych farm. W większości są to ludzie bardzo podobni do indian, którzy zamieszkiwali te tereny. Ciemna karnacja, Czarne, proste włosy i ciemno brązowe oczy. Nie ma tu za dużo emigrantów z Europy.

Idziemy na miasto cos zjeść i rozejrzeć się. Najwyższy budynek jaki widzimy ma chyba 3 piętra. Reszta to przeważnie parterowe budowle, czasem dwu piętrowe. Ma to swój urok. Mamy wrażenie jakbyśmy dziwnym trafem cofnęli się w czasie, tylko nowe samochody tu nie pasują…

Jutro zastanowimy się co dalej…

12.02.2014 – dzień sześćdziesiąty piąty

Wstajemy rano. Kaloryfery gorące, prawie… jak w domu. Na śniadanie dostajemy kawę po dwa rogaliki (medialunas) i dżem. Czyli typowy pierwszy posiłek Argentyńczyka. Postanawiamy zostać tu jeszcze jeden dzień. Trochę się wylegujemy jeszcze w łóżkach potem przeglądając pocztę, prognozy pogody na najbliższe dni i rozmawiamy na Skype.

Potem nadszedł czas na mały przegląd motocykli. Przy asyście pomocnej żony dokręcam kierownicę, która poluzowała się od wibracji. Sprawdzam poziom oleju, po wczorajszej dolewce na trasie. Jeden wężyk od oleju lekko poci się, dociągam opaskę mając nadzieję, że to pomoże. Trzeba będzie obserwować. W drugim motocyklu z kolei mamy ślad po wycieku płynu chłodzącego. Również i tu wygląda to na poluzowaną opaskę. Te patagońskie drogi trochę dają się we znaki naszym maszynom. Niedługo przyjdzie czas na wymianę oleju. Do tej pory zrobiliśmy blisko  4 tysiące kilometrów od Montevideo.

Po tych niezbędnych zabiegach możemy pójść na miasto, żeby bardziej się rozejrzeć i je poznać. Mamy zamiar przyjrzeć się bliżej budynkowi poczty i katedrze. Pogoda dziś od rana ładna. To znaczy wieje. Świeci też słońce i są niewielkie chmury, które w ciągu dnia gęstnieją, ale nie pada. Idziemy ulicami centrum w kierunku zatoki. Miasto zamieszkuje około 100 tysiący ludzi. Chyba wszystkie jego ulice przecinają się pod kątem 90 stopni. Jak wszędzie zresztą w Argentynie. Ułatwia to orientację. Obeszliśmy większość miasta w niecałe dwie godziny. Katedra była niestety zamknięta, ale plac po drugiej stronie ulicy z wielkim pomnikiem zrekompensował nam tą stratę. Odwiedziliśmy też pocztę, aby zapytać o cenę znaczków pocztowych. Jakieś bardzo drogie nam się wydawały, po 20 Peso. Zresztą cała Argentyna jakaś droga jest… W sklepie wchodzimy kupić jakiś kawałek sera, cztery bułki i napój – 58 Peso! Przecież to około 17 PLN, licząc po nieoficjalnym kursie za dolara. A gdybyśmy płacili kartą to strach pomyśleć…

Katedra w Rio Gallegos.

Wracamy do hotelu, aby nacieszyć się naszym pokojem i jeszcze trochę popracować nad stroną. Na jutro plan jest taki, aby minąć podwójną granicę z Chille, przepłynąć promem na ziemię Ognistą i dojechać do Rio Grande. Jak będzie, czas pokaże…

13.02.2014- dzień sześćdziesiąty szósty

Dzisiaj wielki dzień. Robimy atak na ziemię ognistą. Przynajmniej taki jest plan. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że przecież dzisiaj trzynastego…

Może nie piątek, ale nie jest dobrze. Problemy zaczęły się już od samego rana. Po pierwsze wczorajsze drobne przewianie zamieniło się w dosyć mocne zapalenie gardła. Boli jak diabli. Idę więc do apteki i dostaję coś do pryskania mojej obolałej wewnętrznej części jamy ustnej. Tabletki do ssania są dla mięczaków, a tu farmaceuta dał mi neomecinę, benzocainęi gramicidinę. Razem w kupie, czyli coś co się nazywa Neo coltirot. Może pomoże.

