facebook

Argentyna po raz czwarty

Zobacz gdzie byliśmy wcześniej. Kliknij tutaj

25.05.2014 dzień sto sześćdziesiąty szósty

Poranek przyszedł dziś bardzo szybko . Wczoraj postanowiliśmy, że dziś już na pewno wyjeżdżamy i słowo stało się ciałem, pomimo, że same kłody pod nogi nam od rana Rysiek rzucał… Koniecznie chciał, żebyśmy zostali dłużej i zastawił nam motocykle 300 kg beczką wypełnioną masą tynkarską. Nie można było wyjechać. Jak zabraliśmy się za przestawianie beczki, która leżała na boku, to pokrywka odczepiła się i część masy wylała się. Dramat.

W każdym razie prawie godzina na oczyszczanie drogi wyjazdu. A i przecież nie mogliśmy samego Ryśka zostawić z tym bałaganem. W każdym razie godzinę później niż zakładaliśmy wyjechaliśmy z Villa Gesell. Wcześniej jeszcze zjedliśmy śniadanie, jajka sadzone i na deser pyszny sernik, który wczoraj robiliśmy na pożegnanie.

Pogoda była piękna, słońce świeciło, ale przy 100 km na godzinę trochę wiało i chłód owiewał nasze ciała. Dobrze się spisały jak zwykle nasze ciuchy motocyklowe. Ubraliśmy i membrany przeciwdeszczowe i podpinki ocieplające, dodatkowo ubraliśmy bieliznę termiczną. Było dobrze. Prawie ciepło.

Niestety, po jakiś 100 km jeden motocykl zaczął się krztusić. Myślałam, że nie trzeba już będzie pisać historii o tym jak motor odmawia posłuszeństwa, ale jednak nasze motory uwielbiają jak się pisze o ich awariach.

W każdym razie z krztuszenie zdiagnozowaliśmy jako brak dopływu paliwa. Pogłębiając diagnozę postawiliśmy na zatkany filtr powietrza. I nie omyliliśmy się.

Nie było wyjścia. Zatrzymaliśmy się w Dolores, 200 km przed Buenos Aires (do którego mieliśmy w planie dziś dojechać), znaleźliśmy hotel w ekonomicznej cenie i czyściliśmy filtr paliwa.  DO tej operacji trzeba rozebrać większość osłon plastikowych motocykla, zdjąć zbiornik paliwa (a tak się stało, ze był pełniuśki, bo wcześniej zatankowaliśmy do pełna), odkręcić i przesunąć obudowę filtra powietrza a potem opaski mocujące dwa zsynchronizowane gaźniki. Wtedy trzeba sprytnym ruchem wydobyć  gaźniki, by dostać się do maluśkiego filtra, który jest umieszczony pomiędzy gaźnikami.

Samo czyszczenie to już pestka, pomimo, ze filtr (a raczej filierek, bo jest on wielkości połowy naparstka) był zabity zwiórowanymi paprochami.  Tym sposobem spędzamy dziś noc w hotelu, ale w nagrodę zaoszczędziliśmy z 50 dolarów na wizycie u mechanika. Jutro w planie boskie Buenos.

26.05.2014 dzień sto sześćdziesiąty siódmy

Kocham to. Po prostu kocham. Mamy zawsze jakiś plan. Zawsze. Ale przeważnie musimy tworzyć alternatywne podplany (międzyplany?), które pozwolą nam zrealizować cel. Naszym celem było dojechać dziś do Buenos Aires, a dokładniej jakieś 20km dalej, do domu Alejandra i Liliany,  u których mieliśmy przyjemność gościć na początku naszej wyprawy, gdy byliśmy pierwszy raz w Buenos Aires, z polecenia Horacio z Urugwaju.

Wstaliśmy dosyć wcześnie, szybko się ogarnęliśmy, zapakowaliśmy na motory i wyruszyliśmy z Dolores, gdzie przymusowo nocowaliśmy. Ranek był zimny, a nawet bardzo, bo pewnie nie było więcej niż 11 stopni, ale my, poubierani ciepło, jechaliśmy spokojnie (z prędkością 130 km/h). Przejechaliśmy może 150 km, byliśmy już na dwupasmówce, prosto do Buenos. Nagle poczułam, że coś dziwnego stało się z moim motorem, a wcześniej usłyszałam dziwny chrzęst. Na sprzęgle zjechałam na pobocze, wyhamowałam, a w komunikatorze usłyszałam głos mego męża: „łańcuch spadł”..

Nie była to dobra wiadomość. Mogło się okazać, że to koniec jazdy.

Krzysiek wziął się do roboty. Podprowadziliśmy motocykl na boczną drogę, żeby nie stać na poboczu. Wyciągnął wszystkie niezbędne narzędzia, rozkręcił motor, by ocenić straty. Pierwsza myśl jednak była taka, że kaput, że dalej nigdzie nie pojedziemy. Że chyba laweta będzie potrzebna.

Było możliwe, że łańcuch uszkodził wahacz, lub wyrwał ząb w zębatce, albo ją wykrzywił, a to już byłaby katastrofa. Zero dalszej jazdy. Dobrze że łańcuch nie zablokował koła, bo mogłoby być nieciekawie. W końcu łańcuch spadł podczas wyprzedzania ciężarówki. Trochę słabo…

Łańcuch spadł, blokując się o wahacz, wyrwał plastikowe mocowanie osłony łańcucha i wygiął metalowy uchwyt do śruby. Z łańcucha zrobił się spiralny, zakręcony wężyk.

Zaczęła się operacja ponownego zakładania łańcucha. Mogło się udać, choć a z drugiej strony łańcuch mógł być taki pogięty, że istniała możliwość, że nie da się go założyć. Ogniwa nieco się powykrzywiały, ale staraliśmy się je wyprostować i założyć z powrotem na zębatki. Po ponownym naciągnięciu koła, pomimo chrzęstów i chrobotów, łańcuch jako tako się kręcił.

