facebook

przez Atlantyk

Zobacz gdzie byliśmy wcześniej i kliknij tutaj

 

16 grudnia 2013 – dzień siódmy

Dzisiaj pobudka o 6.15. Pełni nerwowego oczekiwania (pewnie powinnam napisać: „podniecenia przed wyprawą”) umyliśmy się, wypiliśmy kawę, pożegnaliśmy się z Grażyną, Anią i Kubą. Zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy pakowanie motocykli. Niby proste, ale skomplikowane. Tym bardziej po dosyć długiej przerwie. Dwie sakwy po boku, worek, plecak, tankbag. To zestaw na każdy motocykl. Na szczęście pogoda dziś piękna w Hamburgu.  10 stopni na plusie i sucho. O 9.00 wyruszyliśmy do portu.

droga do portu w Hamburgu

Sławek w roli pilota torował nam drogę przed groźnymi piratami. W ciągu pół godziny dojechaliśmy do terminalu O’Swaldkai, sprawdzenie paszportów, podpisanie glejtu, że przyjęliśmy do wiadomości procedury bezpieczeństwa (wszystko po niemiecku, także dla mnie bezużyteczne). Nadeszła chwila pożegnania ze Sławkiem. Przez ostatnie dni gościł nas wraz z żoną w swoim domu. Bardzo dziękujemy za tak wielką pomoc już na starcie naszej wyprawy! Mamy nadzieję na ponowne szybkie spotkanie po naszym powrocie, ale już u nas.

Kontrola bezpieczeństwa przed wjazdem do portu

Dostaliśmy papier (Sicherheitsorschriften/Verkehrsordung O’Swaldkai), na nim gate barcode readerkod, który przeciągnięty przez czytnik otworzył nam bramki (szlaban) terminalu. Wjechaliśmy na teren portu gdzie za bramą czekał na nas już samochód ochrony (security), który poprowadził nas pod statek. Nasz Grande Amburgo stał na nabrzeżu, zatrzymaliśmy się tuż obok rampy załadunkowej. Od tej pory przejęła nas załoga statku.  

Podjeżdżamy do Grande Amburgo

Chief mate przywitał się z nami, przywołał dwóch członków  załogi którzy  pomogli nam wziąć wszystkie bagaże. Motocykle zostawiliśmy na razie na placu, a my windą wjechaliśmy na 11 piętro.

Nasza kabina ma dwa łóżka na podłodze! To dobra wiadomość, bo początkowo miała to być kabina z łóżkiem piętrowym. Stosunkowo mniej komfortowa. Druga dobra wiadomość – mamy okno!  Zapłaciliśmy za kabinę bez okna na Grande Costa D’Avoiro, ale najwidoczniej po zmianie statku możliwe było „nie dopłacanie” do tego komfortu.

Poza tym w kabinie mamy TV  i DVD, a także lodówkę. Full wypas jednym słowem.

Zanim zdążyliśmy się rozejrzeć po naszym nowym lokum na najbliższy miesiąc, już schodziliśmy na plac, aby wjechać motocyklami na statek. Po rampie załadunkowej wjechaliśmy na pokład, a następnie wewnątrz statku na 8 poziom. Wskazano nam miejsce gdzie mamy zaparkować. Następnie obsługa szybko i sprawnie zabezpieczyła pasami obie maszyny. Przypięte solidnie czterema pasami każda, przetrwają, mamy nadzieje szczęśliwie podróż.

Zabezpieczanie motocykli

Tak więc już przed godziną 11 byliśmy zaokrętowani, motocykle przypięte, a my poszliśmy na lunch. Co było na lunch? Makaron z ostrym sosem pomidorowym na pierwszy ogień. Następnie sałata i porcja grillowanego mięsa. To nie był jeszcze koniec. Teraz czas na ziemniaki i ryba smażona w pomidorach suszonych. Cola, woda lub wino do picia. Nie trzeba nawet pytać, co wybraliśmy…

Po lunchu zwiedzanie zewnętrznego pokładu, na którym stoją rzędy samochodów. Większa część przeznaczona do Dakaru, jak wyczytujemy na dokumentach przyklejonych do szyb. Senegalczycy preferują Toyoty i Saaby (nie wiedzieć czemu). W każdym samochodzie na lusterku dynda na zielonej smyczy klucz od samochodu. Podobno każdy jest otwarty. Nie sprawdzaliśmy.

Część aut ma jako miejsce przeznaczenia wskazane Zarate (port w delcie rzeki La Plata w Argentynie).

Widok na Hamburg z górnego pokładu jest ciekawy, ale wiatr skutecznie wypłoszył nas z powrotem do kabiny.

Na szczęście złapaliśmy sieć WiFi, ale to tylko dzięki antenie, long range. Podłączyliśmy się i trochę popracowaliśmy i poskypowaliśmy z rodziną. Niestety Internet jest zbyt słaby, by umieszczać coś na naszej stronie. Trudno. Czekamy na silniejsze fale …

Kolacja  jest podawana między 18.00, a 18.45  Co było na kolacje?

Aktualna pozycja w porcie w Hamburgu

Zupa krem bez śmietany z zielonej fasolki, jajka sadzone, mięso którego nie zjedliśmy na lunch, tym razem w sosie… Pyszne ciasto z kremem, arbuz, melon i italiańska kawa. Malutka i szatańska. Oczy mi się otworzyły na 2 godziny. Pewnie nie wspomniałam o winie. Też było…

Tak nam minął pierwszy dzień na statku. Co prawda jeszcze nie wypłynęliśmy w morze, ale już czujemy się jak podczas rejsu.

 

17 grudnia 2013 – dzień ósmy

Śniadanie wcześnie. 7.30 to dla nas ciemna noc. Zwlekamy się z łóżek i idziemy do messy. Na śniadanie pizza, ciasto, chleb. Kawa, herbata i sok pomarańczowy. Obficie, ale nie do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Wolimy serki, kiełbaski, i takie tam, ale zobaczymy w następnych dniach, jakie będzie menu.

Nasza kabina

Poznajemy resztę pasażerów. Na statku jest 6 dwuosobowych kabin. Dwie z nich zajmują single: Szwajcarski motocyklista po 50-tce, oraz Francuz z Bordo, podający się za profesora filozofii. Coś nam nie gra, ale nie drążymy tematu, obserwujemy raczej ze zdziwieniem jak parska, pluje i nie wyciera twarzy.

Są całkiem mili i całkiem młodzi Szwajcarzy – Jens i Livia. Dwa małżeństwa z Francji, którzy jeżdżą Defenderem i podobną przeróbką. Jedni po trzydziestce, drudzy po pięćdziesiątce. Planują 1 lub 2 lata pojeździć… Nie komentujemy. Ale mamy wrażenie, że podziw w naszych oczach, podziw i zazdrość widać na kilometr.

port w Hamburgu

Swoją drogą ciekawe na ile lat my wyglądamy.

Obiad. Makaron carbonara. Mięso. Sałatka z łososiem, cebulą, jabłkiem. Na temat smaku zdania w naszym małżeństwie są podzielone…

Na deser zażyczyłam sobie cappuccino.Popołudniu idziemy na pokład. Nic nie wskazuje, żebyśmy mieli dziś wypłynąć.

Zwiedzanie pokładu

Obserwujemy pakowanie samochodów na pokład. Przyjeżdża także wielki pojazd i przywiózł łódź na platformie. Tyłem wjechał na statek i odczepił przyczepę z łodzią.

Wracamy do kabiny, otwieramy laptopy i zabieramy się za lekcje hiszpańskiego. Tradycyjnie idzie jak po grudzie, ale coś pożytecznego warto robić, skoro mamy tyle czasu.

Zabrałam też gazetę, którą kiedyś podarował mi Zbychu, więc czytam La Vanguardia z zeszłego roku… nic to, ważne że po  hiszpańsku. Zresztą i tak 2/3 nie rozumiem, ale przynajmniej próbuje…

Obserwujemy załadunek

Kiedy wychodzimy na kolację, niestety ciągle stoimy w porcie. Żadnego ruchu statku, żadnego bujania. Żadnych syren ostrzegawczych, z cyklu „helou, ruszamy”. Jednak podczas kolacji światła nabrzeża powoli zaczynają się oddalać i w końcu odpływamy.

Wypływamy z Hamburga

Prawie wszyscy pasażerowie wychodzą na pokład obejrzeć nocną panoramę miasta. Widok od strony rzeki w dodatku z wysokości około 25m, bo na takiej mniej więcej wysokości znajduje się pokład pasażerski, jest super. Powoli przesuwające się nabrzeże i światła oddalającego się miasta, uświadamiają nam, że przez 9 następnych dni będziemy na morzu płynąć do następnego portu. Jest nim Dakar w Senegalu. Nasyceni widokami i przewiani wiatrem chowamy się w swojej kabinie i zasypiamy w akompaniamencie łagodnego kołysania.  Ahoj przygodo…

Oświetlony port w Hamburgu

18 grudnia 2013 – dzień dziewiąty

Siedzimy na statku. Nic się nie dzieje. Rozmawiamy. Wszyscy Was pozdrawiają… Po angielsku, francusku, niemiecku, po polsku. Oglądamy sobie morze, nic się nie dzieje, nuda. Oglądamy sobie widoczki, nuda. Statek płynie, nic się nie dzieje. Rozmawiamy sobie. Nic się nie dziej. O, kawa przyszła, a właściwie Guseppe (nasz steward) ją przyniósł, rozmawiamy sobie. Nic się nie dzieje. Ot, nuda. Płyniemy. Nic się nie dzieje. Płyniemy sobie. Rozmawiamy sobie. Nuda panie, nuda. Rozmawiamy, gawarimy, szprechamy, parlamy, spikamy, nic się nie dzieje. I kochamy Stuhra za ten tekst. Idealny.

Nasza aktualna pozycja

Głodujemy nic nie jemy. Ale to nie prawda. Karmią nas ale słabo. Nie słabo tylko skromnie. Nie wykwintnie. Niby jest coś, ale jakoś tak nam się wydaje, że nic nie ma.

Francuskie młode małżeństwo zwija sobie skręty. Zakładam, ze jest to tytoń.  Francuzka trzyma krótki, biały ustnik w ustach, a rękami zwija bibułkę z tytoniem. Wygląda to odjazdowo.

Integracja z pasażerami

Starsi francuzi zajmujący. To znaczy zajmują się nami. Zajmują nas rozmową.  Bardzo sympatycznie, starają się rozmawiać, używają dużo dźwięków naśladujących, np. na beef mówią muuuu (kwicząco).

Na korytarzach wieje. Jak w kopalni, mówi mój mąż - górnik.  Że w korytarzach jest taki ciąg powietrza.

Nie buja – to dobry nius (news).

A wieje okrutnie...

Dziś była pierwsza lekcja bezpieczeństwa. Przyszedł nasz przystojny kapitan, z właściwym sobie kapitańskim wdziękiem pokrótce przedstawił zasady bezpieczeństwa, po czym oddał głos oficerowi odpowiedzialnemu za  bezpieczeństwo. Pokazał nam zasady obsługi kamizelki ratunkowej i metodę ubierania pianki, chroniącej od zimnej wody w razie tonięcia statku, w której niechybnie wylądujemy w takim przypadku.  Pianka jest wielka, zakrywa wszystko łącznie z głową, stopami i rękami. Trzeba pamiętać by kaptur ubrać jako przedostatni, dopiero potem wsunąć drugą rękę i zapiąć zamek. Przypomina strój teletubisia.

  Coś wspomniał jeszcze o kasku, ale już nie słuchałam. Przecież nie będę chodzić w kasku!

Nuda panie, nuda...

19 grudnia 2013 – dzień dziesiąty

Rano wyrywa nas ze snu pukanie stewarda, że już czas na śniadanie. Zaspaliśmy. Okazało się, że wczorajszego wieczoru telefon złapał zasięg z sieci Angielskiej. Przepływaliśmy wtedy kanałem La Manche. I czas w telefonie oraz budziku przestawił się o godzinę do tyłu. Pędzimy coś zjeść, aby nie być głodnym do lunchu.

Prawie ciepło, ale na pokładzie jednak wieje

W nocy podobno mocno bujało. Ja nic nie czułem, ale tak twierdzi moja ładniejsza połowa. Podczas rozmów przy śniadaniu dowiadujemy się, że statek od kilku godzin mocno zwolnił i zatacza koła po wodach kanału La Manche. Powodem tego jest  sztorm na morzu dlatego kapitan postanowił przeczekać ten okres. Podobno mamy ruszyć dalej za około 20h. Idziemy do pomieszczenia z pralką i suszarką, aby wyprać parę ciuszków. Nie jest tego za wiele, ale chcemy przetestować sprzęt na przyszłość. Małe 2 godzinki później , które wykorzystujemy na spacer po pokładzie, mamy czyste i pachnące ubrania.

Zapakowany cały pokład. Można tu załadować dużo kontenerów.

W dalszym ciągu integrujemy się z reszta pasażerów. Sympatyczne małżeństwo z Francji opowiada o swojej poprzedniej podróży do Ameryki Południowej z przed kilku lat. Wtedy też płynęli linią Grimaldi ale na statku Grande Brasil. Pokazują zdjęcia z Boliwii i Argentyny. Z Salaru De Uyuni, ładne widoki.

 

20 grudnia 2013 – dzień jedenasty

Znowu zaspaliśmy. Wczoraj późnym wieczorem ruszyliśmy dalej w stronę Dakaru, a w nocy zaczęło bujać. Ale tak bujać, bujać. Tak naprawdę. W nocy budziłam się kilkakrotnie, coś spadło z biurka, Krzysiek się zerwał w nocy, była 4 i zbierał z podłogi butelki z piciem i kubki. Potem tak o wpół do szóstej się ocknęłam i nie mogłam zasnąć. A jak już zasnęłam to znowu zaspaliśmy na śniadanie i do drzwi zapukał Giuseppe. Śniadanie jakoś zjedliśmy, a później to już tylko leżenie, bo szkoda marnować energię. Jeden film, drugi film. Dobrze ze jest dvd i na dużym ekranie można wszystko oglądać. Na lunch ośmiornice i kalmary, pasta i jakieś inne paskudztwa. Za dużo nie jemy, pijemy colę i znowu do kabiny, znowu na łóżku…  Odpoczywamy. To znaczy niwelujemy skutki bujania. 

Morze po horyzont.

Trwają spekulacje co do pochodzenia kucharza i jego umiejętności. Jens twierdzi, że on ciągle jest na prochach.  Po pierwsze, żarcie do niczego, po drugie, ciągle w kuchni słucha na fula techno.

Mój mąż twierdzi, że smak nie jest ważny w tych okolicznościach, chodzi raczej o napchanie organizmu, żeby miał energię. Wczorajsza zupa na kolację przeszła samą siebie – drobna biała fasolka (skądinąd pyszna) wyglądała jak wyciągnięta z puszki i podgrzana. Dzisiejszy obiad – no nieszczęście. Makaron w czerwonym sosie ale z fragmentami skorupek, a raczej ze smakiem owoców morza. Po znalezieniu ości – rezygnujesz z sosu.