Kolejny problem – cieknie paliwo. Niestety. Z jednego motocykla, po odkręceniu zaworu, na postoju robi kap, kap, kap. Nasza diagnoza jest taka, ze jakiś brud z paliwa zatkał, osadził się na iglicy otwierającej dopływ paliwa do gaźnika i cały czas jest jakaś szczelinka na zaworku. Paliwo się sączy. Przelewa się przez komorę…

Decydujemy że podjedziemy do mechanika. Co  generuje za sobą konieczność rozpakowania się znowu, trzeba zdjąć plecak, worki z motocykla, bo już byliśmy zapakowani do drogi.

Gdy chcemy jechać drugim motocyklem – ten pierwszy nie chce zapalić. Próbujemy, próbujemy, próbujemy, aż się prawie wyładował akumulator. Więc odkręcamy boczki od motocykla jednego i drugiego i podładowujemy przy pomocy kabli. W końcu zaskoczył. Zapalił. Okazało się że linka ssania nie funkcjonuje. Nie odbija. Nie działa. Jak zimny silnik to nie odpala zatem. Ssanie daje więcej mieszanki (Boże jaka ja mądra!). A silnik jak jest zimny, to bez dodatkowego paliwa nie chce zapalić.

Podjeżdżamy do mechanika. No jego kastellano nie jest bueno. Coś mówi, kompletnie nie rozumiemy, ale summa summarum wnioskujemy, że dla niego to nie jest problem. No niby tak. Trzeba pamiętać, że motocykl ma kranik, więc za każdym razem na postoju, nawet krótkim, trzeba go zakręcać, by paliwo znowu nie ciekło. Tyle to sami wiemy bez jego pomocy.

Podejmujemy decyzje. Jedziemy. Szkoda nam pogody, bo prognoza mówi, że przez najbliższe 3, 4 dni ma być bezwietrznie (o ile to możliwe na Ziemi Ognistej i w Patagonii). Możemy spróbować wykorzystać pogodę, dojechać do Ushuaia i prawie bez wiatru wrócić.

Wyjeżdżamy zatem. Pakujemy się szybko, mocujemy worki z powrotem do motocykli i ruszamy. Ale kilka kilometrów za miastem gigantyczny korek. Co się dzieje? Okazało się że to pikieta. Zablokowana droga, nie puszczają nikogo. Nikogo z wyjątkiem dwóch polskich motocyklistów. I to jest przewaga motocykla nad samochodem. Po prostu mijamy powoli sznur aut, stojących w korku i dojeżdżamy do zablokowanej starymi oponami drogi, trochę slalomem wymijamy gumy i jedziemy do przodu, podnosząc jeszcze rękę w pozdrowieniu do pikietujących. Ufff, mamy cały pas dla siebie, nic przed nami, nic za nami.

Po 70 km dojeżdżamy do granicy . Argentyńska i chilijska odprawa jest w jednym budynku. Przechodzimy przez 5 kroków – odprawa argentyńska osobista, odprawa motocykli argentyńska, to samo tylko chilijskie i ostatnie, na deser SAG, czyli kontrola sanitarna chilijska. Nie wolno do Chile wwozić jedzenia. Oczywiście wiedzieliśmy o tym, ale mamy i pieczywo i masło i ser i parę ciastek. Kiedy załatwiamy już wszystkie formalności papierowe, na zewnątrz czekała na nas pani z kontroli sanitarnej. Kazała otworzyć jedną sakwę (ropa?- pyta, a ja kiwam głową, tak, tak, sama odzież). Druga sakwa. Haramientos, czyli narzędzia. I newralgiczny punkt. Pani każe otworzyć kufer. No to leżymy, sobie myślę. Ale nie. Spojrzała, pokiwała głową, machnęła ręką i pozwoliła jechać. No to witamy w Chile.

