facebook

Chile po raz drugi

Zobacz jak dotarliśmy drugi raz do Chile. Kliknij tutaj

20.03.2014 - dzień sto pierwszy

Drugi raz w Chile. To był najbardziej stresujący wjazd, jaki sobie mogłam wyobrazić. Niby widziałam na mapie, że są jakieś serpentyny. Niby widziałam, że trzeba z 4300 m n.p.m. zjechać na przynajmniej 1000 m n.p.m. w ciągu 5-10 minut początkowego odcinka trzeba było zjechać najgorsze kilkanaście kilometrów w mojej "karierze motocyklowej" co prawda mój mąż mówi, ze to najpiękniejsza droga, którą jechał do tej pory na motorze, ale we mnie odezwał się z siłą wodospadu wielki lęk wysokości i przez prawie 10 minut nic się nie dało z nim zrobić. Po prostu trzymał z całą siłą, sparaliżował niemalże i jechałam tak daleko od krawędzi przepaści jak tylko mogłam.

Niby droga szeroka, ale zakręty 180 stopni, które były przez prawie 15 kilometrów, były przerażające. Przynajmniej dla mnie, bo Krzysiek, to się cieszył, a jednocześnie cały czas patrzył do tyłu, czy ja jadę, do momentu kiedy droga się trochę wyprostowała, ale przez następne kilkadziesiąt kilometrów cały czas schodziła w dół. Od strony chilijskiej Andy gwałtownie schodzą w dół w odróżnieniu od Argentyny. Chile jest wąskie i od granicy do oceanu jest nie więcej niż 150 kilometrów, w tym miejscu, gdzie przekraczaliśmy granicę.

Na tym odcinku od szczytu Aconcagua, góry schodzą do poziomu morza w Vina del mar i Valaraiso. W każdym razie jedziemy jeszcze kolejne 60 kilometrów gdy znajdujemy wreszcie miejsce na camping. Pusto. Ani żywej duszy poza Juanem, młodym sześćdziesięciolatkiem, który proponuje nam najpierw pokój za 70 dolarów, po czym mówi, że owszem, możemy rozbić namiot. No problema. Ostatnim rzutem na taśmę przed zmrokiem rozbijamy nasz obóz. Tym razem się udało. Do tego mieścimy się w budżecie, bo płacimy tylko 5000 peso chilijskich. Niecałe 10 dolarów. Gotujemy pośpiesznie zupę z paczki. Dzisiaj warzywna. Zagryzamy bułką. Ja popijam winem. Tuż po 22.00 lądujemy w namiocie, każdy w swoim śpiworze, na swoim materacu. Zasypiamy.

21.03.2014 - dzień sto drugi

Rano budzi nas słońce.. wstaliśmy późno, bo słońce późno wyszło. Andy bowiem determinują widok na słońce i jego położenie względem ruchu Ziemi. Jedziemy dziś do Vina del mar. To pięknie położóna miejscowość nad samym morzem. Poranek w Chile naszego pierwszego dnia ponownego pobytu w tym kraju, przychodził dużej niż zwykle, a to z powodu wysokich gór , które zasłaniały nam słońce.

Trochę późno zatem wstajemy, bo jak mawiają Chilijczycy oni mają zachody słońca, a Argentyńczycy wschody. Kiedy już wyszło zza gór, wyraźnie można było odczuć jego intensywne promienie. Na campingu byliśmy sami, postanowiliśmy się szybko zebrać i jechać w kierunku Vina del Mar. Droga była samą przyjemnością. Temperatura niezbyt wysoka, a krajobraz zmieniał się i dostarczał nam wielu wrażeń. Po drodze spotkały nas dwie niemiłe komunikacyjne niespodzianki. Musieliśmy uiścić opłatę za przejazd autostradą. Przyzwyczajeni już do darmowych przejazdów w Argentynie czy Urugwaju, nie przyjęliśmy tego z euforią. Co prawda sumy nie były wygórowane, ale nie jest to przyjazny kraj dla motocyklistów. Co prawda autostrady były w dobrym stanie technicznych, dobrze oznaczone (w Przeciwieństwie do dróg Argentyny). Kilkanaście kilometrów przed celem naszej podróży odczuliśmy gwałtowne ochłodzenie powietrza. Nie wiemy z jakiego powodu, ale różnica temperatur była wyraźna. Nie wiemy z jakiego powodu, ale chłód był namacalny. Jednocześnie powietrze nad samym morzem straciło swoją przejrzystość i widać było wyraźnie pewną mgiełkę. Statki na redzie były lekko za mgłą. Jazda na motocyklu daje tą przewagę nad samochodem, że czuliśmy zapach winorośli i zmieniającą się temperaturę wraz ze zmianą wysokości. Kierowani nawigacją GPS wjeżdżamy do miasta, na jego główny plac, zatrzymujemy się na chodniku, wzbudzając zainteresowanie wielu przechodniów.

Vina del mar

Rozdzielamy się w poszukiwaniu informacji turystycznej, ja zostaję pilnować motocykle. Dziś zdecydowaliśmy się pozostać w mieście, w którym niestety nie ma campingu. Bierzemy zatem tani hotel. Tani w Chile, to nie znaczy to samo co w Argentynie. Z naszego punktu widzenia i naszej podróży taki wzrost cen wpływa znacząco na nasz dzienny budżet. Na resztę dnia porzuciliśmy nasz wierny środek transportu i na miasto poszliśmy pieszo. Zmęczeni ich codzienną obecnością zostawiliśmy je na parkingu hotelowym pod pokrowcami. Idziemy uliczkami Vina Del Mar w kierunku Pacyfiku.

Vina del mar

Oglądamy na nabrzeżu surferów, którzy ćwiczą wykorzystując niewielki fale. Oglądamy nietypowy dom z basztą jak w średniowiecznym zamku. Zbudował go jakiś Niemiec z fantazją. Budowla stoi nad samym brzegiem na skale. Woda z impetem rozbija się tworząc ogromne fontanny. Kolejnym punktem jest piękny zegar kwiatowy. Tarcza z kolorowych roślin wygląda imponująco.

Vina del mar

Lekko głodniejemy, więc w drodze do hotelu szukamy czegoś na ząb. Kupujemy po jednym empanadosie z mięsem i jednego na spółkę z innym nadzieniem. Pycha.

Vina del mar

Robi się już późno, więc idziemy spać.

22.03.2014 – dzień sto trzeci

Dzisiaj wycieczka do Valparaiso. Oddalony o parę kilometrów od naszego hotelu duży port w Chile. Miasto było wielokrotnie niszczone przez trzęsienia ziemi. Historia miasta jest długa, bo pierwsze wzmianki dotyczą XVI wieku. Miasto wyrasta niemal z Oceanu Spokojnego, większość domów stłoczona jest na wzgórzach, które osłaniają port.  Szerokie ulice usytuowane są zgodnie z linią brzegową i razem z nią zakręcają. Do miasta dojeżdżamy autobusem miejskim, przystanek mamy przy samym hotelu, a koszt przejazdu to 400 peso chilijskich za osobę.

Valparaiso port

 Na stokach wzgórz i pomiędzy nimi w dolinach  spacerując można się zagubić. To prawdziwy labirynt krótkich, małych uliczek, schodów, wąskich przejść czy zaułków. Ponieważ miasto położone jest na stromych zboczach, zbudowano już pod koniec XIX wieku kolejki  liniowe, a raczej pojedyncze wagony, nieco podobne do wagonów linowych kolejek na Kasprowy czy gdzie tam.  Przyklejone do zboczy, przewożą pasażerów pomiędzy poszczególnymi poziomami miasta.