Ciągłe sprawdzanie na GPS gdzie jesteśmy

Drugie danie – hmmm ta ośmiornica z ziemniakami. Ciekawe doznanie smakowe…

Mój mąż przeprowadza badania kliniczne na sobie. Obserwuje Siebie przed i po zażyciu lokomotiv. Na razie czekamy.  Po kilku godzinach nie widzi  różnicy. Odstawia tabletki, nie ma sensu ich brać, właściwie nie działają.

Mnie w sumie nie mdli, co prawda trochę w głowie wiruje, ale na pewno nie można tego porównać do stada gwiazd. Objawów nudności u mnie brak. Ale boli pępek. Dziwnie…

Lądowisko dla helikopterów na pokładzie.

21 grudzień 2013 – dzień dwunasty

Siedzimy w średniej wielkości pomieszczeniu, które nazywamy świetlicą. W zasadzie są wszyscy oprócz Livii. Livia chora. Na sea sick (chorobę morską). Od 3 dni nie wychodzi z kabiny, a kabinę ma podłą, bo bez okna i z piętowym łóżkiem. To taka kabina za którą my zapłaciliśmy, ta najtańsza, ale summa summarum dali nam z oknem. Ciekawe od czego to zależy.

Mój przyjaciel - kucharz

Dziś przy obiedzie nastąpiło niewielkie spięcie. Chyba po raz pierwszy. Płynie z nami Cedric. Francuz. Specyficzny człowiek. Dobrze po pięćdziesiątce, raczej bliżej sześćdziesiątki. W okularach i często chodzi w czapce, takiej ruskiej w dodatku z czerwoną gwiazdą pośrodku. Stylizowaną na ruską czapkę z daszkiem, chyba z czasów rewolucji. Cedric zaczął pouczać drugiego francuza, że niepotrzebnie opowiada nam o kosztach we Francji, a zapytaliśmy po prostu o cenę biletu TGV. Starcie było krótkie, intensywne,  a Cedric rzucił w końcu hasta luego (do widzenia) i poszedł sobie...

... i jego filipiński pomocnik.

Jest co najmniej dziwny. Sapie, prycha, jego otyłość powoduje to, że ma takie bliżej nieskoordynowane ruchy. Ponadto okrutnik charczy, kaszle nie zasłaniając buzi. Zjada wszystko w bardzo brzydki sposób. Rozlewa, rozsypuje. Po prostu wzbudza we mnie ogólne obrzydzenie. Zresztą nie tylko we mnie, u pozostałych pasażerów również.

Drugi Francuz podróżuje ze swoją żoną Marie, oboje około sześćdziesiątki.

Dziś jedzenie jak zwykle. Śniadanie – bułeczki, pizza płatki i marmolada. Kawa wodnisty sok pomarańczowy oraz mleko. Dla potrzebujących również herbata.

Lunch. Na początek pasta bez smaku. Makaron w dziwnym sosie, niby pomidorowy, niby z jakimiś mięsem mielonym, ale jednak nie słony i mdły. Może myślą, że nam już nic nie zaszkodzi, ani też nie pomoże…

Kucharz zmienił dziś muzykę, ale jedzenie ciągle bez zmian.

Trzeba jednak przyznać, ze się stara. Do wczorajszej kolacji, gdy zobaczył ze nie jem tej podeszwy, przyniósł ponadprogramowy talerz z sałatą, pomidorami, serem żółtym (pysznym) i jajkiem na twardo. Ja generalnie zajadam się sałatą z oliwą i bułeczkami.  Jedyny grzech zatem to, to białe pieczywo…

Dni mijają leniwie.  Czas odmierzają posiłki. 7.30 śniadanie, 11.00 lunch, 18.00 kolacja. Z budzikiem wstajemy na śniadanie, po śniadaniu zwykle się rozkładamy na trochę w łóżku, przysypiamy, potem jeszcze przed lunchem coś próbujemy zrobić, na przykład dziś  umyłam głowę. A po lunchu krótki spacer po pokładzie, trochę siedzimy razem ze współpasażerami, kawa,  kolacja, i w sumie do kabiny na film z dvd. Sen. Mnie męczy jak leżę. Może to kiedyś przejdzie. Ogólnie wolę siedzieć lub stać na pokładzie, gdzie jest przyjemne, chłodne póki co powietrze.  Do Dakaru jeszcze 3300 km…

Mamy wrażenie że horyzont jest jednostajny, Afryka zbliża się jednak, ale my tego nie widzimy. Horyzont jest monotonnie płaski. Czasami fale wody mącą tafle wody. Statkiem łagodnie zakołysze, ogromny kolos uniesiony falą dźwignie się do góry poczym spada miękko, osiada w głębokiej toni. Odczuwamy to z wielką intensywnością w umysłach, a szczególnie w żołądkach…

Dziś odkryłam, że Cedric naprawdę jest pisarzem i napisał przynajmniej jedną książkę (sprawdzę później w Internecie ile ich jest rzeczywiście). Tą jedną o której myślę przyniósł do poczytania dla pasażerów. Pytałam Gladys co jest w środku, jaka jest treść. Powiedziała mi, że to filozoficzny bełkot i nawet nie podejmuje się choćby w niewielkim ułamku przetłumaczyć mi tego. Nic to. Będę się wszystkim chwalić – płynęłam przez Atlantyk z pisarzem. Albo z filozofem – o! Z filozofem.  Tak lepiej…

Wyczekuję na kolację. Ma być spaghetti z czosnkiem (bądźmy dobrej myśli…), pizza (a to nowość!), a także jeszcze coś pysznego, bliżej nie zidentyfikowanego.

Jak zwykle po obiedzie, krótka lekcja hiszpańskiego, Krzysztof pogadał z Matthew, który też ma ładnego GPS.  Chłopaki wymieniali się mapami i  innymi pożytecznymi plikami.

Krótka, szybka kawa i z powrotem do kabiny. Długo nie trwało, a już byliśmy w łóżkach. Przykryci prześcieradłem i kocem, szybko zasnęliśmy, bo znowu bujało. Niby buja cały czas, ale raz mocniej, raz słabiej. Może to jest przyczyna. Na szczęście jak się śpi i leży, to niewiele czuć. Człowiek zapomina o bujaniu.

ciężka praca każdego dnia...

22 grudnia 2013 – dzień trzynasty

Dziś niedziela. Mój mąż nie wstał dziś na śniadanie. Mruczał, że yymm. Więc poszłam sama na śniadanie, pogoda dziś piękna. Jesteśmy blisko Gibraltaru,  jutro Wyspy Kanaryjskie.

Śniadanie jak zwykle. Czyli kawa i jakaś wędlina, słodkie bułeczki i sok. Niemiłosiernie rozwodniony  sok pomarańczowy.

Trochę buja...

Płyniemy. Pogoda piękna. Słońce odbija się na falach morza. Na korytarzach krząta się kapitan z załogą. Zdobią je bombkami i złotymi łańcuchami. Kapitan dodatkowo zarządził świąteczny nastrój przy pomocy muzyki okolicznościowej  (we wish you a marry christmas) z dvd.  Pomimo, że wigilia już pojutrze jakoś nie bardzo czujemy ten nastrój. Może to poprawiająca się z dnia na dzień pogoda, brak zamieszania z przedświątecznymi przygotowaniami to sprawiają. A może tak jesteśmy zaabsorbowani nową dla nas sytuacją. Ciekawe…

Za chwilę Święta

Nic się nie dzieje. Siedzimy prawie wszyscy pasażerowie razem w mesie.

Są dwa fotele, dwie miękkie kanapy, dwa stoliki z czterema krzesłami. Warcaby. Przykłady węzłów marynarskich na ścianach. I oczywiście choinka. Oprócz tego dosyć obszerna biblioteczka z pozycjami po francusku, holendersku, duńsku. Nic po hiszpańsku, angielsku i oczywiście żadnej pozycji po polsku. Gdybym wiedziała to bym coś wzięła i zostawiła dla przyszłych Polaków którzy będą płynąć Grande Amburgo…

O lunchu jak i o kolacji nie można powiedzieć wiele nowego. Powoli przyzwyczajamy się do monotonii w menu. Nie ma co roztrząsać dlaczego tak jest. I tak nie mamy na to wpływu. Faktem jest jednak, że jedzenie kiedyś było lepsze na statku. Tak twierdzą francuzi, którzy odbyli podobny rejs kilka lat temu. Potwierdzają to również relacje i zdjęcia, które oglądaliśmy przed wyjazdem. Skupiamy się zatem na pozytywnych aspektach jakie niesie za sobą możliwość przeżycia takiego rejsu. Podczas rozmów poznajemy bliżej współpasażerów. Właściwie wszyscy oprócz nas mówią po francusku. Jest to główny język dominujący przy stole i podczas popołudniowej kawy w lounge. Kiedy zwracają się do nas przechodzą na angielski, ale  czasem się zapominają i dalej mówią po francusku. Śmieszne są te sytuacje.

Jutro robimy pranie… wreszcie jakaś akcja….

 23 grudnia – dzień czternasty

Wczoraj kapitan ogłosił przez radiowęzeł, że w nocy zmienia się czas obowiązujący na statku. Cofnęliśmy zegarki o jedną godzinę. Z tego powodu rano przed śniadaniem było już prawie całkiem widno.

Rozmowy przy śniadaniu:

- Zjesz płatki?

- Eee, pewnie niedobre, takie jak z Tesco.

- A z Tesco to jakie?

- No że się tak rozciapują, rozmiękają w mleku.

- A to nie, te są odwrotnie, twarde cały czas.

- Hmmm, rzeczywiście.   Aż kaleczą zęby…

Jesteśmy na tej samej szerokości geograficznej co  Marakesz (marakesh - Maroko). Ale także na tej samej szerokości co Miami (USA), ale to zupełnie chyba nie na temat. Płyniemy z prędkością około 17 węzłów (knots). Co daje około 31 km na godzinę. Płyniemy jak ślimak. Ale za to jak wielki ślimak.  

Morze jest nadal prawie płaskie. Dziś prawie wcale nie buja. Odczuwamy tylko wibracje i basowy, cichy dźwięk pracy silnika. Wieje lekki wiatr, a temperatura oscyluje koło 14 – 16 stopni. Z każdym dniem powinno robić się coraz cieplej.  Po lunchu prawie wszyscy poszliśmy na sjestę na leżaki na pokładzie. Jedni z kawą w ręku inni z książką zasiedli aby oddychać coraz cieplejszym powietrzem. Zbliżamy się do wysp Kanaryjskich. Liczymy, że może uda nam się złapać jakąś sieć telefonii komórkowej i wysłać kilka sms-ów do rodziny. 

Pośród pasażerów po południu nastąpiło lekkie poruszenie. Zaraz potem byliśmy na pokładzie, gdzie Jens zauważył delfiny wypływające na powierzchnię przed lewą burtą statku. Co kilka chwil tafle wody przecinały ich płetwy grzbietowe, a czasem wypływały bardziej nad wodę. Trudno było je zliczyć, ale było ich na pewno kilka. Po jakimś czasie zniknęły, aby pojawić się po drugiej stronie kadłuba statku. Takie miłe urozmaicenie monotonii dnia. Staliśmy zachwyceni ich towarzystwem. Z pokładu na horyzoncie nie było widać żadnego innego statku.

Dziś na korytarzu przed  poznaliśmy bliżej Cezara. Cezar pochodzi z Filipin. Około 8 miesięcy w roku spędza na morzu. Wygląda na trochę po czterdziestce. Dekorował ozdobami świątecznymi przejście do jadalni. Moja droga żona trochę mu pomogła… Cezar ma u siebie w kraju również motocykl, Hondę, chyba 400cc, jeśli dobrze zrozumiałem. Pokazał zdjęcie, fajna czerwona maszyna. Podpytywał nas o naszą podróż.

Jutro Wigilia !

24 grudzień 2013 – dzień piętnasty  

Kucharz zaprosił mnie dziś po lunchu do kuchni. Pokazał menu które przygotował na wieczorną kolację. Wszak to dziś wigilia.

Świąteczne menu

Mówię do męża: ubiorę sukienkę, a Ty musisz ubrać białą koszulę i krawat. Przytaknął. Oczywiście żart, przecież nie zabrał tego na wyprawę.

Rozmarzyłam się siedząc na pokładzie, w pełnym słońcu, nieco poniżej Wysp Kanaryjskich, a powyżej Wysp Zielonego Przylądka – oo, wieczorem uroczysta kolacja, ubiorę sukienkę, którą przezornie zabrałam (dzięki mojej mamie, bo mówiła, że jak to, rejs, kapitan, załoga, kolacja, święta, sylwester, a ja nie chcę zabrać sukienki???). Już się nie będę zagłębiać w opowieści, jak poszukiwałam tej sukienki trzy dni przed wyjazdem w sklepach (na zewnątrz +3 stopnie, a ja: dzień dobry, czy dostanę sukienkę na lato?). No to się rozmarzyłam, kolacja, uroczyście, ja w sukience i szpilkach. Będę oszałamiająco piękna.  A nie, przecież szpilek nie zabrałam. No nic. Będę tylko piękna…

Kilka godzin przed kolacją wigilijną w jadalni nastąpiły wielkie zmiany. Normalnie zamknięte wielkie rozsuwane drzwi zostały otworzone. Przyniesiono kilka nowych stolików. Na nich pojawiły się obrusy, talerze, kieliszki. Przy każdym nakryciu pojawiła się wizytówka z nazwiskiem, kolorowe, ręcznie robione menu, ozdobione świątecznymi motywami.

Lista pasażerów, przy każdym nakryciu wizytówka

Przed wyjściem na kolację wyciągnęliśmy z naszych przepastnych bagaży pognieciony nieznacznie opłatek, mój mąż stworzył na tą okazję wyjątkowy komplet życzeń („W chwili gdy spełniają się nasze marzenia…”). Podzieliliśmy się opłatkiem i ruszyliśmy korytarzem w stronę mesy.

Życzenia..

Kilka minut przed 20, na którą zaplanowana była kolacja, kapitan zaprosił wszystkich do stołów. Na centralnym miejscu stał stół z kruszonem i kieliszkami do których Kapitan własnoręcznie nalewał napój i podawał każdemu. Po uroczystym toaście i oficjalnym rozpoczęciu świąt zasiedliśmy do stołów.

Mieliśmy szczęście i zaszczyt zostać wybrani wraz z Livią i Jensem do stołu kapitańskiego. Na honorowym miejscu siedział kapitan, po jego prawej pierwszy oficer mechanik, a po lewej chief mate. My zajęliśmy miejsca obok nich, naprzeciw Livi i Jensa. Naprzeciw kapitana siedział Cedric, nasz pokładowy filozof – pisarz. Menu zapowiadało nam wspaniałą ucztę.

Wigilia przy kapitańskim stole

Rozpoczęliśmy talerzem przystawek. Pyszna ryżowa pasta, o ciekawym smaku, ryż ugotowany do miękkości, lekko rozklejony i zmieszany z jakąś rybą, bliżej niezidentyfikowaną. Oprócz tego,  bogaty w smaku, chrupiący tost z anchois i pomidorami, drobno krojonymi, sparzonymi, z obraną skórką. Pomidory idealne – ani za miękkie, ani za twarde. Mix warzyw nie przypadł mi do gustu, ponieważ nie przepadam za niczym, co jest w zalewie, ale Krzysiek wszystko pozjadał.