Przejechaliśmy granicę i ładnych 50 kilometrów jechaliśmy do promu kawałek za Punta Delgada. Mamy duże szczęście. Prawie nie wieje, jest słonecznie i prawie ciepło (ale nie dla tych, którzy są chorzy). Dojeżdżamy do przeprawy promowej. Nadchodzi wiekopomna chwila. Jeszcze chwila, jeszcze momencik. Prom nie jest duży, panowie w pomarańczowych kamizelkach kierują ruchem, machają, wpuszczają na prom. Wieje. I troszeczkę buja. Panowie mówią, że nie buja. Wierzę im. Przecież mają większe doświadczenie. Wyobrażam sobie co się tu dzieje, kiedy naprawdę jest wiatr.

Prom płynie 20 minut. Płacimy za tą przyjemność 90 peso od motocykla i wjeżdżamy na Ziemię Ognistą. To jesteśmy. Tierra del Fuego zdobyta. Tak możemy już napisać. Pożyczę sobie i strawestuję sformułowanie Ryśka – Ziemia Ognista to już nie jest puste słowo dla nas.

Jakieś 25 kilometrów jedziemy jeszcze po asfalcie. Dojeżdżamy do najbliższego miasteczka - Cerro Sombrero. Tankujemy piekielnie drogie paliwo, prawie 1,8 dolara za litr. Tankujemy mniej, nie do pełna,  bo miły pan na stacji informuje nas, że najbliższa stacja jest zaraz po przekroczeniu granicy chilijsko argentyńskiej. Trzynasty niby troszkę się wyszczęśliwił, bo jak się okazało, 10 minut po zatankowaniu na stacji była 2 godzinna przerwa. Zdążyliśmy rzutem na taśmę.

Krótka przerwa na jedzenie. Rozkładamy się na trawie, prostujemy zmęczone kości, wyciągamy przemycone jedzenie z kufra i jemy. Gardło boli coraz bardziej.

Po 15 minutach ruszamy dalej i dopiero zaczął się cyrk. Droga szutrowa od lewej do prawej. Dużo ciężarówek i pełno pyłu. Na szczęście spotkani parę dni temu motocykliści hiszpańscy, poradzili nam jazdę inną trasą, którą wybraliśmy i zjechaliśmy z głównej drogi. To właśnie robimy. Jedziemy drogą bliżej nie oznaczoną, aczkolwiek widoczną na mapie (na mapie jest mały napis China Creek).

Krajobrazy są po prostu PIĘKNE. Pomieszanie Bieszczad z preriami, z obrazkami z Windows 98 (ta trawa jest podkolorowana). Dużo baranów, gdzie niegdzie stada guanacu, trochę krów. Jedziemy ocienioną doliną, wokół wzgórza, które osłaniają nas od wiatru. Ten sielski obrazek ciągnie się przez prawie 100 kilometrów.

W końcu dojeżdżamy do San Sebastian. Tam robimy odprawę chilijską i po 14 kilometrach dojeżdżamy do Granicy argentyńskiej. Tam znowu formalności, ale w miarę szybko. Celnicy zwykle mają problemy z naszymi imionami. Są dla nich absolutnie niewymawialne. W rozmowach nieformalnych zatem używam zwykle drugiego imienia. Łatwiej.

Po przekroczeniu granicy tankujemy do pełna. Już mamy wielką ochotę nie jechać dalej i zatrzymać się w hotelu na granicy (i pewnie trzeba było tak zrobić). Ale w Rio Grande, do którego zdążamy, mamy nocleg u Couchsurfera, więc trochę warto, byśmy tam dojechali.

80 kilometrów jakoś mija i wjeżdżamy do miasta. Rio Grande ma ponad 180 tysięcy. To największe miasto na Ziemi Ognistej. Jest tu dosyć rozbudowany przemysł, szczególnie elektroniczny. Jak się dowiadujemy później od naszego Coucha, Samsung produkuje tu wiele swoich wyrobów, czy raczej pozwala Argentyńczykom produkować na ich licencji.