Valparaiso - kolejka linowa, jedna z kilku w mieście

Nieco trudu trzeba sobie zadać, by znaleźć przystanki tych wagoników, bo zwykle są schowane w gąszczu uliczek, ale jak już się znajdzie jedną, to później wiadomo czego szukać. My też fundujemy sobie przejazd takimi elewatorami. Zbudowane na samym początku XX w funkcjonują do teraz. Archaiczne mechanizmy nadal działają i wjeżdżamy kilkadziesiąt metrów w górę. Z tarasów rozpościera się piękny widok na wzgórza i ocean.

Valparaiso

Miasto ma swój niewątpliwy urok, najciekawszą rzeczą, poza gęstwiną uliczek i zakamarków jest ogromna ilość graffiti. Na starym mieście, a dokładnie w dzielnicy Concepcion nie ma praktycznie domu, który nie byłby ciekawie pomalowany. Dzielnica ta wygląda często jak miejsce dla artystów i niebieskich ptaków, którzy wiele nie potrzebują, często nic nie robią, albo lepią czy dziergają coś, by później sprzedać turystom.

Valparaiso - piękne widoki

Po południu wracamy do hotelu. Niestety nie zjawił się żaden z dwóch zapowiedzianych potencjalnych kupców motorów. Tak. Myślimy o ich sprzedaży pod koniec podróży, aczkolwiek niechętnie. Albo chętnie. Trochę ambiwalentne mamy odczucia co do tego pomysłu. Ale jakaś idea jest, pytanie teraz, czy możliwa do zrealizowania. Zobaczymy… podczas tej podróży rodzą się różne opcje, a wiadomo, życie i tak weryfikuje wszystko. Mamy w zanadrzu jeszcze  inne pomysły…

Valparaiso - miasto graffiti

W sklepach pojawiły się zajączki czekoladowe. To znak, że Wielkanoc już wkrótce. My się nie wybieramy do Polski na Święta Wielkiej Nocy. To tak gwoli informacji…

Valparaiso

Wieczorem idziemy jeszcze przejść się po głównej ulicy Vina del Mar – Avenida Valparaiso. To deptak, przypominający sopocki Monciak, czy Krupówki w Zakopanem.  Nawet kilku mimów się trafia, dużo ulicznych grajków i tym podobnych atrakcji dla turystów. Pełno knajpek i sklepów. Trafiamy do jednego z nich. Niby bielizna, mąż mój mówi, że sex shop, więc wchodzimy. Jednak bielizna, haleczki, rajstopy, podwiązki, pasy do pończoch i majtki. Te ostatnie zwłaszcza przykuły nasz wzrok. Ogromny wybór majtek z silikonowymi wkładkami. No tak, tu jest Ameryka Południowa. Ideał piękna ma wielką, kształtną…. Wielkie kształtne pośladki. Tak zwane pośladki Jennifer Lopez. To znaczy, że duże, okrągłe. Więc dla tych, które mają za mało, piękne majtki z wkładkami silikonowymi. Do wyboru, do koloru, różne rozmiary, wzory, kolory.

Mój mąż za to bezkarnie może patrzeć na pośladki innych kobiet, bo wymyślił zabawę, zgadywanie, która ma te majtki z silikonowymi wkładkami, a która nie…

23.03.2014 – dzień sto czwarty

Wyspani wyruszamy dziś do Santiago. Rano w Vina del mar jest niewielki chłodek. Niebo przykrywa warstwa chmur, nie widać słońca. Nie ma więcej niż 12 stopni. Pakujemy się i jedziemy. Przejeżdżamy przez miasto, jeszcze raz podziwiając jego niezwykłe, strome położenie.

Po kilkunastu kilometrach za miastem, zaczęliśmy zastanawiać się, czy nie wyciągać podpinek. Podczas jazdy przewiewało nas zimnym powietrzem. Wśród gór była gęsta mgła, która kropelkami osadzała się na kasku. Dojechaliśmy do Casablanki, gdzie musieliśmy zatankować benzynę i w ciągu kilku minut niebo mocno przejaśniało, wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Zbliżając się do Santiago, poczuliśmy wyraźne ocieplenie.

Santiago

Pogoda w Santiago, sprawdzana w Internecie, miała szansę się sprawdzić. 30 stopni C było w naszym zasięgu.

Niestety znowu płacimy za autostrady, niektóre dosyć drogie, bo przejeżdżamy przez dwa dosyć duże tunele wydrążone w skałach. Sprawnie prowadzeni nawigacją, która czasem jednak płata nam figle, bezbłędnie dojeżdżamy do informacji turystycznej.

Stolica Chile jest największym miastem w tym kraju. Ma ponad 2 miliony mieszkańców i naprawdę jest tłok na ulicach.  Wczoraj znaleźliśmy parę namiarów na niedrogie hotele, a dziś potwierdziliśmy w informacji. TO znaczy chcieliśmy potwierdzić w informacji turystycznej, ale niestety, w niedzielę biuro informacji zamknięte. Turyści nie powinni do Santiago przyjeżdżać w niedzielę, albo przynajmniej nie powinni oczekiwać otwartej informacji turystycznej. Udało nam się jednak znaleźć przyzwoity hotel i mogliśmy iść zwiedzać miasto.

Santiago leży na 500 m n.p.m. Dookoła miasta wysokie góry. Generalnie trzeba się dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć ośnieżone szczyty, ale są. Zasłania je smog, albo jest słaba przejrzystość powietrza. Generalnie jednak jak najbardziej, Santiago leży w dolinie, otoczonej Andami.

Jednym z ciekawszych miejsc w mieście, którego nie mogliśmy pominąć, jest wzgórze San Christobal. Spacerem od hotelu dotarliśmy tam w 20 minut, a następnie zafundowaliśmy sobie wjazd na szczyt, nad którym górowała statua Marii Niepokalanego Poczęcia. Kolejka wiodąca nas do góry, została zbudowana na początku XX wieku, dwa wagoniki, mijające się w połowie wzgórza, wspinają się do góry po szynach, pod niewiarygodnie ostrym kątem. Po wjeździe na szczyt nasz GPS wskazał 822 m n.p.m. Z naszych obliczeń wynika, ze kolejka wwozi turystów 300 metrów wyżej. Pomimo smogu wiszącego nad miastem, panorama była wyraźna, piękna i spektakularna. Pomimo, że góry były nieco zamglone, widok był imponujący.

Samo miasto jest dosyć rozległe, gdy zjechaliśmy ze szczytu San Christobal, poszliśmy na spacer do centrum, niestety musieliśmy się trochę obejść smakiem, ponieważ dwa najważniejsze place w mieście są w remoncie. Pozastawiane wielkimi, drewnianymi płytami, niewiele widać. Udaje nam się zobaczyć zabytkową katedrę, na Plaza de Armas, wiekowy budynek poczty, kilka innych budynków, w klimacie Art deco. W mieście dużo bezdomnych.