Pierwszy toast

Kolejno podano makaron penne w rybno pomidorowym sosie oraz za chwilę spaghetti z czosnkiem, po prostu fantastyczne, na włoski styl doskonale ardente, ani za twarde, ani za miękkie. Po prostu idealne. Następnie uraczono nas niewielką miseczką bulionu warzywnego, który raczej przypominał swoisty krem warzywny, choć może raczej nie był to krem, tylko po prostu zmiksowane warzywa na wdzięczną papkę,  do którego osobno podano grzankę. W smaku idealny, pożywny bulion.

Kapitan i część pasażerów

Nie minęła chwila, kiedy już Giuseppe podawał kolejne talerze. Tym razem był to wybór owoców morza. Wielkie krewetki zachwycająco kusiły widokiem, a ich smak był niezrównany. Smażony dorsz nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale był dobry. Ośmiornicy i małży raczej nie próbowaliśmy, chociaż odkroiłam kawałek i wsadziłam do ust. Mało tego, nawet przełknęłam.  Podczas całego posiłku na stole stały ryżowe sałatki, z dodatkiem jajka pokrojonego w ósemki i drobno pokrojonych warzyw.

Kiedy już wszyscy byli najedzeni na centralny stół wjechał tort śmietankowy, który zasłodził nas do reszty. Tort był w kształcie prostokąta, na wielkiej srebrnej tacy, ozdobiony cienko pokrojonymi plasterkami pomarańczy i kiwi. Obok zostały postawione dwa ciasta czekoladowe, oraz tradycyjna Włoska babka pannettone.

Kucharz poprosił Kapitana o pokrojenie. Ceremonia prawie jak na polskich weselach…

Master w akcji.

Wszyscy robili zdjęcia. Chief mate otworzył dwie butelki szampana. Wypiliśmy ponownie toast za wspaniałe święta i każdy otrzymał od kelnera swój talerz z kawałkami ciast. Centralne miejsce zajmowała Pannettone, nadziana dużymi, słodkimi rodzynkami i drobno krojoną słodką skórką pomarańczową.

Byliśmy pełni, objedzeni, wykończeni, z wypełnionymi po brzegi brzuchami.

Kapitan i filipińska część załogi

W rogu mesy stał stół zastawiony owocami, uśmiechały się do nas żółte melony, nieco jaśniejsze gruszki, a także pomarańcze i banany. Do pełni szczęścia brakowało tylko orzechów, ale jak się później okazało dostępne były fistaszki. W bezmiarze oceanu przez który płynęliśmy, uczta ta, choć tak całkiem odmienna od naszej Wigilii, była wspaniałym przeżyciem.

  A oto całe menu:

  •  Mix warzyw w zalewie ( małe różyczki kalafiora, oliwki, cebulki i sałata)
  •  Ryżowo – rybna pasta ułożona w piramidkę
  •  tost z anchois i pomidorami
  •  Makaron w rybackim stylu ( makaron penne w rybno – pomidorowym sosie)
  •  Spaghetti z czosnkiem i oliwą, przyprawione chili
  •  bulion warzywny z grzanką
  • Talerz owoców morza ( smażony dorsz, krewetki królewskie, ośmiorniczki, małże)
  • Filipińska ryżowa sałatka
  • Ciasta ( tort śmietankowy, tiramisu, keks, Panettone, ciasto czekoladowe)
  • Szampan, tonic, cola, piwo, wino (białe i czerwone)

Salvatore (kucharz) w akcji

Należy pamiętać, że to menu tworzone było przez włoskiego kucharza, więc nie ma w zasadzie nic, co byłoby w jakimś stopniu polskie. Nie jestem też do końca pewna, czy jest tam dużo włoskiej tradycji, chociaż Panettone świadczyłoby o czymś innym. W każdym razie nie było żadnego mięsa, a to już dobrze, bo przynajmniej żadne ważne kwestie nie zostały sprofanowane.

Rozmowy przy stole obracały się głównie wokół tematów pogodowych – to zawsze dobry temat na wykwintną i elegancką rozmowę – „a jaka jest teraz pogoda w Polsce? A czy śnieg, a jak długo”.

Kolejno poruszaliśmy się wokół spraw podróżniczych – „a dokąd jedziemy, jaka jest trasa naszej podróży motocyklowej, czy będziemy w Chile, czy słyszeliśmy, że w Peru jest niebezpiecznie, zwłaszcza w Limie”

Później parę tematów na temat statku, życia na statku, ilości załogi (w sumie podczas tego rejsu jest 29 członków załogi), długości rejsów poszczególnych oficerów (zwykle pływają 8 miesięcy).

Chwila dla fotoreporterów

Kiedy już wszyscy byli najedzeni, mesa powoli pustoszała, a my wciąż siedzieliśmy przy stole – kapitan, dwóch oficerów i my – pasażerowie – dwie pary.

Nastąpiło, jak się później okazało, klasyczne błędne koło. My siedzieliśmy bo oni siedzieli, a oni siedzieli bo my nie wstawaliśmy od stołu. W końcu kiedy było już pusto w mesie wstaliśmy, podziękowaliśmy, znowu wszyscy powtórzyli Merry Christmas. I przeszliśmy na pokład.

Na zapleczu kuchni, w przejściu na zewnętrznym pokładzie, pomiędzy jedną stroną statku a drugą, stali wszyscy pasażerowie, cześć palaczy paliła, reszta dyskutowała o różnych sprawach. Pół godziny później część z nas wylądowała na filipińskim wieczorku rozrywkowym. Filipińczycy mają zwyczaj urządzając sobie karaoke, kiedy tylko mają okazję. Przeszliśmy do pomieszczeń filipińskiej załogi. Mają swoją osobną mesę. Na statku panuje dosyć ścisły podział pomiędzy oficerami, niższym poziomem załogi i Filipińczykami.

Dodatkowo część załogi nie jest w jakiś sposób licencjonowana przez Grimaldiego i nie ma prawa nosić takich swoistych mundurów (piszę mundur, bo nie wiem jak to inaczej nazwać, są to takie brązowe koszule z oznaczeniami na pagonach i do tego w komplecie spodnie). Chodzą w takich roboczych niebieskich drelichach podczas pracy, natomiast po pracy (co raczej rzadkie) chodzą „po cywilnemu”. Oficerowie i inni licencjonowani członkowie załogi noszą zawsze odzież powiedzmy, że mundurową, oprócz kapitana, który występuje dla odróżnienia w białej koszuli z kapitańskimi insygniami na pagonach.

Karaoke u Filipińczyków...

W mesie Filipińczyków przez prawie dwie godziny część z nas, pasażerów siedziała i śpiewała. Filipińczycy mają swoje piosenki, swoje filipinian – polo, a raczej disco – filipino, śpiewają o miłości i temu podobne. W swoim języku oczywiście. Jest też paru wyśmienitych tancerzy do tej muzyki, wśród załogi, także dopijaliśmy kruszon i śpiewaliśmy z nimi. Mnie w udziale przypadły dwie piosenki: My way – Franka Sinatry, oraz Imagine – Johna Lenona. Oczywiście dostałam wielkie brawa (jakże by inaczej).

Około pierwszej w nocy wróciliśmy do kabiny. Zasnęliśmy jak kamień (jak kamienie dwa).

Jeszcze raz – Wesołych Świąt. Tęsknimy…

25 grudzień – dzień szesnasty

Dzisiejszy ranek rozpoczął się później niż zwykle. Śniadanie zostało przesunięte na godzinę 8,30.  Tradycyjnie włosko – kawa, herbata i słodkie bułki.

Po śniadaniowy czas spędziliśmy w kabinie, robiąc nasze językowe lekcje, przygotowując materiały do strony, którą mamy nadzieję uzupełnić w Dakarze.

Pierwszy toast

Obiad zaplanowany został na 12.00. Nie liczyliśmy na zbyt wiele, ale okazało się że jest to iście królewska uczta. Tym razem rozpoczęliśmy od Martini (w wysokich cienkich kieliszkach ozdobionych cukrem na rancie (jak to robi Mama), z plastrem pomarańczy i oliwką. Na przystawkę antipasti, bruscheta z pomidorami, szynka parmeńska (prawdopodobnie), surowa, długo wędzona, lekko zamarynowana w aromatycznej oliwie z ziołami, pokrojona w kostkę o wymiarach 3x3. Mogłoby się wydawać, że będzie żylasta, ale nic z tego. Miękko rozpływała się na podniebieniu.

Wierzcie nam, same pyszności... Pierwszy od góry makaron z krewetkami, a na dole od lewej antipasti.

Kolejno (dalej jesteśmy w kuchni włoskiej i najpewniej tak już pozostanie do końca rejsu) makaron penne w sosie krewetkowym z cukinią. Drobno pokrojona cukinia i niewielkimi cząstkami krewetek w wonnym sosie. Całość wieńczyła posadowiona na środku, owinięta w cienki, grillowany plaster cukinii krewetka, podana w całości. Po prostu niebo w gębie. Miód na kulinarne serce. Zwłaszcza moje, bo przecież przepadam za krewetkami.

Jego Wysokość Indyk

Posiłek wieńczył świąteczny indyk podany iście arcymistrzowsko. W mesie rozchodził się zapach jabłkowego nadzienia, przy akompaniamencie aromatu przypieczonych cząstek ziemniaków.  Smakowało nam. Nasze żołądki wypełnione zostały po brzegi. A okazało się że to jeszcze nie koniec.

Kucharz porcjuje indyka

Przyszedł bowiem czas na dulce, czyli samo słodkie. Kucharz ponownie oczarował nas babką Panettone (cały czas jednak myślę, że jest ona z pudełka, gotowa) a do tego kruche ciasto przełożone budyniowym kremem. Rozkoszy dopełniła kawa podana na styl włoski – esspreso – maleńka ilość kawy z powalającą na kolana mocą. Ja się jako jedyna wyłamuję i proszę zawsze Giuseppe, by przygotował mi cappuccino.

W międzyczasie, Chief mate otworzył szampana, wypiliśmy po lampce, a Cedric wygłosił wiersz (?) lub coś podobnego, który wychwalał nasz rejs, kapitana i inne (za dużo nie zrozumiałam z upojonego alkoholem głosu z mocnym, francuskim akcentem).

Cedric Colon - pisarz i filozof francuski

Wiem, że dużo opowiadamy/piszemy o jedzeniu, ale wierzcie mi, niewiele można robić na statku. W zasadzie to trochę jest tak, że niewiele się chce, bo pewnie robić można znacznie więcej niż by mogło się wydawać. Ale jest coś takiego porażającego w tym warkocie silnika, który nigdy nie ustaje, coś takiego usypiającego w wiecznym bujaniu się statku, bo nawet jak stoi w porcie, to może i nie buja, ale wibracje od pracującego silnika, powodują wewnętrzne drgania, które każą ci się po prostu położyć i przeczekać.

Podobno silnik nie przestaje pracować w żadnej sytuacji, oprócz ewentualnych remontów, również na postoju pracuje bez przerwy, bo podobno wytwarza prąd dla całego statku. To znaczy silnik może nie wytwarza prądu ale generator, który jest zintegrowany z silnikiem.  W każdym razie cały czas hałas (czasem większy, czasem mniejszy), cały czas lekkie drgania, a od czasu do czasu bujania.

Zmierzam do tego, że cały czas chce mi się lekko spać, trochę chodzimy przymuleni i często chce nam się spać. Teraz jest już co prawda dużo lepiej niż w Hamburgu czy w drodze z Hamburga do Hiszpanii, bo przynajmniej można wyjść na zewnątrz, dotlenić się. Z każdym dniem jest coraz cieplej. Ale z drugiej strony nadmiar tlenu powoduje zmęczenie, więc znowu chce się spać . I tak w kółko Macieju.

W każdym razie robimy wiele, by nie poddawać się temu marazmowi.

Do Dakaru pozostało 400 km. Zakładamy, że jest to około 14 godzin. Miejmy nadzieję, że będziemy tam rano, zjemy śniadanie i będziemy mogli całą pasażerską ekipą iść do miasta.

Po południu siedzimy w świetlicy i zgrywamy zdjęcia od współpasażerów.  

26 grudzień 2013r – dzień siedemnasty

A było to tak: Śpię, śpię, nagle jakiś pająk po mnie zaczyna chodzić. Ale jakiś taki wielki jest, włochaty jakby… Ciągnie mnie i szarpie…? Sen to jeszcze, czy już się obudziłem? Czuję rękę na sobie i  słyszę w końcu głos:

- Krzyśku, Krzyśku wstawaj !

- ????

- Wstawaj, Afryka dzika, widać już !!

- Uhymm

Tak właśnie zaczął się mój/nasz dzień z Dakarem w roli głównej. Kilka dłuższych chwil przyglądaliśmy się przez okno zbliżającemu się brzegowi Afryki. Jeszcze w całkowitej ciemności, ale już wyraźnie było widać latarnię morską i zbliżające się światła wielkiego miasta. Statek zaczął zwalniać i zataczać łuk podchodząc do wejścia do portu, widzieliśmy to na GPS. Była 5 rano. Ja jeszcze padłem na łóżko i zasnąłem na trochę. Jak się okazało żonka moja również zasnęła ponownie. Obudziliśmy się w momencie kiedy holowniki ustawiały nasz statek przy nabrzeżu, kilka minut po 7. Idziemy na pokład rozejrzeć się.

Port Dakar

Dookoła pełno kontenerów, place z autami, dźwigi portowe i inny sprzęt. Typowy portowy krajobraz. Na redzie stoi kilka statków. Z drugiej strony miasto. Wieżowce, ale niezbyt wysokie, zabudowania portowe, jakieś biura. Idziemy na szybkie śniadanie. Potem łapiemy za pomocą anteny sygnał sieci internetowej z portu. Bardzo przydatne urządzenie, które jak na razie w wielu miejscach pozwala nam połączyć się z Internetem. Budzimy tym niemały podziw wśród współpasażerów. Załatwiamy kilka zaległych spraw, poczta, Skype, itp. W końcu nadszedł czas pójścia do Dakaru.

Zabieramy laptopa, trochę kasy i z resztą pasażerów ruszamy zwiedzić miasto. Większość pasażerów ma nadzieje złapać Internet, aby porozmawiać z rodzinami. Od kapitana dostajemy ksero naszych paszportów i dokument, że jesteśmy pasażerami Grimaldiego. To wystarcza, aby swobodnie wyjść z portu i poruszać się po mieście. Zostajemy jeszcze pouczeni, że mamy wrócić najpóźniej do 21.00. Po zjechaniu windą na dolny pokład, ruszamy pomiędzy kontenerami do bramy portu.

Na razie całą grupą, jest nas dziewięcioro. Nie ma z nami tylko Cedrica. Nie wiemy czy miał zamiar w ogóle wychodzić. Rozglądamy się po ulicach, jest jeszcze mały ruch i większość sklepów i restauracji jest zamknięte.

Kilkaset metrów za bramą portu znajdujemy kantor wymiany walut. Wymieniamy podobnie jak większość z nas trochę kasy. My, podobnie jak Mathieu z żoną, decydujemy się na wymianę 10 euro. Nie wiemy czy to dużo, czy mało. Ale właściwie nie potrzebujemy za wiele. Jakieś picie i coś przegryźć lokalnego.