Miasto położone jest na wybrzeżu, linia brzegowa ciągnie się przy głównej drodze wjazdu do miasta. Kiedy już nasz GPS namierza adres naszego dzisiejszego noclegu, na kilometr przed skrętem we docelową ulicę, zjeżdżając z lekkiej górki na skręcie, łapię kamyki pod koło. Motor nie daje się utrzymać i leci na bok. Czuję na wzmocnieniach kolana, że naprawdę jest blisko ziemi. Dużo za blisko. Ale na szczęście ciuchy Modeki są profesjonalne i chronią zajebardzo dobrze, mogę to z czystym sumieniem powiedzieć. Trochę stłuczona dłoń, bo oparłam się na niej. Żyję. Gorzej z moim motocyklem. Ponieważ było z góry, gmole za dużo nie miały do gadania, więc szybka się stłukła. Peszek. A mówią wszyscy, nie jechać na pałę i uważać. Na szczęście nic się poważnego nie stało. Krzysiek mówi, że szybkę naprawi. Jakby strat było mało, to jeszcze sakwa się przytarła.

Lądujemy wykończeni u Gerardo. To miły młody człowiek, pracuje jako optymalizator produkcji, więc mamy wiele tematów do rozmów, bo przecież produkcja to mój konik!

O 22.00 jednak idziemy spać. Gerardo jutro pracuje od 7.00 więc też musi się wyspać, o nas nie wspominając. Gorączka rośnie. Nie jest dobrze…

14.02.2014- dzień sześćdziesiąty siódmy

Śpimy do 8 w wygodnym łóżku. Ciepło. Piecyk grzeje. Nasz host musiał wyjść do pracy wcześnie rano, około 6. Lekko się wtedy przebudziliśmy. Czas na lekarstwo dla mojej żony. Dziś nigdzie nie jedziemy. Zostaniemy w domu naszego gospodarza. Trzeba się trochę podleczyć. Nie ma co lekceważyć zdrowia. Jemy małe śniadanie z zapasów i zakupionego wczoraj wieczorem sera i bułek. Jaka to wygoda nie musieć odpalać rano maszynki turystycznej, żeby zagotować wodę. Człowieka nachodzą w takich chwilach różne refleksje. Taka kuchenka w domu, albo lodówka, czy bieżąca woda, to rzecz zupełnie oczywista dla wszystkich. A wystarczy, że tego zabraknie i robi się tragedia. Takie życie w drodze uczy człowieka doceniać to co ma. Z drugiej strony widać, że nie wiele jest nam w gruncie rzeczy potrzebne do życia.

Idę do motocykli ocenić szkody i bliżej się przyjrzeć uszkodzeniom powstałym po wczorajszej wywrotce. Normalnie szyba trzyma się na czterech śrubach. Teraz tylko na dwóch, w dodatku tylko z jednej strony. Wyciągam zapasy części, klejów i taśmy jeszcze z Polski. Trzeba coś wymyślić, aby nie odpadła całkiem. Pięciosekundowy klej załatwia sprawę. Co prawda nie udało się pozbierać wszystkich popękanych kawałków, ale całość na razie trzyma się mocno. Niezastąpiona szara taśma, którą podklejam całość od spodu, powinna wzmocnić sklejone miejsca. Miejmy nadzieję, że wertepy i dziury na drodze nie rozwalą wszystkiego za szybko…

Ładujemy wszystkie sprzęty, baterie i urządzenia, aby mieć zapas prądu na drodze. Dziś jest też dobry dzień na konserwacje i czyszczenie ubrań, kasków i butów motocyklowych. W ostatnich dniach mocno się wysłużyły i spełniły swoje zadanie.  Idziemy do sklepu na małe zakupy i czekamy na powrót naszego gospodarza. Wieczorem planujemy wyjście na pizzę…

Walentynkowa kolacja z Gerardo

15.02.2014- dzień sześćdziesiąty ósmy

Na pogodę nie mamy wpływu. Możemy jednak śledzić prognozy i troszkę zaplanować trasę. My mieliśmy szczęście. Jesteśmy na Ziemi Ognistej w pełnym słońcu. Przynajmniej tak było i wczoraj i dzisiaj rano, kiedy wstaliśmy, by się pakować i jechać do Ushuaia. Ushuaia jest najdalej na południe położonym miastem na świecie. Praktycznie niżej jeszcze Chilijczycy, którzy zawzięcie rywalizują z Argentyńczykami ustanowili Puerto William, ale w rzeczywistości to mała wioska, podobno nie umywa się do Ushuaia.