Wzdłuż rzeki która płynie przez miasto, ciągnie się zielony park, pełen drzew, krzewów, pomników i zadbanych trawników. Młodzi Chilijczycy rozkładają kocyki i leżą na trawie. Jest ciepło, gorąco, w końcu jest prawie 30 stopni. Niestety, nasz budżet ledwie wytrzymuje wizytę w stolicy Chile. Jutro przemieszczamy się dalej, na północ. Atacama czeka… czy co tam…

24.03.2014 – dzień sto piąty

Dzisiaj dzień drogi. Z planowanych 200 km do taniego campingu w Las Vilas, zrobiło się 480 km. Powodem tego byłą pogoda. Po wyjeździe ze słonecznego i upalnego Santiago, a pierwszą linią gór unosząca się mgła zrobiła się tak gęsta, ze zaczęła się skraplać na kaskach. Przez kolejne kilometry liczyliśmy na to, ze za kolejną górą wyjdzie słońce. Niestety chmury gęstniały i gęstniały. A my jechaliśmy dalej. Mijaliśmy kolejne miejscowości. Panamericana zbliża się do brzegów Pacyfiku i blisko 200 kilometrów jedziemy blisko brzegu. Dwupasmowa nitka autostrady dała się mocno odczuć, bo na każdych bramkach, a było ich z pięć, musieliśmy słono płacić… Panamericana to popularna nazwa  międzykontynentalnej, najdłuższej chyba drogi na świecie. Wiedzie z Ushuaia do samej  Alaski. Jest jej wiele odnóg i wariantów, wiodących przez obie Ameryki.

Dla naszych obładowanych motorów dzisiaj był ciężki dzień, bo prawie całą drogę utrzymywaliśmy dosyć dużą prędkość, jak na nasze niemłode już motorki – około 120-130 km. Ruch na drodze był spory, w odróżnieniu od tego, do którego się przyzwyczailiśmy w Patagonii. Zaliczyliśmy nawet dzisiaj dwa korki, w czasie robót drogowych. Droga, którą jechaliśmy opadała się i wznosiła, średnia wysokość w dużej części oscylowała w granicach 50-150. Poszarpane, skalne wybrzeże nie było widoczne wyraźnie, znikało często we mgle. Widzieliśmy jednak często piękne widoki, nieco przymglone. Ten chłód który dziś nam towarzyszył, zmusił nas do przebrania się w cieplejsze ciuchy. Niektórzy członkowie wyprawy poubierali wszystkie podpinki i membrany wiatrowe. A niektórym było w miarę ciepło.

Chile zdecydowanie różni się od Argentyny infrastrukturą drogową. Przede wszystkim drogi są. Po drugie są asfaltowe. Po trzecie jest znacznie więcej stacji benzynowych, na których nie dość że jest paliwo, to jeszcze nie ma kolejek. Żadnych. Przy każdej stacji benzynowej, dość drogi bar, z hot dogami i innymi przekąskami, a dodatkowo toalety. Ale żadne tam po prostu toalety, ale pełny wypas, z mydłem, papierem toaletowym i suszarkami do rąk.

Po Argentynie to duża odmiana. Ale cóż, płacimy za to dużo za paliwo, płacimy za autostrady i płacimy za przejazd tunelami, które są zbudowane w kilku miejscach, znacznie skracając drogę…

Zmieniła się też przyroda w odróżnieniu od patagońskiej pustki. Pojawiły się w dużych ilościach kaktusy. Kaktusy jak z filmów kowbojskich. Typowe dla tego regionu, wyciągają swoje ramiona ku górze. Wygląda to niesamowicie. Jest ich dużo, rosną samotnie, albo w wielkich koloniach.

Późnym popołudniem dojeżdżamy do La Sereny. Zjeżdżając z góry widzimy panoramę miasta położonego nad zatoką. To dwa miasta – Coquimbo i La Serena. Są one niejako ze sobą połączone, ale stanowią administracyjnie dwa różne miasta.

La Serena to miasto urocze, stare kamienice, w większości ceglano - drewniane, kościoły,  katedra, place, wszystko to ma bardzo duży urok.

Znajdujemy informację turystyczną, gdzie męczę panią, by znalazła mi hostel z parkingiem dla motocykli. Z tym zwykle jest problem, trzeba się męczyć, żeby je jakoś ulokować bezpiecznie. Ale tym razem trafiamy bez bólu na idealne prawie miejsce (trochę drogo, ale wyjścia za bardzo nie ma, za zimno na camping, a i campingu brak). Hostel El Arbol (drzewo) w którym lądujemy jest czysty, nawet bardzo, ma kuchnię do dyspozycji turystów i jest położone w centrum miasta. Jesteśmy zachwyceni, idziemy na zakupy do centrum handlowego, które jest tuż obok. Po powrocie gotujemy pyszne spaghetti i wypoczywamy. 

25.03.2014 – dzień sto szósty

Dzień jak co dzień. Z tą różnicą, że dziś budzimy się wyspani i wypoczęci. Naprawdę sprężysty materac pozwolił solidnie wypocząć. Śniadanko – płatki, tosty i sok z melona. Idziemy rzucić okiem na miasto, wypłacamy pieniądze z bankomatu i jedziemy dalej. Pogoda nie zachęciła nas, żeby dłużej zostać w La Serena, jest pochmurno, nie widać w ogóle słońca, nie jest też ciepło. Na ulicy widzimy ludzi w czapkach i kurtkach. Może nie jest też zimno, bo jakieś 15 stopni, ale my oczekujemy czegoś cieplejszego, jeśli chodzi o pogodę.

Ruszamy, wcześniej jednak żegnamy się czule z Juanitą, która zajmuje się prawie wszystkim w hotelu Arbol, w którym spaliśmy. Jedziemy dziś do Copiapo. To miasto wielu kopalń, znane przede wszystkim z katastrofy w 2010, kiedy to Chilijczycy wydobywali uwiezionych przez 10 dni górników, specjalnie skonstruowaną kapsułą.

Do Copiapo jedziemy w chmurach. Prawie dosłownie. Kiedy wyjeżdżamy z La Serena nic jeszcze nie wskazuje na nieoczekiwaną zmianę warunków. Po prostu jest pochmurno. Jednak po 30 kilometrach gęsta mgła zaczyna nas dosłownie oblepiać. Na kaskach krople wody, jedziemy wzdłuż wybrzeża, ale prawie nie widać ani brzegu, ani morza. Droga wznosi się o około 500 metrów i toniemy w chmurach i mgle. Serpentyny dopełniają emocji . Może nawet lepiej , że jest mgła, bo nie widać przepastnych urwisk wzdłuż drogi. Tak samo jak gwałtownie zaczęliśmy wjeżdżać w tą mgłę, tak niespodziewanie za którąś z serpentyn niebo stało się w ciągu kilku minut błękitne, chmury zostały za nami i ukazała się nam pustynia Atacama w całej rozciągłości. Nie jest jeszcze pustynia, jaką można sobie wyobrazić, bo jest dużo gór i skał, ale też trochę roślinności, drobne krzaczki przycupnięte tu i ówdzie.

Gdzieniegdzie widać już łachy piachu, które są pozałamywane wiatrem i  tworzą piaszczyste grzbiety. Po mglistym i chłodnym poranku w La Serenie reszta część drogi przebiegała w iście upalnych warunkach. Suche powietrze w mig osuszyło krople z resztek mgły  na kaskach i ubraniach. Po kilkudziesięciu kilometrach dostrzegliśmy drogowskaz: Domeyko 20 kilometrów. Tam też zatrzymaliśmy się na mały posiłek z naszych zapasów. Miejscowość o polsko brzmiącej nazwie od nazwiska słynnego w Chile Polaka, nie przypominała nam ojczyzny. Wioska z kilkoma ulicami, które przejechaliśmy w poszukiwaniu ukrytych atrakcji, była dosyć obskurna. Płoty gdzieniegdzie zrobione z blach po beczkach po paliwie. Drewniana, niska, podupadająca zabudowa nie sprawiała przyjemnego wrażenia. Pomimo to znaleźliśmy mały placyk z ławeczkami i tam zjedliśmy małe co nieco.

