facebook

Argentyna po raz drugi

 

Chcesz zobaczyć co robiliśmy wcześniej? Kliknij tutaj

22.02.2014 dzień siedemdziesiąty piąty

To znowu w Argentynie. Nie ma to jak w Argentynie! Jest tu dużo taniej. I pogoda się poprawiła, ale nie ma się co dziwić, jesteśmy już wyżej, wyżej na północy. Rano byliśmy jeszcze w Puerto Natales. Dzień obudził nas dużym wiatrem, i wydawało się, ze nigdzie dziś nie ruszymy. Jakby tego było mało, ciemne chmury zbierały się nad miasteczkiem, a w deszczu to nam się tak słabo uśmiechało jechać. Jednak po 8.00 podjęliśmy decyzję, że jednak pora wstawać, że trzeba się ogarnąć, że trzeb się dowiedzieć jak wygląda sprawa z możliwością tankowania po stronie argentyńskiej i jaka jest prognoza pogody.

Zjedliśmy śniadanie hotelowe, całkiem przyzwoite, chociaż tostowy chleb jest nie do przyjęcia, ale podali jeszcze masło, wędlinę żółty ser. Na deserek dżemik. Wyruszyliśmy. Chwilę pokręciliśmy się jeszcze po mieście w poszukiwaniu stacji benzynowej, a przede wszystkim małych bidonów do benzyny. W końcu po 10.00 ruszyliśmy z miasta, zaopatrzeni w 20 litrów benzyny i pełny bak. Puerto Natales żegnało nas lekkim deszczem.

Jeszcze w Chile. Odprawa.

Żeby było przyjemnie to nie powiem, ale nie było tragedii. Wiatr ustał, a my, jak goście jechaliśmy sobie spokojnie w stronę granicy drogą nr 9. W zasadzie nic nas nie goniło, spokojnie sobie jechaliśmy, patrzeliśmy jak rozsuwają się powoli ciemne chmury i jakby nieśmiało wychodzi słońce. Granicę przekroczyliśmy raz dwa o stronie chilijskiej w Cerro Castillo, a później 6 kilometrów szutrem do budynku odprawy argentyńskiej. Tu trwało troszkę dłużej, bo musieli nam wypisać pozwolenie na wjazd motorów.

Witamy w Argentynie

Komputer tylko jeden, więc pan celnik wypisywał ręcznie, przez kalkę. Myku myk, już byliśmy na drodze. Jakieś paręnaście kilometrów szutrem i już byliśmy na upragnionej Ruta 40 (droga krajowa nr 40). O, jakże szczęśliwi byliśmy. Wiatru zero (tak się przynajmniej wydawało). Spokojnie, słoneczko przygrzewa. Nooo, tak to można jechać. Tak dojechaliśmy sobie do Tapi Aike. Wydawać by się mogło, że jest tu stacja benzynowa, a oczywiście jest. Ale nieczynna. Przerwa. Za chwilę wzruszenie odbiera nam mowę!

Naklejka "Gdynia moje miasto" na końcu świata...

Na budynku stacji, gdzie pełno naklejek motocyklowych odnajdujemy w tłumie tą jedyną: "Gdynia moje miasto". Kto ją to przykleił? Nie wiemy. Ale wiemy, że to niesamowite, na końcu świata znaleźć naklejkę swojego miasta. Za chwilę mamy swoją wielką chwilę dumy z naszej zapobiegliwości, planowania i organizowania. Na stację podjeżdża Szwed, motocyklem KTM, nowy, wypasiony i wielce zdziwiony, że stacja zamknięta, a następna ponad 150 kilometrów dalej. A my, że sobie właśnie nalaliśmy z zatankowanych wcześniej zapasów. No nic. Szwed musi ryzykować i jechać dalej, może w Cerro Castillo będzie stacja. Ma jakieś 40% szans.

a tu znowu szuter...

My zjeżdżamy z Ruta 40 na szutrową drogę w kierunku El Calafate. I zaczyna się zabawa, cały czas kamienie, nasze zapasowe paliwo co chwila się obsuwa i trzeba je ciągle sprawdzać i poprawiać mocowanie. Ale za to okazuje się na postoju, że bardzo wieje. Ale dla nas to cudowny wiatr. Pierwszy raz mamy wiatr w plecy. Jedziemy razem z wiatrem i udaje nam się przyjemnie się poczuć. W końcu dojeżdżamy ponownie na Ruta 40 . Tu odezwał się nasz druh wiatr. Pokazał kto tu rządzi w Patagonii. Jak zaczęło wiać, to wiało tak, że zwiało przymocowany pod siatką pokrowiec na motocykl. Dzięki Bogu, szybko się spostrzegliśmy, jakieś 1,5 km się wróciliśmy i znaleźliśmy naszą zwianą zgubę. Od razu humory nam się poprawiły. Co oczywiście nie zmieniło faktu, że wiatr dalej pokazywał swoją silną stronę. A nawet jeszcze silniejszą. Naprawdę, wiało okropnie. Wszystko przez to, że zmieniliśmy kierunek jazdy. W tym silnym wietrze jechaliśmy jakieś 50 kilometrów, kiedy wjechaliśmy w dolinę, a naszym oczom ukazało się Lago Argentino (jezioro Argentyna). Nie da się nawet tego opisać, a tak się zapatrzyliśmy, że ominęliśmy jedyny punkt widokowy i nie zatrzymaliśmy się, tylko jechaliśmy wielką, rozległą doliną, która ciągnęła się, osłonięta z obu stron łagodnymi wzgórzami, usypanymi jakby przez wiatry.

Wiatr daje się w znaki. Trzeba dużo pić...bo wysusza.

Oczywiście dookoła nic, żadnych budynków, zabudowań, wiat przystankowych. NIC. Po prostu przyroda, droga i my na motorach. Od czasu do czasu jakiś samochód, ale generalnie rzecz biorąc ruch raczej nieduży. Wjechaliśmy do El Calafate. Miasto położone jest nad Lago Argentina, jest wielce turystycznym miejscem, pełno w nim turystów. My znajdujemy piękny camping, i korzystając z tego, że temperatura znacznie się podniosła, decydujemy się dziś rozstawić namiot i zostać w tym miejscu. El Calafate to punkt wypadowy do Lodowca Perito Moreno.

23.02.2014 -dzień siedemdziesiąty szósty

Noc była bardzo trudna. Trafiliśmy do El Calafate na weekend. To nie był dobry pomysł, ale my jakoś słabo liczymy dni. Weekend to dla wielu tubylców czas by wyjechać na jeden dzień na camping i zaszaleć muzycznie i fizycznie.

W El Calafate.

Dodatkowo w tym turystycznym mieście był jakiś festyn i o pierwszej w nocy obudziły nas huki i wystrzały. Chyba pokaz sztucznych ogni. W każdym razie tak to rozpoznaliśmy z namiotu. Walenie i dudnienie okropne. Jakby tego było mało do prawie czwartej rano duża grupa tubylców bawiła się w rytmie disco Argentino, prosto z głośników samochodów, o dosyć głośno ustawionych basach. Jakoś przetrwaliśmy tę noc, choć poranek był ciężki. Zimno nie jest, może z 13 stopni. W nocy trochę chłodniej, ale nasze śpiwory dały radę, nawet bez bielizny termicznej było ciepło.

Pierwszy camping od dłuższego czasu...

Dzisiaj dzień techniczny. Czyścimy łańcuch, filtry powietrza, regulujemy łańcuchy. Spuszczamy ewentualną wodę z odstojników gaźnika i różne takie. Po południu zakupy, lody (oczywiście nie umywają się do tych z Villa Gesel), nawet te z dodatkiem jagód calafate, podobno dostępnych tylko tutaj. Kupujemy mięso i znowu wieczorem grillujemy. Pieczemy też papryczkę i bułki. Jakiś miły pan, campingujący tuż obok, obdarował nas drewnianą paletą. Ognia a ognia dziś mamy. Grzejemy się więc, bo jednak wieczorem i w nocy temperatura trochę spada, nie ma więcej jak 6-7 stopni. Jutro chcemy pojechać zobaczyć lodowiec Perito Moreno, a na wieczór wrócić na camping. Temperatura ma się znacznie podnieść. Trochę na to czekamy, go kurtki trochę nam obrzydły.

24.02.2014  dzień siedemdziesiąty ósmy

Dziś noc bardzo chłodna. Rano rozpalaliśmy ognisko, żeby się trochę zagrzać. Ale dziś wielki dzień. Jedziemy zobaczyć lodowiec Perito Moreno. Wyruszamy dosyć wcześnie, zaraz po śniadaniu, na które była pyszna jajecznica. Do Parku Narodowego Los Glaciares, żeby zobaczyć lodowiec, jedzie się około 55 kilometrów. Za wejście płacimy po 130 peso od osoby. Wjeżdżamy.

W tle lodowiec Perito Moreno

Około 30 kilometrów jedziemy wzdłuż jeziora (Lago Argentino). Droga jest bardzo zakręcona, praktycznie nie ma żadnego odcinka prostego, cały czas zakręty. W lewo, w prawo, znowu w lewo i tak cały czas. Jednym słowem raj dla zapalonych motocyklistów. Wcześniej droga prowadziła wzdłuż jeziora (Lago Argentino), w szerokiej dolinie pomiędzy wzgórzami.

Lodowiec Perito Moreno

Dojeżdżamy do parkingu, zostawiamy motocykle i kaski, które spięliśmy stalową linką i zabezpieczyliśmy kłódką. Spokojnie idziemy zobaczyć lodowiec. I już go widać. Zresztą widać go z daleka. W miarę jak się do niego zbliżamy, bliżej i bliżej, robi na nas coraz większe wrażenie. To wielkie pokłady lodu, wysokie na około 60 metrów i szerokie na 5 kilometrów. Czoło lodowca jest bardzo postrzępione. Co jakiś czas słychać huk, grzmot pękających fragmentów lodu, którego duże bloki spadają do wody. Pogoda dziś idealna i w świetle słońca lód jest niebieski, błękitny. Na jego powierzchni widać refleksy światła.

Wzdłuż wyznaczonej trasy, wśród wzgórz parku, po przeciwległej stronie jeziora, obchodzimy czoło lodowca. Ukazuje nam się widok z różnych stron.

W ciężkich ubraniach motocyklowych i podpinkach które były nam potrzebne na przejazd, nie jest nam komfortowo i wygodnie. Ale uparcie idziemy przez kolejne punkty widokowe, aby Perito Moreno ukazał się nam w całej rozciągłości.

Cała trasa widokowa spacerem zajęła nam 3 godziny.  Między wejściem i wyjściem kursuje bus, który podwozi turystów. Gratis.

Na kolację baranina!

Wyjeżdżamy z parku, droga powrotna nie zajmuje nam więcej niż 45 minut. Robimy zakupy. Dziś w menu kolacyjnym jest: cordero i costeleta ancha, czyli argentyńskie przysmaki - baranina i wołowina. Kawałki wybrał dla nas przemiły pan w sklepie mięsnym, podając z grubsza sposób przyrządzania.

Nie odmawiamy sobie po drodze wstąpienia do lodziarni. Kupujemy tradycyjnie czekoladowe, waniliowe i tym razem bananowe. Smak aksamitnych lodów rozpływa się w ustach, choć i tak nie umywają się do tych z Villa Gesell.

25.02.2014 – dzień siedemdziesiąty dziewiąty

Nie chce się wstawać. Rano budzimy się oczywiście z pełnym pęcherzem, a do toalet daleko mamy, bo tak się rozbiliśmy z namiotem. Daleko. A tu nie dość, że trzeba wstać, to jeszcze trzeba się pakować i trzeba jechać. Niby nie trzeba, można by jeszcze jeden dzień zostać, ale z drugiej strony, woła nas El Chalten i Fitz Roy – kolejne punkty naszej wyprawy. El Chalten to baza wypadowa dla turystów uwielbiających góry, trekkingi i jeden z najtrudniejszych szczytów Fitz Roy, o prawie pionowych ścianach.