Lokalne uliczki Dakaru

Po jakimś czasie gubimy Daniela po drodze. Decydujemy się podzielić na dwie grupy. Jedni maja priorytet znalezienia Internetu. My z Mathieu i Gladys idziemy zwiedzać. Dołączają do nas Livia i Jens. Umawiamy się, że cała grupa spotyka się za 2 godziny o 12 w miejscu wymiany waluty. Zagłębiamy się pomiędzy uliczki.

sprzedawcy kijków do czyszczenia zębów

Wszędzie widzimy ciemne twarze. A właściwie czarne niczym najczarniejszy węgiel! Kolorowe ubrania, kwieciste i w różne wzorki długie suknie kobiet. Mężczyzn, czasem w garniturach, ale przeważnie na „sportowo”. Wszystko ma ciekawy koloryt i jest inne niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

 

 

Wzrok wędruje nam ciągle do nowych, ciekawych i frapujących miejsc jakie mijamy. Nowiutkie auta, przeważnie azjatyckich marek, mieszają się z ogromną ilością żółtych taxi. Te z kolei lata świetności mają już dawno za sobą. Przeważnie Peugeoty najróżniejszych modeli, strasznie kopcące, są wszędzie. Miasto jest nimi wypełnione.

Na chodnikach, przy ścianach, w zaułkach siedzi wielu ludzi. Bardzo wyraźnie biedni. Handlują różnymi rzeczami, czasem żebrzą.

Od czasu do czasu dochodzi do naszych uszu charakterystyczny dźwięk. Trochę jak klaskanie. To pucybuci trzymając dwie szczotki do czyszczenia i polerowania butów, kołaczą nimi, dotykając z mocą dwóch drewnianych powierzchni. Ogromna ilość małych dzieci zaczepia turystów i prosi o pieniądze. Maja małe metalowe puszki i przeszukują trawniki i chodniki, mając nadzieje znaleźć cos ciekawego i cennego dla nich. Widzieliśmy już takie sytuacje w Azji. Ale zawsze wzbudza to mieszane uczucia.

Znajdujemy zaciszne miejsce na kawę w mini parku w Instytucie Francuskim. Ceny europejskie (czyli kawa - 2 euro), ale łapiemy Internet i udaje nam się przesłać zdjęcia na serwer, aby mogła powstać relacja na stronie. Od rana było dosyć ciepło, a teraz niespodziewanie słyszymy grzmoty. Pada niewielki deszcz, który jednak szybko przechodzi. Wracamy powoli do miejsca naszego spotkania i z resztą grupy idziemy do knajpki o wdzięcznej nazwie Ali Baba.

Kanapka za 3500 tysiąca...

Wewnątrz fajna lokalna atmosfera. Z menu wybieramy rodzaj kanapki – hotdoga. Dostajemy kilka dzbanuszków z różnymi sosami, a po kilku minutach, zawiniętą jak wielki cukierek sporą kanapkę. Wewnątrz podłużnej bułki jest kilka frytek, trochę sałaty i spory kawałek mięsa. Chyba wołowego, mielonego. Całość smaczna, albo już byliśmy głodni. Jak się okazało Senegal wcale nie jest dużo tańszy niż Polska. Wydajemy prawie wszystkie pieniądze, które wymieniliśmy. A zjedliśmy za 3500 miejscowej waluty.

Jest godzina 13. Oddzielamy się od grupy, aby pochodzić jeszcze trochę uliczkami po mieście. Kierujemy się na chyba główny plac w mieście. Przysiadamy na centralnie położonej fontannie. Po burzy już dawno nie ma śladu, a słońce przypieka mocno.

I piękne kobiety na ulicach...

Jesteśmy w centrum stolicy kraju. A dookoła nas ogromne ilości śmieci. Wszystko sprawia wrażenie totalnie zaniedbanego. Wody w fontannie nie było już pewnie od bardzo dawna. Wiele z jej elementów jest zniszczona i zdewastowana. Latarnie na placu straszą porozbijanymi kloszami. Po obu stronach placyku znajdują się małe budynki informacji turystycznej. Niestety oba są totalnie zniszczone i porośnięte trawą. Tutaj na pewno niczego o Dakarze się nie dowiemy…

Dalszy spacer po mieście zawiódł nas w ulice tętniące handlem. Ogromne ilości różnych towarów zmieniają swoich właścicieli. Jesteśmy zaczepiani co chwila i nakłaniani do kupienia czegokolwiek. Nawet jeśli jest to nowiutka szafa lub łóżko. Wrażenie robią sprzedawcy drewna. Chodzą z charakterystycznymi witkami powiązanymi w małe sznurki. Te drewienka służą do czyszczenia zębów. Co któryś spotkany człowiek trzyma i miętosi w zębach taką gałązkę czy patyczek. Dochodzimy w okolice portu, gdzie stoi nasz statek. Widać jaki jest wielki.

W porcie widoczny nasz statek

 Robimy jeszcze małe kółko uliczkami. Wydajemy ostatnie monety jakie zostały nam po wizycie w restauracji na colę.

Kierujemy się do bramy portu, gdzie po małej kontroli papierów zostajemy wpuszczeni do środka. Od drugiej strony, pomiędzy jeżdżącymi ciężarówkami dochodzimy do rampy Grande Amburgo. Nogi już nas trochę bolą. Przez ostatnie 10 dni nie chodziliśmy zbyt wiele po pokładzie. Daje to o sobie znać.

Trochę przeładowana ciężarówka

Po powrocie na pokład ponownie łączymy się z Internetem i rozmawiamy na skype z rodziną. Odbieramy pocztę, sortujemy zdjęcia zrobione dziś na mieście. Na tym upływa nam czas do kolacji. Posiłki wracają pomału do normy. Po świątecznym obżarstwie, na talerzach pojawia się „biff”. Nieodłączny nasz towarzysz… Konsumujemy go wytrwale. Musimy napchać nasze brzuchy. Mało gryziemy, raczej od krajamy  jak najmniejsze kawałki i tak jakoś nam się udaje go zjeść. Gryzienie jest przereklamowane…

Obserwujemy rozładunek

Po posiłku idziemy na pokład, gdzie trwają w najlepsze prace przy częściowym rozładunku statku. Auta które dotychczas stały na najwyższym pokładzie zostają przeniesione na ziemię. Przy pomocy ogromnego dźwigu w który jest na naszym pokładzie. Auta wjeżdżają na specjalny najazd po 4 sztuki, a następnie z wysokości około 30 m przestawiane są na nabrzeże. Załoga wyraźnie się śpieszy. Widać że mają duże doświadczenie w swojej pracy.

Rozładunek samochodów

Na niższym zewnętrznym pokładzie w miejsce po autach ciężarowych, które tam stały, ustawiane są kontenery wysyłane z Dakaru. W światłach portowych i oświetleniu statku widać kłęby kurzu. Po jakimś czasie wracamy do kabiny. Zostawiamy zajętych swoją pracą marynarzy.

27 grudzień 2013 – dzień osiemnasty

O trzeciej w nocy statkiem zaczyna bujać. To niechybny znak, że Afryka zostaje w tyle za nami. Żegnajcie Afrykańczycy  i niekupione pamiątki z cyklu maski, figurki, magnesy i  koszulki z napisem Senegal (Łukasz może nie będzie niepocieszony…).

targ w Dakarze

W normalnym tempie: 28 – 30 km na godzinę – wypływamy z portu. Ciemno dookoła. O 6 rano jesteśmy już na pełnym oceanie.

No to się zaczęła kolejna część rejsu. Na razie buja raczej usypiająco, więc zaraz po śniadaniu, lekko uporządkowaliśmy kabinę i znowu leżakowanie. Uzupełnianie informacji w blogu, przysypianie, kąpanie, suszenie włosów i dzień zleciał. Zresztą włosy trzeba tu często myć, bo tu wszystko jakieś takie umazane.

Całe powietrze na statku, szczególnie na zewnątrz jest takie aż ciężkie od smarów. Trudno to określić, ale ta ciągła praca maszyn tego kolosa powoduje, że się ma wrażenie, że czasem powietrze jest lepkie od oparów wielkiej ilości mazutu, który pracuje w silniku statku. Nie znaczy to że na statku jest brudno, bo codziennie chodzą i sprzątają stewardzi.   I tak powoli mija dzień.

Kolacja dziś wyśmienita była, zupa z soczewicy. Las lentajes. Kiedy uczyłam się hiszpańskiego nie wiedziałam, że tak szybko przyda mi się to słowo. Na drugie wyśmienite danie, coś na kształt ratatouille, z mięsem (miękką wołowiną), ziemniakami, groszkiem, we wspaniałym własnym sosie. Do tego bułeczki. Po prostu wyśmienite. I na deser jajka sadzone. Część pyszna – taka jeszcze z półpłynnym żółtkiem, a reszta niestety – z żółtkami twardymi jak nie powiem co. W każdym razie ścięte…

Wieczorna pogawędka z Livia okazała się niesamowitym doznaniem. Livia razem z Jensem ma około 20 przyjemnych zwierzaczków w domu. To zamiast psa lub kota, bo z nimi trzeba chodzić na spacery, albo dokonywać innych czynności, jak czyszczenie kuwety, a tym samym pamiętać o zakupach żwirku i tak dalej. W każdym razie ze względu na swoje wrodzone lenistwo ( jak sama twierdzi), Livia hoduje tarantule. Co jedzą domowe tarantule? Na przykład  „baby mouse”, czyli dzieci myszy. I karaluchy daje im do jedzenia. Po prostu mistrzostwo świata. Najpierw ja miałam minę pełną niedowierzającego zdziwienia i obrzydzenia, a później Gladys, której to samo opowiedziała. To ciekawe patrzeć na kogoś innego zdziwionego wielce, kiedy swoje zdziwienie ma się już za sobą.

 

28 grudzień 2013 – dzień dziewiętnasty

Pobudka była dziś dosyć przyjemna, z powodu wczorajszego przesunięcia czas, ponownie o godzinę wstecz. Wstajemy sprawnie, a nawet chwilkę przed czasem i wpół do ósmej jesteśmy w jadalni. Pochłaniamy jogurt, dżem i bułeczki. Zmuszam się do jednej, pomimo, że są pachnące jest dla mnie za wcześnie na posiłek.

Wielodniowy pobyt na statku powoduje lekką klaustrofobię. Wychodzimy przewietrzyć się. Już przed Dakarem powietrze znacznie się ociepliło. Zbliżamy się do równika. Z pozycji GPS wynika, że zostało jeszcze niecałe 800 km. Pomimo chęci pooddychania tym tropikalnym powietrzem, dosyć szybko chowamy  się do środka.

Powodem tego jest całodzienne mycie pokładu. Cezar i reszta filipińskiej załogi wyciągnęła karchery i silnymi strumieniami wody zaczęła sprzątać pokład pokryty smarami po autach które byłe transportowane z Europy do Dakaru. Wracamy do kabiny. Codziennie od rozpoczęcia rejsu po śniadaniu, a przed lunchem puka do nas Giuseppe z pytaniem, czy sprzątać kabinę. Pomimo, że są to jego normalne obowiązki staramy się mu nie dodawać niepotrzebnej pracy. Sami ścielimy łóżka, sprzątamy łazienkę, czy ścieramy kurze.

Dziś jednak pora na generalne porządki, wymianę ręczników, pościeli i mycie podłogi. Korzystam zatem z jego oferty i zostawiam klucze od kabiny. Aby nie przeszkadzać mu w pracy idziemy do salonu porozmawiać z pasażerami. Większość z nich dziś tam się zebrała z powodu niemożności wyjścia na zewnątrz.

sprzątanie i mycie pokładu

Po jakimś czasie na pokładzie zrobił się mini basem, widzimy to przez okna. Pokład statku wykończony jest metalowym rantem o wysokości około 10 cm. Ogromne ilości wody teraz przelewają się po pokładzie nie mając ujścia za burtę. Są oczywiście miejsca gdzie woda może swobodnie odpłynąć, ale lekkie kołysanie statku skutecznie spowalnia ten proces. Wymyte białe ściany statku i zielona podłoga odzyskują swoją intensywność barw.

Po lunchu wracamy do kabiny. Czyściutka podłoga, łazienka i zmieniona pościel. Super. Teraz nadszedł czas na spisanie naszej pozycji z GPS dla Cedrica. A tak, bo zapomniałem przecież napisać, że zostałem pomocnikiem naszego pisarza. Zaraz na samym początku rejsu Cedric widząc w moim ręku nawigację, zapytał czy mogę mu codziennie po południu podawać naszą aktualną pozycję. Tak więc mam teraz codzienny obowiązek. Wyjaśnił mi, że jak zrozumiałem, pisze coś na kształt dziennika podróży i chciałby mieć taką informację. Ciekawe czy napisze coś o pasażerach…

Reszta dnia upływa już rutynowo. Leżymy, patrzymy przez okno, znowu leżymy… Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Dziś trochę o tym, że jak się dowiedzieliśmy kilka dni temu, prawie wszyscy pasażerowie prowadzą bloga z podróży. Będąc w Dakarze zajrzeliśmy na ich strony z ciekawości. Część właściwie dopiero zaczęła i nie ma tam za wiele wiadomości. Jest trochę zdjęć z poprzedniej podróży do Ameryki pary z Francji. Początek relacji z podróży Daniela przez Amerykę Południową do USA. Strona Livi i Jensa o ich rozpoczętej przygodzie w aucie WV T4. Będę zaglądał w przyszłości do tych relacji…

29 grudzień 2013 – dzień dwudziesty

Od wypłynięcia z Dakaru mamy cały czas ładną pogodę. Co prawda dziś w nocy był spory deszcz, bo cały pokład jest mokry, a nawet spore kałuże się zebrały w zagłębieniach. Jednakże od rana było ładnie, morze leciutko tylko pofałdowane delikatnym wiaterkiem. Codziennie po śniadaniu staramy się wypatrzeć delfiny. Co jakiś czas udaje nam się dostrzec jakieś. Niektóre wyskakują nad wodę i płyną równo ze statkiem. Widać też dużo latających ryb. Pojawiają się nad wodą po kilka, kilkanaście sztuk i nisko nad morzem szybują czasem skręcając. Potrafią kilkadziesiąt sekund unosić się w powietrzu. Jednak jak dotąd jedynego rekina jakiego widzieliśmy mi udało się wypatrzyć. Po prawej stronie statku, w odległości około 10m widać było jego płetwę grzbietową nad powierzchnią. W oświetlonej słońcem wodzie prawie bez ruchu unosił się rekin z takim płaskim nosem. Nie mam pojęcia jak się nazywał. Wyraźny kształt płetwy ogonowej nie dawał wątpliwości, co do tego co widzimy. To był rekin.

Idziemy do maszynowni zabezpieczeni w ochraniacze na uszy

Dziś przed lunchem odwiedziliśmy maszynownie. Chief mate wraz z innym oficerem zabrali nas całą grupą na zwiedzanie pomieszczeń sterujących statku. Zjechaliśmy na 3 poziom windą, skąd przeszliśmy pieszo przez pokłady towarowe do centrali obsługi mechanicznej statku.

W klimatyzowanym pomieszczeniu wielkości około 5m na 12m w centralnym miejscu stał pulpit sterujący. Na nim dwa wbudowane komputery i mnóstwo kontrolek i wskaźników. Zegary wskazywały różne parametry urządzeń pracujących na statku.