Dalsza  podróż była już dosyć nudna, ciągle ten sam górzysto pustynny krajobraz. Dojechaliśmy do Copiapo. Miasto ukryte jest w górach. Dosłownie. To jest ciekawe zarówno w Argentynie, jak i w Chile, że nie ma nic, jedziesz drogą i nic nie widać, żadnych przedmieść, żadnych wiosek przed miastem, tylko myk i już całe miasto jak na dłoni, bo są one przeważnie w małych, lub większych dolinach.

Copiapo ma przepiękny główny plac, obowiązkowo z centralnie ustawioną fontanną. Do tego kilkanaście ulic centrum i rozległej części poza centrum. Jest spory ruch samochodowy, a wszystkie te auta są miejskie, nie ma tu ruchu tranzytowego.

Próbujemy znaleźć niedrogi hostel, ale dopiero za trzecią próbą się udało. Nie należy zawsze brać, co popadnie. Warto jednak czasem zadać sobie troszkę trudu i pojechać cztery ulice dalej. Dzięki temu mamy całkiem przyzwoity pokój, za rozsądne (w Chile rozsądne!) pieniądze.

Na kolację pizza i spacer po centrum. Wracamy już po ciemku do hotelu. Jutro ruszamy dalej.

26.03.2014 – dzień sto siódmy

Coś nie mamy szczęścia do pogody. Gonią nas ciągle chmury i mgły, a my uciekamy przed nimi na północ. Rano ponownie, bardzo nas zdziwiła pogoda. Wczoraj jak przyjechaliśmy do Copiapo, było gorąco, ciepło, bezchmurnie i słonecznie. Ranek nieco chłodny i bardzo pochmurny. Zjedliśmy jajecznicę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Pierwszy odcinek drogi do Taltal, dokąd dzisiaj planowaliśmy dojechać, przebiegał w gęstej mgle. Nie przypominała ona jednak tej znanej nam z Polski. Widoczność na poziomie ziemi była dobra. Dopiero gdzieś na  niewielkiej wysokości unosiły się gęste zwały, które całkowicie zasłaniały słońce.

Po wczorajszym upalnym wieczorze, było to mało przyjemne. Dopiero na wysokości Chanaral niebo zaczęło się przecierać i pokazało się słońce. Przez ostatnie kilkie dni kiedy jechaliśmy wzdłuż Ocenau Spokojnego, zauważyliśmy, ze linia chmur i mgieł unosi się tylko nad pasem nadmorskim. Za linią gór kilkanaście kilometrów z naszej prawej strony ciągle było niebieskie niebo i słońce.

W Chanaral oddaliliśmy się od brzegu, o około 30 km i pogoda znowu się zmieniła. Zrobiło się gorąco, a nawet upalnie. Wyjechaliśmy z linii gęstych chmur.

Krajobraz zmienił się diametralnie. To już była prawdziwa pustynia. Dookoła góry i piach, później trochę skał. Co jakiś czas widać duże połacie piachu. To pustynia Atacama. Błękit nieba stykał się z intensywną brunatną i miejscami czerwonawą barwą skał. Droga numer 5 , którą jechaliśmy na północ miejscami ciągnęła się aż po horyzont bez zakrętów. Utrzymując prędkość około 120 km/h dojechaliśmy do Taltal. Po odwiedzeniu 2 hotelików w , których nie było wolnych miejsc, trafiliśmy do Hosterii nad samym oceanem.

Widok z naszego tarasu hotelowego.

Dostajemy pokój bez łazienki co prawda, ale za to nie więcej jak 30m od linii brzegowej. W pokoju słychać szum fal… Motocykle i tym razem znajdują schronienie na zapleczu hotelowej kuchni, a my idziemy na miasto.

Pierwsze co uderza po wyjściu na ulicę, to piękne położenie miasteczka. Upalna pogoda i palmy dopełniają urlopowego klimatu. Spokój, cisza, niemal senność. O 16.00 nikt za specjalnie się nie rusza, bo jeszcze jest taka sjesta. Dopiero po 17.00 miasteczko lekko ożywa. Otwierają sklepiki, słychać szczęk rozsuwanych metalowych żaluzji, krat i blaszanych pokryw zdejmowanych z wystaw sklepowych.

Obok jednego ze sklepiku widzimy turystę z aparatem, około 50-tki. Patrzy na nas ze swoistą intensywnością, nachalnie, ale jednocześnie skrycie. Zwykle reagujemy na to polskim „dzień dobry:. Ty razem zdziwienie. Pan nam odpowiada po polsku, tym samym pozdrowieniem. 

Okazało się ze to Izraelczyk  urodziny w Łodzi. Od 5 roku życia mieszka w Izraelu. Teraz, już na emeryturze, podróżuje razem z żoną, która również mówi po polsku, w zasadzie bez akcentu, bez błędów. Jak to się różnie życie ludziom plecie, nachodzą nas rozmaite refleksje. Później długo dyskutujemy między sobą o historii, o marcu 68 i takie tam podobne sprawy. To czasem niesamowite, jak podróżując można się otrzeć o różne historyczne aspekty.

Poszukujemy czegoś do jedzenia na mieście. Niestety. Udaje nam się tylko znaleźć churasco (to hamburgery w różnych konfiguracjach składnikowych), a także pizzę. Chyba dziś nie mamy wyjścia i decydujemy się na pizzę. Nie ma co marzyć o piecu opalonym węglem. Z kuchni dobiega charakterystyczny dźwięk kuchenki mikrofalowej. Czasem mamy już serdecznie dość tego jedzenia w Chile. Czekamy z utęsknieniem na Argentynę i campingowanie, możliwość upieczenia mięsa na parilli, ugotowanie zupy i tak dalej. Jeszcze trochę.. Przewidujemy pobyt w Chile, nie dłużej niż tydzień. A później już gnamy w stronę Iquazu.. Gnamy oznacza spokojną jazdę, oczywiście.

Wieczór zakończył dzień spektakularnym zachodem słońca. Jak już wspominaliśmy Chilijczycy nie mają wschodów słońca, maja za to piękne zachody. Dziś był właśnie jeden z nich. Czerwone słońce zaszło za skały, towarzyszył mu szum fal Pacyfiku i skrzekot ptaków. Ciepło. Wygrzewamy się w promieniach zachodzącego słońca. Internet działa. Wszystko ok.

27.03.2014 – dzień sto ósmy

Życie ma sens… Rano budzą nas fale oceanu. Otwieram drzwi od pokoju i widzę. Pięknie szumiące fale. Żeby nie było za pięknie, zachmurzenie jest pełne. Pełne to mało powiedziane. Po prostu niebo jest szczelnie zasnute, ale prawie tak, że niebo niemal się zlewa z wodami oceanu w jedną tonację. Jakieś przekleństwo z tą pogodą czy co? Trochę później sytuacja się przejaśnia (dosłownie), od wschodu się przeciera, na północy też chmury się rozchodzą.