Wyjechaliśmy zatem rano, słońce piękne, spakowaliśmy się, zjedliśmy małe śniadanko i po 9.00 wyruszyliśmy. Wyruszyliśmy to oczywiście duży eufemizm, bowiem przez pół godziny walczymy z odpaleniem motoru. Ciągle ta linka ssania. Jak już będzie gdzieś cieplej, to trzeba na trzy dni się zatrzymać i odwiedzić mechanika.

Ruta 3 biegnie przez około 20 kilometrów samym wybrzeżem, także widoki mamy piękne. Nasz lekki niepokój wzbudzają raczej chmury zbierające się na południu, czyli kierunku w którym jedziemy. Nie wygląda to dobrze. No i stało się. Wjeżdżamy w chmury. Jest wilgotno, za chwilę zaczyna siąpić lekki deszczyk, choć niektórzy mówią (czytaj: mój mąż!), ze to raczej woda się skrapla, a nie pada. W każdym razie jest  wiele, wiele kropel na szybce od kasku i na mojej stłuczonej i sklejonej szybie motocyklowej. Jedziemy. Droga prowadzi w malowniczym rejonie. Pewnie jak jest słońce, to musi być uroczo. Teraz jest troszeczkę mniej. Wjeżdżamy wyżej, zaczynają się góry. Roślinność zmieniła się diametralnie. Przede wszystkim zaczął się las. Dużo iglastych lasów, dużo traw, koniczyna pachnie oszałamiająco. Czuć to, bo w kasku możesz wywęszyć wiele. Pęd powietrza powoduje, że zapachy są dużo bardziej odczuwalne. Dużo drzew w lesie jest jakby karłowate. Wiele z nich jest poprzewracanych, leżą bezładnie pośród innych, które jeszcze stoją. To efekt tutejszych silnych wiatrów. Dużo drzew pokrytych jest mchem. Musi być naprawdę duża wilgotność. Wjeżdżamy do Tolhuin. W języku rdzennych mieszkańców Ziemi Ognistej nazwa ta oznacza serce. Bo musicie wiedzieć, że Ziemię Ognistą zamieszkiwało plemię Indian zwanych Yaghan lub Yamana, albo Tequenica. Oprócz nich też trzy inne grupy etniczne: Selk’nam, Alakalufes i Haush. Niestety hiszpańscy kolonizatorzy wybili wszystkich w pień i podobno jedna, ponad 90 kobieta ostała się, która ma 100% genetycznego kodu tego plemienia i mieszka w Puerto Wiliams.

Lago Esconido

Mijamy dwa jeziora. Jedno wielkie – Lago Fangano, drugie małe, Lago Escondido. Jesteśmy wysoko w górach, około 700 m n.p.m, a wjeżdżaliśmy przecież z poziomu morza około godzinę wcześniej.

Cały czas siąpi i jest słabo przyjemnie. Nagle, niespodziewanie, chmury jakby rozstępują się i widać po prostu błękit nieba. Powoli zjeżdżamy w dół, przeciera się i już widzimy piękne zielone góry, ośnieżone szczyty i słońce. Wreszcie. Widoki są fantastyczne. To nagroda za wszystkie tysiące kilometrów przejechanych dotychczas, aby dotrzeć tutaj.

Ushuaia

Wjeżdżamy do Ushuaia. Położone jest ono u stóp gór, dookoła ośnieżone szczyty, a na południe Kanał Beagla.  Miasto wygląda pięknie. Jakby schowane w naturalnej niszy pomiędzy dwoma żywiołami, górami i wodą. Obraz ten przykuwa nasz wzrok i długo nie daje o sobie zapomnieć.