Jemy zatem śniadanie, w miarę szybko się pakujemy i wyjeżdżamy. Tankujemy jeszcze paliwo, na stacji badawczym wzrokiem przygląda nam się pewien mężczyzna. Nie wytrzymałam napięcia i mówię „dzień dobry”. I nie pomyliłam się. Odpowiedział mi w naszym rodzimym języku. Chwilę porozmawialiśmy. To nauczyciel, ale na stałe mieszka we Francji. W Argentynie ma wielu przyjaciół, więc czasem na wakacje tu przyjeżdża. 

Taki znak drogowy można często spotkać w Patagonii

Ruszamy do drogi nr 40. To jedna z ładniejszych tras. Nie ma w ogóle porównania z Rutą 3. Na 40 cały czas zmienia się krajobraz, raz góry, raz doliny, potem znowu dużo jezior, rzeczek. Droga nie jest prosta, tylko cały czas meandruje pomiędzy naturalnymi przeszkodami. Dwa razy przez drogę przechodzi nam pancernik. Co to za dziwaczne stworzenie!

Z Ruta 40 skręcamy na El Chalten i jedziemy jakieś 80 kilometrów. Oczywiście na całej trasie pomiędzy El Calafate a El Chalten (jakieś 230 km) zero jakiejkolwiek infrastruktury. Zero toalet. To jest czasem po prostu katastrofalne. Nie zawsze, ale czasem. Dziś doprowadziło mnie do szewskiej pasji.

Dojechaliśmy do El Chalten. Miasto jest pięknie ukryte pomiędzy górami, a w miarę jak się do niego zbliżamy coraz wyraźniej widać wysoki szczyt Fitz Roy. To naprawdę piękny widok i robi niesamowite wrażenie. Czasem po prostu brakuje już słów, by opowiedzieć, jak piękne są tu krajobrazy w Argentynie, jak ciekawa jest tu przyroda i jakie bajeczne formy tworzy tutaj natura.

Szczyt Fitz Roy. Ten najwyższy. Prawie pionowa, granitowa skała

Zdjęcia także nie oddają tego piękna, które tutaj mamy jak na dłoni cały czas. El Chalten jest malutkie, parę uliczek, a na każdej w prawie każdym budyneczku hotel, hostel lub hosteria. Typowo turystyczne miejsce. My znajdujemy camping, są dwa w miasteczku. Wybieramy ten spokojniejszy i z mniejszą ilością ludzi. Komuny ludzkie raczej nas odstraszają. Rozbijamy sprawnie namiot i jedziemy „na miasto”. Przyjeżdżamy w porze poobiedniej siesty, także niestety sklep do 17.00 zamknięty. Ratujemy się naszymi zapasami i zjadamy coś na szybko.

Fitz Roy. Najpiękniejszy szczyt Patagonii

Relaks. Ciepło. Słońce grzeje, a jednocześnie lekki wiaterek przygrzewa. Dookoła nas wysokie , a nawet bardzo wysokie skaliste góry, w oddali ośnieżone szczyty, a my na trawie i w otoczeniu niewysokich, karłowatych drzew – odpoczywamy.

Jutro raczej stąd wyruszamy. Niestety, wszelkie trekkingi nie są dla nas – turystów motocyklowych. My oglądamy i spadamy… Ale tu pięknie. Naprawdę..

26.02.2014 – dzień osiemdziesiąty

El Chalten żegna nas słońcem. Rano wstajemy, myjemy się, szybkie śniadanie (płatki z mlekiem) i jedziemy. Ja dodatkowo jem suszone śliwki. Są one w Argentynie  wyjątkowo pyszne. Suszone na słońcu, więc słodkie, a nie jakby wędzone.  Wyjeżdżając widzimy cały czas, w lusterkach oddalający się szczyt Fitz Roy. Jest piękny. To prawda.

Wczoraj wieczorem zatankowaliśmy oba motory i dodatkowo zakupiliśmy 10 litrów do baniaka. Na stacji powiedziano nam, że najbliższa stacja jest za jakieś 130 km, w Tres Lagos, także spokojnie damy radę i dojedziemy, dotankujemy i pojedziemy na camping do Gobernator Gregores. Niestety. Jeszcze się nie nauczyliśmy, że w Argentynie, a szczególnie w Patagonii, nic nie jest oczywiste i pewne. Dojeżdżamy do Tres Lagos.  

Paliwa brak

 Tuż przed wioską (bo dla nas to wiocha zabita dechami, a nie żadne miasteczko), zamknięta droga i objazd. Zjeżdżamy więc objazdem do wioski. Oczywiście cały czas kamienie i tarka na drodze. Asfalt się skończył. Motocykle tańczą na kamieniach, tłucznia jakiegoś nawieźli i tyle. Wioska oczywiście także ma same drogi szutrowe, kamienie pryskają spod kół. Zero żywego ducha, jak to zwykle w Patagonii. W końcu wypatrujemy posterunek policji. Oficer przez okno krzyczy, że za 2 kilometry, zaraz na wjeździe do miasta. Upewniamy się jeszcze u jednego miejscowego. Tak. Stacja jest przed wjazdem do miasta. Przeoczyliśmy? Jakim cudem. A jednak. Cuda się zdarzają. Tuż za objazdem jest skręt w lewo pod ostrym skosem. Tam jest mała, na dwa dystrybutory, stacja benzynowa. Podjeżdżamy. Na dystrybutorach kłódki. Można powiedzieć, że pajęczyny się już porobiły. Na dystrybutorze kartka – „no hay nafta”. Znaczy - benzyny nie ma. Wchodzimy do sklepu. Przemiła pani mówi, że dziś będzie. Ale nie wiadomo o której, a benzyna skończyła się w poniedziałek. Hmmm… a mamy środę. Ładnie. Zresztą i tak nie ma żadnej gwarancji, że dziś paliwo dowiozą. To siadamy. Myślimy. Zastanawiamy się, co robić. Po około dwudziestu  minutach podjeżdża samochód. Para Argentyńczyków z Buenos Aires, na urlopie.  Przemili. Z wyraźnym przepraszającym tonem, mówią, że paliwa trochę to oni mają, ale w baku, więc nie mają jak nam dać. Ale my jak zwykle jesteśmy przygotowani. Mamy rurkę do paliwa.

Zasysamy. Ale nie leci...

I wszystko byłoby dobrze, bo próbowaliśmy ze wszystkich sił i  trochę paliwa nam naleciało do naszej bańki plastikowej, ale niestety zbyt niski poziom benzyny w samochodzie, z którego chcieliśmy spuścić uniemożliwił. Może też jakieś kanaliki w zbiorniku, które utrudniały przepływanie paliwa. Odpuściliśmy. Znowu godzina czekania, przyjechali Francuzi w rozwalającym się busiku na argentyńskich numerach. Pytamy czy nie mają paliwa. Kierowca coś pokręcił głową, powyciągał mapy, zaczął liczyć, liczyć. W końcu znowu pokręcił głową, że niestety, nie może nam użyczyć paliwa.

I znowu pół godziny czekania. Na stację podjechały z wielkim hukiem, niewielkim quadem, dwie nastolatki. Może miały z 15 lat. Coś tam pokiwały głową, że jest możliwe, żeby w mieście kupić. No to wracamy do tej wiochy, dziewczyny pokierowały nas do straży pożarnej. Nikogo nie ma. To znowu na posterunek. Wyjaśniamy, że potrzebujemy tylko 5 litrów (by dojechać do najbliższej stacji), niestety nie mają paliwa na stanie, a ich auta jeżdżą na ropę (czyli tankują diesla). Kurcze, ale na pewno ktoś ma w mieście – mówimy i czekamy na reakcję. Policjant podrapał się w głowę, wyciągnął książkę telefoniczną wioski, drukowane,  cztery kartki A4. Dzwoni. Posterunek wygląda jakby żywcem wyciągnięty ze Stegny. Albo i jeszcze gorzej.

W każdym razie dał nam namiar (w prawo i pierwsza w lewo), do gościa, który może nam sprzedać benzynę. Uradowani – jedziemy.

Nestor – zapamiętajcie to nazwisko. To gość, który sprzedaje paliwo w Tres Lagos. TO gość, który nie ma serca i za litr paliwa, bierze prawie trzy  (TRZY!!!) razy więcej, niż na stacji. Na stacji po 7 peso, a on nam zaśpiewał 20 peso za litr. Nie mamy wyjścia. Mówimy mu, ze to nie ludzkie, płacimy 100 peso i jedziemy dalej.

Znowu dolewamy zapas paliwa...

Oczywiście paliwo to jest tylko trochę szczęścia na tą chwilę, bo nie ma już asfaltu, przez najbliższe 120 kilometrów sam szuter. Kamienie i kamienie. Luźne i trochę ubite, ale droga ciężka. Jakby jeszcze na złość, widzimy, że obok tej drogi ciągnie się piękna, asfaltowa powierzchnia. To trwają roboty drogowe i kładą drogowcy asfalt. Korzystamy w czasie tej mordęgi jazdy kamieniami, widząc piękną wstążkę asfaltu ciągnącą się obok naszej drogi, nie całkiem jeszcze gotowej (nie oddanej do użytku), ale istniejącą, wbijamy się, wjeżdżamy na nią, pokonując przeszkody ziemne, rowy, nasypy i inne zrobione przez drogowców. Tym sposobem co parę kilometrów, po parę kilometrów, jedziemy asfaltem. W kilku miejscach drogowcy z pobłażliwością przyglądają się naszym poczynaniom.

W końcu po 30 kilometrach kończy się asfalt całkowicie i jesteśmy zdani jedynie na kamienie, piach, pot i łzy. No, może łez nie ma, ale jest tak sobie. Znowu pokrywamy się cali warstwą kurzu. Dopiero ostatnie 40 kilometrów zaczął się asfalt. Świeżusieńki, piękny.

Dojechaliśmy do miasta, a tu niespodzianka. Pierwszy darmowy, miejski camping. Do tego na campingu motocykliści argentyńscy, którzy udzielili nam paru rad i wskazówek co do dalszej trasy.

Robimy szybkie zakupy, rozbijamy namiot, pieczemy mięso, jemy i idziemy spać. Korzystamy jeszcze z ciepłej wody i czyścimy okurzone ciała… Napracowały się dziś…

27.02.2014 – dzień osiemdziesiąty pierwszy

Wstajemy. Przez pół ranka zastanawiamy się co robić. Jechać, czy zostać. W końcu po jajecznicy na śniadanie, dojrzewamy do decyzji. Jedziemy. Nuda w tym mieście i tyle. Tyle tylko, że parking darmowy. Ale Internetu nie mamy już chyba piąty dzień, więc decydujemy się na przejechanie kolejnych kilometrów.

Jeszcze tradycyjnie podjeżdżamy na stację benzynową, tankujemy do pełna, plus 20 litrów zapasu do kanisterków. Wszystkich! Cała z tym zabawa, bo zbiorniki trzeba dobrze przymocować, bo na szutrze przesuwają się pod gumkami mocującymi, paliwo rozszerza się w ciągu dnia pod wpływem temperatury, trzeba pamiętać, aby zostawić w baniaku trochę luzu na ten proces.

Spokojnie wyjeżdżamy, niestety, po 100 kilometrach wiatr się wzmaga i towarzyszy nam już do docelowej wioski – Bajo Caracoles. Wioska to osiem chałup na krzyż. Chcieliśmy się tu zatrzymać, campingować, albo wziąć pokój w hotelu, by następnego dnia zwiedzić Jaskinię Ręk (Cueva de los Manos). Niestety właściciel hotelu nie może się zdecydować, czy ma wolny pokój, czy nie. Mówi, że czeka na większa grupę osób, żebyśmy przyszli za 2-3 godziny. Kupujemy więc butelkę wody i jedziemy zwiedzać jaskinię. 

Wymyśliliśmy, że spróbujemy dziś zanocować na dziko. Do Jaskini Rąk trzeba zjechać z asfaltu i ponad 45 kilometrów jechać szutrem. Może i nie jest najgorsza ta droga, jakoś się jedzie, niestety co chwila paliwo w baniakach się przesuwa, trzeba patrzeć, sprawdzać, poprawiać. Upierdliwe. Nawet zatrzymanie się na tym szutrze jest słabe, uciążliwe i męczące.