Chyba tak objawia się tu jesień, różnica temperatur, parowanie wody, skraplanie poranne i dopiero po południu się przejaśnia wychodzi słońce. Dokładnie tak, jak ostatnie parę dni w Chile, w różnych rejonach nadmorskich. Rano długo nie mogliśmy podjąć decyzji co robimy. Czy jedziemy dalej, czy odpuszczamy dziś i zostajemy. Pogoda mówiła raczej, zęby jechać. Ale jak wyszliśmy na nasz hotelowy taras, trzy kroki od pokoju, i zobaczyliśmy falujący ocean, tysiące ptaków, które kołują nad wodą i nurkują w poszukiwaniu pożywienia, dalej nie podejmowaliśmy decyzji. W końcu nie podjęcie decyzji, też jest jakąś decyzją. Jeżeli nie zadecydowaliśmy, czy jedziemy czy nie, czas działał na niekorzyść pierwszej wersji. O 10.00 wiedzieliśmy dokładnie, ze nie pojedziemy, żadne z nas jednak nie wypowiedziało tego głośno. Siedzieliśmy na tarasie, na miękkich fotelach. Szum fal pozwalał na uciszenie myśli (paradoksalnie!) a my wypoczywaliśmy.

No dobrze. Wzięliśmy się trochę do pracy. Wypraliśmy trochę ciuchów, a przede wszystkim wypięliśmy z kasków gąbki i wypraliśmy je. Tyle było brudu, że aż wstyd. Ale wcześniej nie podejmowaliśmy się tego, bo ciągle kaski były potrzebne.

Słońce wyszło dokładnie o 11.00. Rozwiały się wszystkie chmury, zostały nieliczne nad oceanem, a my pławiliśmy się w słońcu.

Dane nam było oglądać lwy morskie i całe ławice ryb, a do tego ogromne ilości pelikanów, tudzież innych ptaszorów.

Później kolejny spacer po mieście, a po południu już tylko wypoczywanie. Błogie lenistwo. Pierwsze od długiego czasu.

28.03.2014 – dzień sto dziewiąty

Dziś miał być spokojny dzień. Zaplanowaliśmy na dziś nie więcej niż 270 km. Chcieliśmy przejechać z Taltal do Antofagasty, po drodze oglądając rzeźbę  zwaną Ręka pustyni (Mano del Desierto). Przejechaliśmy spokojne 230 kilometrów. W Chile co kilka kilometrów zbudowane są kapliczki. Przeróżne.

Małe, maleńkie, większość na kształt psiej budy, albo małych domków, dwa obrazki, krzyżyk, czasem kapliczki są skonstruowane z kamieni, czasem z desek, dziś spotkaliśmy też takie z blachy po beczkach po paliwie. Czasem są ogrodzone zużytymi oponami, czasem obłożone kamieniami. Czasami można spotkać wyżłobione w kamieniu, bądź w skale kapliczki z figurkami. Figurki są zwykle kiczowate. Dużo osobliwości. Przy większości z nich powiewa flaga chilijska. Dziś na trasie spotkaliśmy jedną dosyć dużą, postanowiliśmy się więc zatrzymać. Obok pomnik i figura górników, bo ciągle jesteśmy  w rejonie górniczym.

75 km przed Antofagastą dojeżdżamy do rzeźby „Ręka Pustyni”. Jest wielka. Po prostu wielka. ma około 10 metrów wysokości. Palce dłoni po prostu wystają z ziemi. Ale jest to niesamowite. Trzeba przyznać. Kiedy stoi się obok widać jej ogrom. Niestety rzeźba jest dosyć mocno popisana przez wandali, ale na to niestety nic już nie można poradzić. Robimy sobie małą sesję fotograficzną.

Turyści przejeżdżający tą drogą autobusami niestety nie mogą pyknąć sobie fotki przy niej. Pozostaje im tylko widok z drogi. Jest to jedna z chwil kiedy doceniamy nasz środek transportu. Pomimo uciążliwości jakie czasem są ze znalezieniem parkingu w większym mieście, lub awariami które czasem nas męczą.

Jedziemy cały czas przez pustynię Atacama, która się ciągnie i ciągnie. Wszędzie piach i skały, z przewagą piachu. I droga asfaltowa, ciągnąca się po horyzont.

Dwadzieścia kilometrów przed Antofagastą widzimy na horyzoncie ogromne zakłady, dużo ciężarówek, wszystko pokryte mocno piachem i pyłem. To region wielu kopalni i zakładów , które przetwarzają i przetransportowują różne rudy, które są tu wydobywane. Antofagasta to duże miasto. Ma około 300 tysięcy mieszkańców, jak na Chile, to dużo.  Miasto położone jest nad samym oceanem, jest więc równocześnie portem. Z drogi numer 5 odbijamy w lewo i po kilkunastu kilometrach zjazdu w dół dojeżdżamy do promenady nad wybrzeżem, którą już dojeżdżamy do centrum. Główne ulice biegną wzdłuż wybrzeża, możemy więc podziwiać piękne położenie miasta, jego wysokie wieżowce, których jest kilkanaście w mieście, zadbane trawniki i zielone tereny, a także starsze, zabytkowe budynki.

Duże miasta to dla nas przekleństwo.  Zwykle jest duży ruch, a znalezienie odpowiedniego, bezpiecznego i niedrogiego miejsca na nocleg, graniczy z cudem. W Chile zwykle nie ma campingu, a przynajmniej nam o tej porze roku trudno jest znaleźć jakiś czynny. Teraz, po sezonie okazuje się ze większość kampingów które istnieją, są zamknięte, nieczynne, lub po prostu mało bezpieczne, bo nikogo nie ma.

Nauczyliśmy się, by pierwsze kroki kierować w dużych miastach do informacji turystycznej. Tak też zrobiliśmy w Antofagaście. Dostaliśmy namiary na hotele i na camping. Trzy razy upewniamy się, czy camping otwarty i czy jest możliwość rozbicia namiotu. Jest. Jedziemy. To 14 kilometrów od centrum. Trochę dużo, ale postanawiamy spróbować. Trochę błądzimy, ale w końcu trafiamy. Camping położony jest nad samym oceanem. Jest pusto, trwają jakieś prace budowlane. W obrębie 8 kilometrów nie ma żadnego sklepu. Same apartamenty. W dodatku camping straszliwie drogi (jak na camping), bo 10 tysięcy peso od osoby. To drożej niż płaciliśmy wczoraj w hotelu za nocleg. W dodatku jeśli będziemy chcieli zwiedzić miasto, a camping nie jest zamykany, to w zasadzie żywego ducha nie ma, więc ryzykujemy, że nam coś podprowadzą…

Postanawiamy zatem pojechać znowu do miasta i tam znaleźć jakiś tańszy hotel. No i się zaczęło. Podjeżdżamy do jednego – brak miejsc, do drugiego – brak miejsc, do trzeciego – brak parkingu na motory, do czwartego  - cena 100 dolarów za nocleg, do piątego – brak miejsc, tracimy cierpliwość. Jeździmy po mieście zmęczeni coraz bardziej, upał daje się we znaki. Godziny szczytu, atakują nas wściekłe taksówki i autobusy.

Widzimy na ulicy mulatkę z koszem z brudną bielizna pościelową, zaczepiamy i pytamy o lokum. Owszem, jest tu obok miejsce, ale motory nie zmieszczą się w korytarzu, który nam proponuje jako parking pomimo, że usilnie próbujemy je tam wcisnąć.

Antofagasta. Centralny Plac (Plaza Colon)

O co chodzi? Tyle turystów? Nie. Okazuje się, ze większość tanich hoteli wynajmuje całe swoje miejsce dla robotników, górników i innych osób, które pracują w okolicznym przemyśle, głównie górniczym.

