facebook

Chile

Chille jest cieniusieńkie. Może nie aż tak jak Półwysep Helski, ale jak spoglądamy na mapę, to widać tylko cienki skrawek lądu. Ludzie są tu mili, uprzejmi, nie liczą czasu i pewnie pieniędzy. Paliwo jest oszałamiająco drogie i wszystko inne także.

Zobacz jak dotarliśmy do Chile i kliknij tutaj

19.02.2014 - dzień siedemdziesiąty drugi

Witamy z Chile. Prawdę mówiąc w Chile już byliśmy wcześniej, przez dwie godziny, kiedy przekraczaliśmy granicę w drodze na Ziemię Ognistą. Ziemia Ognista jest bowiem podzielona, dokładnie linią prostą. Może nie na połowę, ale Chile przypada około 1/3. W każdym razie dziś już na pewno jesteśmy w Chile.

Rano wyruszyliśmy z Rio Grande. Wstaliśmy o 9.00 poszliśmy odebrać motocykle od mechanika. Musieliśmy go budzić (on mieszka obok warsztatu), jakoś daliśmy radę głośnym pukaniem, choć nie było łatwo. Niestety. Jeden motocykl ciągle słabo funkcjonuje. Mści się to, na co pożałowaliśmy pieniędzy w Polsce. Rozrząd. Niestety. Skrzeczy, piszczy, i inne ciekawe dźwięki wydaje. Niby zapala, ale nie jest to to, czego byśmy oczekiwali po naprawie za 500 argentyńskich peso.

W każdym razie czule pożegnaliśmy się z Nancy, dziękując jej za wspaniałą gościnę w Rio Grande i wyjechaliśmy spokojnie do granicy. Niestety. Już w mieście wiało, a jak wyjechaliśmy na trasę to nas zmiatało z drogi. Może nie dosłownie, ale wiatr był silny. Droga z Rio Grande do granicy, biegnie prawie cały czas nad morzem, więc wiatr jakby się wzmaga. Równina też powoduje mnogość wiatru. Jakoś dojechaliśmy do granicy – w końcu to tylko 80 kilometrów. Szybka odprawa po argentyńskiej stronie i po 14 kilometrach na chilijskiej stronie. Na granicy argentyńskiej zjadamy roślinne zakupy. Wyrzucamy niestety jakieś ziemniaki i buraczki, które kupiliśmy do zupy, którą mieliśmy zamiar gotować, bo nie chcemy ryzykować jakiś mandatów za przemyt.

Zjadanie marchewki przed granicą chilijską

Obie odprawy zajmują naprawdę nie więcej niż 30 minut w sumie.

Jedziemy sobie spokojnie  dalej do Porvenir. Naturalnie droga jest szutrowa, bo jakżeby inaczej. Trochę walczymy z wiatrem, ale już zdecydowanie niedużo, znacznie osłabł. Trochę spostrzegamy, że pada (po śladach na szybce kasku). Trochę pochłodniało, zupełnie nie wiadomo dlaczego, przecież miało się ocieplać.

W każdym razie niezwykle malowniczą drogą, która wije się niczym wstążka wzdłuż morza, tym razem to cieśnina Magellana, dojeżdżamy do Porvenir. Cali w kurzu i piachu, bo asfalt zaczął się dopiero w miasteczku, jedziemy do portu. Port jest oddalony około 5 kilometrów od miasta. Tam możemy zasięgnąć informacji. Nikogo nie ma w terminalu, zamknięty na cztery spusty, więc przygodnie mijanych ludzi pytamy. To oczywiście duży eufemizm, bo spotkać człowieka w tym pustym mieście to nie lada wyczyn. Potwierdzamy informacje, którą wyczytaliśmy na zamkniętych drzwiach terminalu, że prom dopiero o 20.00. a jest 17.00. W sumie tragedii nie ma. Wolimy się przemieścić „na drugą stronę” cieśniny Magellana. Jutro następny prom jest dopiero o 19.00 (kursuje jeden dziennie), więc niewiele nam zmieni zatrzymanie się w Porvenir. Chcemy jechać na noc do Punta Arenas. Prom płynie 2,5 godziny. Oznacza to że około 22.30 najwcześniej będziemy w Punta Arenas. A jeszcze trzeba hotel znaleźć!

Porvenir

W każdym razie wracamy do Porvenir. Jemy w miejskiej restauracji. Tu każdy własny/mały biznes prowadzony jest w domu. W domu jest zatem restauracja, skądinąd przyjemna, z białymi i zielonymi żarówiaście obrusami, z wymyślnymi kokardami na krzesłach. Chcemy zamówić mięso, (karty oczywiście brak, bo po co?), okazuje się, że żadnego carne już dziś nie ma, ani kurczaków, ani niczego. To co jest? No kawa, no frytki, no nic nie ma. Jakoś się dogadujemy i zamawiamy frytki z jajkiem sadzonym. No może nie jest to full wypas, ale trzeba jeść co jest, a nie ryzykować, że już dziś nic nie zjemy. Swoją drogą to ciekawe zjawisko. Ciągle nie możemy się przyzwyczaić do tutejszych warunków działania restauracji i barów. Normalnie wszystko jest otwarte nie wcześniej niż o 19.00, no może 18.00 w ciągu dnia zwykle nic nie zjesz. Mówimy oczywiście o małych miastach, a takich jest tu pełno. Poza stolicą kraju, naprawdę jest trudno o bary w naszym, europejskim rozumieniu.