Ostatni odcinek szutru okazał się najgorszy. Widoki piękne, bo przed naszymi oczami ukazuje się wielki kanion  - Canadon del Rio Pinturas.  Droga biegnie ostrymi zakrętami w dół. Jeden z motorów nie wytrzymał napięcia, związanego z doznaniami wzrokowymi kierowcy i się przewrócił. Żeby było sprawiedliwie, przewrócił się na drugi bok, niż ostatnio, dla symetrycznego obtłuczenia szybki.  Motor zatem leży na boku, paliwo cieknie. Łydka boli, bo stłuczona. Do tego dochodzą nerwy, emocje, a widoki piękne.

Niestety, straty muszą być...

Całe to poddenerwowanie przenosi się na wszystko inne. Obsługa turystyczna (trzy osoby) nie mówi po angielsku (bo i po co? Przecież wszyscy mówią, a przynajmniej powinni mówić po hiszpańsku). Następne wejście do jaskini za pół godziny.

Jaskinia rąk. Cueva de los Manos.

Czekamy. Powoli nerwy mijają, zbliża się 18.00 idziemy oglądać te cuda, co to mają ponad 8 tysięcy lat. W tym kanionie i w jego okolicznych jaskiniach mieszkały grupy ludzkie (jaskiniowców), którzy korzystali z wody w pobliskiej rzece i drzewa, a także polowali na guanaku i inne zwierzęta. Z bliżej nieznanych powodów, na ścianach jaskini odbijali swoje ręce, przy pomocy naturalnych barwników, jak trawy, węgla, krwi zwierzęcej czy roślin. Tworzyli też różne inne malunki, najprawdopodobniej posługując się piórami zwierząt.

Jaskinia rąk. Cueva de los Manos.

Miejsce jest niezwykle urokliwe, ale pierwsze nasze wrażenie jest takie, że to taki chwyt marketingowy, bo odbite ręce, wyglądają jak zrobione przez kogoś niedawno, dla zabawy, czy dla turystów.

Po dłuższym czasie jednak, widać logikę, widać starsze i nowsze malunki, widać, że to historyczne, prastare motywy.  Jesteśmy usatysfakcjonowani, pomimo że przewodnik średnio sobie daje radę.

Jeszcze jakoś trzeba wjechać pod tą górę, z której zjechaliśmy (a niektórzy z przygodami). Niestety, wkrótce też drugi motor przewraca się na bok. Straty – niegroźne zadrapanie łydki i wyrwane mocowanie z tankbagu. To skutki oglądania się na szutrze. Na szczęście dwa zakręty dalej jest ścieżka prowadząca w bok. Decydujemy się zjechać w nią i w karłowatych krzakach rozbić namiot. Nie widać nas z drogi, jest w miarę spokojnie. Zostajemy.

Wiatr niestety się wzmaga. Śpieszymy się, bo słońce bardzo już nisko nad horyzontem. W coraz większym wietrze rozkładamy namiot, dojadamy wczoraj upieczone mięso, owoce, zapinamy na kłódkę motory, zakrywamy je pokrowcami i zamykamy się w namiocie. Wiatr targa namiotem. Pozatym spokój. Można powiedzieć, że cisza… Poza wiatrem oczywiście.

28.02.2014 – dzień osiemdziesiąty drugi

Rankiem budzi nas spokój. Wiatr ucichł, jest w miarę spokojne. Rześko. Jakieś paręnaście minut po przebudzeniu czekamy na słońce, aż się wychyli zza skał. I już jest cieplej. Ale nie na tyle, by zrezygnować z małego ogniska.

Pierwszy dziki parking podczas tej wyprawy...

W miejscu gdzie rozbiliśmy namiot jest trochę drzewa, jakaś stara paleta, więc korzystamy z tego i za chwilę już grzejemy się przy ognisku. Kawa, herbata, ryż na mleku.

Gotujemy ryż na mleku

Pełny serwis śniadaniowy. Pakujemy się, znowu składanie materacy, śpiworów, namiotu.  Ranek jak co dzień…

Teraz jeszcze trzeba skleić rozbitą wczoraj szybę do motocykla, ale od czego jest taśma...

Sklejamy szybkę. Od czego w końcu mamy taśmę!

Wyjeżdżamy, chcemy skrótem przebić się do drogi nr 40. Krócej i szybciej na asfalcie. No tak. Ale nie przewidzieliśmy jednego. Droga przecina głęboki, kilkusetmetrowy kanion,  ostro schodzi w dół, a cały czas kamienie i piach. Z przewagą kamieni. Zakręty wzdłuż zboczy. Myśleliśmy, że wczorajsza droga to było najgorsze, co nas może spotkać, ale dzisiejsza trasa to za każdym zakrętem oczekujące,  nowe wyzwanie.

Dwie góry, z których przynajmniej jest 20% spadku należy pokonać na dwa razy. Najpierw jeden motor, potem drugi. Mniej doświadczony motocyklista (motocyklistka) musi tą trasę pokonać pieszo… Tym sposobem odcinek dwu kilometrowy pokonujemy w 20 minut…

Miasteczko Perito Moreno

Na szczęście ten skrót to tylko 20 kilometrów. Dojeżdżamy do Ruta 40 i spokojnie asfaltem jedziemy dalej. Dojeżdżamy w miarę sprawnie do miejscowości Perito Moreno. To małe miasto, w którym jest camping, niezwykle tani. Najtańszy, w jakim nocowaliśmy do tej pory (oprócz tego darmowego oczywiście). Rozbijamy namiot i pytamy o mechanika. Niby jest, ale bardziej są tu osoby, które mają motocykle i pojecie o nich. Jeden ze znajomych recepcjonisty przyjeżdża do nas na camping. Umawiamy się na jutro rano. Spróbujemy coś zrobić z tym luzem na zaworach. Z powodu braku części zamiennych chociaż zmierzymy jak to wygląda.

Idziemy na spacer po miasteczku. Oczywiście wszystko zamknięte, bo jest przerwa obiadowa, która trwa albo do 16.00, ale zwykle do 17.00. Znajdujemy jednak małą, uroczą kawiarenkę i korzystamy tam z Internetu. Skype działa, ale nic poza tym. Strony ładują się wolniej, niż budowa autostrad w Polsce.

Jedziemy na szybkie zakupy, odwiedzamy miejscową Biedronkę, która w Argentynie nie jest ani portugalska, ani zbyt tania. Nazywa się La Anonima i jest w tym sklepie prawie wszystko. Nawet krem do rąk…

Wieczorem przygotowujemy w campingowej kuchni warzywną potrawkę, bo czas uzupełnić witaminy. Jemy pomarańcze, które są wyjątkowo soczyste i miejscową odmianę chałwy – Mantecol.

Spotkanie z Carlosem, którego ojciec przyjechał z Polski ponad 70 lat temu..

Na campingu spotykamy Polaka. To znaczy potomka Polaka - Carlosa. To Argentyńczyk, który po polsku potrafi powiedzieć, mocno kalecząc: „cholero, trochę wolniej”.

Ojciec Carlosa, nazywał się Kazimierz i pochodził z małej wioski pod Krakowem. Przyjechał w latach trzydziestych XX wieku do Argentyny, miał wtedy 16 lat.  Osiadł tu, ożenił się i urodził mu się syn, Carlos. Carlos ma teraz 65 lat i nie czuje się Polakiem, tylko Argentyńczykiem. Wyciąga jednak z portfela zdjęcie ojca. Wzruszające. No polska twarz… Ewidentnie. Bo Carlos, to raczej wdał się w matkę…

Kazimierz Kaleta - Ojciec Carlosa

Zmęczeni tym dniem, zasypiamy.

01.03.2014 – dzień osiemdziesiąty trzeci

Dziś dzień prania brudnych ciuchów i naprawy motoru. Rozdzielamy się na parę godzin, żeby porobić najpilniejsze rzeczy w jak najkrótszym czasie. Obliczamy też jak stoimy z budżetem w stosunku do drogi, którą chcielibyśmy zrobić. Teoretycznie ważne są dla nas wodospady Iquazu, a szkoda tam jechać zbyt szybko, ewentualnie omijając to, co ciekawego jest po drodze. Rozważamy różne opcje. Na razie wszystko w fazie przypuszczeń i trochę okoliczności, które po drodze będą nas spotykać.

02.03.2014 – dzień osiemdziesiąty czwarty

Już marzec??? Ależ ten czas leci… my jesteśmy teraz w fazie lekkiego wypoczynku. Pozornie zwolniliśmy tempo, bo dziś przejechaliśmy prawie 400 kilometrów z Perito Moreno do Gob. Costa. Rano coś nam nie szło pakowanie. A to nie było GPS (bo został zwinięty w namiot i wsadzony do pokrowca), a to zgubiła się kominiarka (została w worku na kaski) i tak w kółko. Nie szło nam ewidentnie. W końcu po 11.00 zebraliśmy się z campingu w Perito Moreno i pojechaliśmy sobie spokojnie do Rio Mayo. Spokojnie to było przez jakieś 70 kilometrów, kiedy to był piękny, równiutki asfalt. Potem wszystko się zepsuło, droga prowadziła objazdem, jakieś prawie 50 kilometrów do naszego celu, przez koszmarne kamienie i piach. Sam szuter, ale nie taki, na jakim człowiek ćwiczył w Polsce. Raczej można to porównać do nasypu kolejowego, którym musisz jechać. Dojechaliśmy w końcu do Rio Mayo. Niby mieliśmy się tam zatrzymać, ale miasteczko bardzo senne, znaleźliśmy w końcu stację benzynową, maleńką, z niewielkim barem, gdzie zjedliśmy na szybko kanapkę na ciepło, wypiliśmy zimny napój, a ja zjadłam małego, słodkiego alfajorka, po czym podjęliśmy decyzję, że jedziemy dalej.

Słońce przygrzewało coraz mocniej. Zatrzymujemy się na chwilę w Los Tamarones. To małe gospodarstwo, wraz z małym sklepem. I znowu to, co nas zadziwia w Ameryce Południowej. Niemieccy emigranci – Maria i Kurt przyjechali tu w 1938 roku. Od tej pory cała ich rodzina mieszka tu, w tym miejscu. W Los Tamarones. Na ścianach wisi mnóstwo zdjęć rodzinnych, widać, że są bardzo stare, można zobaczyć też część mieszkalną, która niewiele się zmieniła (tak przypuszczam) przez lata. Zadziwiające miejsce.

W miarę jak przesuwamy się dalej na południe, wyraźnie zmienia się krajobraz. Trochę przybywa traw, które wyraźnie czujemy podczas jazdy. To jest właśnie przewaga motocykla nad innym środkiem transportu. Możesz czuć wyraźnie zapachy.

Widać wyraźnie więcej drzew i jakby pampa robi się bardziej żółto - zielona, a nie tylko wysuszona i zniszczona wiatrem.

Dojeżdżamy w końcu do Gobernador Costa. To miasto dosyć duże, kilkadziesiąt ulic. Jak na warunki patagońskie, to dużo. Tankujemy, na stacji spotykamy znanego nam już z poprzednich campingów, przerobionego z Renualta zniszczonego campera. Uśmiechamy się do siebie, machamy, pozdrawiamy. Tak to już jest. Chcesz czy nie chcesz spotykasz tym samych ludzi na turystycznej trasie.

W mieście znajdujemy camping. Mamy trochę szczęścia, jest pusto, mamy fantastyczne miejsce. Zabieramy się za gotowanie, bo okrutnie chce nam się jeść. Dziś makaron z sosem pomidorowym, z cebulką i pomidorami. Więc full wypas. Do tego ciastka i pomarańcza na deser.

Dwa barany patagońskie przy ognisku

Tuż obok pojawiają się miejscowi z lokalnym przysmakiem – baran argentyński. Już sprawiony, oskórowany. Rozpalają czym prędzej wielkie ognisko i zaczynają piec najpierw jednego, potem drugiego barana. Wygląda to niesamowicie, baran pieczony jest w całości, rozłożony i przytwierdzony drutami do metalowego rusztu, który wbity jest w ziemię. Obracany jest co jakiś czas, najpierw jedna strona barana, potem druga, w kierunku ognia.

Wygląda super.