Serce statku - maszynownia i jej sterowanie

Między innymi aktualną prędkość, która wynosiła 17 węzłów. Jest to około 29 km/h. Jak nam powiedział główny mechanik, przy tej prędkości statek zużywa około 40T paliwa na dobę.

Jak wskazują zegary, statek w zasadzie nigdy nie przekracza 17 węzłów (knots)

Następnie ubrani w ochraniacze na uszy przeszliśmy do głównego pomieszczenia z silnikiem. Ośmiocylindrowy kolos o mocy około 25000 koni mechanicznych, wytwarza ogromny hałas i generuje wiele ciepła. Po przekroczeniu drzwi, buchnęło na nas gorące powietrze. Po metalowym pomoście przeszliśmy dookoła pomieszczenia gdzie znajdował się główny motor statku. Z wysokości około 10m widać było ogromne śruby nad cylindrami i kolektor wydechowy.

SiInik z góry

Cały korbowód znajdował się jeszcze kilka metrów niżej, ledwo widoczny w labiryncie schodów i podestów pod nami. Na moment zdjąłem ochraniacze na uszy. Teraz dopiero wyraźnie było słychać jak potężny jest hałas. Przekraczał jakiekolwiek wyobrażenie. Nad nami również znajdowały się podesty i schody prowadzące do górnej części maszynowni i do komina wiele metrów nad nami.

Obserwujemy silnik z góry

Oprócz tej atrakcji w dniu dzisiejszym mieliśmy jeszcze jedną w planie. Prawie nie zauważalnie minęliśmy po kolacji, około 21,30 równik. Według wskazań GPS łatwo obliczyliśmy ile czasu pozostało do tego momentu.

Na pokładzie pośród tysięcy gwiazd nad nami, w upalnym powietrzu statek minął tą niewidoczną nigdzie granicę. Wpłynęliśmy na południową półkulę. Nic się nie wydarzyło. Nikt tu nie chodzi do góry nogami…

Jedna połowa naszej pary wypiła lampkę wina i poszliśmy spać…

 

30 grudnia 2013 – dzień dwudziesty pierwszy

Dziś ponownie pobudkę mieliśmy o godzinę później.  Wczoraj kapitan ogłosił ponowną korektę obowiązującego czasu. Pomimo powolnego tempa jego zmiany nasz organizm dalej funkcjonuje jeszcze w starym rytmie. Nie jest to jakiś wielki dyskomfort, ale pobudki nie wydają się już takie wczesne. Dziś nawet wstaliśmy o 6,30 i zrobiliśmy lekcje językowe. Na dzień dzisiejszy mamy 3 godzinną różnice w czasie w stosunku do Polski.

Trzy pokładowe gwiazdy

Zadecydowaliśmy wczoraj, że przeczytamy Transatlantyk Gombrowicza. Żeby się do tego bardziej zmobilizować czytamy sobie na głos. Na razie przebrnęliśmy przez 25 stron, a już widzę wyraźny wpływ jego pisarstwa na moje zapiski i sformułowania.

Na godzinę przed lunchem usłyszeliśmy głos kapitana w głośnikach w naszej kabinie. Proszono, aby wszyscy pasażerowie i załoga stawiła się na górnym pokładzie, obok mostka kapitańskiego. Zaczynało się „Party Equator”. Przeczuwając już co nas ma spotkać poszliśmy na górę.

Pasażerowie prawie w komplecie

Nie żebyśmy nie byli przygotowani na przekraczanie równika. Byliśmy. A jakże. Ale trwoga w nas była okrutna i jakoś tak nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Tedy jak tylko weszliśmy na górny pokład dużo osób już tam było, bo i cała załoga, i wszyscy pasażerowie (oprócz Cedrica, który spóźnienie zaliczył niewielkie). Zaczęły się ucieszne zdjęcia, chichoty, nerwowe oczekiwanie na Neptuna, przy wtórze przebojów Gusttawo Lima płynących z magnetofonu kasetowego.

Neptun wyglądał groźnie

Aż wreszcie pojawił się ten młody, przystojny w białe szaty spętany król, który dzierżył w dłoni srebrny harpun trzyzębny (czy to oby na pewno harpun?). Obok niego jego świta dzielna, trzymała wielkie wiadro z chochlą. Jak się później okazało popłuczyn kawy pełne.

Syrena na statku głośno zawyła, tak głośno, że pobudziłaby wszystkich śpiących żeglarzy, i tak każdy kto miał zaszczyt przepłynąć równik po raz pierwszy, został wyczytany z nazwiska przez Chief Mate (pierwszego po kapitanie), a następnie pokłonić się musiał Neptunowi i przyjąć na głowę zawartość chochli.

Chrzest, czyli mokra kawa na głowę

Chief Mate każdego zapraszając z osobna przed oblicze Neptuna nadawał imię, wybierane z różnych gwiezdnych konstelacji. Moje imię na chrzcie to Denebola, a mego męża to Dubhe.

Z ceryfikatem w ręce i kapitanem po jednej stronie, pierwszy oficer po drugiej...

Czarne fusy spłynęły nam po karkach i pociekły po plecach. Niektórzy przenikliwe zapobiegliwi panowie  zdjęli swoje t-shirt’y. Też chciałam, ale mąż mnie odwiódł od tego pomysłu. Kiedy skąpani byliśmy już w tych resztkach kawy, z samej góry, gdzie wszystkie urządzenia mierzące nasze położenie względem satelit się znajdują, trysnął na nas strumień z węża strażackiego, wody jak sól słonej, tak słonej jak nigdy, nigdzie  nie czułam. Znowu zawyły syreny, dając znać że kolejni szczęśliwcy są po chrzcie morskim i dołączyli do tego elitarnego grona, osób ochrzczonych na morzu, po przekroczeniu równika.

 

Film  od Mathieu

Chwilę trwało oblewanie nas słoną wodą, po czym wielominutowy prysznic z wody słodkiej. I jeszcze tylko musieliśmy  w ekspresowym tempie przebrać się i lekko osuszyć by już dostąpić zaszczytu wręczenia certyfikatu, na którym kapitan Donato Alberto złożył swój podpis zaświadczając, że jesteśmy szczęśliwie po ceremonii przekroczenia równika, Dnia Pańskiego 29 grudnia, na statku Grande Amburgo.

Moje imię Denebola oznacza gwiazdę w gwiazdozbiorze Lwa (a jakże by inaczej!). Krzysiek otrzymał imię gwiazdy ( Dubhe) z gwiazdozbioru wielkiej Niedźwiedzicy, która wchodzi w skład Wielkiego Wozu . 

Z ceryfikatem w ręce i kapitanem po jednej stronie, pierwszy oficer po drugiej...

Gratulacje, aplauz, uściski, drink z oranżady, tortinki, kanapeczki, koreczki.

Następnie mieliśmy okazję oglądać, podziwiać i zwiedzać ( o ile tak to można ująć) mostek kapitański.

Wizyta na mostku kapitańskim robi wrażenie

Jest duży, robi wrażenie, dużo sprzętu, radarów, pomimo, że statek ma już 11 lat to w zeszłym roku przechodził kapitalny remont. Mam nadzieję, że sprzęt nawigacyjny również został co nieco odświeżony (choć z drugiej strony nie widać nowości). Zresztą trudno się wypowiadać, skoro się nie ma porównania. W końcu to moja pierwsza wizyta na kapitańskim mostku.

Lunch opóźniony dziś o godzinę został, ale za to pasta pyszna, beef i salmon. Nie ma to jak dobrze przyrządzany łosoś.

Same atrakcje mamy podczas tego rejsu – święta, przekroczenie równika i za chwilę, czyli jutro – Sylwester a później Nowy Rok.

 

31 grudnia 2013 – dzień dwudziesty drugi

 

No Sylwester. Naprawdę ostatni dzień roku. Czas na jakieś podsumowania? Nie. Patrzymy raczej tylko w przyszłość. Na nadchodzące miesiące, które spędzać będziemy w Ameryce Południowej. Od rana beztroskie leżakowanie. Czytamy dużo o krajach w których będziemy, by być jak najlepiej przygotowanym.

O 14.00 już rozpoczęliśmy świętowanie Nowego Roku. Ponieważ większą część załogi stanowią Filipińczycy, celebrują ten moment, kiedy to w ich kraju wybija północ. Zostaliśmy zaproszeni na kapitański mostek, tam czekał na nas filipiński makaron świąteczny, ciasto i zimny napój z kostkami lodu, plastrami pomarańczy i limonki. Punktualnie o 14.00, to znaczy o północy czasu filipińskiego, syrena swoim głośnym dźwiękiem oznajmiła rozpoczęcie Nowego Roku. Filipińskiego. 

Złożyliśmy wszyscy życzenia Filipińczykom, popiliśmy, pojedliśmy, wykonaliśmy serię pamiątkowych zdjęć i znowu do pracy. To znaczy do pracy poszła załoga, a pasażerowie do swoich codziennych zajęć – leżakowanie, czytanie, tworzenie w komputerach blogów, opisów, obróbek zdjęć, filmów i tak dalej i tak dalej.

Nieco przed osiemnastą zaczęliśmy przygotowania do Sylwestra – specjalny ubiór, garnitury, krawaty, koafiury, manicury i tak dalej, czyli po prostu wyciągnęłam sukienkę przygotowaną na tą okazję, nieśmiertelne podróżnicze sandały, lekko pociągnęłam rzęsy tuszem, który zakamuflowałam na specjalne celebracje i poszliśmy do mesy.

Nieco przed 19.00 zaczęła się uroczysta kolacja, przy wtórze śpiewów niejakiego Gusttavo Lima. Jak się okazało to bardzo uniwersalny i wszechstronny artysta. Gra na gitarze, perkusji, fortepianie, tańczy , śpiewa, stepuje, i do tego jeszcze rusza w diabelskim rytmie biodrami.  Fanem Gusttavo Lima jest nasz master, dlatego podczas całej kolacji w tle wybrzmiewał koncert live z Sao Paulo. Brazylijskie samby towarzyszyły nam w tą Sylwestrową Noc.

Kolacja rozpoczęła się od uroczystego toastu wzniesionego całkiem niezłym winem.

Na dobrą wróżbę posiadania mnóstwa pieniędzy w Nowym Roku podaje się we włoskiej tradycji taką zupę z soczewicy. Mnóstwo okrągłych ziaren jest przenośnią  dużej ilości monet.

Kolejno przystawki, do wyboru, do koloru. Przede wszystkim różne tortinki, kanapeczki, pączki na słono, miniaturowe hot-dogi.

Podejrzałam kucharza w ciągu dnia (po 15.00). On naprawdę wszystko robi sam. Zagniata ciasto, lepi, smaży, piecze. No dobrze, niektóre rzeczy wyciąga z paczki (jak na przykład Panettone), ale dużo też wkłada pracy we własnoręczne przygotowanie wielu dań.

Jako pierwsze danie wjechała lasagne alla bolognese. Do tego podano też piwo, z czego skwapliwie skorzystałam. Popijaliśmy zatem do lasagne włoskiego castelo i czekaliśmy na kolejne atrakcje kulinarne. Rozmowy przy stoliku kapitańskim, do którego trafiliśmy po toaście nie kręciły się koło pogody (tym razem). Raczej rozmawialiśmy o tradycjach sylwestrowych (podobno w Italii ludziska tłuką szkło na Nowy Rok) i jak zwykle o podróżach.

Drugie danie to dorsz podany w cytrynie podany na sałacie z czarnymi oliwkami (baccala al limone). Wyborne. I jako zwieńczenie -  po prostu wielki ekstremalnie kotlet schabu. Obżarstwo było tak wielkie, że nie można było zmieścić do brzucha już nic, poza malutkim, zielonym kiwi.

Punktualnie o północy czasu europejskiego czyli o godzinie 21.00 czasu lokalnego wznieśliśmy toast za pomyślność w Nowym Roku, życzenia (mój mąż tradycyjnie, jak z rękawa sypał rymowanymi i adekwatnymi do sytuacji powinszowaniami).

Chcieliśmy wytrzymać do północy, ale niestety się nie udało. Po kolacji poszliśmy ze wszystkimi pasażerami i zrobiliśmy sobie małe pasażerskie party, Francuzi wyciągnęli na tą okazję szampana, a nie było to szampanskoje igristoje (czy jak to się tam pisało). Posiedzieliśmy do 23.00 przy francuskiej muzyce Cloude Francois.

Zaliczyliśmy zatem podwójnie świętowanie Nowego Roku w ciągu tej doby, a do trzeciego nie udało nam się dotrwać. Zresztą dwukrotne w zupełności wystarczy.

 

Happy New Year

 

1 styczeń 2014 – dzień dwudziesty trzeci

No to witamy w Nowym Roku. Na statku wszyscy są w pracy, więc ani wczoraj ani dzisiaj nie ma specjalnych okazji, by załoga mogła świętować. W zasadzie dzisiaj tylko śniadanie było normalne, czyli kaweczka, słodka bułeczka z dżemem.

Ale za to obiad – opóźniony. Teoretycznie miał być na 12.00, punktualnie o tej godzinie syrena zawyła, ale gdy zjawiliśmy się przed mesą, okazało się że kucharz jeszcze pół godziny potrzebuje.

Tak więc dokładnie o 12.30 rozpoczął się noworoczny obiad. Na przystawkę podano cocktail z krewetek,  zarówno to danie, jak i później to wszystko co podawano,  mojej drugiej połowie się nie podobało.

Koktajl z krewetek był tylko preludium do następnej serii dań z owocami morza. Tak więc kolejno: ośmiornica na grzance, risotto z owocami morza, krewetki po meksykańsku  i kalmary w marynacie.

Po prostu znowu uczta dla zmysłów, oczywiście pod warunkiem, że się lubi krewetki, kalmary, ośmiornice i inne frutti di mare.

Zatem mój mąż brnął przez obiad wytrwale, połykając niektóre potrawy, przebierając, odkrawając nóżki ośmiornic czy krewetek. Udało mu się co poniektóre bez smakowania przełknąć, by zapełnić żołądek.

Kolacja dziś została zapowiedziana na 20.00, także teraz mamy spokojny czas na kawę, ciasto panettone i relaks. My naturalnie pracujemy, przygotowujemy zdjęcia i krótkie filmy. 

Na kolację mój przyjaciel Salvadore spełnił moje marzenie, które wypowiedziałam dosłownie dzień wcześniej (oczywiście nie informując go o tym). Marzenia mają to do siebie, że się spełniają, wiec oprócz fantastycznego wyboru serów, które były na kolację (obok makaronu oczywiście), na deser zaserwowano nam lody. Przyjemność była nieziemska.

 

2 styczeń 2014 – dzień dwudziesty czwarty

Uff. Drugi tuzin dni w podróży za nami. Dziś jeden z bardziej leniwych dni, chociaż z drugiej strony dużo zrobiliśmy. Zrobiliśmy kilka zdjęć, chociaż była straszliwa patelnia na górnym pokładzie. Poprzekładaliśmy trochę rzeczy z jednej sakwy do drugiej (że niby trochę uporządkowaliśmy). Napisaliśmy jeden artykuł/relację z podróży dla naszych patronów medialnych. I tak dzień zleciał. Upał straszliwy, jeszcze parę godzin i będziemy na wysokości Rio de Janeiro, które jak nam dziś zameldował kapitan, zostało wybrane przez internautów (Tripadvisor’a) za najlepszą destynację podróżniczą w 2013 roku.