Dla nas, niskobudżetowych turystów po prostu nie ma miejsc. Albo zostaje camping. Słabo. Wkurzeni jesteśmy bardzo, bo straciliśmy mnóstwo czasu, na tym campingu już byliśmy, nie podobał nam się, a teraz musimy tam wrócić! Okropne. Ale chyba nie ma wyjścia.

Wyjście jest zawsze, tylko trzeba siać i zbierać, jak mówi przysłowie. Krzysiek poszedł na zakupy, żebyśmy mieli na tym campingu co jeść, a ja stoję, czekam, pilnuję motorów i całego dobytku. Drzwi od domu naprzeciwko otwierają się. Starsza pani woła psa na kolację. Pies przychodzi, dostaje miskę z pożywieniem, je.

Ja się uśmiecham, pani się uśmiecha i mnie zagaduje. A skąd, a dokąd, standardowe pytania i odpowiedzi. Na szczęście jest hałas na ulicy, w związku z tym pani przychodzi do mnie pogadać, bo przez ten hałas słabo mnie słyszy, a ja przecież nie mogę od motorów odejść. Od słowa do słowa okazało się że Eliana jest nauczycielką angielskiego, ma chyba z 80 lat, ale całkiem dobrze się trzyma. Tłumaczę jej naszą sytuację, że nigdzie nie ma wolnego miejsca, że nie ma parkingu bezpiecznego na motory. Ona chwilę myśli, po czym każe mi czekać, idzie zatelefonować i po 2 minutach wraca do mnie z adresem. Znalazła dla nas tanie miejsce, jedną przecznicę dalej.

Podjeżdżamy. Lądujemy w nieoznaczonym miejscu, gdzie ze starego domu, zrobiono coś na kształt hotelu, z chyba 30 pokojami. Miejsce na motory jest. Wygląda bezpiecznie, brama zamykana. I co najważniejsze, dużo taniej niż na campingu!

Antofogasta

Szczęśliwi lokujemy się w pokoju, jemy co nieco z zakupionych wiktuałów i idziemy na miasto. Antofagasta jest urocza wieczorem. Jak w każdym bogatszym mieście dużo jest ulicznych grajków, żebraków i ulicznych artystów. Do tego dochodzą dziesiątki straganów domorosłych skręcaczy przeróżnych kolczyków, wisiorków, łańcuszków, rzemykarzy którzy koraliki nanizują na rzemyki i tak dalej i tak dalej. Nawet dobre lody znajdujemy. Miasto nam się podoba. Centralny plac ma oczywiście fontannę i to nie jedną. Cztery, które symbolizują cztery strony świata.

29.03.2014 – dzień sto dziesiąty

Dzisiaj zwiedzamy Antafogastę. Trochę odpoczywamy, trochę sprawdzamy różne rzeczy w motorze, naciągamy łańcuch i inne potrzebne sprawy. Jedziemy jakieś 17 km od miasta, zobaczyć jeden z najpiękniejszych okolicznych naturalnych pomników - La Porton.

To stworzony przez przyrodę naturalny most, brama w oceanie. Jest naprawdę spektakularny.

Monument Zwrotnik Koziorożca

Później jeszcze 5 kilometrów dalej, w stronę lotniska oglądamy monument zwany Zwrotnik Koziorożca. Ustawiony jest oczywiście na Zwrotniku, a jego niezwykła, geometryczna forma, doskonale wyliczona, w dzień przesilenia , gdy słońce jest w zenicie. nie pokazuje cienia. To naprawdę niezwykłe, pomimo, że rzeźba (budowla) nie robi jako tako wrażenia. Jest ono dopiero wtedy, gdy się pozna magiczną istotę tej struktury.

Antofagasta

Później trochę kręcimy się po mieście, odwiedzamy Targ Rybny, gdzie podziwiamy lwy morskie, które uwijają się przy molo i zjadają to, co im wyrzucą rybacy, patroszący ryby. Ja oczywiście próbuję lokalne ceviche, taki rodzaj surowej ryby w marynacie, trochę podobne do naszych śledzi marynowanych. Dobre. Dziś sobota, część sklepów zamknięta, a druga część ma siestę.

Ceviche...

W Antafogaście klimat jest prawie taki sam, cały rok, W dzień od 15-26, a w nocy chłodniej, do 15 stopni Celsjusza. Bardzo nam się miasto podoba, ale już chcemy jechać dalej. Wystarczy tego nasycania się miejscowym klimatem...

Antofagasta

30.03.2014 - dzień sto jedenasty

Rano po pysznej jajecznicy przyrządzonej tym razem przez żonę, czas ruszać w drogę. Jednak jeden z motocykli odmawia posłuszeństwa. Postał dwa dni bez jazdy i chyba mu się spodobało… Okazuje się,  że akumulator się rozładował. Całe szczęście zaraz za brama naszego domu noclegowego, jest dosyć stromy zjazd, co prawda to ulica jednokierunkowa, ale udaje mi się odpalić motor i możemy ruszać. Wyjeżdżamy z Antofagasty w stronę gór i po około 20 kilometrach wspinania się wbijamy się na drogę numer 5 w kierunku na północ. Krajobrazy zaraz za miastem i przez następną część drogi są znowu pustynne. Jedziemy tak przez około 100 km, aby dotrzeć do Chacabuco. To osada górnicza, która została opuszczona około 1940 r.

Chacabuco

Wydobywano tam saletrę do momentu kiedy jej wydobycie stało się nieopłacalne z powodu produkcji syntetycznej saletry. Miejsce to tętniło życiem od 1924r.  Później, w 1973 roku, podczas reżimu Pinocheta, utworzono tutaj więzienie dla politycznych przeciwników. Obecnie zamienione jest w rodzaj muzeum. Płacimy po 2000 Peso od osoby i wjeżdżamy do środka. Mijamy rzędy parterowych budynków, w których mieszkali górnicy i pracownicy tutejszej fabryki saletry. Budynki są bardzo podobne. Przylegają do siebie małymi podwórzami. Kilkadziesiąt dużych kompleksów mieszkalnych, zniszczonych obecnie, robi spore wrażenie. Ściany niektórych budynków zawaliły się. Drewniane dachy choć mocno zniszczone, dobrze zachowały się w tym suchym klimacie.

Chacabuco

Atmosferę tego miejsca dopełnia niezbyt głośna muzyka z głośników w miasteczku. Po objechaniu części mieszkalnej zatrzymujemy się pod największym i najlepiej zachowanym budynkiem. Czteropiętrowy okazały budynek był kiedyś teatrem i kinem jednocześnie. Wchodzimy do środka, gdzie ukazuje nam się spora sala ze sceną i pochyłą podłogą. Po bokach ławki dla publiczności. Wchodzimy dwa piętra wyżej gdzie z tarasu ukazuje nam się panorama miasta i placu przed teatrem. Chwilkę podziwiamy to dziwne miejsce…

Pedro de Valdivia

Jednak to nie koniec emocji na dzień dzisiejszy. Jakieś kilkadziesiąt kilometrów dalej przenosimy się w czasie. A to za sprawą miasta Pedro de Valdivia. 7 km po zjechaniu z głównej drogi natrafiamy na zamknięte na kłódki dwie bramy. Całe szczęście dla nas z boku jest miejsce, aby zmieścił się motocykl. Wjeżdżamy zatem. Dwupasmowa główna aleja, na środku słupy oświetleniowe, po bokach domy. Wszystko w prawie nienaruszonym stanie, choć brakuje często drzwi, okien i szyb. Wszędzie jest gruba kilkucentymetrowa warstwa kurzu i piasku.