Była jeszcze szansa. Spróbowaliśmy jak to działa. Krótka rundka po bocznych drogach zasiała maleńką nadzieję, że jednak się uda.

Ruszyliśmy powolutku drogą w kierunku Buenos, cały czas obserwując i nasłuchując co się dzieje. Spokojnie, nie nerwowo dojechaliśmy do Buenos, staraliśmy się zachować spokój i zimną krew pomimo ogromnego tłoku na ulicach Buenos Aires i wariackiej jazdy portenos. Zatrzymaliśmy się na Avenida 9 de Julio, najszerszej ulicy na świecie.

 Mnie Buenos Aires zawsze wzrusza. Lubię duże miasta, które tętnią życiem, gdzie jest gwarnie i tłumnie. Wyszło słońce, było nawet ciepło, chociaż dla Argentyńczyków jest przecież już późna jesień i wielu z nich chodzi w kurtkach, ciepłych bluzach i szalikach.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy, by przejechać jeszcze niecałe 30 km do domu Alejandra. Już na nas czekał, przywitał nas z otwartymi ramionami.

To bardzo miłe przyjechać do gościnnych ludzi, wiedzieć, że się jest oczekiwanym i mile widzianym. Po godzinnej serdecznej rozmowie pojechaliśmy do sklepu z częściami. Niestety czekała nas ta przyjemność, (a nieprzyjemność dla naszego portfela), że musieliśmy kupić zestawy napędowe i zdecydowaliśmy też o zakupie opon na tył. Nasze opony wołają o pomstę do nieba, są wytarte prawie tak, że nie widać bieżnika, a to nie jest bezpieczne…

Stwierdziliśmy, że bezpieczeństwo nie ma ceny i musimy kupić: dwa zestawy napędowe – zębatki i łańcuchy, oraz dwie opony – do każdego motoru po jednej na wymianę na tylną oś.

Prawdę mówiąc skorzystaliśmy bardzo z tego, że Alejandro jest nam tak życzliwy i pomocny, a że jest miejscowym motocyklistą, to dokładnie wie gdzie i za ile (w sensie gdzie najtaniej i  najlepiej) kupić to, co potrzebowaliśmy.

Po zakupach nasz budżet rozpoczął rozpaczliwe narzekania i pochlipywania, ale nie przejęliśmy się tym bardzo. TO co kupiliśmy to nie fanaberie, ale normalne dbanie o bezpieczeństwo i wymiana części eksploatacyjnych, które po prostu się zużywają. Najnormalniej w świecie. To grzech jeździć na wytartym bieżniku!!!

Wieczorem razem z Lilianą robimy empanadosy, tradycyjne argentyńskie (choć podobne są też w Chile). O 22.00 (czyli normalnie w Argentynie) jemy kolację. Zażeramy się (nie można tego inaczej ująć) przepysznymi empanadami z mięsem, jajkiem i oliwką. Po prostu prze, przepyszne.

Krzysiek też pił wino. Niedużo, ale zawsze...

Zmęczeni tuż przed północą zasypiamy. Nasi gospodarze udostępnili nam pokój, włączyliśmy ogrzewanko i spokojnie spaliśmy całą noc.

27.05.2014  - dzień sto sześćdziesiąty ósmy

Cały dzień dziś trwają intensywne prace nad zestawami napędowymi w obu motocyklach. Wczoraj zakupiliśmy to co niezbędne, by dziś wymieniać. Ceny części zamiennych w Argentynie, są średnio o połowę wyższe, a niektóre nawet dwukrotnie. Od rana trwała ciężka praca. No prawie od rana, bo najpierw wyspaliśmy się. Potem porozmawialiśmy sobie przy argentyńskim śniadaniu z Lilianą i Alejandrem.

Potem już można było zabrać się za wymianę części. Miałem szczęście że warsztat i narzędzia nasz gospodarz ma dobrze wyposażony. Na pierwszy ogień poszły tylne zębatki. Po zdjęciu kół i odkręceniu starych zębatek przykręciłem nowe. Wszystkie śruby zostały zabezpieczone przed odkręceniem specjalnym klejem do gwintów zabranym jeszcze z Polski. Różnica w wyglądzie zębów była kolosalna!

Następnie przyszedł czas na przednie zębatki. Tu było trochę mniej roboty. Wystarczyło zdjąć specjalne zabezpieczenia i zamienić zębatkę na nową. Z łańcuchami jednak wyszedł mały kłopot. Okazało się, że są o 8 oczek za długie. Musiały pojechać do warsztatu, gdzie skrócono je o ta długość. Niestety w sklepie nie było krótszych łańcuchów tego rodzaju, aby je zamienić. Na sam koniec przyszła kolej na opony. Z nimi jednak pojechaliśmy do wulkanizacji i tam zmienili.

W miedzyczasie zjedliśmy pyszne milanesy przygotowane przez Lilianę. Milanesa to rodzaj kotleta, najczęściej z wołowiny, z części zwanej nalga ( w Polsce mówimy, że jest to zrazowa dolna z udźca). Mięso pokrojone jest w 2-3 cm plastry. Najpierw przygotowujemy panierkę – jajka mieszany z drobno posiekaną pietruszką zieloną, w dużej ilości, do tego sól, pieprz, paprykę ostrą (w Argentynie dodaje się aji picante molido – różni się tym, że jest to grubo mielona papryka, nie drobniutko). Mieszamy, obmaczamy w tym plastry mięsa, później obtaczamy w bułce tartej i wrzucamy na gorący tłuszcz. Na dużą ilość gorącego tłuszczu, tak jak do pączków lub frytek . Kotlety muszą być całe zanurzone w tłuszczu. Smażymy dosłownie chwilę z każdej strony, do momentu zbrązowienia (lub zezłocenia, jak kto woli) panierki. Nie wiem jak to się stało, ale te milanesy były po prostu przepyszne. Do tego sałatka z pomidorów i sałaty zielonej, pokropione rosnącą w przydomowym ogródku cytryną. Jak uwielbiamy ten klimat w Argentynie…

Tak oto na pracach warsztatowych i jedzeniu zleciał nam prawie cały dzień. Wieczorem jeszcze oglądaliśmy dużo zdjęć z podróży motocyklowych Alejandro po Argentynie. Dostaliśmy sporo cennych wskazówek dotyczących dalszej drogi do wodospadów Iguazu.