Mamy jednak nadzieję, że uda nam się zasnąć, bo wygląda że ta uczta barania będzie się przeciągać na pół nocy. Zjeżdżają się kolejni przyjaciele i znajomi głównego kucharza (piekacza?).

Jutro jedziemy do Esquel. Niecałe 200 km, także spokojnie… można się wyspać i nie śpieszyć. Niestety, późnym wieczorem trochę wzmaga się wiatr.

03.03.2014 – dzień osiemdziesiąty piąty

Przyjeżdżamy do Esquel. Idzie nam bardo sprawnie, bardzo Ładne widoki. Krajobraz zdecydowanie się zmienia. Dużo traw. Co nas cieszy, bo już od długiego czasu nie wiedzieliśmy normalnej trawy i pastwisk. Pachnie tą trawą bardzo. Dużo także kwitnących na fioletowo ostów przy drodze.

Po drodze zatrzymujemy się w Tecka na stacji benzynowej. Oczywiście paliwa brak, bo jakże by inaczej. Ale nas już to nie przeraża, mamy zapas, dojedziemy do Esquel. Bez paniki.

Esquel jest położone w górach. To miasto, które słynie ze starej kolei patagońskiej oraz z pięknego położenia, w samej dolinie, otoczonej górami.

Gdy przyjeżdżamy do miasta jak zwykle szukamy informacji turystycznej, później sklepu, koniecznie też sklepu z mięsem, a później (albo wcześniej, w zależności od okoliczności) campingu. Bardzo ważna jest też stacja benzynowa. Esquel jest pierwszym cywilizowanym wielce miastem. Ma aż 4 (słownie:cztery) stacje benzynowe. Wszystkie czynne i wszystkie mają paliwo.

Znajdujmy uroczy camping, prowadzony przez starszą parę, potomków Belgów. Dziadkowie tej pary przybyli do Argentyny w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Jak zwykle rozkładamy namiot, materace, śpiwory, robimy zakupy, później kolacja i planowanie dnia następnego.

Bardzo sprawnie dziś poszło. I mięso dziś z grila – palce lizać. Pyszne, kruche, idealne.

04.03.2014 – dzień osiemdziesiąty szósty

Dziś dzień pełen wrażeń. Pojechaliśmy zobaczyć stary ekspres patagoński. Robi wrażenie. Ciuchcia na parę, w środku grzeje się wielki piec, pełen ognia. Para bucha. Wszystkie wagony drewniane, drewniane ściany, drewniana podłoga, w środku drewniane ławki. O 10.00 pociąg rusza na dwugodzinny tour. My nie jedziemy. Mamy inne plany.

Pociąg La Trochita

Kolej nosi nazwę La Trochita i funkcjonuje od 1945 roku.

Ruszamy w stronę Trevelin. To osada założona przez Walijczyków. Walijczycy pod koniec XIX i w XX wieku zaczęli emigrować do Argentyny, a szczególnie do prowincji del Chubut, ponieważ chcieli zachować swoją odrębność kulturową od Anglików. Tak powstały miasta Puerto Madryn, Trelew, Rawson na wybrzeżu wschodnim, a na zachodzie prowincji del Chubut miasta Esquel oraz Trevelin. 

Trevelin

Trevelin oznacza po walijsku wioskę młynu (velin – młyn), albo może młyńska wioska. Jest zatem rzeczą oczywistą, że młyn musi być. Młyn, a jakże jest, zabytkowy, oglądamy go i oczom nie wierzymy. Do młyńskiego koła na drewnianej konstrukcji poprowadzona jest woda z niewielkiej rzeczki, do tego młyńskie koło, tak wyważone, że może go uruchomić kubek wody.

Młyn w Trevelin

Właściciel – wnuk założyciela tego młynu i później współwłaściciela korporacji młynów w prowincji del Chubut oprowadza z dumą po zabytkowym młynie, pokazuje starodawne urządzenia do mielenia i przesiewania mąki ciągle działające.

Widok na dolinę w Trevelin

Opowiada mnóstwo historii o swojej rodzinie, o młynie, o tworzeniu się kolonii walijskich w Argentynie. Dużo, dużo ciekawych informacji. Jesteśmy pod dużym wrażeniem tej wycieczki.

Wodospady Nant y Fall

Wcześniej jeszcze odwiedzamy magiczne miejsce. To wodospady Nant y Fall. Wodospady mają w sobie coś tajemniczego, a jednocześnie spektakularnego. Ten położony jest na skraju wielkiej doliny, jadąc do niego mijamy urwiste skarpy. Co prawda otoczone drzewami, ale przez 3 kilometry widzimy jedynie czubki drzew, także dolina jest naprawdę ogromna.

Na miejscu są specjalnie ogrodzone drewniane tarasy, z których patrzymy na wodospady, a jest ich trzy, zaczyna się od mniejszego (Salto la Petisa), poprzez średni (Salto las Mellizas) i największy (Salto la Larga). Widok na góry i całą okolicę jest bajeczny. Jak już wcześniej pisaliśmy, widoki natury i przyrody są w Argentynie nie do opisania. Po prostu brakuje słów na potęgę i niesamowitość tworów natury w tym kraju.

Późnym popołudniem wracamy do Esquel. Decydujemy, że nic dziś nie gotujemy, tylko zajedziemy na małą pizzę. Miejsce w którym jemy, (Don Chiquino), ma ciekawy klimat, dużo pamiątkowych tablic, zdjęć. To co nam się podoba w Argentynie, to takie utożsamianie się ze swoimi przodkami, pamięć o nich, trzymanie się tradycji, jednocześnie wszyscy podkreślają, ze są Argentyńczykami. Owszem, potomkami emigrantów określonych narodowości, ale są Argentyńczykami. To już trzecie czy czwarte niekiedy pokolenie urodzone w Ameryce Południowej.

Odpowietrzanie hamulca

Wieczorem odpowietrzanie tylnego hamulca w jednym z motocykli. Coś się zapowietrzył. Niestety nie wzięliśmy nic na dolewki i musimy sobie radzić co chwilę dolewając do zbiorniczka wyrównawczego płyn spuszczony z układu w czasie odpowietrzania. Po jeździe argentyńskimi drogami co chwilę trzeba coś dokręcać i kontrolować. Wibracje powstałe podczas jazdy powodują, że różne elementy się odkręcają. Dziś na przykład okazało się, że korek wlewu płynu chłodzącego się odkręcił i leżał sobie pod plastikową osłoną. Dobrze, że nie spadł i nie zgubił się ….

05.03.2014 – dzień osiemdziesiąty szósty

Niestety w nocy temperatura poważnie spada. Spada do tego stopnia, że ubieram nad ranem czapkę i zostaję w niej do pełnego spakowania się na motocykle, po czym ubieram kask. W śpiworze jest ciepło, zwłaszcza jak się ma termiczną bieliznę, więc nie ma problemu, ale rano najgorsze jest wyjście z namiotu. Trochę bardziej zimno niż rześko. W każdym razie wstać trzeba, dobrze się najpierw ubrać w namiocie, a tu już ciepła kawka czeka i ciepłe mleko z płatkami kukurydzianymi.

Ranki są, jakby to powiedzieć, trochę chłodne

Dziś wyjeżdżamy tradycyjnie nie za wcześnie. Chwilę czasu zmitrężyliśmy na poczcie, bo trzeba było w końcu sfinalizować pewną niecierpiącą zwłoki sprawę.

Wyjechaliśmy z Esquel dobrze po 11.00. Widoki zrobiły się więcej niż piękne. Najpierw nieśmiało, na płaskich terenach wokół gór zaczęły pojawiać się choinki, aż w końcu tuż przed Epuyen zielona przyroda zaatakowała z pełną siłą. Zrobiło się zielono. Pięknie, po prostu pięknie. Po wielu już chyba tygodniach samej pampy, udających trawę kępek kłujących roślin, wreszcie zielono i to bardzo. 

Na trasie...

Droga wymarzona, lekkie zakręty co jakiś czas, trochę pod górę, trochę z góry, dookoła  góry, my na ponad 700 m nad poziomem morza. Jedziemy i kontemplujemy widoki.

Postanowiliśmy jechać do Lago Puelo, bo dostaliśmy wiadomość od Galiny, że są tu polscy księża i warto ich odwiedzić. Tak też robimy. Po krótkim szukaniu trafiamy do parafii Naszej Panienki Fatimskiej (Nuestra Seniora de Fatima). Odnajdujemy księdza, witamy go polskim „dzień dobry” i tak o to jesteśmy w Lago Puelo w parafii. Dostaliśmy pokoik i będziemy tu dziś nocować.

Widok na Lago Puelo

Po południu idziemy nad jezioro Puelo, pięknie położone, czyściutkie. Około 4 km pokonujemy spacerkiem pomiędzy wzgórzami. Po drodze podjadamy jeżyny, które rosną wzdłuż drogi. W przydomowych ogrodach rosną brzoskwinie, gruszki, jabłka i orzechy. W Lago Puelo jest jesień w pełni. Chłoniemy widoki natury i rozkoszujemy się ciepłem. Klimat jest tu taki, że noce i ranki są zimne (żeby nie powiedzieć bardzo zimne), a w ciągu dnia jest ciepło, ponad 20 stopni. Za wstęp do parku płacimy po 25 peso. Woda w jeziorze jest naprawdę czysta, widać kamienie na jego dnie. Jest też dosyć zimna. Kilkanaście kilometrów na północ od nas jest lodowiec Turbio, który zasila jezioro w wodę. Podziwiamy widok błękitu jeziora i gór na jego brzegach. Do miasta podjeżdżamy stopem. Młoda para Argentyńczyków z Buenos Aires na wakacjach, zabiera nas i nie musimy wracać na piechotę. Robimy małe zakupy. Dziś na obiad spaghetti, a na deser bierzemy pysznie wyglądające ciasto z truskawkami i kremem. Po powrocie do parafii segregujemy zdjęcia i czytamy o problemach na Ukrainie… Wojna…???

06.03.2014 – dzień osiemdziesiąty siódmy

Dzisiaj wreszcie rano nie było zimno, obudziliśmy się na plebanii, szybko się spakowaliśmy, zjedliśmy śniadanie (jajecznica ze szczypiorkiem) i już byliśmy gotowi jechać. Niestety. Nasz motocykl nie był gotowy do wyjazdu. Jeden odpalił ładnie, od pierwszego strzału. Drugi stwierdził, że nigdzie nie jedzie. Jak postanowił tak zrobił. Długo go błagaliśmy, żeby zmienił zdanie.

No nie chce zapalić bestia

Czyściliśmy mu świece, podładowaliśmy z drugiego akumulatora, głaskaliśmy i przemawialiśmy do rozsądku. Po godzinie walki w końcu się poddał i zdecydował, ze jednak dziś pojedziemy. Przed naszym wyjazdem na plebani pojawiła się niesamowita osoba. Podjechała samochodem, może 65 letnia pani, która była (bo już raczej nie praktykuje) wielką zwolenniczką motorów, ba, przejechała pół swojego życia na motocyklach. Obejrzała nasze maszyny dokładnie, co chwila przytakując i mówięc „que lindo” „que hermoso” (co oznacza „ładnie, pięknie”), obejrzała dokładnie nasze sakwy, nasze opony, naszego GSP-a. spytała o parę szczegółów technicznych, na przykład o telefon satelitarny. Dotknęła naszych ramion i przedramion, wiedząc, że na szutrach trochę się wzmocniły mięśnie. Cały czas się uśmiechała i miała zachwyt w oczach. No cóż, jak ktoś już raz pokochał motory, to miłość ta nigdy nie wygasa, nigdy nie umiera.

Około 12.00 wyjechaliśmy z Lago Puelo, przejechaliśmy przez El Bolson, miasto osławione legendarnymi spędami hippisów, zatankowaliśmy tam, po czym piękną, urokliwą drogą pojechaliśmy do San Carlos de Bariloche. To miasto położone w górach, okala je wcinające się w miasto jezioro Nahuel Huapi. Widoki są po drodze nieziemskie, bo góry dosyć wysokie, przekraczamy 1000 metrów nad poziomem morza. Jeżeli góry, to wiadomo, ze bardzo wiele zakrętów, droga meandruje między dolinami opada i wznosi się znowu w góry. Po drodze robimy przerwę, by nad strumieniem w niezwykłych okolicznościach przyrody zjeść drugie śniadanie.