Park Tierra del Fuego

Nie zostajemy jednak teraz w mieście, tylko załatwiamy nocleg i jedziemy dalej. Chcemy wykorzystać pogodę, więc jedziemy do Parku Narodowego Tierra del Fuego. W dniu dzisiejszym osiągniemy najbardziej na południe wysunięty punkt naszej wyprawy. Niżej drogą lądową już się nie da. Za miastem kończy się asfalt i wjeżdżamy na szuter. Kilkunastokilometrowy odcinek prowadzi nas do bramy parku narodowego, a potem na ostatni 3079 km drogi numer 3. Jechaliśmy nią od samego Buenos Aires z niewielkimi przerwami.

Park  słynie z niezwykle silnych wiatrów, a w konsekwencji ze skarłowaciałej przyrody. Charakterystyczne dla tego krajobrazu są niskopienne buki patagońskie, które przeważnie są pochylone w jednym kierunku - najczęściej wiejących wiatrów. Po drodze mijamy też kilka lisków, które nie zagrożone przez nikogo spokojnie przechodzą przez drogę. Parkujemy pod samą tablicą informującą, że jesteśmy na końcu świata. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Potem jeszcze mały spacer na platformę widokową, skąd rozpościera się wprost bajeczny widok. Wszystko w zasięgu wzroku i ręki, morze, góry, lasy, strumienie… KONIEC ŚWIATA…

Park Tierra del Fuego

16.02.2014 - dzień sześćdziesiąty dziewiąty

Dzisiaj pełna kapitulacja. Trzeba się poddać i iść do lekarza. Nie działa to paskudztwo, którym pryszczę sobie do gardła. Idziemy więc do szpitala, (mąż mnie ciągnie, bo się opieram lekko). Tam płacimy słono i przyjmuje nas lekarz. Tutejszy. Świeci latareczką do gardła, kiwa głową, patrzy na specyfik który brałam, robi ruch wykopywania przez okno i zapisuje antybiotyk. No nie ma wyjścia. Domowe metody nie skutkują.

Wizyta w szpitalu

Podczas szukania apteki robimy krótki maraton po mieście. Dziś jest niedziela, wszystko zamknięte. Miasto jest po prostu piękne. Jeszcze trafiliśmy na taką pogodę, że mucha nie siada. 22 stopnie, ciepło, zero wiatru, słoneczko przygrzewa. Dookoła piękne widoki. Po prostu odpoczynek dla oczu, po nędznych bezpłciowych pejzażach patagońskiej pampy.

Ushuaia

Spacerujemy w „cywilnych” ubraniach, bez strojów motocyklowych, kasków itp. Pełen komfort. Podczas poszukiwania apteki przechodzimy kolo portu. Można tu wykupić wycieczki do okolicznych koloni pingwinów i innych atrakcji. Można też popłynąć na Antarktydę.

Ushuaia

Ushuaia jest stolicą regionu.  Swoją nazwę zawdzięcza rdzennym mieszkańcom – Yamana. Nazwa ta oznacza „zatoka w głębi”. Kiedyś była to rybacka osada umiejscowiona nad kanałem Beagle. Klimat jest tu chłodny i w styczniu średnia temperatura to 10stopni Celsjusza, ale my jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami. Kiedy zakupiliśmy medykamenty przepisane przez lekarza mogliśmy zwolnić tempo marszu. I tak okazało się potem, że zrobiliśmy w sumie około 14 km przemierzając to piękne miasto.

.