Pedro de Valdivia

Wiatr unosi jego drobinki i osadza na wszystkim. Całość ma kolor brunatny. Kilkadziesiąt ulic tego miasteczka w porównaniu z Chacabuco to prawdziwa metropolia. Zostawiamy motocykle na jednym z krańców miasta i obchodzimy kilka pobliskich uliczek i domów. Uschnięte drzewa, wielkie palmy pozbawione liści, niektóre przewrócone. Pod jednym z budynków emocje sięgają zenitu. Jesteśmy na pustyni, dookoła nie ma żywej duszy. Przed domem jak z amerykańskiego horroru stoi stolik, obok krzesło. A o stół oparte wieko trumny….

Pedro de Valdivia

Wiatr unosi tumany kurzu i dzwoni metalowymi elementami, które uderzają o siebie. Pomimo środka dnia czujemy lekkie ciarki i chęć jak najszybszego opuszczenia tego fascynującego i zarazem strasznego miejsca. Ciekawość bierze górę i idziemy dalej. W ciągu jednej z uliczek za futryną domu widzimy archaiczny fotel ginekologiczny. Stare buty i butelki na stole. Porzucone rdzewiejące wiadro na środku ulicy…

Pedro de Valdivia

Podjeżdżamy pod dwa duże budynki w mieście. Szpital i kościół. Sam szpital ostatnich pacjentów miał w 1990r. Z tym miastem wiąże się podobna historia jak z poprzednim. Jego los dopełnił się w momencie kiedy pobliskie kopalnie zostały zamknięte. Miasto funkcjonowało od 1931r.  Przez szpary w zamkniętych drzwiach kościoła widzimy ławki w środku, ołtarz, krzyż na ścianie. To jeden z najlepiej zachowanych budynków. Być może z powodów jego rangi i znaczenia. Spędzamy łącznie około dwóch godziny w tym miejscu. Jest to bardzo emocjonujący czas i na długo pozostanie w naszej pamięci. Co prawda już po wyjechaniu  za bramę moja żona doznała sporej ulgi…

Następne dwie godziny jedziemy przez pustkowia i dojeżdżamy do Calama. To miasto kopalń, wydobywa się tu głównie miedź. Na jednym z odcinków droga prowadziła około 40 km prosto, bez żadnych zakrętów. Widzieliśmy jej wspinającą się nitkę jadąc wciąż pod górkę. Są to nieprawdopodobnie duże przestrzenie. A poczucie odległości przez miejscowych kierowców jest jakieś dziwne dla nas. Zapytany przeze mnie o drogę i odległość do Pedro de Valdivia kierowca ciężarówki odpowiedział, że  około 12 km. Okazało się, że było to ponad 50 km. I nie jest to pierwszy taki przypadek jaki nam się przytrafił.

Wjeżdżamy do Calama. Dziś niedziela, więc informacja turystyczna zamknięta. Zostaję pilnować motorów, a żona idzie na poszukiwanie noclegu. Obchodzi w ciągu kilkudziesięciu minut centrum, odwiedza osiem hoteli, niestety bez rezultatów. Albo nie ma parkingu na motory, albo cena jest dla nas zaporowa. Ja w tym czasie dostaje propozycję zakupu marihuany od jakiegoś lokalesa. Może bym i skorzystał, gdybym nie był przeciwnikiem takich używek…

Jedziemy zatem na dalsze poszukiwania noclegu i po przejechaniu kilku ulic znajdujemy miłe miejsce. Jedno wielkie łóżko i w miarę czysto. Szybko się przebieramy i pędzimy na miasto zjeść pizzę. Wracając już po zachodzie słońca wyraźnie czujemy zimny wiatr. Nic dziwnego, jesteśmy na około 2800 m n.p.m. 

31.03.2014 - dzień sto dwunasty

Dziś mamy poranek bez śniadania. Niestety hotel w którym nocujemy nie ma go w ofercie, chociaż cena nie jest mała. Postanawiamy przejechać szybko trochę ponad 100 km, które dzieli nas od San Pedro de Atacama i tam coś zjeść. Paliwa nie tankujemy, ponieważ odległość nie jest wielka, a mamy dopiero 50 km przejechane na zbiornikach. Mimo bezchmurnego nieba i słońca jest rześko. Wyjeżdżamy z miasta i od razu witają nas ponownie pustynne krajobrazy. Pomimo, że mam na sobie termiczne ubranie wiatr przewiewa kurtkę motocyklową.

Postanawiamy zatrzymać się na poboczu i wpiąć membranę wiatroodporną. Niestety ukryła się tak skutecznie w naszych bagażach, że musimy większość pozdejmować. Podczas tych manewrów jeden z motocykli oparty na bocznej stopce traci równowagę i leci na bok! O, żesz ty… Wnerwienie uzewnętrznia się, jak ja nie lubię takich sytuacji. Paliwo leci przez nieszczelny korek, motor leży, dookoła pustynia. Podnosimy sprzęta, układamy bagaże, które się poprzesuwały i już bardziej spokojnie ruszamy dalej. Kilkanaście kilometrów przed miastem robimy małą sesję foto, przed nami rozciąga się ogromna dolina, a na horyzoncie widać szczyty wulkanów.

W miasteczku trafiamy na główny placyk, obok zabytkowego kościółka. Za zgodą policji stawiamy motory pod zakazem i jemy śniadanie przeglądając broszury pozyskane z informacji turystycznej. Trochę posileni jeździmy uliczkami i szukamy noclegu. Trafiamy do hostalu niedaleko centrum. Zostawiamy szybko zbędny balast w postaci części naszych bagaży i ruszamy na Salar de Atacama.

Jakieś 60 km później jesteśmy na miejscu w Laguna de Chaxa. Upał doskwiera już nam ogromny. Na niebie żadnej chmurki. Dookoła nas piaskowo - solne pustkowie. W niewielkiej ilości słonej wody brodzą różowe flamingi. Trudno na oko określić wielkość tego pustkowia. Na horyzoncie w odległości, jak myślę kilkudziesięciu kilometrów widać ośnieżony szczyt wulkanu Lascar (5500m) i kilka innych. Miejsce robi na nas spore wrażenie. W drodze powrotnej widzimy małe trąby powietrzne. Tworzą jakby kominy z unoszonego piasku. Są wysokie na około kilkaset metrów i powoli przemieszczają się po pustyni. Wstępujemy też do wioski Toconao obejrzeć wieżę dzwonniczą z 1790r i kościół stojący naprzeciw.

Po powrocie do San Pedro de Atacama, zostawiamy motocykle i idziemy na zakupy. Chcemy wykorzystać fakt, że mamy do dyspozycji kuchnie i podkarmimy się trochę… Gotujemy pyszne spaghetti (tradycyjnie) i na deser pyszna kawa (podprowadzona z kuchni) z ciasteczkami (mieliśmy zapasy…).