28.05.2014 dzień sto sześćdziesiąty  dziewiąty

Dwa dni z Alejandrem i Lilianą minęły miło. Bardzo miło. To przesympatyczni, otwarci ludzie. Bardzo przyjaźni i co ważne, są prawdziwie argentyńscy, czyli bardzo, bardzo pomocni i tacy bezproblemowi. Na wszystko „no hay problema”, i po prostu załatwiają spokojnie, co trzeba załatwić.

Niestety czas ruszać dalej do wodospadów Iguazu. Naprawione motocykle już czekają gotowe od wczoraj. Robię jeszcze rano małą jazdę próbną, aby sprawdzić czy wszystko działa prawidłowo. Jest OK. Żegnamy się ponownie z tak przemiłą rodziną, która bezinteresownie przyjęła nas pod swój dach i udzieliła tak szerokiej pomocy. Dziękujemy im za to! Kierujemy się najpierw drogą numer 9 w kierunku Zarate, a potem na północ. Ten odcinek jest nam już znany z podroży z przed kilku miesięcy w odwrotnym kierunku. Fajnie jest tak jechać poznaną wcześniej trasą, której mieliśmy już nie zobaczyć.

Mijamy parę autostradowych bramek, ale tutaj już motocykle nie płacą, tylko za autostradę w Buenos Aires. Poza stolicą przejeżdżamy bokiem. Ulga.

Pogoda początkowo bardzo ładna lekko się psuje. Przejeżdżamy przez gęste mgły. Jest spory ruch na drodze. Całe szczęście po kilkudziesięciu kilometrach mgły opadają i jest już dobrze. Chociaż nie do końca….

Byłoby dobrze gdyby na naszej drodze nie stanęła kontrola policji. W szczerym polu, kilkadziesiąt kilometrów za Zarate. Do tej pory jakoś nas ten zaszczyt omijał. Tylko raz, nie licząc odpraw granicznych, mieliśmy ją w Patagonii. Tym razem wszystko było by dobrze gdyby nie to, że kilka dni temu na jeden z motocykli skończyło się ubezpieczenie. My co prawda zapłaciliśmy je, ale nie mieliśmy jeszcze przy sobie potwierdzenia. Dopiero mieliśmy zamiar je wydrukować. I do tego właśnie przyczepił się pan policjant. Nie pomogły tłumaczenia. Skończyło się na ponad trzy krotnie większym mandacie niż samo ubezpieczenie…   Może i dobrze, że tylko tak. Bo nie wspomnę już, że nasze ubezpieczenie nie jest ważne w Argentynie… Ale od czego jest siła przekonywania…

W podłamanych nastrojach dojeżdżamy do Concordia. Zatrzymujemy się w hotelu i idziemy na zakupy, oraz wymienić ostatnie dolary które nam zostały. Policjanci zabrali nam spory pliczek z naszego portfela. Musimy się wspomóc i uzupełnić miejscową walutę. Przynajmniej sprawnie znajdujemy punkt wymiany złota gdzie robimy zamianę po korzystnym kursie na peso. Wracamy do hotelu na kolację i zasłużony odpoczynek.

Concepcion.

Na dziś została nam jeszcze jedna ważna dla naszej podróży sprawa. Finalizujemy załatwianie powrotu do Europy. Po długich wcześniejszych dyskusjach, analizowaniu różnych opcji dotyczących pytania: „ co zrobić z motocyklami? – 1) Sprzedać, 2) zostawić na rok w Urugwaju,3) zabrać do Polski”, nadszedł czas decyzji.

Zapłaciliśmy za bilety na statek powrotny do Hamburga. Rejs jest planowany na początek lipca. Będziemy wypływać z Montevideo, tam dokąd przypłynęliśmy. Teraz więc mamy już konkretna datę powrotu i motocykle wrócą z nami. Z jednej strony się cieszymy z powrotu. Z drugiej jednak szkoda… Ale to jeszcze nie koniec przygody z Ameryką Południową… Przed nami miesiąc zwiedzania północnego regionu Argentyny, gdzie mamy nadzieję spotkać wielu Polaków, a co ważniejsze, zobaczyć jedne z najważniejszych miejsc – wodospady Iguazu.  

29.05.2014  dzień sto siedemdziesiąty

Rano ruszamy z Concordia w pięknym słońcu. Co prawda nie ma upału, ale nie jest też za bardzo zimno. Przynajmniej jak się stoi, bo podczas jazdy trzeba już mieć założone wszystkie warstwy ubrań motocyklowych i  dodatkowo ubrania termiczne, wtedy można jechać bez obawy o przemarznięcie. Piękniejsza połowa składu podróżniczego zakłada jeszcze podgrzewane rękawice dla pełnego komfortu.

Około 25 km za miastem dojeżdżamy do granicy z Urugwajem. Zdecydowaliśmy się jechać do Urugwaju, bo mieliśmy nadzieję, że w bankomacie można wypłacić tam dolary. Musimy podeprzeć się naszymi żelaznymi rezerwami. Opony, łańcuchy, które kupiliśmy w Buenos Aires a także mandat, który dostaliśmy, zmusiły nas do tego kroku.

Małe przejście graniczne z miłą obsługą sprawia, że odprawa idzie szybko i sprawnie. Dostajemy ponownie pozwolenie na wjazd do Urugwaju na 365 dni. Dziś to jednak nie ma znaczenia, aż tak długo tu nie zostaniemy. Udaje nam się nawet przejść przez kontrolę sanitarną bez strat w zapasach żywnościowych. Ocalały nam owoce, masło i bułki, które będą potem na obiad.