Ushuaia

17.02.2014 - dzień siedemdziesiąty

Rano obudził nas deszcz. Kapało z dachu, na jakąś blachę, więc słychać było bardzo bębnienie kropli. I tak obudziliśmy się i zaczęliśmy zastanawiać co robimy. Czy jedziemy, czy nie. Ósma rano. Co robić. Sprawdziliśmy prognozę pogody. Prognozy nie są zachęcające do pozostawania w Ushuaia. Za dzień, za dwa, zmiana pogody. Silniejszy wiatr, deszczowo, spada temperatura. Decydujemy, że pojedziemy dziś. Do Rio Grande jest tylko 200 km, więc damy radę. Słowo stało się ciałem, ale nasze motory nie chciały tego zaakceptować. Zwłaszcza jeden, który jak ma zimny silnik, to odmawia współpracy. Za chwilę jego akumulator odmawia współpracy. Wiec tak czy inaczej trzeba rozbierać boczki z dwóch motocykli, trzeba podładowywać akumulator, tym razem jeszcze została wymieniona świeca. Wreszcie jakimś cudem motocykl zapalił. Szybko spakowaliśmy się do końca i wyjeżdżamy. Ostatni ważny punkt w tym mieście, to stacja benzynowa. Założyliśmy, że na wylocie powinna być. Nasze założenie połowicznie okazało się dobre. Niestety, nie było paliwa na tej stacji. Wracamy się zatem do miasta. Pierwsza stacja po 2 kilometrach i znowu problem. Brak paliwa. Jedziemy do stacji w centrum (to znaczy, że nakręcamy z powrotem kolejne 2 czy 4 km). Tam kolejka, przynajmniej 12 aut, do tego jeszcze jakiś szaleniec zajeżdża nam drogę. Już się chciałam z nim wdać w dyskusję, ale w końcu odpuściłam. Stoimy. Oczywiście mój motor się zalał benzyną i nie chce ruszyć. Jakoś go zapchaliśmy na stację, zatankowaliśmy. Zanegowaliśmy po raz kolejny nasze niemieckie pochodzenie. (co za ironia, w Azji wszyscy brali nas za Rosjan, w Ameryce za Niemców).

Wreszcie ruszamy. Zaraz za zakrętem długie czerwone światła. Mój motor oczywiście nie wytrzymał czekania, i zalał się paliwem. Oznacza to że zgasł i nie chce zapalić. I znowu czekamy 5-7 minut, aż paliwo wyparuje, nadmiar uleci, reszta się ustabilizuje i wszystko będzie ok.

Uff. Wreszcie ruszamy. Wyjeżdżamy z Ushuaia. Dziś miast spowite jest większymi chmurami, lekko popaduje, ale ogólnie i tak jest pięknie.

Wjeżdżamy w góry. Droga na mapie jest prawie prosta. W rzeczywistości wije się jak wstążka wokół szczytów. Zakręty po 180 i więcej stopni.  Dojeżdżamy do przełęczy Garibaldieg (paso Garibaldi). Znowu zatyka nam dech z wrażenia. Dwa jeziora widoczne jak na dłoni. Lago Fagnano i Lago Escondido. Po prostu pięknie. Warto tu przyjechać, choćby dla samego widoku.

Po 100 kilometrach dojeżdżamy do Tolhuin. Lądujemy na kawce i ciastkach w Panaderia la Union. TO wielce klimatyczne miejsce. Możesz przez szybę zajrzeć jak robią ciastka, rogaliki, jak kucharze kręcą ciasto. Możesz też zamówić kanapki, sandwicze w różnych konfiguracjach. Możesz wejść do specjalnej Sali, w której temperatura jest powyżej 25 stopni, właściciel hoduje tam papużki, kanarki i inne małe ozdobne ptaszki. Mikroklimat jest super.

Dodatkowo kusimy się i kupujemy robione czekoladki. Zastrzyk dobrej słodkiej energii nam nie zaszkodzi.   Kiedy już się rozgrzaliśmy wyruszyliśmy w kierunku stacji benzynowej. Kolejka bo brzegi, a i tak się okazało, że jeszcze paliwa nie ma, nie dowieźli, trzeba czekać. W kolejce wypatrujemy znajomy samochód. To Livia i Jens. Oczywiście, jeździmy po swoich śladach. Albo oni za nami, albo my za nimi. Witamy się , chwilę rozmawiamy.

Decydujemy, ze nie będziemy czekać, bo do Rio Grande jest tylko 100 kilometrów, a zapas, który mamy, rozlejemy do baków i musi nam wystarczyć.

Po 100 kilometrach lądujemy w Rio Grande. Trafiamy chyba na 16.00, kiedy wszyscy wyjeżdżają swoimi samochodami z fabryk do swoich domów. Główna ulica zawalona samochodami, wszyscy się pchają, trąbią, rozpychają. Co chwila czerwone światła. Mój motor niestety nie wytrzymał oczekiwania na zielone i stanął. Po prostu. Zalał się paliwem i stoi na środku skrzyżowania. Dookoła szaleńcy, trąbią i się przeciskają.