Jutro mamy w planie przekraczanie granicy a Argentyną…

01.04.2014 – dzień sto dwunasty

Plany planami, a los zgotował nam na dzisiaj kilka niespodzianek. Obudziliśmy się rano, Krzysiek dalej przeziębiony, zakatarzony i trochę nie do życia. Przez godzinę zastanawialiśmy się czy wstawać, czy nie, czy jechać, czy nie. Motocykl, a w zasadzie akumulator podjął za nas decyzję. Rozładowany akumulator nie pozwolił na żaden manewr. To zepsuł się nam regulator napięcia.  W akumulatorze nie zostało prawie nic elektrolitu, wyparował. Winny temu jest wspomniany regulator, w którym najprawdopodobniej spaliły się diody i podaje za duże napięcie. Postanowiliśmy kupić nowy regulator i/lub nowy akumulator. Okazuje się, że w małej mieścinie San Pedro de Atacama, nie jest to takie łatwe, ba, jest zupełnie niemożliwe. W ogóle znalezienie jakiegoś sklepu z częściami samochodowymi jest niemożliwe. Znaleźliśmy warsztat, bardziej wulkanizacyjny niż naprawczy, ale dwóch przemiłych Chilijczyków próbowało nam pomóc. Myśleli, myśleli i niewiele wymyślili. Podali nam namiar na jednego mechanika i tyle. Chcieli nam też dopasować regulator od swojego skutera, ale był tak maleńki i miał za słabą moc, żeby pasował. Przy okazji dowiedzieliśmy się jeszcze, że na trasie, którą będziemy jechać do granicy z Argentyną, roztrzaskał się na motorze Brazylijczyk. Wiemy, bo Chilijczycy na głos się zastanawiali, czy może z rozbitego BMW, który stoi, a raczej leży przy budynku odprawy celnej, nie da się wyciągnąć tego regulatora.

Nie powiem, już byłam spanikowana, że tą trasą pojadę, bo wiedzie ona przez góry i to nie byle jakie góry. Granica, którą będziemy przekraczać, jest położona na 4.230 m n.p.m.

W każdym razie regulatora brak, akumulatora brak. Jedziemy na poszukiwanie warsztatu mechanika. Nie jest to łatwe. W ogóle mamy wrażenie że to dziwne miasto, wszyscy poukrywani za swoimi bramami. Tylko niektóre sklepy i hotele mają szyldy. Inne „instytucje” są pochowane. Jeden mechanik niby jest w bramie, bo przez szpary widzimy zestawy narzędzi, niestety jest zamknięte. Kolejne miejsce, gdzie ma być szansa na zakup akumulatora – również nieczynne. Brama zamknięta.

Podpytujemy ludzi na ulicy, ale niewiele to daje. W końcu zaczepiamy motocyklistę, który akurat przejeżdża i wygląda na miejscowego (nie jest obładowany żadnym bagażem). Wskazuje nam miejsce tuż za rogiem i trafiamy wreszcie do warsztatu. Niezły bajzel, ale ma akumulatory, co prawda używane i ofiaruje się (za kasę oczywiście), że może nam naładować nasz akumulator. Zgadzamy się z chęcią, przywozimy mu akumulator i idziemy na zakupy.

Dzisiaj będziemy robić racuchy z jabłkami. Kupujemy mąkę, drożdże, jabłka. Pieczemy. Korzystamy z tego, ze w naszym hotelu jest możliwość używania kuchni. Co prawda wygląda to również na kuchnię właścicieli, ale się tym nie przejmujemy. Pieczemy pyszne racuchy i objadamy się przez długi czas.

Później krótki spacer po mieście i spokojnie wróciliśmy do hotelu, umyliśmy się i położyliśmy do łóżka. Nagle łóżko zaczyna się trząść. Myślałam że to Krzysiek, spojrzałam na niego, on na mnie – „łóżko się trzęsie” – mówię. I dopiero do mnie dotarło, że się trzęsie, ale nie łóżko, tylko ziemia. Trzęsienie ziemi! Wyskoczyłam na równe nogi z łóżka. Podłoga w prawo i w lewo się unosi. Szybko naciągnęliśmy spodnie na siebie, w tym samym momencie zgasło światło. Wyłączył się prąd w całym mieście.  Wybiegliśmy z pokoju. Na parkingu stał już właściciel ze swoja żoną i dzieckiem. Nikogo więcej w tym małym hotelu nie było poza nami. Właściciel był bardzo zdenerwowany. Powiedział nam, że to się nie zdarza, żeby tutaj, w San Pedro de Atacama były wstrząsy. Jeśli tutaj są, to znaczy że są to wstrząsy wtórne, a gdzieś dalej, na wybrzeżu, było naprawdę duże trzęsienie ziemi.   Dał nam diodową lampę, poszliśmy do pokoju, znowu się położyliśmy i próbowaliśmy zasnąć. Trochę było z tym kiepsko po tak niecodziennych i emocjonujących dla nas przeżyciach. Przygotowaliśmy sobie na wszelki wypadek ubranie blisko, kasę i dokumenty blisko, żeby w razie czego chwycić co najważniejsze i uciekać z budynku. Na szczęście wstrząsy się już nie powtórzyły. Spaliśmy naprawdę dobrze.

02.04.2014 – dzień sto trzynasty

Rano oglądamy telewizję. W Iquiqe trzęsienie ziemi, którego echa odczuliśmy wczoraj wieczorem. Kurcze, gdybyśmy nie zmienili planów i jechali do Peru wzdłuż chilijskiego wybrzeża, kto wie, co by się działo. Na całym wybrzeżu chilijskim ogłoszono alert tsunami. To naprawdę nie są żarty. Na szczęście my o 9.00 odbieramy nasz naładowany akumulator, kupujemy drugi na zapas, bo nie mamy innego wyjścia, przygotowujemy rękawice podgrzewane (żeby trochę odciążyć regulator i tym samym zmniejszyć choć trochę napięcie w układzie ładowania) i wyjeżdżamy. Szkoda czasu. Argentyna czeka. Jedziemy na granicę Paso Jama. Z San Pedro de Atacama jest ponad 150 km do granicy. Jadę trochę z duszą na ramieniu, ale wiem, że dam radę. Przecież nie będzie dużych przepaści….

Droga okazuje się piękna. Po prostu piękna. Najpierw jest bajecznie żółto-zielono. To takie trawy nietypowe, bo trochę podobne do tych które były w Patagonii, suchych, długich źdźbeł, ale tu są bardziej rozświetlone słońcem (bo wyżej).  W oddali zostawiamy za sobą, wyraźnie widoczny w lusterkach, różowawy salar Atacama i całość doliny.  Dookoła mnóstwo wierzchołków gór, z czego wiele wygląda na wulkany. Przejeżdżamy przez solniska, pięknie położone, mijamy bardzo duże stado długowłosych lam, o gęstej, skłębionej sierści. Naprawdę piękna droga. Cały czas wspina się w górę, ale bardzo spokojnie, bez dramatycznych zakrętów, przy których mi serce zamiera. Jest pięknie. Niezwykle. Oczywiście zimno. Zimno co raz bardziej, bo jesteśmy coraz wyżej. Paso Jama leży na wysokości 4.230 m n.p.m. Wysoko.  Zatyka uszy przez cały czas. Ale najwyższy punkt na jaki dziś się wjechaliśmy, to 4790 m n.p.m. Tak pokazuje nam GPS. Samo przejście znajduje się już na niższym odcinku drogi.

Na domiar złego motor z zepsutym regulatorem napięcia zaczyna szwankować, krztusi się, nie chce jechać, gaśnie. Znowu nerwy. Zamieniamy się na motory, może specjalista da radę dojechać do granicy…

Dojeżdżamy. Jakoś…

Odprawa celna tym razem przebiega szybko i sprawnie. Mamy bardzo dużo szczęścia. Gdy przyjeżdżamy na granicę, jest tylko jedna osoba przed nami. Gdy stoimy w drugim z czterech okienek, przez które musimy przejść, przyjeżdża autobus z mrowiem turystów. Kolejka jak stąd do Polski…

Szukaj nas w Argentynie. Kliknij tutaj

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012