Marchew, jak każdy wie, jest zdrowa. A do tego tania...

Przejeżdżamy przez Rio Uruguay do pobliskiej miejscowości Salto. Właściwie jedynym naszym celem jest znalezienie banku i wypłata twardej zielonej waluty. Po wczorajszej kontroli policji i wcześniejszych zakupach części motocyklowych, mamy braki w portfelu… Poszło nam nadzwyczaj sprawnie. Najpierw bank, potem wybór waluty i kasa w ręku. Urugwaj to jednak „cywilizowane” państwo, nawet dolary można wypłacać z bankomatu. Przejeżdżamy przez miasto w kierunku obwodnicy, podziwiając z perspektywy siodełka jego architekturę. Następne około 150 km zlatuje bez przygód. Dojeżdżamy do Bella Union na granicy z Brazylią. Wita nas jeszcze mniejsze przejście z tylko 4 osobową obsadą. Okazuje się, że na tym odcinku nie potrzebujemy żadnych dokumentów ze strony brazylijskiej. Przejeżdżamy tranzytem, ale po tak zwanej „wolnej drodze”, nie są wymagane pieczątki w paszporcie.

Do Rio de Janeiro jedyne 2000 km... Jedziemy???

 Mijamy więc most na tamie na Rio Quarai i wjeżdżamy po raz pierwszy w tej wyprawie motocyklami do Brazylii. Tankujemy po kilka litrów paliwa na stacji i dolewamy po 5l do każdego motoru z karnistra. Wcześniej w Argentynie kupiliśmy to paliwo specjalnie na przejazd przez drogi Urugwaj (paliwo kosztuje tu drożej niż w Chile!). Około godziny zajmuje nam przejechanie 80 km do Uruguaiana. Po drodze robimy postój na przegląd zawartości spiżarki w kufrze. Wymietliśmy dużą część owoców, chyba mamy jakieś braki w witaminach…

Witamy w Brazylii...

Wjeżdżamy bezpośrednio na terminal celny w Uruguaiana i pomijając odprawę brazylijską odprawiamy się w argentyńskiej.

Dziś więc mamy dzień przejść granicznych. Trzykrotnie mijaliśmy granice państw. Zrobiliśmy około 250 km. Około godziny 17 wjechaliśmy do Paso de Los Libres, miasteczka granicznego. Pomimo poszukiwań hotelu w rozsądnej cenie, nie udało nam się. Wszystkie są jakieś drogie, mimo że wszystko jest w nich nadszarpnięte zębem czasu, a ich świetność dawno już minęła… ( o ile kiedyś mogły się szczycić jakimś luksusem!).

Wracamy się na wylot z miasteczka, gdzie wcześniej widzieliśmy szyld hoteliku. Pominęliśmy go wtedy z powodu słabego wyglądu… Teraz w świetle wiadomości, co do cen w miasteczku jedziemy spróbować. I zostajemy. Przekonuje nas 100 peso mniej, niż w poprzednich i śniadanie, o wyglądzie i standardzie nie będziemy wspominać… Właściciel jest potomkiem Włochów, przemiły sympatyczny człowiek. Motocykle mają miejsce pod dachem, a my w malutkim pokoiku z malutkim piecykiem.

30.05.2014  dzień sto siedemdziesiąty pierwszy

Cały dzień leje. Od samego rana. Aż przykro. Tak leje, że nie możemy się ruszyć dalej, bo to żadna przyjemność jechać w deszczu, pomijając już to, że jest to niezbyt bezpieczne. Siedzimy zatem w lobby najtańszego hotelu jaki znaleźliśmy w Paso de los libros i piszemy różne artykuły.  Sprawdzamy prognozę pogody – nieciekawie… Są szanse, że za 2 dni ten front przejdzie, ale ryzyko deszczu jest duże…

31.05.2014  dzień sto siedemdziesiąty drugi

Ryzyko to jest coś co warto czasem podjąć. Wczoraj przeanalizowaliśmy wszelakie prognozy pogody. I rano, pomimo zachmurzonego nieba, zdecydowaliśmy się jechać dalej. Mieliśmy w planie dojechać do Apostoles.

Pakowaliśmy się patrząc co chwila przez okno, czy aby na pewno nie pada, ale rozpadało się dopiero, kiedy wyjeżdżaliśmy z garażu przy hotelu, w którym spędziliśmy noc. I też nie mogliśmy mówić że pada, bo na początku ledwie siąpił delikatny kapuśniaczek. Zatankowaliśmy i drogą nr 14 ruszyliśmy na północ. Ryzyko czasem się opłaca. A czasem nie. Deszcz nie przeszedł ani na chwilę, przejechaliśmy przez La Cruz, potem przez Alvear, nie było co prawda ściany deszczu, ale opady spowodowały, że nasze ubranie było całkiem mokre. Na dodatek przez człą drogę była dosyć gęsta mgła, a spory ruch ciężarówek też nie ułatwiał nam jazdy. W Santo Tome zatankowaliśmy i już mieliśmy zamiar dojechać do Apostoles kiedy, niestety przemokła moja kurtka, a ściekająca po bokach kasku woda ciurkiem wleciała pod koszulkę. Tego było za wiele. Zarządziłam nocleg w najbliższej wiosce. Dojechaliśmy do Gobernador Virasoro. Ciekawa rzecz, wujek Google w ogóle nie uwzględnia tej wioski na mapie. W wiosce - miasteczku są jednak trzy hotele i wybraliśmy jeden, który miał zadaszony parking.

Rozwiesiliśmy w pokoju na linkach wszystkie mokre ciuchy. Ciekawe, czy jutro da się wyruszyć, czy będziemy czekać, aż wszystko wyschnie.