Samo miasto San Carlos de Bariloche ma niewiele ponad 100 lat. Jest urokliwe, bardzo dużo turystów, co oczywiście ma przełożenie na ceny. Camping chyba najdroższy w Argentynie, jaki do tej pory spotkaliśmy.

Bariloche to miasto niemieckich emigrantów, stare budynki z lat trzydziestych ubiegłego wieku są wykonane z drewna i kamieni. Nadaje to miastu taki tyrolski wygląd. Przez wiele lat Bariloche było uważana za przystań dla nazistowskich zbrodniarzy.

Uzupełniamy witaminy

W każdym razie my, nie szukając potomków nazistów, rozbiliśmy namiot i wypoczywamy (można tak powiedzieć).

Wieczorem gotujemy warzywną potrawkę, bo czas uzupełnić witaminy.

07.03.2014 – dzień osiemdziesiąty ósmy

Dziś mogliśmy dłużej pospać. Nigdzie się nie śpieszymy, spokojnie wypoczywamy na campingu. Rano śniadanie, kawusia i inne tego typu przyjemne sprawy. Mamy połączenie z Internetem cały czas, więc korzystamy z tego namiętnie. Po 12.00 jedziemy pooglądać miasto. Wyraźnie widać wpływy niemieckie, szwajcarskie i austriackie. Wydaje nam się, że co drugi staruszek to Niemiec, ale pewnie to tylko złudzenie.

Bariloche

Spacerujemy głównymi, turystycznymi ulicami. Wszędzie pełno sklepów z wyrobami z czekoladą. Lubują się tutaj w czekoladkach, dosłownie co drugi sklep to czekoladownia. Czekolady są różne. Przeważnie małe lub większe pralinki sprzedawane na wagę, w różnych kształtach, często są to też owoce (na przykład wiśnie) unurzane w grubej czekoladzie. My kusimy się jak zwykle na lody. Nie będę już się powtarzać, ze nie umywają się do naszych ulubionych faworytów z Villa Gessel.

Bariloche

Po południem przeprowadzamy krótką inspekcję motorów. Psują się bestie. Trzeba je w kółko naprawiać. Dolewamy wody destylowanej do akumulatorów. Okazało się, że prąd ładowania jest za duży, a znaczna część wody wyparowała. Od razu czyszczenie klemów.  Wieczorem temperatura mocno spada… gdzie moja czapka???

Akumulator potrzebuje wody destylowanej...

8 marca dzień kobiet

Dzień zaczął się w nocy. A raczej bardzo wczesnym rankiem. Obudziło nas bębnienie kropel deszczu o namiot. „No ładnie” – pomyśleliśmy sobie. W końcu dopadł nas deszcz. I co teraz? Jak to co, dalej zasnęliśmy i tak znowu godzinkę, półtorej. W końcu o 8.30 postanowiliśmy wstać i zorientować się w sytuacji. Szybka toaleta, po czym odpaliliśmy w namiocie komputery i sprawdzamy co z tą pogodą. No nie jest dobrze. W Bariloche zapowiadają deszcze i lepiej stąd uciekać. Zresztą i tak camping drogi, więc nie ma co tu siedzieć. Mieliśmy zaplanowane dziś San Martin de los Andes. Zebraliśmy się więc i ruszyliśmy. Trochę w deszczu, ale przygotowaliśmy prawie wszystko w namiocie i przyszedł czas na błaganie jednego z motorów, by odpalił. Skubany długo się kazał prosić. Standardowe procedury, podłączanie pod akumulator do drugiego, grzanie i przeczyszczanie świec. Po prostu ponad godzina w plecy. Na szczęście przestało padać. Szybka kawa i znowu pakowanie na motory, składanie mokrego namiotu i wreszcie w drogę. Niestety. Trochę pokręciliśmy drogę, więc osławiona droga siedmiu jezior trochę nas ominęła (a raczej to my ją ominęliśmy). Do San Martin dojechaliśmy czterdziestką.

Wiatr wiał taki, że nie wiedzieliśmy jak się nazywamy. Oprócz tego że wiał prosto w twarz, to do tego jeszcze kręcił młynki na drodze, że nie wiadomo było tak naprawdę, z której strony uderzy silny podmuch. Ale nic. Dojechaliśmy w końcu do San Martin de los Andes i tu mój mąż sprawił mi najpiękniejszy prezent na Dzień Kobiet. Owszem, mieliśmy dziś nocować w hotelu, bo jednak 4 czy 5 stopni w nocy to słabe na camping, ale mąż przeszedł samego siebie. Zafundował nam na dzisiejszą noc piękny, wielki domek. Jak niewiele człowiek potrzebuje do szczęścia. Dach nad głową, dach nad motorami. Po prostu nic więcej. A tu przestrzeń, kuchnia, kominek. Ciepło ! bo piecyki grzeją bardzo.

Wieczorem podjechaliśmy do cukierni Mamusia. To założona po wojnie przez Zbigniewa Fularskiego, żołnierza Szarych Szeregów, emigranta.

San Martin de los Andes, cukiernia Mamusia

Niestety Pan Zbigniew jest już wiekowym człowiekiem, a co za tym idzie czasem zdrowie nie pozwala mu spotkać się z innymi. Udało nam się jednak porozmawiać z nim przez telefon. Bardzo zaciekawiło go, że jesteśmy z Gdyni i przemierzamy Amerykę Południową na motocyklach.

A czekoladki bardzo dobre…

I tak oto wygląda nasz wieczór. Czekoladki, pyszna przepieprzona zupa (żeby zaostrzyć nastroje wieczorne), wino, banany (jakże erotycznie). I ciepły prysznic. Z dobrym ciśnieniem wody, a nie, że  ledwo co strumień leci. Fantastycznie.

09.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty

Rano budzimy się z dziwnym uczuciem miękkości i ciepła. Powoli dochodzi do nas, że to nie w namiocie dziś śpimy, tylko mamy 70 metrów kwadratowych do dyspozycji. Wstajemy, robimy jajeczniczkę na cebulce. Kaweczkę. Zaraz potem niestety proza życia przypomina nam i idziemy naprawiać motocykle. Na forum BMW F650 otrzymaliśmy kilka podpowiedzi, które chcemy wykorzystać w naszych motorach. Ponownie rozkręcamy nasz hałasujący motor, tym razem przekładamy napinacze rozrządu z jednego do drugiego motoru. Po chwili jest już wszystko jasne. Błąd i przeoczenie mechanika w Rio Grande, przez ostatnie kilkanaście dni kosztowało nas sporo nerwów. Mechanik popełnił  błąd źle montując napinacz w jednym z motocykli. Z tego powodu motor bardzo hałasował, stukał i rzęził.  Błędnie zmontowany napinacz rozmontowujemy, przekładamy zakleszczone tłoczki, a w nich sprężynkę i zaworek kulkowy. Po całej tej operacji motocykl przestał stukać. Jeden Roblem mamy z głowy, nie musimy z  tego powodu szukać serwisu w Mendozie czy wcześniej w Neuquen.

Co prawda motocykl dalej ma problem z porannym zapalaniem, ale jest to innego rodzaju usterka, z którą będziemy musieli powalczyć w najbliższym czasie.

San Martin de los Andes

Po południu uskuteczniamy niedzielny spacer po San Martin de los Andes. Nasz camping położony jest na obrzeżach miasta. 20 minut spacerkiem dochodzimy do placu, skąd dobiegają dźwięki muzyki. Kilkadziesiąt osób słucha amatorskich występów. Miasto położone jest pomiędzy wysokimi górami, które wytwarzają specyficzny mikroklimat. Jest tu dużo chłodniej niż kilkadziesiąt kilometrów dalej.

San Martin de los Andes

Dziś niedziela. Większość sklepów jest zamknięta. Nam jednak udaje się znaleźć otwarty sklep, kupujemy warzywa do zupy i po powrocie do naszego domku, gotujemy. Dziś na obiad zupa z soczewicy.   I czerwone wino…

10.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty pierwszy

Po komfortowej nocy poranek zapowiadał się jeszcze lepiej. Chwila walki z zapaleniem motocykla i już możemy wyjeżdżać. Widać różnice, fajnie jest nie czyścić wszystkiego z piasku, nie składać namiotu, tylko ubrać się i wyjechać. Pan na bramie chce nas naciągnąć i wmówić że nie zapłaciliśmy za jedną noc. Po krótkiej dyskusji wyjeżdżamy z campingu. Mamy nadzieję, że pogoda szybko się poprawi i niedługo będzie cieplej. Po kilkudziesięciu kilometrach tankujemy w Junin de los Andes. Następny przystanek w Zapali. 200 kilometrów dalej, a po drodze nie ma żadnej stacji. Niestety. Wkrótce wzmaga się wiatr i robi się naprawdę chłodno. Dojeżdżamy do skrzyżowania z Rutą 40. Pomimo, że niebo przejaśnia się, temperatura nie podnosi się. Dosyć mocno marzniemy. Szybkie poszukiwanie odzieży w sakwach i już dodatkowa termiczna odzież trochę nas chroni przed niską temperaturą. Po drodze zatrzymujemy się, by podgrzać naszą wczorajszą zupę z soczewicy i posilić się ( w pięknych okolicznościach przyrody). Od tego momentu kilkadziesiąt kilometrów przed Zapalą, temperatura wyraźnie się zmieniła, wiatr przestał być taki przenikliwie zimny. Dojeżdżamy do miasta, jest ciepło. Mijamy kilka spektakularnych zjazdów, gdzie droga biegnie zboczem góry. Jak zwykle tankujemy do pełna na YPF, nauczeni doświadczeniem, aby następnego dnia nie musieć tracić czasu. Sprawnie znajdujemy camping. Tanio. To camping miejski, wyraźnie widać po cenie. Co prawda nie ma luksusów, ale jest prąd a to wystarczy. Jesteśmy na campingu sami. Jak widać sezon się kończy..

 11.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty drugi

Argentyna jest ogromna. Kupując mapę, na jednej stronie mamy jedną połowę, mniej więcej od Mar del Plata w dół, aż do Ushuaia, a na drugiej stronie (na rewersie). Byliśmy już na samym dole, w Ushuaia, a teraz jedziemy do góry, na północ, dziś przekroczyliśmy granicę stron mapy. Już jesteśmy na drugiej stronie, teoretycznie bardziej na północ. Praktycznie zresztą też bardziej na północ. Jesteśmy w Chos Malal. Miasto piękne, urokliwe, pośrodku miasta wielka góra. Podobno ma w nocy wiać. Na razie jednak ulokowaliśmy się na campingu.

Wieczorne motocyklistów rozmowy...

Obok nas jeden motocyklista z Santa Fe, a obok niego motocykliści z Kanady. Pierwsza kobieta na motorze, którą spotkałam. CO prawda ma dużo mniejszy i lżejsze motocykl, bo to Kawasaki 250, ale podróżuje już 8 miesięcy przez Amerykę Środkową i Południową i jeździ po szutrach i nie narzeka, wiec i tak jestem pod wrażeniem. Dzisiejszy ranek obudził nas dosyć dużym wiatrem i wiało tak przynajmniej przez połowę drogi do Chos Malal. Wiało bardzo, bardzo, bardzo. Już dawno tak nie wiało. Motory znowu tańczyły po całym pasie drogi. Wcześniej było dosyć chłodno, ale mniej więcej po 14.00 temperatura uderzyła nas ze zdwojoną energią. Zrobiło się tak ciepło, że musieliśmy odpinać podpinki i zdejmować termiczną bieliznę. 

Teraz odpoczywamy na campingu, czyścimy łańcuchy, wieczorem kolacja i znowu w drogę. Póki co – dzień za dniem posuwamy się na północ.