Po południu wielkie poruszenie. Kapitan zarządził próbny alarm. Ćwiczyliśmy w prawie pełnym ekwipunku – zebraliśmy się na miejscu zbiórki, cała załoga plus pasażerowie, poubierani w kapoki i kaski. Ze sobą taszczyliśmy wielkie siaty z piankami ochronnymi. Załoga ćwiczyła gaszenie statku, a część z nich ewakuację rannego (rannej?). Potem jeszcze tylko przymiarka na sucho do łodzi ratunkowej. I już. Po wszystkim.

Chciałam trochę zdjęć wziąć od Cedrica, ale niestety, kiedy próbowałam przegrać od niego zdjęcia za pomocą pen-driva – zawirusował mi go. Po prostu nie mogę go otworzyć. Zdenerwowało mnie to okrutnie.

Jeszcze jeden, półtorej dnia i dopłyniemy do Santos. Brazylia.

 

3 styczeń 2014 – dzień dwudziesty piąty

Zbliżamy się do Rio de Janeiro. Do brzegu mamy około 70 kilometrów, ale ponieważ płyniemy ciągle wzdłuż wybrzeża nic nie widać. Stolicy Brazylii nie zobaczymy. Dziś już trochę pracujemy nad filmem z przejazdu w Hamburgu do portu, trochę wybieramy zdjęcia do wysłania. Oglądamy filmy, jemy owoce i wypoczywamy. Dziś trochę większy wiatr niż w ciągu ostatnich dni. Ale słońce nadal ogromne, tyle tylko że temperatura jest mniej odczuwalna.

Może ktoś sobie myli, że my tu odbijamy się od ścian w kajucie. Tak nie jest. Oprócz delikatnego bujania, nie odczuwamy żadnego dyskomfortu. Kiedy tylko opuściliśmy Europę , na wysokości Wysp Kanaryjskich, warunki podróży (oprócz hałasu) są dużo lepsze. Nie buja i można spokojnie zająć się czymś innym niż myślenie o żołądku, który robi fikołki. 

A poza tym ciągle wirus w komputerach zaprząta nasze głowy.

Zbliżamy się do Rio de Janeiro. Do brzegu mamy około 70 kilometrów, ale ponieważ płyniemy ciągle wzdłuż wybrzeża nic nie widać. Stolicy Brazylii nie zobaczymy. Pracujemy nad filmem z przejazdu w Hamburgu do portu, trochę wybieramy zdjęcia do wysłania. Oglądamy filmy,  jemy owoce i wypoczywamy. Dziś jest nieco większy wiatr niż w ciągu ostatnich dni. Ale słońce nadal ogromne, tyle tylko że wysoka temperatura jest mniej odczuwalna.

Może ktoś sobie myśli, że my tu odbijamy się od ścian w kajucie. Tak nie jest. Oprócz delikatnego bujania, nie odczuwamy żadnego dyskomfortu. Kiedy tylko opuściliśmy Europę , na wysokości Wysp Kanaryjskich, warunki podróży (oprócz hałasu) są dużo lepsze. Nie buja i można spokojnie zająć się czymś innym niż myślenie o żołądku, który robi fikołki. 

A poza tym ciągle wirus w komputerach zaprząta nasze głowy. Mnoży się po podłączeniu jakiegokolwiek urządzenia pod USB. Jedyny sposób jak na razie, to formatowanie kart pamięci po podłączeniu do komputera. Bez dostępu do Internetu na razie nic z tym więcej nie zrobimy.

4 styczeń 2014 – dzień dwudziesty szósty

Od wczoraj walczymy z komputerami. Wirus na wirusie, wirusem pogania. Niby coś skanujemy, niby coś usuwamy, ale na razie ciągle słabo. Nie chce mi się nawet wchodzić w szczegóły, bo wkurzonam okrutnie cały czas. Póki co wierzę, że się uda odwirusować. I na razie koniec z używaniem pen-drivów i korzystaniem z obcych źródeł. Straszliwe.

Do tego wszystkiego jeszcze stoimy na redzie przed portem w Santos. I tak będziemy stać jeszcze dwa dni. Na redzie pełno statków, około dwudziestu. Sieć komórkowa jest, ale do portu zbyt daleko, żeby złapać Internet.

Na razie mamy klasyczne przesilenie – nie chcemy już być na morzu, chcemy wysiadać.

Przez te wirusy jesteśmy mocno podenerwowani.

Wygląda na to, że wirusy od Cedrica są wszędzie, kopiują się, rozmnażają się, kopulują w ogromnym tempie. Większość pen-drivów zapylił (zawirusował) i mamy wszystkie kompy zamęczone.

Próbujemy walczyć wszystkimi metodami informatyczno mechanicznymi. Na razie jest to trudne.

W tej chwili mamy tak ogarnięte że możemy przesyłać zdjęcia między kompami. Trochę kłopotu z tym, ale jakoś to idzie.

Resumując mamy wirusy w obydwu kompach i na pewno będą nam pyszczyć. Przez chwilę chcieliśmy zastosować radykalną metodę – wyrzucenie obu komputerów za burtę. Ale chęć podzielenia się z Wami tymi wszystkimi przeżyciami, wzięła górę.

A tak poważnie mówiąc mamy nadzieję, ogarnąć się niedługo z tym problemem i mieć go za sobą.

Pogoda dziś deszczowa, tropikalna. Gorące i lepkie powietrze, a jednocześnie dosyć duży wiatr.

5 styczeń 2014 – dzień dwudziesty siódmy

Stoimy na redzie przed portem w Santos. Powietrze jeszcze bardziej gorące i jeszcze bardziej wilgotne niż wczoraj. Wiatr tak lekki, że prawie niedostrzegalny. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Wygląda na to, że nie wcześniej niż 13 stycznia opuścimy pokład w Montevideo. Oczywiście planujemy wyjść na parę godzin do brazylijskiego Santos, jak tylko statek zostanie wpuszczony do portu. Później mamy nadzieję, na parę godzin wysiąść  w Zarate, (gdzie będzie następny przystanek).

Pozatym nic. Obeszliśmy trochę wirusa komputerowego dookoła. Co będzie z nim dalej – zobaczymy.

 

 

O 15.00 na pokładzie wielkie poruszenie. Ruszyliśmy. Najpierw powoli, 7 km na godzinę, ale już po 20 minutach przyspieszyliśmy i z zawrotną prędkością 16 km na godzinę zbliżaliśmy się do Santos. Wszyscy wylegli na pokład, z aparatami fotograficznymi,  kamerami i kamerkami.

Płynęliśmy i płynęliśmy aż wysokie wieżowce miasta były już doskonale widoczne. Santos leży w otoczeniu wysokich gór. Ma ponad 400 tysięcy mieszkańców i rozciąga się też na przybrzeżnej wyspie Sao Vincente. 

To wielki port leżący w pobliżu największego miasta Brazylii – San Paulo.   Największe miasto Brazylii ma ponad 11 milionów mieszkańców, a wraz z przyległymi przedmieściami ponad 21 milionów. Jest większe od Rio de Janeiro – stolicy kraju.

 

Wzdłuż całego wybrzeża, na przestrzeni wielu kilometrów, pośród zalesionych gór, ukazywała się nam panorama nowoczesnego miasta. Niezliczona ilość wieżowców robiła ogromne wrażenie. W miarę zbliżania się statku do wejścia do portu rozpoznawaliśmy coraz więcej szczegółów.

Prawie 3 godziny wpływaliśmy do portu, by wreszcie o 18.00 zobaczyć holowniki i popychacz, które ustawiły nas przy nabrzeżu. Po około 30 minutach opuszczono  rampę rozładunkową statku.  

Załoga wielce poruszona. Większość konieczne chciała wyjść jeszcze dziś w nocy, bo to jedyny dla nich czas, kiedy to mogą skorzystać z atrakcji miasta. W dzień – rozładunek i inne obowiązki. My mamy nadzieję, że wyjdziemy jutro po śniadaniu, podejdziemy do dzielnicy ludzkiej,  to znaczy wyjdziemy poza obszar portu.

6 styczeń 2014 – dzień dwudziesty ósmy

Santos. Od rana już jesteśmy podekscytowani tym, że wyjdziemy na ląd. W końcu znowu po 9 dniach staniemy suchą stopą na ziemi. Przy śniadaniu wypytujemy Daniela, który był wczoraj wieczorem w mieście o jego wrażenia i o różne sprawy.

Zaraz po 8.00 wyruszamy. Idziemy razem z Marie Jo i Sauvierem, parą z Francji, która koniecznie chce znaleźć Internet. My oczywiście też.  Z portu i miejsca w którym przycumowaliśmy jest około 30 minut marszu do pierwszych zabudowań miejskich. Przechodzimy w rosnącym upale pomiędzy kontenerami, portowymi budynkami, terminalami i mnóstwem przygotowanych do załadunku ciężarówek. Docieramy do pierwszych uliczek. Zabudowa jest dosyć zniszczona, należy też pamiętać, że jesteśmy dosyć daleko od centrum miasta, z jego wysokimi zabudowaniami. W miejscu w którym jesteśmy dominuje kolonialna architektura, dużo kamieniczek jest zniszczonych. Podziwiamy kolonialny budynek Muzeum Kawy. Santos słynie z tego,  że jest miastem,  z którego brazylijska kawa wypływała i pewnie wypływa w świat. Słynie też (jak cała Brazylia) z nabożnego podchodzenia do futbolu.

 My namierzamy kawiarenkę z internetem. Na pokładzie niestety nie mogliśmy złapać, pomimo, że próbowaliśmy ostro. A na mieście prawdopodobnie jest już dostępny w każdym barze. Jest tu bardzo dużo knajpek z kawą i sokami. Stoliki mniejsze, większe, pełno ciasteczek, bagietek, empanadosów.

Łączymy się z Internetem. Rozmawiamy z rodziną, trochę wstawiamy informacji na stronę i do FB, po czym idziemy na obchód uliczek. Chcemy wymienić trochę kasy, by mieć chociaż na kawę czy sok. Trafiamy do banku. Okazuje się, że nie ma możliwości wymiany, ale przemiły bankowiec powiedział nam po angielsko/portugalsko/hiszpańsku  jak trafić do cambio dinero. Ulicę dalej znajdujemy Money Gram i tam wymieniamy trochę euro, bo jak wspomnieliśmy wcześniej chcieliśmy tylko wypić kawę lub sok.  

Sklepy w większości zarzucone chińszczyzną. Ludzie na ulicy mili i przyjaźni. Kobiety o brazylijskich kształtach: duże, piękne rozłożyste biodra…

Siadamy w pobliskiej kafejce, pijemy świeżo wyciśnięte soki z pomarańczy. Chwilę odpoczywamy od upału (o ile to możliwe) po czym wracamy na statek. Kapitan przykazał bowiem wszystkim pasażerom wrócić najpóźniej o 13.00.

Na statku jesteśmy już za późno aby zjeść lunch. Podjadamy zatem pizzę, która została ze śniadania. Giuseppe robi nam kawę cappuccino i przynosi kilka gruszek. Jakoś przetrwamy do kolacji.

O 16.00 wypływamy.  W iście ekspresowym tempie odbijamy od nabrzeża. Boczne silniki kierunkowe statku odpychają nas od brzegu robiąc sporą falę. Po kilku minutach powoli ruszamy do przodu, stopniowo nabierając prędkości.

Jeszcze tylko obserwujemy z zaciekawieniem jak portowy pracownik wyskakuje z naszego statku na małą motorówkę z napisem „pilot”. Robi to „w locie”, przy prędkości prawie 30 km na godzinę. 

Kiedy szliśmy na kolację, mijaliśmy właśnie wejście do portu. Potem, już w trakcie posiłku, widzieliśmy oddalający się brzeg i miasto przez okna w jadalni.

 

7 styczeń 2014 – dzień dwudziesty dziewiąty

 

Poranek zastał nas ponownie na otwartym oceanie. Tak więc, pierwszy kontakt z Ameryką Południowa mamy już za sobą. Za wiele o Brazylii nie możemy powiedzieć. Jednak podoba nam się! Czekamy na więcej już wkrótce. Ale na razie znowu jesteśmy w drodze. Na morzu. Za oknem kabiny jednostajny krajobraz i jak na razie żadnego statku na horyzoncie.  Wracamy do znanego już nam rytmu dnia. Dziś po śniadaniu Cedric poprosił o sprawdzenie pozycji statku z wcześniejszych dni. Gdzieś zapodziała mu się część notatek do jego dziennika. Pokazywał mi zdjęcia ze swoich wcześniejszych podróży. Miał nawet takie z 1976 roku z Azji. Był wtedy w Laosie, Tajlandii i w Indonezji. Fajnie się słuchało jego opowieści, pomimo jego bardzo niezrozumiałej wymowy. Ma tendencję do wtrącania wielu słów po francusku. Ale jakoś udało nam się porozumieć.

Przez kilka godzin po południu wybierałem kawałki filmów z całego nakręconego podczas rejsu materiału. Oj, żmudna to i wymagająca wiele cierpliwości praca. Jak na razie jeszcze nie mamy koncepcji, jak to wszystko poskładać w całość. Zobaczymy co z tego wyjdzie, kiedy już wszystkie kawałki będą gotowe.

W czasie kolacji i potem przy kawie rozmawialiśmy z Marie Jo i Souvierem o ich poprzedniej podroży po Ameryce Południowej. Opowiadali nam o swoich odczuciach i spostrzeżeniach z ich pobytu tam. O bardzo przyjaźnie nastawionych ludziach w Argentynie. O łowieniu ryb, których jest mnóstwo w patagońskich jeziorach. O problemach z oddychaniem na dużych wysokościach w Peru i Boliwii.

 

8 styczeń 2014 – dzień trzydziesty

Jesteśmy już na wysokości Urugwaju. Powoli kończy się nasza morska część podróży. Zostało nam jeszcze co prawda kilka dni spokojnego życia na statku, ale już czujemy  „oddech” nowej przygody, która nas niebawem czeka. Czujemy lekkie podniecenie i dreszczyk emocji przed nieznanym, bardziej wymagającym etapem podróży. Pomimo tylu przygotowań i jak dotychczas idealnej realizacji planu stanięcie twarzą w twarz ze swoimi spełniającymi się marzeniami jest ciekawym doświadczeniem.

9 styczeń 2014 – dzień trzydziesty pierwszy

Stoimy. Stoimy już od wczesnych godzin porannych. Wczoraj cały dzień pracowaliśmy nad filmem z rejsu. Żmudna to praca straszliwie. A dziś stoimy w ujściu Rio de la Plata. Ta rzeka tworzy największe estuarium (lejkowe ujście), stanowi wspólne ujście rzek Parana i Uruguay. Długość to 320 km a szerokość od 80 do 220 km.

Czekamy. Czekamy, aż będziemy mogli wpłynąć do Zarate. To port rzeczny na Rio de la Plata. Dookoła nas kilkanaście statków, które też pewnie czekają, na możliwość wpłynięcia. Głębokość ujścia jest relatywnie mała – od 2 do 8 metrów. Dla takich dużych statków, jakim płyniemy muszą być tory wodne, które umożliwiają bezpieczne wpłyniecie. Za szerokie też nie mogą być, wiec czekamy, bo pewnie miejsca brak. Czekamy na swoją kolejkę.