Morał z tego jest taki, że jeśli jest 90% szans na deszcz, to lepiej sobie odpuścić i przeczekać.  Tym bardziej w takiej sytuacji jak nasza, przecież nigdzie nam się nie spieszy właściwie. Nie będę więcej chojrakować …

Wieczorem wykorzystujemy jeszcze czas na wymianę klocków hamulcowych w jednym motorze, bo już ich praktycznie nie było. Przy okazji odpowietrzamy hamulec, bo „się zapadł”.

01.06.2014  dzień sto siedemdziesiąty trzeci

Po wczorajszej ulewie pozostały nam mokre ciuchy. Całą noc warczał grzejniczek, który dostaliśmy od pani recepcjonistki, a i tak część ciuchów nie doschła, nie mówiąc o butach, które zawilgotniały okrutnie i nie chciały być suche. Widać lubią być wilgotne. Rano pościągaliśmy wszystkie ciuchy ze sznurków (używamy gumek takich do mocowania na motor) i ruszyliśmy około 10.00. Na niebie było kłębowisko chmur, a o 12.00 wypogodziło się na dobre. Do Apostoles mieliśmy zaledwie 40 km. Zjechaliśmy z drogi nr 14, minęliśmy niewielką wioskę i zatrzymaliśmy się zrobić parę zdjęć, widoczki były ładne, obok drogi stała tablica z napisem „Apostoles – capital de yerba mate”.

Oznacza to że miasteczko to jest stolicą Yerba mate, napoju narodowego w Argentynie, Urugwaju, Paragwaju i Chile. Klimat tutaj pozwala na hodowlę krzewów mate. Jak okiem sięgnąć wokoło ogromne plantacje mate.  

Tuż przed skrętem mój mąż zakrzyknął przez komunikator, że znowu nie ma hamulca nożnego. To aż niemożliwe, żeby się znowu zapowietrzył, przecież zaledwie wczoraj go odpowietrzaliśmy.  A na postoju zaczął się wydobywać dym z motoru. To niecodzienne i trochę się zdenerwowaliśmy. Szybka akcja ratunkowa wyrwania przewodów z miejsca dymienia się odniosła sukces. Okazało się że zrobiło się zwarcie w kablach elektrycznych od włącznika światła stopu nożnego hamulca. Najprawdopodobniej spowodowane to było wczorajszą całodzienną jazdą w deszczu. Nadszarpnięte zębem czasu kable, skorodowały i przy czujniku zrobiły zwarcie.  Szybko i sprawnie zaizolowaliśmy prowizorycznie kabelki, ale przy okazji wykryliśmy większy problem. Wytworzona z powodu zwarcia temperatura stopiła fragment mechanizmu włącznika stopu i zaczął wyciekać płyn hamulcowy. Mamy w jednym motorze tylko przedni hamulec. Trzeba znaleźć warsztat jak najszybciej i problem załatwić. Pomimo wymiany klocków – hamulca nożnego brak. Całe szczęście, że jest jeszcze przedni (ręczny).

Dojechaliśmy do Apostoles. To polska kolonia, na początku XX wieku osiedlało się tu wielu Polaków. Na sklepowych reklamach widzimy wiele polskich lub polsko brzmiących nazwisk. Niestety, żadnego Polaka nie spotkaliśmy.

 W centrum miasta zaparkowaliśmy przy kościele katolickim. Obok kościoła stoi pomnik upamiętniający odzyskanie przez Polskę niepodległości po  I Wojnie Światowej, gdzie znajdujemy polskie inskrypcje. Obok Krzyż, gdzie również po polsku są wyryte zdania.

Niestety, kościół i plebania są zamknięte (pomimo, że dziś niedziela). Próbujemy się „dostukać” i „dodzwonić” na plebanię, niestety nikt nie otwiera. Trudno. Pomimo, że spotkana przy kościele Argentynka potwierdza, że jest na plebani polski ksiądz (padre Francesco), to niestety nie udaje nam się go spotkać.

To co nas uderza to tablica ogłoszeń parafialnych. W szklanej gablotce oprócz tradycyjnych informacji znajdujemy tej krótkie sprawozdanie o dochodach kościoła, a także o wydatkach. Ciekawe…

Podjechaliśmy na stację benzynową YPF, w długiej kolejce wystaliśmy się po paliwo, przy okazji rozmawiając trochę z ludźmi, którzy zwykle nas zaczepiają. Wyglądamy chyba egzotycznie, z tymi motorami obładowanymi jak osiołki.

Jeden człowiek mówi coś do nas łamanym polsko/ukraińskim językiem. Niestety, to jest to, co przypuszczaliśmy. Tutaj żyją już dzieci, wnukowie emigrantów. Język prawie całkowicie ulega zatraceniu, zapomnieniu.   Nie używany język ginie.

Do Apostoles przyjechaliśmy nieprzypadkowo. W tym mieście, a właściwie kilka kilometrów obok znajduje się słynna wytwórnia Yerba Mate – Amanda. Sama firma nazywa się Cachuera, co oznacza mały wodospadzik, strumyk wartko płynący. Firma powstała prawie 100 lat temu, a założycielem jej był Jan Szychowski, a raczej Juan Szychowski, który przyjechał do Argentyny wraz z rodzicami w 1900 roku. Miał wtedy 11 lat.  

W ciągu całego swojego życia udowodnił jak polski duch może zaistnieć w świecie. Swoją determinacją i ciężką pracą stworzył wielką firmę uprawy i przetwórstwa yerba mate.

Ten zdolny człowiek skonstruował przeróżne, pionierskie jak na swoje czasy,  maszyny, żeby tylko usprawnić pracę swojej fabryki. Wykorzystał nawet miejscowy strumień i wybudował kanał, a doprowadzona woda, napędzała urządzenia do mielenia i sortowania ryżu.