12.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty trzeci

Dziś dzień długi, wyczerpujący i pełen wrażeń. A tak naprawdę wszystko zaczęło się od tych Kanadyjczyków, których spotkaliśmy na campingu. Jest to para zapalonych motocyklistów podróżników. Trzeba było widzieć ogniki w oczach Kanadyjczyka, kiedy mówił o tej wolności, jaką daje podróżowanie, zwłaszcza podróżowanie motocyklem. On już ma plan, by za miesiąc wrócić do Kanady uzbierać przez 10 miesięcy pieniędzy, a motocykle zostawić na przechowaniu w Montevideo. Urugwaj jako jedyny kraj w Ameryce Południowej daje pozwolenie wjazdu pojazdów cudzoziemców na rok.

Wszystko okurzone...

Zarażeni ich optymizmem i tą wielką pasją podróżowania motocyklem, wybraliśmy dziś drogę mało uczęszczaną. Zjechaliśmy z asfaltu na szutrowa drogę i pojechaliśmy zobaczyć dwa wulkany. Niestety już nieczynne…  to park narodowy El Tromen.

Szutrem między dwoma wulkanami jechaliśmy raz szybciej, raz wolniej, droga wspinała się na wysokość ponad 2200 metrów nad poziomem morza. Po 40 kilometrach pięknych widoków, rozległych gór droga powoli zaczęła opadać w dół, zrobiło się dosyć stromo. Z górki na kamieniach jest nieco gorzej niż pod górę.

Spotkała nas tez niespodzianka, musieliśmy przekraczać sporych rozmiarów strumień. Było ciekawie, ale daliśmy radę. Po 80 kilometrach znowu wjechaliśmy na asfalt, ale nie cieszyliśmy się nim za długo, bo po kolejnych 40 kilometrach znowu zaczął się szutrowy odcinek Ruty 40. Słońce wysoko, grzało dziś wyjątkowo mocno. Zatrzymaliśmy się przy Rio Colorado, zastanawialiśmy się chwilę nad pozostaniem na tym dzikim parkingu, ale odpuściliśmy. Jechaliśmy dalej, po jakimś czasie znowu zjeżdżaliśmy z góry, a po prawej stronie rozpościerała się piękna, ogromna, zielona i przestronna dolina rzeki Rio Grande. Mijaliśmy konie i osiołki, które pasły się na łąkach. Droga w dalszym ciągu bardzo mocno meandrowała. Cały czas w zasadzie kręciliśmy ósemki, a do tego jeszcze góra, dół. Opony się ładnie zetrą. Równomiernie…

Szutrowa droga to ponad 80 kolejnych kilometrów, aż wreszcie dojechaliśmy do Bardas Blancas, na małej stacji zapytaliśmy o paliwo. A i owszem, jest, ale nie z dystrybutora, ale z beczki. Trochę przepłacamy, bo płacimy 12 peso za litr. Ale dobieramy tylko 10 litrów, po 5 na motor i ruszamy dalej.

Kawa z termosu ma sens

Wieczorem lądujemy na campingu 30 kilometrów przed Malarque. Szybkie rozłożenie namiotu, materacy, śpiworów, gotowanie makaronu z sosem pomidorowym (tylko to mamy w spiżarce) i kładziemy się zmęczeni spać. Słońce schowało się dosyć szybko, bo nocujemy dziś w kanionie, a dookoła nas bardzo wysokie skały.

Najlepszy mąż czyści buty

13.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty czwarty

Ledwo skończyliśmy wczoraj zmywać naczynia po naszym posiłku, a z nieba zaczeły kapać kropeli deszczu. Była to dopiero zapowiedź tego, co ma się rozpocząć. Po kilku chwilach zza wzrógrza błysnęło i deszcz przybrał na sile. Kolejne cztery godziny grzmiało i błyskało, a deszczu było tyle, że można mówić o istnej nawałnicy. Na szczęście nasz namiot dzielnie stawił czoła temu żywiołowi i prawie że suchym ciałem przeszliśmy przez to piekło, co chwila sprawdzając czy coś nie przecieka czy nie zamakają nasze worki podróżne.

Ranek zaczął się ciekawie. Oczywistą rzeczą było, że motocykl nie chciał zapalić. To się już zaczęło robić nudne. Znowu standardowe procedury podpinania pod drugi akumulator i takie tam. Tym razem rozebrałem tak zwaną fajkę,  łączącą świece z przewodami wysokiego napięcia. Po zdjęciu fajki na przewodzie była iskra, co odczułem na własnej ręce, a na świecy iskry nie było. Przyczyna mogła być tylko jedna. Korozja wewnątrz fajki. Zatem wykręciłem fajkę, śrubkę, umieszczony w niej opornik ze sprężynką. W fajce brudno i zaśniedziałe aż zielono. Wszystkie te elementy wyczyściłem.  Na szybko odpaliliśmy  motory.

No tak.  A przecież wszyscy mówią, żeby przed wyjazdem, przed podróżą wszystko sprawdzić, powymieniać kabelki i inne przewody. A my co?

Zmiana planu zatem na dziś jedziemy do Malarque, oddalonego ZALEDWIE (!!!) o 30 kilometrów. W Argentynie 30 kilometrów to tyle co przejechać u nas na drugą stronę ulicy.

Gdy się wreszcie spakowaliśmy i mogliśmy ruszyć znowu widzieliśmy na trasie rozległe doliny, ciągnące się aż po horyzont i drogę prostą jak strzała, też ciągnącą się aż po horyzont. Powoli przyzwyczailiśmy się do niekończących się dróg i pustki ludzkiej, która występuje permanentnie.

Miasteczko nie jest duże, jak większość spotkanych przez nas ostatnio. Ma jedną większą ulicę, piękny, dobrze zaopatrzony sklep warzywno owocowy, kilka sklepów z częściami, elektrycznych i innych, dużą piekarnię a także stację IPF, na której tankujemy i zatrzymujemy się na dłużej by złapać Internet. Kontakt z rodziną jest już bardzo wskazany.

Po godzinie jedziemy na miejscowy camping, rozkładamy namiot, niestety Internetu brak. Niby jest ale jakiś polokowany i nie można żadnej strony otworzyć. W nagrodę działa skype, ale jak nie można nikogo powiadomić, że skype działa, to nici z rozmów.

Na stronie Horyzont Unlimited znaleźliśmy ogłoszenie od Anglików Johna i Annette, którzy są motocyklistami i dużo świata przemierzyli na motorach, że mają w Argentynie farmę. Są chętni przyjąć motocyklistów do siebie i za pomoc kilkugodzinną przy gospodarstwie, proponują nocleg i wyżywienie. Postanowiliśmy do nich napisać i być może pod koniec marca pojedziemy na trochę do nich. Wszystko na razie jest w fazie planów, ale pewne kroki zostały poczynione. Zobaczymy jak to będzie. Z naszej perspektywy byłoby ekonomicznie zatrzymać się u nich na jakiś tydzień lub dwa, podreperować budżet, poprać wszystko, zwłaszcza ciuchy motocyklowe i trochę odsapnąć.

Dziś jednak trzeba się zająć motocyklem. Skoro urodziła się nowa diagnoza – brak przejścia iskry na fajce, to trzeba wyczyścić wszystkie fajki niestety w jednej z fajek przy rozkręcaniu pękła mosiężna śrubka i nie można jej rozkręcić. Trzeba kupić zapasową część.

I tu zaczynają się schody. Pojechałem zatem kupić fajkę. W pierwszym sklepie okazało się że jest to typowa zbieranina elektrycznych rzeczy i nic takiego nie mieli. Pani odesłała mnie do sklepu dwie kwadry dalej. Sklep okazał się zamknięty na dwie kłódki. Przez szybę widziałem co prawda różne motocyklowe elementy. Niestety nie były one dostępne. Pojechałem zatem wzdłuż głównej ulicy rozglądając się w poszukiwaniu podobnych sklepów. W jednym z nich, z artykułami gospodarstwa domowego, przed którymi stały motocykle podano mi namiar do Marcela. Marcelo jest właścicielem dużego sklepu ze wszystkim przemysłowym – gospodarstwo domowe, telewizory, lodówki i inne pierdoły. Wszedłem więc do sklepu pytając o Marcelo. Pan dziwnie się na mnie spojrzał, zaprowadził nie do recepcji, informacji. Wytłumaczyłem, kogo szukam. Zza drzwi z napisem „privado” wyszedł Marcelo. Sympatyczny człowiek w średnim wieku. Okazało się zę jest posiadaczem dwóch BMW R1200. Zadzwonił do Mendozy i w serwisie powiedziano mu, że w Argentynie tej fajki nie można kupić od ręki. Wymyślił zatem, żeby dopasować fajkę od innego pojazdu. Polecił swojemu pracownikowi, który na rowerze prowadził mnie od sklepu do sklepu, gdzie w ostatnim udało mi się dopasować fajkę od innego modelu (NGK).  Cena jak na warunki argentyńskie była astronomiczna, bo w porównaniu z produktami lokalnych marek, była sześciokrotnie wyższa.

Obok nas na campingu zaparkował dziś Fiat Ducato, przerobiony na campera. Wysiadł z niego Julio wraz z żoną z Casildy (to takie miasto obok Rosario). Od słowa do słowa, powiedział, ze chce i może kupić nasze motory, jak już zakończymy naszą podróż. Rozważamy ten plan, sprzedaży motorów tutaj i bardzo byśmy chcieli to zrobić jak najpóźniej, więc jeśli by to wypaliło, to byłoby dobrze.  

Julio jak większość Argentyńczyków jest otwarty, życzliwy i przyjacielski. Wyciąga nogę barana (używa słowa corderito i szivo), rozpala duży ogień z drewna na parilli  i zaprasza nas do spróbowania mięsa. My oczywiście na to, jak na lato, bowiem kochamy argentyńskie mięso. Jak to Rysiek od Gali mówi, tyle mięsa co w Argentynie to nie zjadł przez całe swoje życie. I coś w tym jest. Jemy tu dużo mięsa, bo jest naprawdę dobre, a przyrządzone na grilu jest po prostu przepyszne. Kruche, delikatne, miękkie. Rewelacja.

Oczywiście biesiadujemy prawie do  północy. Tu się późno jada i długo siedzi rozmawiając. Nasz hiszpański chyba już musi być bardzo dobry, skoro tak długo siedzimy i gadamy…

14.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty piąty

Dziś dzień roboczy. Po pierwsze naprawiamy motocykl. Znowu. O drugie pierzemy (oczywiście nastąpił ścisły podział zajęć), po trzecie myjemy się gruntownie. Dzień upływa nam na różnych ciekawych zajęciach zatem, po południu całkiem dobre lody w miejscowej cukierni a także zakupy.

Kupujemy dziś  chivo. To co jedliśmy wczoraj to nie był baranek. To był koziołek. I dziś kupiliśmy sobie tez udko koziołka, rozpaliliśmy ognisko i asado jak się patrzy.

Podpatrując wczoraj mistrza, dziś postępujemy tak samo. Koziołek na małym żarze powinien się piec około godzinki. Za radą naszego mentora, przykrywamy go gazetą i często smarujemy masłem. Przed położeniem udźca w całości na ruszt należy zrobić lekkie nacięcia. Koziołka lekko tylko posoliliśmy i nie dodawaliśmy żadnych przypraw. W odróżnieniu od polskich mięs, które czasem nie wydzielają przyjemnych zapachów, koziołek pachnie. Zjedliśmy prawie półtora kilogramowy udziec. Na raz. Pyszne.

Nasz koziołek przed upieczeniem

Spotkaliśmy dziś Polaków z dwójką dzieci. Wychodząc ze sklepu zauważyliśmy terenową Toyotę na katowickich blachach. Do samochodu podszedł mężczyzna, więc przywitaliśmy się po polsku „dzień dobry”. Trochę zaskoczony odpowiedział i tak od słowa do słowa okazało się że stoimy na jednym parkingu. A tak sobie podróżują spokojnie...już 8 miesięcy.

15.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty szósty – Urodziny Danusi

Ranek nie był taki chłodny jak wczoraj. Jajecznica na cebulce to nasze dosyć standardowe śniadanko, w towarzystwie wyłaniającego się słońca. Postanowiliśmy po śniadaniu, że jednak jedziemy dalej, w kierunku Mendozy. Przy wyjeździe z Malarque tankujemy wszystkie dodatkowe zbiorniki, bo otrzymaliśmy informacje, że może być problem z następnym tankowaniem. Wyjeżdżamy z miasta, a po lewe stronie na horyzoncie widać ośnieżone szczyty Andów. Dziś nie wieje tak mocno, robimy sesję fotograficzną na trzytysięcznym kilometrze Ruta 40, którą w dużej części przemieszczamy się po Argentynie.