O 18.30 wracamy do terminalu. Powoli ustawia się już kolejka samochodów. O 19.00 przypływa prom z Punta Arenas. Wysiada z niego sprzedawca biletów na terminalu, otwiera kasę i zaczyna się sprzedawanie. Jest dużo pasażerów bez samochodów, tylko my z motorami, dwa kampery, jakieś osobowe auta. Później okaże się, ze cały prom załadowany.

Kupujemy bilety. Miło się uśmiechamy, bo cena nas zaskoczyła. Czytaliśmy coś o 70 dolarach za osobę i motor, a tu wyszło 20 dolarów. Będziemy żyć! Nasz budżet dramatycznie nie ucierpiał.

Wjeżdżamy na prom, widać, że będzie bujać, bo przypinają nasze motory pasami. My lokujemy się na miejscach dla pasażerów. Ludzi pełno. Dwie i pół godziny mijają powoli, aż wreszcie dojeżdżamy do Punta Arenas. Jest ciemno, trochę chłodno i padają nasze komunikatory. Ze zmęczenia. Cały dzień działały i już mają dosyć. Oznacza to, że nie możemy ze sobą już rozmawiać, a tu ciemno i do domu daleko. Na szczęście znajdujemy mały hotel Bulnes jakieś 3 kilometry od portu. Otwiera nam babulinka i zaprasza. Hotel jest hmmm… delikatnie mówiąc babciny, ale okazuje się że pościel czysta, lóżko się nie rozlatuje, sprężysty materac, więc zostajemy. Trochę jeszcze negocjujemy cenę, bo jak zwykle zwala nas z nóg, przy takim „komforcie”. W końcu dajemy za wygraną. Parking jest, zamykamy i osłaniamy motocykle.  O północy padamy na twarz. Nic nas już nie interesuje, tylko to, że trochę trudno uruchomić piecyk. Olewamy więc piecyk, przykrywamy się mocno i wtulamy w siebie. Ciepło. Zasypiamy.

20.02.2014 - dzień siedemdziesiąty trzeci

Poranek chłodny. Nie chce się wstać. Krzysiek czyta ciągle wszelkie uwagi użytkowników forum F650. Coś wie, co się może psuć w jego motocyklu, ale to może być kilka przyczyn, więc trudno coś wykluczyć, albo coś potwierdzić. Decyduje, że pojedzie do mechanika w Punta Arenas, zasięgnąć więcej informacji.

Jemy śniadanie i coraz bardziej mi się tu podoba. Rozmawiam z mężem(?) babulinki właścicielki. Mówi, że tu na południu jest dużo spokojniej niż na północy kraju. Nie jest zimno wcale. Po prostu trzeba się ubierać i powoli człowiek się przyzwyczaja. Za to nie ma żadnych insektów. I coś w tym jest, przyznaję mu rację. Dodatkowo nie ma żadnych trzęsień ziemi, jak to bywa w Santiago del Chille, czy w innych miejscach na północy.

Właściciele hotelu Bulnes - Punta Arenas

Na północy jest też niesamowite to, że ludzie ciągle powtarzają z uśmiechem. „Tranquilo, no hay problema”. I to jest piękne. Ludzie są spokojni, niczym się nie przejmują, mają czas, mają spokój, problemy rozwiązują się same, albo trochę im trzeba pomóc, ale nie ma się co denerwować.  Musisz zostać godzinę czy dwie dłużej w hotel – tranquilo. Musisz naprawić motor – tranquilo. Czyli spokojnie. Nie ma się gdzie śpieszyć. Dla mnie to jest cudowne.

Jedyny problem to śniadania. Tęsknię za białym twarożkiem, którego tu nikt nie zna i nie rozumie, za czym tęsknię. Tęsknię za ciemnym pieczywem, najlepiej takim  z piekarni „U Mamy i Taty”.

A pozatym jest ok. Żeby się tylko motory nie psuły, to by było wszystko dobrze. Jeszcze oczywiście problem z czyszczeniem gaźnika z zanieczyszczeń od paliwa czy od paprochów szutrowych to nic, ale jak już łańcuszek rozrządu się psuje, to już nie jest dobrze, bo trudno czekać w jednym miejscu tydzień czy dwa, zwłaszcza na północy, bo słabo z cenami hoteli. Zbyt drogie, jak na nasz budżet.

Chcielibyśmy dziś wyjechać do Punto Natales. Może się uda. Jest tam tylko 230 km i to asfaltem. Na razie czekamy na opinię mechanika. Jest szansa, że pojedziemy.  A naprawiać będziemy już w Argentynie.