Dzisiaj na własne oczy mogliśmy zobaczyć jego dzieła, gdy odwiedzaliśmy mieszczące się tuż przy fabryce Muzeum, poświęcone Juanowi Szychowskiemu.  Sama obecność w muzeum była dla nas dosyć wzruszająca i poruszająca. Po pierwsze widać niezaprzeczalne ślady polskości, jak wyhaftowany obraz orła białego, czy biało czerwone flagi. Po drugie zgromadzone pamiątki po rodzinie Szychowskich robią duże wrażenie, są to między innymi polskie książki z lat 20-30 ubiegłego wieku, stare dokumenty fabryki, prowadzone przez Juana Szychowskiego czy zdjęcia rodzinne.  

Zadziwiające są też maszyny, które oglądamy. Wiele z nich funkcjonuje do dziś, a największe wrażenie robi na nas wykorzystanie przez Szychowskiego strumienia wody do napędzania maszyn. Specjalnie skonstruowana tama, zamykana dosyć prostym, ale jakże zmyślnym mechanizmem, działa do dziś i powoduje dumę, że Polak w dalekim kraju potrafił zrobić użytek ze swojego geniuszu inżynierskiego (pomimo, że nie ukończył żadnych studiów w tym kierunku).

Dziś firma Szychowskiego, prowadzona przez jego wnuków jest czwartą co do wielkości na świecie firmą, produkującą Yerba Mate.

Muzeum piękne i poruszające. Na koniec pijemy yerba mate, oczywiście kupujemy cały zestaw (a to się Łukasz ucieszy!), poznajemy różnicę pomiędzy różnymi rodzajami mate i radujemy oczy wszystkim naokoło, bo okolica jest przepiękna.  Oprócz strumienia, szerokości około 2 metrów i przerzuconych przez niego dwóch półokrągłych mostków dookoła dużo zieleni, dominują drzewa liściaste, choć bardzo wiele jest też iglaków.

Muzeum piękne, ale najpierw trzeba było do niego dotrzeć. Wiem, że nie trzymam się chronologii, ale cóż… wiedzieliśmy (bo sprawdziliśmy w Internecie), że Muzeum Jana Szychowskiego jest 12 km od Apostoles. Wiedzieliśmy też, że przynajmniej 6 km trzeba pojechać boczną, najprawdopodobniej szutrową drogą. Nie pomyliliśmy się. Musicie wiedzieć, że jesteśmy już w prowincji Misiones, która słynie ze swojej tierra colorada, czyli ziemi, która ma kolor dosłownie czerwony. Jest bardzo gliniasta i najprawdziwszą się mieni czerwienią, a od czasu do czasu wpada w lekkie brązy.

Kto śledzi nas uważnie, dokładnie wie, że wczoraj padało. Padało cały dzień. Nie muszę więc opisywać, jak wyglądała droga do Muzeum Szychowskiego. Wyglądała nie najgorzej. Ruszyliśmy z asfaltu w prawo, tuż przy tablicy reklamowej. Duże rozstrzelone litery loga Amanda, czyli marki yerba mate, produkowanej przez firmę Szychowskiego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zaczęły się kałuże, coraz większe garby, wyżłobienia w drodze i wszechogarniająca płaszczyznę gliniasta ziemia. Jechaliśmy po śladach kół samochodów, gdzie teren wydawał się najbardziej ubity. To co było poza śladami kół, wyglądało jak błotnista maź i takie właśnie było. Kleiła się do wszystkiego, a próba postawienia na niej nogi kończyła się poślizgiem. Staraliśmy się jechać ostrożnie. Bardzo ostrożnie. Nie na wiele się to zdało, bo tak czy inaczej koło motoru poślizgnęło się w błocie i zaryło się, przewracając na lewy bok. No bo jakże trudno jest utrzymać tego 200 kg kolosa w pionie, kiedy dookoła ślisko i błotnisto, a koła tańczą niczym na lodzie.

W każdym razie sytuacja wyglądała tak, że jeden motor leżał i trzeba było go z tego błota podnieść. Nie było to proste, dźwignąć 200 kilo i nie poślizgnąć się na śliskim błocie. Ale przyszedł Mc Gyver i to uczynił, z moją drobną pomocą.

Cała lewa nogawka spodni w brązowym błocie, zgięty gmol przykleszczył przewód płynu chłodzącego przy pompie. Naciągnął opaskę i zsunął trochę wąż.  Dobrze, że nie uszkodził obudowy pompt płynu chłodzącego… Na szczęści nie było wycieku. Ale gmol wygięty. Niedobrze. Co robić. 

Tuż obok był malutki kościółek (kaplica Miguela). Wiele się nie zastanawiałam, idę tam. Kościółek oczywiście zamknięty. To dosyć normalne w Argentynie. Tuż obok jednak dobiegają mnie jakieś hałasy. Podążam za nimi. Nie minęły trzy sekundy, a już otoczyło mnie trzech dziwnych mężczyzn, coś tam bełkoczących. No Polacy, jak Boga kocham. Oczywiście już w trzecim pokoleniu, więc słowa nie potrafią po polsku. Dodatkowo pijani dosyć mocno, a musicie wiedzieć, że to niezwykłe w Argentynie. Przejechaliśmy już około 16 tysięcy kilometrów po tym kraju, a są to pierwsi nietrzeźwi, których widzę. No, może drudzy…

Mówiąc szczerze trochę się wylękłam, ale zaraz patrzę, gruby drąg leży w trawie, to biorę go do ręki i tłumaczę, że potrzebuję taki sam, tylko metalowy, bo mi się motor zepsuł. Trochę wzięłam też tego kija dla obrony, gdyby nie daj Boże coś, bo to że jesteśmy tuż obok kościoła może nie zadziałać.. zwłaszcza, że kościół zamknięty.

Ale faceci ciągną mnie tuż obok, do domostwa. Tutaj znajduje trzeźwego, który wygląda jak mechanik samochodowy. Grzebie coś w środku w silniku. To mu tłumaczę, co potrzebuję, a on idzie ze mną na drogę, do motorów. Nietrzeźwi niepewnym krokiem podążają za nami.