Po drodze zmieniamy lekko trasę i zamiast prosto do Mendozy kierujemy się do San Rafael, bo 40 jest w fatalnym stanie, a dziś nie mamy ochoty na szuter.

Robimy krótką przerwę w przydrożnym barze. Tak, tak, tu się trochę pozmieniała na południu, jest troszeczkę lepsza infrastruktura. To znaczy ze są jakieś bary/sklepy co jakieś 50 kilometrów… Tutaj spotkała nas niespodzianka. Po raz pierwszy spotkaliśmy Rosjanina w Ameryce Południowej. Młody rowerzysta, prosto z Moskwy, podróżuje sobie od Alaski po Ushuaia. Rozmawiamy po angielsku. Jakie to dziwne, uczyć się tyle rosyjskiego za młodu, a teraz niewiele, a nawet bardzo niewiele pamiętać. W każdym razie nie na tyle, żeby swobodnie rozmawiać. Musimy zostać przy języku angielskim.

Pierwszy spotkany przez nas Rosjanin w Ameryce Południowej

Jedziemy więc Ruta 144 i dojeżdżamy do San Rafael. W centrum miasta znajdujemy informację turystyczną. Wjechaliśmy już w rejon intensywnej uprawy winorośli i oliwek. Po posiłku na ławeczce w parku, pierwsze kroki kierujemy do muzeum przy funkcjonującej fabryce oliwy z oliwek. Oczywiście kupujemy buteleczkę z pierwszego tłoczenia na zimno. W muzeum oglądamy maszyny i narzędzia z historii produkcji oliwy.

WIekowe urządzenie do sprasowywania oliwek i wyciskania z nich oliwy

Dostrzegam też coś, co przykuwa moją uwagę. Jakiś dżem z Alcayota. Co to jest? Okazuje się że to taki owoc, pomieszanie arbuza z grapefruitem. Chcemy spróbować i próbujemy. Smakuje jak miód, ale o konsystencji grapefruita. Słodkie. Słodkie straszliwie

Dżem z Alcayota

Wieczorem trochę się męczymy bo odwiedzamy trzy kampingi, które swoją ceną nas przerażają. Przyzwyczailiśmy się już do niższych cen. Pomimo jesiennej aury ceny na campingach nie spadły tu drastycznie. Może Mendoza to po prostu bardzo turystyczny region…

Na campingu zaczepił nas Niemiec z długimi, siwymi kręconymi włosami. Całe białe te jego włosy. Przyjechał na rowerze i patrzy i mówi „Polonia?” Przytaknęłam i pytam, czy to dobrze czy źle. On na to, że źle, bo jest Niemcem. Odparłam, że w sumie mogło być gorzej, bo mógł być Rosjaninem. Jak widać, jednego dnia spotykamy naszych dwóch sąsiadów. I Rosjanina i Niemca. Hmmm.. Czecha brakuje do kompletu, ale to pewnie już w ogóle nie jest łatwe, by go tu spotkać..

Kolacja dziś warzywna.

16.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty siódmy

To jeden z tych dni, który się przyjemnie zaczął i ciągle nie wiadomo jak się skończy. Po raz pierwszy poczułam dziś niezwykłe uczucie. Że coś w tym jest, że wsiadasz na motocykl i mkniesz do przodu, czując zapach łąk i pól, drzew, czując wolność i niezależność.

Gdzieś w Argentynie...

Nigdy wcześniej tego nie czułam, ani w upałach w Urugwaju, ani na długich dystansach do  i z Mar del Plata, ani w ogromnych wiatrach w Caleta Olivia i Rio Grande, ani w mżawce w Tholuin przed Ushuaia. A dziś to poczułam. Wszystkie zapachy z gór, pól i łąk. I to fantastyczne poczucie wolności i możliwości jazdy gdzie tylko się ma ochotę.

Rano było w miarę ciepło, spakowaliśmy więc nasz dobytek w miarę szybko, niestety okazało się że musimy suszyć trochę namiot, bo zaparował nam tropik od środka. Mamy więc dodatkowe 20 minut wytchnienia.

.

Nasz namiot się suszy...

Jechaliśmy w stronę Mendozy, nie wiedząc dokładnie czy dziś dojedziemy do celu. Po lewej stronie widać było cały czas Andy. To piękny widok, po prawej równina aż po horyzont. Płasko i zielono, a po lewej stronie ośnieżone szczyty gór, początkowo majaczące gdzieś na horyzoncie, a poźniej, błyszczące i mieniące się w słońcu.

Zatrzymaliśmy się na stacji w San Carlos i niedługo później zaczęła się prawdziwa argentyńska autostrada. Dwa pasy, trochę więcej samochodów. Zahaczyliśmy o niewielką uliczną jadłodajnie, kupiliśmy kilka empanadosów i mogliśmy ruszyć na podbój Mendozy. Niestety, okazało się, że przypuszczenia mojego męża dotyczące pewnych trudności z campingiem w mieście, sprawdziły się.  Okazało się, że kamping jest jakieś 10 km od miasta, więc nici z jutrzejszego zwiedzania po cywilnemu. Trzeba będzie motocyklem podjechać. Wszystko fajnie, tylko kasków się nie chce ze sobą dźwigać. Może uda się je zabezpieczyć, ale Mendoza to dosyć duże miasto jak na warunki argentyńskie, więc trochę się obawiamy zostawiać coś przy motorach, a z drugiej strony nie chcemy tego targać ze sobą. To nasz odwieczny problem…

Znajdujemy całkiem znośny camping (Camping Suiza), ale nieznośna jest cena. Nie mamy za bardzo wyjścia. Mendoza to bardzo turystyczny region. Tutejsza droga z San Rafael do Mendozy jest nazywana Camino del Vino (droga wina, albo winna droga może lepiej po polsku, ale co ona winna znowu z drugiej strony). Po prawej i po lewej albo winogronowe uprawy, albo drzewa śliwek, wiśni, albo oliwek. Podobno klimat tu idealny, w dzień ciepło, a w nocy dosyć chłodno. Dodatkowo jest to region pełen oliwek. Po prostu pełno oliwek, w konsekwencji zaś dużo fabryczek produkujących oliwę z oliwek.

W całej Argentynie jeździ mnóstwo samochodów starych, trzymających się na słowo honoru, przebudowanych, zmodernizowanych, połatanych. Policja niespecjalnie chyba robi z tego problem, bo jak widzieliśmy w Mendozie, sama jeździ hmmm, delikatnie mówiąc, niezbyt zgodnie z technicznymi wymaganiami, które są obowiązujące w Europie, Ale cóż, nie jesteśmy na starym kontynencie, tylko w Ameryce Południowej…

17.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty ósmy

Dziś dzień wytężonej pracy z samego rana. Pierzemy część naszej motocyklowej odzieży. Dziś na pierwszy ogień poszły spodnie. Wszystko jest tak brudne, że już po prostu nie możemy tak jeździć. To chyba nawet szkodliwe dla zdrowia!

Zdecydowaliśmy dziś jechać do bodegi, pooglądać „na żywo”, jak wygląda produkcja wina, a przy okazji coś podegustować. Niestety, nie jest to teraz odpowiednia pora na oglądanie produkcji, ale na degustację i owszem. Jedziemy do Maipu. To kolebka wina i oliwy. Dookoła miasta ogromna ilość małych i większych zakładów produkujących wino, które zwą się tutaj bodega.

Pierwsze kroki kierujemy do starej bodego Giol, która była największą bodegą (fabryką wina) w Mendozie, dopóki funkcjonowała. Od wielu lat pełni funkcję muzeum. Zwiedzamy piwnice, pełne starych, wielkich beczek, słuchamy opowieści o założeniu w tym miejscu winiarni, o produkcji wina, o założycielach tej winiarni , którzy nazywali się  Juan Giol i Geronimo Gargantini.

Na koniec miła oczekiwana chwila – degustacja wina. Ponieważ nie produkuje się już w tej winiarni wina, próbujemy inne lokalne wino. Najbardziej pyszne, o wykwintnym bukiecie, okazuje się białe, słodkie wino, a wymownej nazwie Dilema.

Po degustacji, nieco chwiejnym krokiem idziemy zwiedzać dom Giol’a. To piękna rezydencja, bardzo nowoczesna, jak na lata, w których powstała. Zbudowano ją w 1910 roku i w tym czasie miała same nowinki, takie jak centralne ogrzewanie kaloryferowe, elektryczność czy łazienki ( z pełnym wyposażeniem).

Willa robi na nas duże wrażenie, nieco trzeźwiejemy, ale jakby nam mało. Jedziemy zatem kolejne 10 kilometrów dalej i odwiedzamy niewielką winiarnie, w tej chwili w rękach Francuzów. Bodega Boutique Carinae to niewielka, rodzinna produkcja wina pod Maipu. Oglądamy nowe urządzania do produkcji wina, wielkie piwnice z wielkimi beczkami wina, a na koniec, oczywiście, degustacja. Aż się oczy same śmieją. Niestety, tym razem winiarnia specjalizuje się w winach raczej wytrawnych, lub półwytrawnych. Do tego próbujemy tańszą gamę produktów, wina młode. Daleko im do smaku win słodkich, których próbowaliśmy wcześniej w Muzeum Giol.

Oglądamy jeszcze z bliska pełne dorodnych winogron krzewy, obok których pięknie współgrają drzewa pełne zielonych oliwek, jeszcze twardych, ale pewnie już niedługo zbiory.

Krzewy winogron stoją w szpalerach, kiście i grona aż dotykają ziemi, takie są dojrzałe.

W drodze powrotnej motor szykuje nam kolejną niespodziankę. „nie, nie będę jechał” – zdaje się mówić. Gaśnie na wolnych obrotach. Gaśnie i nie chce ponownie zapalać. Co robić. Próbujemy gada rozkręcać na poboczu, ale ani drgnie. Wykręcamy świecę, tym razem świece wyglądają dobrze, są suche, znaczy powinno działać. Paliwo jest, a jechać nie chce. Zatrzymał się samochód tuż przy nas. Młody człowiek, motocyklista, jak się okazało później, daje nam wskazówki, że 500 metrów dalej jest warsztat motocyklowy.

Po kilkukrotnych bezskutecznych próbach odpalenia, w obawie o rozładowanie akumulatora, postanawiamy nie próbować dalej. Ostatnim strzałem jednak motor zaskakuje. Jedziemy więc czym prędzej do mechanika, zanim znowu zgaśnie motor. Mechanik – Marcelo Gonzalez, okazał się prawdziwym fachowcem. Co prawda trochę mu nie działał (nie łączył wyświetlacz) miernik napięcia, ale   ze znajomością tematu zabrał się do sprawdzania układu elektrycznego, w którym jak twierdził jest przyczyna nieprawidłowego funkcjonowania motoru. Po kilku minutach okazało się że miał rację. Problemem była 3 dni temu czyszczona fajka, na której ponownie nie było przejścia iskry do świecy. Byłaby to ostatnia rzecz, którą samodzielnie byśmy sprawdzali. Przecież niedawno ją czyściliśmy!

Marcelo rozkręcił fajkę, ale i tak nie było iskry. Wygrzebał i założył inną, używaną fajkę, sprawdzając przed tym iskrę. Działa. Wszystko ok. Na razie póki co działa. Kosztowało nas to nędzne 300 peso.

Zobaczymy co będzie dalej.

Wracamy przez Mendozę na pole namiotowe. Zatrzymujemy się coś zjeść, bo raczej dziś nic nie gotujemy, diabelski motor zabrał nam dużo czasu (a raczej jego uruchamianie i naprawa). Mendoza świętuje dziś, jak większość świata, dzień Św. Patryka. Miasto rozświetlone, pełno zielonych flag, świateł i zielonych balonów. Pewnie piwo leje się strumieniami, ale tego już nie próbujemy. Wracamy znużeni na kamping marząc tylko o położeniu się. To był ekscytujący dzień i trochę wyczerpujący.