W każdym razie  udało nam się wyjechać z Punta Arenas. Trochę przed 13.00 spakowaniu ruszyliśmy do Punto Natales. To jakieś 250 kilometrów. Wcześniej jeszcze uregulowaliśmy płatności za babvcny hotel, jak zwykle się okazało, że prowadzi ten hotel wspólnie z mężem od 40 lat. To jest to, czego czasem w Polsce mi brakuje. Swoistej ciągłości. Pewnej niezmienności niektórych miejsc.

Przygotowania sprzętu do drogi

Ledwo wyjechaliśmy z Punta Arenas, z siłą wodospadu uderzył w nas wiatr. Oczywiście miało być spokojnie, a tu jak nie zacznie wiać! Wiało tak przez kolejne 50 kilometrów, kiedy zrobiło się zimno. Zatrzymaliśmy się na przystanku. Chile ma co parę, paręnaście kilometrów takie śmieszne, zamykane budki, w których oczekuje się na autobus, albo po prostu można się schować.  Ja się schowałam po to, by się przebrać, a raczej dodatkowo ubrać. Przeprosiłam moją starą kominiarkę, przeprosiłam nieużywaną czapeczkę termiczną od Body Dry. Pozakładałam wszystko a golf zaciągnęłam na nos. Włączyłam rękawiczki podgrzewane (niestety tylko ja, bo do drugiej pary zgubiłam kabelek od włączania) i ruszyliśmy dalej.

Po jakiś 80 kilometrach znowu przerwa. Tym razem jemy. Otwieramy puszkę z tuńczykiem, wyciągamy bułki i jemy, żałując że nie mamy wody, bo byśmy sobie w tej przystankowej budce herbatkę ugotowali. Niefart. Morał jest taki, by zawsze pamiętać o wodzie, by ją mieć przy sobie. Choćby 1 litr. Pojechaliśmy dalej kolejne 20 kilometrów, a już piękny widok Kordylierów zaczął się wyłaniać. Potem już tylko postój na małą kawkę i tym sposobem w zarąbistym wietrze dojechaliśmy do Puerto Natales.

To pięknie położone niewielkie miasteczko, gdzie zatoka wryta jest jakby w ląd. Szybko znajdujemy nie za drogi hotel i ruszamy na miasto. Chcemy jutro zobaczyć Park Narodowy Torres del Paine, ale tym razem wpadam na radykalny pomysł. By trochę odpocząć namawiam męża, żebyśmy pojechali autobusem. Znajdujemy więc biuro podróży tutejsze i wykupujemy wycieczkę do Parku. Czy dobrze – okaże się jutro. 

21.02.2014 - dzień siedemdziesiąty czwarty

Jemy szybkie śniadanie w hotelu i o 8.00 wyruszamy z grupą innych osób, busem do Parku Torres del Paine. Przy okazji oglądamy granicę, którą jutro będziemy przekraczać pomiędzy Chile a Argentyną. Całe szczęście do granicy po chilijskiej stronie jest to asfalt.

 Dojeżdżamy do Parku i naszym oczom  ukazuje się ogromny masyw górski Torres del Paine. To mamy trochę szczęścia. Rano jest piękna pogoda, sprzyja nam wyjątkowo. Piękne słońce oświetla nagie szczyty skał, które mienią się różnokolorowymi refleksami.. Poszarpany szczyt wygląda nader okazale, w kontraście z niebieską tonią lagun pomiędzy wzniesieniami jest jeszcze piękniejszy. Kolejne przystanki, które robimy przybliżają nas do masywu i ukazują coraz większe rozmiary szczytu. Pomimo słonecznej pogody wiatr jest dziś wyjątkowo siły. Porywy w pełnych momentach utrudniają nam utrzymanie się na nogach. Dzięki Bogu, że zrezygnowaliśmy dziś z motocykli.

Szutrowa droga wijąca się w parku narodowym, to wznosi się to opada, a pomiędzy odcinkami widzimy stada guanako, wyjątkowo oswojone.

Podążając dzisiaj wytyczonym szlakiem wraz z grupą turystów, widzimy różnice w sposobach podróżowania – motocyklowym a autobusowym. Pomimo, że motocykle w wielu miejscach uwiązują i ograniczają swobodę ruchu, to jednak dają wiele innych możliwości.

Dziś jednak mój dzielny mąż znosi katusze w tym autobusie, bo telepie, jeszcze wsiedliśmy na samym końcu, więc wolne miejsca były tylko na końcu autobusu. Pierwszy i ostatni raz taki numer.

Wykończeni wracamy do hotelu. To był dzień pełen widowiskowych wrażeń, w ciepłym a później nawet za ciepłym autobusie. Jutro ruszamy do Argentyny. Chile jest zdecydowanie za drogie. I paliwo jakie drogie! Prawe 2 dolary za litr, to już przegięcie.

szukaj nas w Argentynie. Kliknij tutaj

Jeśli bardziej interesuje Cię nasz drugi raz w Chile - Kliknij tutaj

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012