Mechanik popatrzał, popatrzał, po czym niczym nie zmieszany walnął się na drogę i zaczyna ciągnąć gmola, by go naprostować. Siedział tak na drodze pełnej czerwonej, gliniastej mazi, a ja myślałam tylko o tym, jak jego żona sobie radzi z praniem…

Na szczęście poszło gładko. Krzysiek asekurował motor, żeby się nie przewrócił, chłop prostował gmola, popatrzeli razem na przewód, wszystko gra. Możemy na razie jechać dalej. Buty całe w błocie, umazane spodnie, ale nic, jedziemy. Jeszcze moment (dwa kilometry) i byliśmy w Muzeum, gdzie naprawdę wrażenia mieliśmy niepowtarzalne.

Droga powrotna trwała dwa razy dużej, bo jechaliśmy dużo wolniej i znaczną część asekurowaliśmy się nogami, by znowu motor się nie przewrócił.

Dojechaliśmy ponownie do Apostoles i skierowaliśmy się na drogę nr 14, na Oberę. Jechaliśmy prawie 80  km, a krajobrazy zapierały dech w piersiach. Droga jest taka jakby pofalowana, raz lekko w górę, raz lekko w dół. Nowiutki asfalt, także gładko przemieszczaliśmy się, podziwiając fantastyczne widoki. Jeszcze na drodze do Apostoles widzieliśmy tablicę z dużym napisem: „oddychaj głęboko. Strefa lasów”. I coś w tym jest. Nie dziwimy się, że te rejony wybrali polscy osadnicy. Jest tu przeogromna ilość lasów, które widać jak na dłoni, gdy się tak jedzie drogą, raz w górę, potem znowu w dół. Droga którą jechaliśmy jest też miejscami  jakby wykuta w dwu, trzymetrowych skałach, po których sączy się woda, a czasami nawet drobnym strumieniem spływa w dół.  Piękne. Cudowne, niezapomniane.

W tych pięknych okolicznościach przyrody dojeżdżamy do Obera. Długo nie szukamy. Jesteśmy już zmęczeni i głodni. Co do głodu to męczy nas czasem, bo nie możemy przestawić się na argentyńskie pory jedzenia. Mieszkańcy jedzą tutaj skromne śniadanko, zwykle kawka i coś słodkiego, na przykład słodki rogalik (medialunas), potem obfity wczesny obiadek, tak miedzy dwunastą o najpóźniej piętnastą, ale zwykle raczej do czternastej. A później dopiero o dwudziestej, dwudziestej pierwszej.  Oznacza to, że jeśli nie zjemy do 14.00 czegoś treściwego, to później już tylko zostają nam zapasy, które mamy, czyli zwykle bułki, masło i żółty ser (no, i marchewka).

Dziś mamy szczęście. Znajdujemy po przyjeździe do Obera niedrogą Cabana (domek letniskowy z kuchnią, zwykle z pełnym wyposażeniem). Krzysiek jedzie na miasto, ja czyszczę wszystko z błota. Odkrywam też rzecz straszną. Moja sakwa, w której wożę zwykle swe ubrania, nosi ślady przetarcia zdobyte jeszcze 10 tysięcy kilometrów wcześniej, podczas pierwszego upadku w Rio Grande. Przetarcia niestety są na tyle duże, że podczas wczorajszego deszczu trochę wody dostało się do środka. Sakwa generalnie jest nieprzemakalna, wewnątrz znajduje się taki nieprzemakalny worek. Do niego przedostała się woda i część rzeczy w sakwie jest cała mokra, a przynajmniej wilgotna. Nie ma wyjścia. Opróżniam sakwę, wieszam wszystko na linkach, może choć trochę przeschnie.

Później już gotujemy. Krzysiek kupił polędwicę (lomo) wołową, smażymy steki i zajadamy aż się nam uszy trzęsą. Do tego sałatka z papryki czerwonej i już jest ekstra.

Właścicielka cabanasa jest Argentynką, o korzeniach polsko, ukraińsko, rosyjskich. Przychodzi do nas jej ojciec, chwilę porozmawiać i tak kaleczymy języki posługując się mieszanką polskiego, ukraińskiego, hiszpańskiego i rosyjskiego. Dostajemy jeszcze pomarańcze i urządzenie do koktajli. Dziś życie ma sens. Jak zawsze…

Argentyna nie przestaje mnie zadziwiać. Wyobraźcie sobie że w żadnej dotychczas spotkanych łazienek nie ma wentylacji. To znaczy jest, okienna. Ale jak zamkniesz okienko to nic z tego. Dziś właśnie taka przyjemność mnie spotkała. Prysznic z myciem głowy (bo już czas był najwyższy!!!) zakończył się brakiem widoczności w łazience, taka była para wszędzie…

02.06.2014  dzień sto siedemdziesiąty czwarty

Dziś od rana świeci piękne słońce, ale gdy wychylamy się z naszego domku jest jeszcze chłodno. Pakujemy się w miarę sprawnie do sakw. Część rzeczy trzeba było suszyć, bo po przedwczorajszej jeździe w deszczu są jeszcze mokre. Korzystając z tego że mamy do dyspozycji całą kuchnie robimy spore śniadanie i wyciskamy soki z pomarańczy, które dała nam wczoraj właścicielka. Nie ma to jak owoce prosto z drzewa…

Jedziemy do centrum Obery, około 3 km. Na głównym placu jest remont i musimy kawałek objechać aby stanąć obok kościoła i informacji turystycznej.

Budowlańcy, którzy wykładają płytkami przykościelny plac zaczepiają nas prawie natychmiast, ciekawi. W informacji turystycznej dowiadujemy się, że dom polski jest niestety zamknięty o tej porze roku. Jedziemy tam jednak, aby go zobaczyć. Stoi wśród kilku innych budynków zbudowanych przez emigrantów z różnych krajów, by mieć swój mały kawałek ojczyzny w Argentynie. Są to między innymi dom czeski, dom włoski, dom szwajcarski, dom niemiecki i dom arabski (co dziwi bardzo, bo żadnych Arabów nie spotkaliśmy do tej pory).