18.03.2014 – dzień dziewięćdziesiąty dziewiąty

Dziś dzień prania i pobieżnego zwiedzania Mendozy. Najpierw rano zjedliśmy śniadanie. Nasze śniadanie nie są zbyt urozmaicone. Albo płatki kukurydziane z mlekiem, albo ryż na mleku, albo jajecznica. To tyle co nam do głowy przychodzi w warunkach kampingowych. Dziś kolej na jajecznicę z cebulką,

rozkoszujemy się więc śniadaniem i po wcześniejszym upraniu kurtki motocyklowej ruszamy do miasta. Jedziemy jakieś 7 kilometrów do centrum. Po drodze mijamy kilka naprawdę pięknych ulic, ze stylowymi, pięknymi domami.

W centralnym punkcie miasta znajduje się plac niepodległości (Plaza Indepenencia), z pięknymi fontannami. Wcześniej przejeżdżamy przez charakterystyczną dla tego miasta bramę, zlokalizowaną w centrum.

Wielka, trójwjazdowa brama jest żeliwna, ozdobiona postaciami kondora i tarczą Mendozy. Istnieje od początku XX wieku, ufundowana przez władze miejskie Mendozy. Brama prowadzi do Parku San Martin, który ma dużą powierzchnię (przeszło 300 hektarów), a sztuczne jezioro, które się znajduje w parku, jest symbolem swoistego triumfu człowieka nad pustynią. Wszędzie tutaj bowiem to pustynia, przynajmniej geograficznie, ale ustawiczne pompowanie wody, nawadnianie, sadzenie drzew, powoduje to, że są tu enklawy zieleni.

Nieśpiesznie spacerujemy głównymi ulicami, przyglądając się ludziom, wystawom sklepowym, samochodom i budynkom.

Razem z motocyklistami z Kanady

Ku naszemu zdumieniu na jednej z ulic słyszymy: ”hola, amigos”. To nasi znajomi motocykliści z Kanady. Okazuje się nie po raz pierwszy, że świat jest mały… a Turyści, zwłaszcza motocyklowi, zawsze się odnajdą w tłumie. Rozmawiamy chwilkę o naszych dalszych planach i ciekawych miejscach do zobaczenia w okolicy.

Po południu robimy kilka podejść do znalezienia koziołka. Chivo bardzo nam zasmakowało i chcielibyśmy dziś też upiec sobie jakąś małą nóżkę tego zwierzęcia. Niestety, nie jest dostępny. Odwiedzamy kilka sklepów mięsnych, ale i tak na końcu trafiamy do marketu, w której kupujemy po prostu wołowinę i kurczaka.

Brazylijskie orzechy

Kupiliśmy też orzechy brazylijskie i zachwycamy się ich smakiem.

  19.03.2014 – dzień setny!

Dopiero późnym popołudniem spostrzegliśmy, że dziś setny dzień podróży. A od rana zadecydowaliśmy, że dziś nic, ale to nic nie robimy. Co oczywiście nie jest prawdą. Pierzemy znowu pełno ciuchów, korzystając z tego, że jest piękna pogoda. Dodatkowo wysyłamy na tutejsze allegro, które się nazywa Mercadolibre, ogłoszenia dotyczące sprzedaży motocykli. Musimy się rozeznać w sytuacji, czy w ogóle jest możliwa sprzedaż i za jakie pieniądze. Opcje sprzedaży rozważamy od jakiegoś czasu poważnie. Rozwiązało by to nam sporo problemu i zaoszczędziło kasę. A ta pozwoliła by nam pojechać jeszcze w ciekawe miejsca w Ameryce Południowej. Co prawda jeszcze nie wiemy co z tego wyjdzie, ale jest to jedno z kilku rozwiązań jakie mamy do dyspozycji.

Oprócz tego jemy orzechy brazylijskie i wypoczywamy. Ale lody na uczczenie okazji muszą być.

Ponieważ Mama mówi, że wujek Heniek mówi, że za dużo piszemy o motorach, dzisiaj nie będzie ani słowa.

Jedziemy do centrum miasta, w Mendozie są piękne, zielone place z pomnikami i fontannami: Plac Italia, Plac Espania, Plac San Martin i największy Plac Niepodległości. My oczywiście idziemy na lody, nowy smak to Cubana z pomarańczowa skórką, kawałkami czekolady, rodzynkami i lekkim posmaku rumu. Przepyszne. Siedzimy na deptaku w centrum miasta i rozkoszujemy się nic nie robieniem. Dziś jest w końcu ciepło. Około 27 stopni. Ludzie sobie chodzą, a my obserwujemy…

Mendoza to miasto, w którym jeżdżą trolejbusy. Szczerze się zdziwiliśmy…

Spacerujemy trochę po mieście kupujemy wino na dzisiejszą kolację, moje ulubione – blanco dulce , o wdzięcznej nazwie Dilema i na kampingu świętujemy dalej, nasz setny dzień podróży. Robimy obiadek. Ziemniaczki, fasolka i mięsko z wczorajszego pieczenia. A na deser medialuna z kawą. Trochę tylko komary dokuczają, ale mamy na nie środek jeszcze z Azji.

Sto dni w podróży… to już coś! Górska mówi, że do twarzy mi z winem....

20.03.2014 – dzień sto pierwszy

Piękny i wyczerpujący dzień dzisiaj. Rano nastawiliśmy budzik na 7.00 pierwszy raz od długiego czasu. Bo generalnie wstajemy zwykle bez zegarka miedzy 8-9. Dziś jednak plan dnia zakładał wiele punktów, w tym przekroczenie granicy miedzy Argentyną a Chile. Postanowiliśmy więc wyjechać wcześniej. Spakowaliśmy się, zjedliśmy pyszne śniadanie. Od wczoraj wprowadziłam nowości w śniadaniach. Jem avokado z pleśniowym serem. Pyszne. Do tego kawka i można jechać w drogę. Odjechaliśmy mogłoby się wydawać okrężną drogą, bo wróciliśmy przez Mendozę do drogi nr 7, którą jechaliśmy już do samej granicy. Jest krótsza droga, od naszego campingu w górę, ale niestety 70 km po szutrze. Zadecydowaliśmy, że pojedziemy dziś asfaltem, zwłaszcza, ze mieliśmy w planie kilka dróg szutrowych zaliczyć na trasie. Gdy jedzie się z Ruta 40 w Ruta 7, to cały czas widać piękne widoki. Równe, malownicze winorośle na tle ośnieżonych szczytów Andów. Nadzwyczajne. Powoli wjeżdżaliśmy w coraz wyższe góry. Droga wspinała się i wspinała, od czasu do  czasu, nieznacznie, łagodnie opadając.

Cały czas jechaliśmy wzdłuż rzeki Rio Colorado. Czekało nas bardzo wiele zakrętów i wykutych w skale tuneli. Dojeżdżamy do Upasallata, gdzie jest ostatnia stacja benzynowa po argentyńskiej stronie. Tym samym, żegnaj tanie paliwo. Tankujemy do pełna i ruszamy dalej.

Następny punkt programu – Ruta Sanmartinians, a w zasadzie jeden z jej punktów – malowniczy kamienny mostek (droga ta nawiązuje do szlaku, jaki pokonywali żołnierze przez Andy, pod dowództwem generała San Martin, który walczył  o powstanie niezależnych krajów Ameryki Południowej z Hiszpanami). Trzeba kilometr zjechać z głównej drogi po czym stromym zakrętem zjechać w dół. Mój motor nie wytrzymuje mego napięcia, koło ląduje w dziurze, których nie brak na drodze i przewraca się.  Dzięki bogu wino które miałam w sakwie, po stronie na którą przewrócił się motor – nie ucierpiało. Butelka cała, nie potłuczona. Niestety , teraz trzeba podnieść motor, a leży tak niefortunnie, że prawie do góry nogami. Musimy odpinać wielki worek z bagażami, paliwo w bańce i jakoś udaje nam się postawić tego wielkiego potwora.

motór leży...

Z góry motory zjeżdżają już pod dowództwem jednego kierowcy… drugi idzie piechotką te 100 metrów. Droga w tym miejscu mocno schodzi w dół i zwęża się do około 2-3 m szerokości. Na dodatek z lewej strony jest ogromna skarpa, która kończy się kilkadziesiąt metrów niżej koło strumienia.

Mostek jest malowniczy, robimy fotki i jedziemy dalej. Dalej wjeżdżamy wyżej  i wyżej, przekraczamy 2000 m n.p.m.

Dojeżdżamy do Puente del Inca. To cud natury. Most kamienny, zbudowany czy stworzony przez naturę. Z nacieków skalnych, minerałów, powstał kamienny most, pod którym wartko płynie rzeka.

Puente del Inca

Dookoła pełno też stoisk z lokalnymi pierdołami dla turystów. My niestety omijamy to ze smutkiem, na razie nie ma miejsca na pamiątki czy prezenty. Chwilę tylko medytujemy nad popielniczką dla Zygmunta, z napisem Mendoza, po czym jedziemy dalej. Mijamy stanowiska odprawy argentyńskiej, chilijska jest jakieś 25 kilometrów dalej.

Zmierzamy na punkt widokowy zobaczyć najwyższy szczyt Andów –Aconcagua. Ma prawie 7 tysięcy metrów, dokładnie 6961 m n.p.m.

Aconcagua lekko schowana po lewej, ten ośnieżony szczyt

Wieje bardzo, oczywiście zbytnio góry nie widać, ale coś tam dostrzegamy, ciesząc się, że nie musimy za wysoko wchodzić. Wysokogórskie wspinaczki to nie dla nas. Póki co jesteśmy na wysokości 4200m n.p.m.

Przed nami już tylko granica, a raczej odprawa. To jest główny gwóźdź popołudniowego programu. Zbliżamy się do budynków odprawy i już widać kolejkę aut, ponad 30 ich stoi i czeka. Podjeżdżamy bliżej, niestety strażnik odsyła nas na koniec kolejki i mówi, że trzeba czekać.

Czekamy jakieś 30 minut w kolejce, która się nie porusza ani o jedno auto. W końcu strażnik wpuszcza większość aut stojących w kolejce, a wśród nich i nas. Idziemy do kolejki. Wiemy, że trzeba przejść pięć kroków – odprawę argentyńską, odprawę celną argentyńską, to samo z chilijską i na końcu chilijskie sprawdzanie, czy nie przewozimy jakiś towarów niedozwolonych, na przykład owoców czy warzyw.

My oczywiście coś tam mamy, ale to na samym końcu będziemy przerabiać. Nie zdążyliśmy za dużo zjeść, zapasy trzymamy, większość niedozwolonych, ale jak będzie to zobaczymy.

Na razie staliśmy w bardzo długiej kolejce do odprawy paszportowej argentyńskiej. Potem w jeszcze dłuższej do odprawy paszportowej chilijskiej. Potem odprawa celna argentyńska, kiedy już byliśmy wykończeni tym czekaniem, w czwartym okienku celnik odsyła nas po setki pieczątek, do poprzednich stanowisk, pomimo, ze siedzą wszyscy w jednym pomieszczeniu, tylko turyści do różnych okienek podchodzą.

Zaczynamy się już wykłócać, bo nerwy nam puszczają. Co mnie obchodzi, że celnik zapomniał przybić pieczątki!  Jakoś ta granica nam się nie podoba. Na poprzednich przejściach wszystko odbywało się sprawnie i z uśmiechem.

W końcu po dwóch i pół godzinach odprawy wsiadamy na motory. Jeszcze tylko odprawa sanitarna i jedziemy. Celnik każe otwierać po kolei sakwy. Znajduje jabłka i już cały ucieszony  zabiera je. Mleko wolno przewozić, także spokojnie. Zabiera też jedną szczapę drzewa, którą zabraliśmy z poprzedniego kampingu. Drewna też nie wolno wwozić. Jakaś plaga może być… jak twierdzi celnik.W końcu wyjeżdżamy. Przejeżdżamy przez ostatni szlaban i jesteśmy w Chile…

Szukaj nas w Chile. Kliknij tutaj

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012