W każdym razie długo nie trwało, kiedy zatrzymałam policyjny radiowóz i mówię że help. Gdzie jest stacja najbliższa i do jasnej anieli zatrzymajcie trochę ten ruch, bo przecież nas nie wypuszczą (a staliśmy na wysepce ronda). Mili policjanci poinformowali nas gdzie jest stacja i umożliwili wyjazd. Będziemy żyć.

Na stacji tankujemy niewiele, tylko tyle, żeby nie stanąć i jedziemy zameldować się u Nancy, która jest naszym dzisiejszym gospodarzem (z Couchsurfingu). Nancy ma jakieś 50 lat, męża kubańczyka (od pół roku są małżeństwem), który ma na imię Karel. Do kompletu jest córka, Ludmi, która ma małą , trzyletnią Lolę. Ludmi mieszka osobno razem z mężem, a w domu matki bywa po to, by pomóc jej w pracy. Nancy jest księgową, ma swoją praktykę i pracuje w domu, w gabinecie. Jest zwariowana i podróżująca, aczkolwiek mówi, że w ostatnich latach nie podróżuje, bo „nasza Pani Prezydent nie chce żebyśmy podróżowali”. To ewidentna aluzja do nie uwolnienia rynku dolara.

Chwilę rozmawiamy, po czym jedziemy do mechanika. Umawiamy się na jutro na naprawę, dziś przywozimy jeden motor i zostawiamy go.  Drugi przywieziemy jutro.

Nasi gospodarze wychodzą wieczorem, a kiedy wracają my już wykończeni leżymy w łóżkach.

18.02.2014 - dzień siedemdziesiąty pierwszy

Kolejny dzień w Rio Grande. Jest ciepło i wietrznie, co nie dziwi nikogo w Rio Grande. Tu zawsze wieje. Nigdy nie przestaje. Nasz mechanik pracuje od 13.00. Po prostu. Taki ma sposób pracy. Niestety dowiadujemy się o tym dopiero o 12.00, kiedy już próbowaliśmy do warsztatu się dostać. Krótkie zakupy i jesteśmy znowu w domu. Nancy i jej córka przygotowują warzywa duszone na obiad, do tego ryż i omlet z chyba garbanzos (ciecierzyca), w każdym razie jakieś coś. Dobre.

Krzysiek od 14.00 w warsztacie. Asystuje mechanikowi. Albo po prostu boi się, ze mu coś koleś spieprzy.

Mechanik w Rio Grande

Luis Velazquez– to nowy przyjaciel naszych motocykli. Mechanik. Nasze beemki nieśmiało uzewnętrzniały mu swoje wnętrza. Gaźniki, zawory, membrany, filtry i inne elementy zostały ponownie wymienione i wyczyszczone. Przyszedł też czas na wymianę oleju. Niestety musieliśmy dokupić 2 litry, bo 4 litry które przywieźliśmy z Polski (!) to za mało. Ale dzięki wymianie oleju mamy teraz 4 litry więcej miejsca w jednej sakwie.

Rano wyruszamy do Porvenir. Stamtąd będziemy się przeprawiać  promem do Punta Arenas.  

Te miejscowości są w Chile. Także jutro szukajcie nas w Chile

Zobacz jak dotarliśmy do Chile i kliknij tutaj

Jeśli ciekawi cię tylko Argentyna i nie chcesz podążać z nami chronologicznie, to wybierz któryś z linków poniżej:

Zobacz też naszą drugą wizytę w Argentynie i kliknij tutaj

Lub zobacz naszą trzecią wizytę w Argentynie i kliknij tutaj

Możesz też zobaczyć nasz dłuższy pobyt w Argentynie-kliknij tutaj

...a także naszą argentyńską trasę po miesięcznej przerwie - kliknij tutaj

i nasz ostatni raz w Argentynie- kliknij tutaj

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012