Plan nasze podróży zakłada właśnie przemieszczenie się rzeką do Zarate, a później powrót do Montevideo. Statek z Montevideo płynie znowu do Dakaru, a później do Europy. I tak w kółko. 

„Płyńmy. Płyń żesz płyń. Ameryka czeka. Tak blisko już, a on stoi. O, wiem sprzedamy motory i kupimy se konia. Ja będę tym, tym, no wiesz, a ty będziesz Sancho Pansa mój wierny…” – czyli dziwne pomysły mojego męża.

Pasą mnie jakąś paszą, że utyłem jakoś… – usłyszałam od niego po kolacji. Bo tak naprawdę nasz rytm dnia odmierza czas na posiłki – 7.30 śniadanie, 11.00 lunch, 18.00 kolacja.

Człowiek tak naprawdę nie ma czasu, by wydatkować tą energię, którą gromadzi.

10 styczeń 2014 – dzień trzydziesty drugi

Moje biodra wołają o pomstę do nieba. Zdecydowałam, że będę mniej jeść, ale jak tu nie jeść, jak Salvadore wchodzi na wyżyny swoich umiejętności kulinarnych. Co prawda gotuje tylko z tego co ma, ale to co przyrządza da się zjeść, a do tego jest tego dużo. Bo niby jest mało na talerzu, ale są pełne trzy dania – zupa, mięso, coś tam, np. sery czy sałatka. I owoce. I kawa. I tak w sumie trzy razy dziennie oprócz śniadań, kiedy to człowiek zjada pyszne, jeszcze ciepłe, świeże bułeczki z dżemem (bo ta wędlina co ewentualnie jest to słabo…).  No dramat, dramat. Boję się wchodzić na wagę, której zresztą nie ma. To znaczy jest, któryś z oficerów ma w kabinie (widziałam !!!), ale przecież scen nie będę robić. W każdym razie już z niecierpliwością czekam, kiedy stąd wyjadę (wyjadę na motocyklu) z tego statku, bo naprawdę, naprawdę szkoda słów. I ciągle stoimy. Nic się nie dzieje. Czekamy. Na redzie. Ostatnie informacje mówią, że jutro w nocy wpłyniemy do Zarate. Oby…

Dziś w nocy przestawiamy zegarki o godzinę. Będziemy zatem o 4 godziny do tyłu, w stosunku do Polski.

11 styczeń 2014 – dzień trzydziesty trzeci

Oczywiście nie przestawiliśmy zegarków. Zapomnieliśmy. Dzięki temu wstaliśmy rano (lepiej chyba napisać, że zwlekliśmy się z wyra) niby normalnie, ale pędzimy do mesy, a tam cisza i spokój – śniadanie dziś godzinę później przecież, więc messmen i messboy sobie jeszcze śpią. Wróciliśmy zatem do kabiny, teoretycznie zyskując godzinę na krótką drzemkę, omówienie ważnych spraw (!!!) i tak dalej.

Wyszliśmy na chwilkę na zewnątrz, a tam pełno robaków na pokładzie. Moja żona mówi, że to ważki, ale ja tam widzę tylko same robaki… Różne amerykańskie robaki… Wielkie ćmy i inne latające stworzenia. Wczoraj dosyć mocno wiało i być może jakiś prąd powietrza przygnał te stworzenia na statek.

Po śniadaniu robimy pokaz naszego filmiku z rejsu. Przez ostatnich kilka dni udało nam się poskładać w całość niezliczoną ilość kawałków. Dobrać muzykę, różne efekty i w końcu jest całe dzieło. Ciągle mamy ochotę coś zmieniać, ale ogólnie prezentacja bardzo się podobała.

W dalszym ciągu stoimy na redzie w okolicach Montevideo. Statek co jakiś czas zmienia swoje ustawienie. Ale jest to raczej spowodowane ustawianiem się okrętu dziobem do wiatru. Dopiero po kolacji zaczęliśmy odczuwać zmianę w rytmie pract silnika, a potem statkiem zaczęło lekko kołysać.

Nie wpłyniemy dziś do Zarate, bo mamy ponad 300 km, a wyruszyliśmy dopiero o 21.00…

12 styczeń 2014 – dzień trzydziesty czwarty

Poranek przyniósł nam kolejną niespodziankę podczas tej podróży. Tak optymistycznie zaczęte wczoraj wchodzenie do portu okazało się płonną nadzieją. Prędkość statku mocno spadła w porównaniu z ostatnimi dniami. Przed śniadaniem okazało się, że pokonaliśmy około połowy drogi do Zarate. Następnym zaskoczeniem dla nas był kolejny postój przed Buenos Aires. Od załogi nie udało się nam jak dotychczas uzyskać informacji ile tym razem postoimy (bo sami nie wiedzą), oraz czym ten postój jest spowodowany. Widzieliśmy tylko łódź odbierającą portowego pilota, który wracał na ląd. Rozmawiając między pasażerami przypuszczamy, że czekamy na kolejnego pilota operującego na kolejnym odcinku Rio de la Plata.

Nastroje wśród nas wszystkich panują różne. Właściwie nikomu się nigdzie nie śpieszy, tak więc specjalnych powodów do zdenerwowania, nie mamy. Jednak jakoś tak daje się zauważyć lekkie podekscytowanie i swoistą niecierpliwość w oczekiwaniu na upragnione zejście na ląd. Co prawda jedynie Daniel może mieć nieodpartą chęć szybszego zejścia ze statku, na niego oczekuje już dziewczyna (kobieta!), która przyleciała z Europy.

My zdajemy sobie sprawę, że nie mamy wpływu na długość podróży, więc dzielnie w spokoju ( a nawet zrelaksowani) przyglądamy się wybrzeżu i statkom na redzie…

Woda wokół statku ma kolor brązowy. Pływa na jej powierzchni dużo jakichś roślin. W ujściu rzeki, na którym teraz się znajdujemy, jest ogromna ilość osadów które przemieszczają się wraz z jej prądem.  Po kilku godzinach bezruchu przez statek ponownie zaczynają przechodzić wibracje. Silniki kierunkowe na rufie, mącąc wodę jeszcze bardziej,  powoli obracają nas we właściwym kierunku. Powoli nabieramy prędkości, by po kilkunastu minutach przyspieszyć do 24 km/h. Jest szansa, że w nocy wpłyniemy w końcu do Zarate.

Przed i po kolacji jesteśmy zajęci obserwowaniem mijanych przez nas statków. W miarę zbliżania się do zwężenia estuarium Rio de la Platy widzimy coraz wyraźniej wieżowce Buenos Aires. Niebo jest bezchmurne a zachodzące akurat nad miastem czerwieniejące coraz bardziej słońce tworzy niesamowitą panoramę. Stoimy i obserwujemy ten urzekający pokaz natury. Kiedy wpływamy w jedną z odnóg rzeki Parana, ściemnia się coraz bardziej, a tor wodny robi się bardzo wąski. Kamieniste brzegi są zaledwie kilkadziesiąt metrów od kolosa, którym płyniemy. My wracamy do kabiny, odpocząć po długim dniu. I przygotować się w końcu, miejmy nadzieję, na zejście na ląd jutro…

13 styczeń 2014 – dzień trzydziesty piąty

Poranek obudził nas pięknym słońcem. Okazało się, że nawet zachodzące słońce opala. To nie Polska, kiedy o 16.00 można już prawie bezpiecznie siedzieć na słońcu. Wczorajsze wieczorne (czyli po 19.00) oglądanie Buenos Aires o zachodzie słońca okazało się zabójcze dla mojej skóry. Przez 30 dni rejsu chowam się od tej palącej gwiazdy, ukrywam się, kryję się w cieniu, unikam go, siedzę w kabinie lub mesie. Ale nie. Oczywiście musiało mnie dopaść (a raczej dopuściłam do drobnej osobistej niesubordynacji) i tragedia gotowa. Moja twarz czerwienią się mieni. Wieczorem jeszcze wydawało się, że jakoś to będzie. Dziś jednak z samego rana widzę, że nic z tego. Dalej jestem piękna, z tym że już na czerwono. Wiem, wiem. Trochę to zbrązowieje. Ale przez etap koralowy niestety trzeba przejść.

Terminal Zarate

W każdy razie my witamy w końcu Zarate. Statek stoi w porcie, do którego wpłynął w nocy, prawdopodobnie około 3. Wczorajsze niedowierzanie, kiedy patrzeliśmy przez okno w kabinie na szerokość rzeki, w akompaniamencie rozszerzających się źrenic, zamieniało się w plątaninę zachwytu i przestrachu (przynajmniej u mnie, bo mój mąż to się niczego nie boi !). Płynęliśmy rzeką, naszym wielkim olbrzymim statkiem, który ma 214 metrów długości i 36 metrów szerokości (szerokość w tym wypadku istotniejsza), a z każdej strony mieliśmy szuwary, zielone tereny i widoczny kamienisty brzeg. Oczyma wyobraźni widziałam, jak niewielu centymetrów (z pewnością) brakuje do dna, ale nawigator (nawigatorzy?) i pilot naszego statku jakoś dali sobie radę i jesteśmy w Zarate. Jeszcze trzeba będzie stąd wypłynąć, ale to spokojnie, za 2, 3 dni. 

Cały terminal Zarate wypełniony jest samochodami. Ruch jest ogromny, od rana trwa wyładowywanie naszego załadowanego statku. Na Grande Amburgo wchodzi ponad 3500 tysiąca samochodów !!!.  Jest co rozładowywać.

Po śniadaniu na statku pojawił się gość. Z bliżej nieznanych nam powodów gość wszedł na pokład i jako tak zwany cinkciarz zadziałał na naszym statku. Pasażerowie skwapliwie skorzystali z jego usług, bo w Argentynie funkcjonuje czarny rynek dolarowy. To znaczy – bank płaci (na dziś) 6,2 peso za dolara, a na czarnym rynku płacą ponad 9 peso za dolara.

Zagadałam z cinkciarzem. Nie pytajcie skąd on się wziął na pokładzie, ale nie będę w to wnikać. Jest też taka możliwość, ze jest tu jako gość osobisty któregoś z członków załogi, ale jak wspominałam nie wiem i trudno mi w to wnikać. Mówi się że Argentyna to ekonomiczny Titanic. Zmierza ponownie ku wielkiej katastrofie.

Na razie jednak nie zajmujmy się ekonomią. Wymieniliśmy trochę dolarów i troszeczkę zaprzyjaźniliśmy się z cinkciarzem.

Argentyna to kraj emigrantów. Nie ma tu jako takiej rdzennej ludności.  Prawie każdego tubylca - dziadkowie, pradziadkowie przybyli do Argentyny z Europy. W 90% każdy Argentyńczyk to swoisty emigrant. Pytam więc naszego doręczyciela waluty po dobrym kursie (dobry w tym przypadku znaczy najniższy akceptowalny), skąd przybyli jego przodkowie. Sam Miguel jest już nie pierwszej młodości, raczej czerstwy, tak bym to ujęła. Nie wiem czemu, ale nie byłam bardzo zdziwiona, kiedy powiedział mi, ze jego ojciec był Polakiem,  to zapewne tłumaczy radość, z jaką poświęca się profesji „konika”.  Jego matka była Urugwajką, więc siłą rzeczy Miguel nic poza „dziękuję”,  nie mówi po polsku. 

Do 12.00 czekaliśmy, aż tak zwany urząd emigracyjny pozwoli nam na zejście ze statku, nam, czyli pasażerom. Do miasta, pomimo, że jest widoczne ze statku, trzeba jednak dojechać taksówką, która nie jest droga.

Fontanna w cenrum miasta

Miasto Zarate podobno ma 400 tysięcy osób. Piszę „podobno”, ponieważ żadną miarą nie mogłam tego nawet w niewielkim stopniu odczuć o 13.00 w południe.

Ulice jak wymarłe, wszystko pozamykane, gdzieniegdzie coś pootwierane, ale z rzadka. Czytamy napisy na drzwiach informujące o godzinach otwarcia (horario). No tak, otwierają od 9.00 do 13.00 i od 16.00 lub 17.00 do 21.00. Wygląda na to, że życie zamiera miedzy 13 a 16. I wierzcie mi – faktycznie tak jest. Ulice o tej porze wyglądają jak zamknięte miasteczko westernowe (przynajmniej tak mi się skojarzyło). Wszystko jak z filmu. Ale już około 15.30 wszystko zaczyna wracać do normy, z godziny na godzinę ulice się zapełniają, otwierają sklepy, robi się tłoczno, gwarno i zaczyna jeździć więcej samochodów. W miarę upływu czasu, a tym samym nieznacznego ochłodzenia się, w ulicznych knajpkach i restauracyjkach wystawiają stoliki na zewnątrz.  Wystawiają,  wystawiają i wystawiają. I końca nie widać. Około 20.00 zamykają część sklepów i restauracyjki, pomimo, że teoretycznie to już nie jest ich obszar, dostawiają i dostawiają stoliki i krzesła.

Municipio (Urząd Miasta) w Zarate

My zatrzymujemy się dwa razy w knajpce Nuevo George. To spokojny, klasyczny pub, w którym możesz zjeść i wypić. Najpierw po 13.00 raczymy się kawą i świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy, tworzymy stronę, piszemy maile i lajkujemy na Facebooku. Później spacer po mieście. Nas interesuje najbardziej ubezpieczenie na motocykle, czy jest potrzebne i jaka cena. Ważne są dla nas też ceny żywności i paliwa. Nie ma tragedii. Paliwo około 9 peso. Warzywa porównywalnie jak u nas. A wszystko piękne, świeże. Pomidory, papryki, bakłażany, cukinie. Jesteśmy zachwyceni. Do tego masa sklepów mięsnych. Wszędzie tylko carnerias (la carne – mięso). Damy radę. Z głodu nie zginiemy. Będziemy gotować warzywne gulasze. Musimy sobie tylko większy garnek kupić i będzie ok. 

Sklep mięsny

Za drugim razem gdy już po 16.00 trafiamy do Nuevo George, rzucamy się skwapliwie na jedzenie. Hamburger był tak dobry, jak kiedyś w Toruniu, ten na którego zaprosiła mnie Emilka (całuję mocno).

Długo nie trwało, kiedy widzimy już całą naszą grupę pasażerską. Dosiadają się wszyscy, łączymy stoliki i prawie do 21.00 siedzimy i gadamy.

Miasto jest pełne motocykli i skuterów. Widzimy wiele sklepów z motocyklami i częściami do nich. Wszystkie jednak małej pojemności – same 125 cc i 150 cc.

Całe mrowie starych aut. Przy niektórych aż się serce kraje – stare fiaty włoski, stare chevrolety, fordy, ładopodobne lub  jakieś bliżej niezidentyfikowane wiekowe auta powodują dziwną nostalgię. Widzieliśmy nawet jednego Fiata 125p z początków jego produkcji.

Dominuje niska, parterowa zabudowa. W wielu miejscach widać kolonialny styl architektury. Nie do końca wiadomo, czy to stare budynki, choć w większości pewnie tak. Zachwycają rosnące rośliny, dużo kwiatów, bugenvillie (albo inne, za mało się znam) i  fascynujące fikusy beniaminy, rosną sobie tak po prostu, przy ulicy, rozrośnięte, bujne, intensywnie zielone, zdrowe liście (zaryzykowałabym stwierdzenie, że są dorodne).

Zaciekawiło nas, że śmietniki uliczne są na wysokości około 1,5 metra nad ziemią. Dedukujemy, że to po to, by służby sprzątające miały łatwiej. Ale wygląda to dla nas niecodziennie.

Jedną z centralnych części miasta stanowi plac z fontanną, gdzie są również popiersia znanych i cenionych Argentyńczyków (np. Evity Peron).

Próbujemy jeszcze argentyńskie lody (helados) po raz pierwszy. Dobre. Słodkie, zimne i mokre.

Zmęczeni wracamy na statek. Nie ma informacji, kiedy wypływamy. Może jutro, może pojutrze. Nie wiadomo kiedy wyładują wszystkie samochody i kiedy załadują następne. Podobno w Ameryce Południowej produkują pewne modele Mercedesa czy Citroena. To one najprawdopodobniej będą pakowane i transportowaną w drogę powrotną Grande Amburgo. Ale – to tylko spekulacje.

W każdym razie praca wre. Chief mate mówi, że zasuwają 24 godziny na dobę. Pewnie chwilę gdzieś drapną jakąś godzinę snu i znowu do pracy. .Faktycznie, wszyscy wyglądają na wykończonych, w biegu łapią pizzę z mesy, robią sobie szatańsko mocne esspreso i do pracy.

Pierwszy kontakt z językiem za mną. Ponad rok samodzielnej nauki. Hmm, jakby to powiedzieć.. Rozumiem, ale jak mówią wolno. Gorzej z mówieniem, kaleczę jak „ Kali mieć, Kali pokazać”

Pozatym gorąco! Gorąco okrutnie. Ale fantastycznie. Ludzie są niezwykle mili, uczynni i przyjacielscy. Póki co.

14 stycznia 2014 – dzień trzydziesty szósty

Dziś jest drugi dzień naszego postoju w Zarate. Po wczorajszej wizycie w mieście, mamy ochotę na więcej… („nie będziemy przecież na szipie siedzieć”). Zaraz po śniadaniu pakujemy do plecaka laptopy, dokumenty i ruszamy w kierunku miasta. Cała procedura wyjścia z terminalu powtarza się jak wczoraj. Najpierw sprawdzanie i spisywanie danych z naszych kserokopii paszportów na punkcie ochrony, zaraz obok statku. Następnie samochód podwozi nas na bramę wyjściową. Po terminalu Zarate nie można spacerować.  Na bramie przechodzimy przez bramki z czujnikami,  jak na lotnisku. Następnie czas na kontrolę osobistą i zawartości naszych plecaków. Spisują cały sprzęt łącznie z numerami laptopów i aparatu fotograficznego. Wreszcie możemy ruszyć do oddalonego około 4 km miasta, zamówioną przez ochronę taksówką.

Dziś jest jakby jeszcze bardziej gorąco niż wczoraj. Jest dopiero parę minut po dziewiątej kiedy wysiadamy pod agencją ubezpieczeniową. Pierwsze zadanie na dziś, to zakupienie ubezpieczenia na motocykle. Potrzebujemy ubezpieczenie obejmujące kraje wchodzące w skład organizacji MERCOSUR. Jest to międzynarodowa organizacja gospodarcza, hiszpańska nazwa:  Mercado Comun del Sur – Wspólny Rynek Południa. Mamy namiar na agencje, gdzie powinno nam się udać to załatwić. Niestety już w drzwiach dowiadujemy się, że musimy pytać w innych agencjach,  ponieważ polecony nam agent akurat dla motocykli nie robi takich ubezpieczeń. W kilku kolejnych usłyszeliśmy podobną odpowiedź. Obeszliśmy spory kawałek miasta zanim znaleźliśmy w końcu agencję, gdzie można było kupić ubezpieczenie Allianz. Zostawiamy ksera dowodów rejestracyjnych, ustalamy cenę i umawiamy się za kilka godzin na odbiór polis.

Wracamy do centrum obok placu z fontanną. Wchodzimy do kilku sklepów z AGD. Rozeznajemy się w cenach różnych sprzętów, może będziemy potrzebować większego garnka i jakiegoś pojemnika do przewożenia wody. Szukamy też dla Cezara koszulki z napisem Argentina. On podobnie jak reszta załogi, podczas pobytu statku w porcie nie ma czasu na zejście na ląd. Jak nam powiedział to jego trzeci raz w Zarate i nie miał jeszcze okazji zejść ze statku. Niestety pytaliśmy w wielu miejscach, ale nie udało się znaleźć takiej. Dochodzi godzina 12.00, właściciele sklepów zamykają je i zaczyna się siesta do około 17.00. Siadamy w tej samej knajpce co wczoraj. Mamy już tu nawet znajomych. Na powitanie uśmiecha się i podnosi rękę sympatyczny pan pod sześćdziesiątkę. Spotykamy też siedzącego w tym samym miejscu Niemca na emeryturze, który spędza tu kilka miesięcy w roku. Pijemy świeże soki i rozmawiamy o sytuacji w Argentynie i miejscach które warto odwiedzić. W trakcie rozmowy o podwyżkach cen i kursie peso dowiadujemy się, że niedaleko jest punkt wymiany waluty. Korzystamy z pomocy nowego znajomego i w jego towarzystwie wymieniamy trochę dolarów. Okazuje się, że obecnie kurs znowu wzrósł i jest jeszcze bardziej korzystny niż przed naszym wyjazdem z Europy. Dostajemy 10 peso za dolara, o 10% więcej niż na statku. (punkt wymiany walut! Jak to brzmi. W bramie, ukryte, nieoznakowane biuro, gdzie można wymienić kasę u koników)

W oblepiającym nas upale, popijając soczki, wysyłamy e-maile, uzupełniamy relacje na stronie i przyglądamy się prawie pustej ulicy. Po drugiej stronie zauważamy naszych znajomych ze statku, Mathieu i Sauvier’a, też mieli podobny plan do naszego, aby kupić ubezpieczenia na swoje samochody. Centrum miasta nie jest duże, zawsze się znajdzie znajomych. Zamawiamy coś do jedzenia, a następnie powoli zbieramy się do wyjścia. Jest już po 15.00 i idziemy odebrać nasze ubezpieczenia. Na miejscu czekamy parę minut na ich wydrukowanie i już możemy wrócić na statek. Idziemy na postój taksówek i za 35 peso jesteśmy w ciągu paru minut już pod terminalem.

15 Styczeń 2014 – dzień trzydziesty siódmy

Znowu stoimy, wczoraj mieliśmy wrócić na statek najpóźniej do 16. Niestety jakieś komplikacje i opóźnienie z rozładunkiem trzyma nas jeszcze w Zarate. Po śniadaniu zaczynamy pakować się ponownie do worków i sakiew. Przez miesiąc na statku jakby przybyło nam ubrań, bo nie chcą się zmieścić… Ale to przez to, że wypięliśmy podpinki i membrany przeciwdeszczowe z ubrań motocyklowych. A tak na marginesie, to jeszcze nie wiem jak wytrzymamy w tym upale w naszych ubraniach. Szczególnie podczas przejazdu przez miasta i w samych miastach. Bo na trasie, to nie będzie problemu. Trochę będziemy się gotować, ale bezpieczeństwo jest ważniejsze. Tak więc nasze pakowanie prawie skończone. Torby i sakwy stoją już pod drzwiami i czekają. W końcu około 14 godziny rampa wjazdowa do statku zaczęła się podnosić i zaczęliśmy manewr odcumowywania. Holownik odciąga nasz statek od nabrzeża i ruszamy. Upał jest ogromny. Co prawda pojedyncze chmurki czasem przysłaniają na chwile słońce, ale nie wiele to pomaga. Na dodatek cały pokład statku i jego ściany są z metalu. Rozgrzane tym upałem potęgują jeszcze upał.

Przez kilka godzin z prędkością około 10 km/h, meandrującą rzeką płyniemy w kierunku naszego ostatniego portu Montevideo. Teren dookoła nas jest płaski. Po lewej burcie statku nad brzegiem ciągną się domki letniskowe. Każdy ma małą przystań dla łódki. Wygląda jakby była to jedyna możliwość dostania się do nich, ponieważ zaraz dalej ciągnie się aż po horyzont las i mokradła. Czasem z wody przy brzegu wystaje nadbudówka lub dziób zardzewiałego wraku statku. Czasem stoi opuszczona barka. Zapada zmrok. Zaczyna latać wokół nas ogromna ilość różnych nocnych „robaków”. Z nadzieją, że jutro zejdziemy na ląd idziemy spać.

16 Styczeń 2014 – dzień trzydziesty ósmy

Dziś wstaliśmy o godzinę szybciej. Po wczorajszym komunikacie kapitana zmieniliśmy ponownie czas, tym razem zegarki przesunęliśmy o godzinę do przodu. Urugwaj leży bowiem w strefie czasowej z różnicą 3 godzinna w stosunku do Europy. Sprawdziłem na GPS, że płyniemy z prędkością około 12 km/h. Do Montevideo zostało około 50 km. Pojawiło się pytanie, czy znowu nie staniemy na redzie w oczekiwaniu na wpłynięcie do portu…

Kończy się nasz rejs, a jego podsumowane możesz zobaczyć poniżej.

Po kilku porannych godzinach niepewności, nasz statek gwałtownie zmienił kurs i zamiast na redę przed Montevideo, przypłynął prosto do portu. Około 11 byliśmy na miejscu. Trochę to wszystko trwa, zanim holowniki przepchną statek i kiedy może on wreszcie przycumować, otworzyć bramę ( bo jak to nazwać?).

Zdążyliśmy jeszcze zjeść lunch, i o 13.30 przyszedł kapitan i powiedział, ze około 14.30 agent zaprosi mas do odprawy, także spokojnie możemy się pakować. No i zaczęło się. Z tymi wszystkimi bagażami jakie mieliśmy, po prostu mistrzostwo świata. Dobrze, że już byliśmy spakowani, ale faktycznie MAMY ZA DUŻO BAGAŻU. Przynajmniej o dwa plecaki. A wszystko przez zimę w Polsce, bo mamy dwie kurtki zimowe i dużo rzeczy tak zwanych zimowych (bo w Ushuaia ma być nie ciepło). Za dużo mamy rzeczy. Za dużo. A przecież tylko trzy koszulki na krzyż!. Postanowiłam, ze musimy paczkę zrobić i wysłać do Polski część rzeczy. Zastanowię się które i wyślę. Naprawdę. To jakieś nieporozumienie po prostu.

W każdym razie zaczęliśmy się wytaszczać z kabiny z tymi wszystkimi naszymi klamotami, zapakowaliśmy je do windy, raz się zamknęły drzwi, otworzyły się, potem znowu się zamknęły, potem byliśmy 20 sekund uwięzieni w windzie. Potem otworzyły się drzwi, a my wciąż na 12 piętrze byliśmy, zamiast zjechać na 6. Okazało się że winda się zacięła. Wysiedliśmy z windy, ktoś nacisnął przycisk, drzwi się zamknęły i nie chciały się otworzyć, a nasz bagaż w środku, dwie sakwy i worek. No to już byliśmy zdenerwowani niemiłosiernie. Upał straszny. Okazało się że winda ma jakiś czujnik i jak jest za dużo ciężaru na jedną stronę (a tak było w tym wypadku ) to nie pojedzie. Na takie wypadki są na statku elektrycy i automatycy, wiec sprawnie otworzyli,… nie, nie windę. Tylko taki właz od góry i wyciągnęli nasze bagaże. Po 20 minutach co prawda ale zawsze. Nie zmienia to faktu, ze winda była zacięta ( o ile takich słów można użyć) więc schodziliśmy piechotą przez kosmicznie schody na 6 poziom, gdzie stały nasze motocykle.

Zaczęliśmy przymocowywanie sakiew. Chyba jednak kufry są zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Trochę to trwało, w ładowni gorąco, my już przebrani, jak do wyjazdu. NIE DA SIĘ TU WYTRZYMAC W CIUCHACH MOTOCYKLOWYCH!    .

Może i się da, ale nie jest to proste. 

Wyjechaliśmy w końcu ze statku. Ostrożnie, delikatnie, nie nerwowo. Przynajmniej tak się staraliśmy. O ile w ładowni, w środku statku było gorąco. To na zewnątrz było  bardzo gorąco. 14.30. powietrze nagrzane do nieprzytomności. A my stoimy i czekamy na agenta Grimaldiego. Zaczął się nasz urugwajski etap podróży

Zobacz jak to jest w Urugwaju i kliknij tutaj

 

 

PODSUMOWANIE:

Na co się nastawić? Co warto, a czego nie warto?

  • Przede wszystkim nastaw się na angielski. To język urzędowy i wszyscy ludzie w zasadzie na podkładzie mówią w tym języku. Jeśli nie mówią po angielsku, to akurat na pokładzie Grimaldi Line jest szansa, ze będą mówić po włosku. Ale jeśli płyną Francuzi, Portugalczycy, Szwajcarzy czy Niemcy – mówią po angielsku. Cała załoga (przynajmniej oficerzy) mówią po angielsku. Co prawda niektórzy słabo, ale zawsze. Jeśli nie mówisz po angielsku pewnie też się nic nie stanie. Zawsze masz ręce… a i mimiką twarzy dużo pokażesz.
  • Warto zabrać ze sobą coś słodkiego, jeśli akurat ktoś lubi, ciasteczka, słodkie draże , orzeszki, takie tam. Ale nie jest to konieczne
  • Nie warto zabierać jedzenia ze sobą. Nawet jeśli nie spełnia czyichś oczekiwań co do smaku, to ilość naprawdę jest wystarczająca.
  • Warto sobie „na zaś” wymyślić zajęcia, najlepiej cykliczne, na przykład: nauka języka, obróbka zdjęć, nauka czegokolwiek, czytanie np. instrukcji aparatu fotograficznego.
  • Warto nie myśleć o bujaniu. Które się zdarza. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Zabierz na przykład dużo filmów ze sobą. Ciekawych. Nie mam jednak dobrej rady na chorobę morską, ani nawet na jej przedsmak (jak ból pępka i ból głowy).
  • Warto dużo pić wody. Jak mówią producenci wód.  Temperatura po minięciu Europy zwykle się podnosi, zwłaszcza w okresie listopad- marzec. Pić, żeby się nie odwodnić, bo wiatr sprawia, że nie czuje się tego palącego słońca. Jednak jeśli nie siedzisz na słońcu pij po prostu tyle ile potrzebuje Twój organizm. Nie musisz się tym ani za bardzo przejmować, ani pilnować. To producenci i sprzedawcy wody wmawiają nam, że to konieczne.
  • Warto nie spędzać dużo czasu na pokładzie w pełnym słońcu. Tutaj wiatr bardzo opala. Siedzisz w cieniu – niewiele to daje. I się kremuj.
  • Warto żyć dobrze z kucharzem, bądź stewardem. Naprawdę mogą zaspokoić cię na wiele sposobów (jakkolwiek to brzmi).
  • Warto rozmawiać z ludźmi. O wszystkim i o niczym. Zawsze w natłoku informacji można uzyskać jakąś potrzebną wiadomość.
  • Warto odpoczywać, nie przemęczać się. Dużo leżeć i dużo jeść. Wtedy na pewno przybędzie Wam parę (paręnaście) kilogramów.

Buen viaje

 

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012