Wyjeżdżamy z miasta, jeszcze tylko tankujemy po drodze na obwodnicy. Następnie obieramy kierunek na San Vicente. Droga prowadzi przez piękne tereny. Wije się pośród niewielkich zalesionych wzgórz.

Kilkukrotnie mijamy rzeki i rzeczki, aż w końcu dojeżdżamy do celu. A jest nim kawałek Gdyni na drugim krańcu świata. Kościół zbudowany na planach gdyńskiej świątyni (tej na ulicy Portowej, kościół Redemptorystów). Zatrzymujemy się i dłuższą chwilę patrzymy w milczeniu.

Dziwne uczucie zobaczyć jakby przeniesiony obiekt z Polski do Argentyny. Nie jest co prawda identyczny, bo różni się pewnymi rzeczami, (schody prowadzące do kościoła są otwarte, a nie okolone murem, jak w Gdyni), ale jest i stoi przed nami. Jeszcze kilka miesięcy temu w Lago Puelo dowiedzieliśmy się o tym miejscu i o polskim księdzu w San Vincente. Idziemy więc na poszukiwania. Nikogo nie ma, ale po kilkunastu minutach oczekiwania doczekaliśmy się. Polski ksiądz. Po chwili rozmowy dowiadujemy się, że jest tu od 3 miesięcy, a właśnie dziś obchodzą 50 rocznicę kapłaństwa księdza Jerzego Maniaka, który jest tu od 1968r.

Dostajemy zaproszenie na obiad. Plebania wraz ze starym, kościołem mieści się 50 m dalej, przy ulicy która nosi imię Jorge Maniaka, to właśnie „nasz” ksiądz, który zbudował kościół własnym sumptem.

Rozmawiamy miło około godziny i dostajemy pyszny obiad. Przez tak krótki czas nie sposób dowiedzieć się wszystkiego, ale historia księdza Maniaka jest imponująca. Przybył tu kiedy miasto właściwie nie istniało. Jak nam opowiedział do szkoły chodziło wtedy siedmioro dzieci. To on właśnie, większość własnymi rękoma zbudował kościół, który jest prawie wierną kopią gdyńskiego. Za kilka dni wyjeżdża do Polski w której nie był od kilku lat, aby odwiedzić rodzinę. Przy kościele ma nawet ulice swego imienia.

Idziemy ponownie do świątyni, aby nacieszyć oczy tym widokiem i zrobić parę fotografii. Dostajemy też możliwość spędzenia nocy w domku koło plebanii. Bardzo nam się tu podoba i jeszcze mamy wiele tematów do rozmów. Niestety równocześnie męczy nas dylemat czy nie jechać dalej. Postanawiamy wykorzystać poprawę pogody i po pożegnaniu się ruszamy dalej do Puerto de Iguazu. Dostajemy zaproszenie, aby w drodze powrotnej zajechać ponownie do San Vicente.

Na wylocie tankujemy jeszcze szybko paliwo i ruszamy wreszcie. Dwie godziny później, już prawie po ciemku dojeżdżamy do celu. Na wlocie do miasta widzimy znak informacji turystycznej. Zatrzymujemy się i pytamy o jakiś tani nocleg. Nie chcemy sami jeździć po mieście po ciemku i go szukać. Młody chłopak na skuterku pilotuje nas, aby pokazać jakie mamy opcje do wyboru w naszym przedziale cenowym. W pierwszym miejscu niestety brakuje zadaszenia dla motocykli, ale drugi ma już wszystko co nam potrzeba. Planujemy zostać tu kilka nocy. Wieczorem długo jeszcze rozmawiamy z właścicielami i wykończeni padamy do łóżka. Jutro zapowiada się ciekawy dzień…

03.06.2014  dzień sto siedemdziesiąty piąty

Dziś wielki dzień . Jedziemy do głównego punktu naszej wyprawy. Jednego z kilku, ale na pewno do najważniejszego. Wodospady Iguazu. Ósmy cud świata.

Wstaliśmy rano, dostaliśmy śniadanie u Mabel i poszliśmy w stronę przystanku autobusowego. Przy nim mieścił się też postój taksówek i podszedł do nas jeden z nich. Ustaliliśmy cenę i nie czekaliśmy już na autobus. Podjechaliśmy pod bramę parku Iguazu. Z miasteczka to trochę ponad 15 km. Nie chcieliśmy jechać motorami, żeby nie chodzić po parku w motocyklowych ciuchach. Dużo kilometrów do łażenia, więc byłoby nam niezbyt wygodnie.

Z ciężkim sercem zapłaciliśmy za najdroższy bilet wstępu. Zobaczyć wodospady może każdy (dzięki Bogu), ale za różną cenę. Na przykład – zagraniczni turyści za 215 peso, Argentyńczycy za 65peso , a mieszkańcy prowincji Misiones za 30 peso. Jawny przykład dyskryminacji, w Europie nie do zaakceptowania. Nie ma jednak wyjścia. Kupujemy i wchodzimy na teren parku. Musicie wiedzieć, że wychodząc czuliśmy, że wodospady są warte każdej ceny, żeby tylko je zobaczyć. W takich chwilach czujemy, że nie liczy się nic co materialne. Możesz kupić sobie wiele rzeczy materialnych, ale zawsze mogą się zepsuć, zniszczyć, ktoś może ukraść. A tego co zobaczyliśmy, nikt nam już nie odbierze. Zawsze będzie z nami wspomnienie niesamowitej potęgi natury w Iguazu.

Ale po kolei. Najpierw przeszliśmy do stacji kolejki wąskotorowej, którą przejechaliśmy na najbardziej odległy kraniec parku, po stronie argentyńskiej, do największego na świecie wodospadu – Garganta del Diablo. Przechodzimy po metalowym pomoście zbudowanym na wartkiej rzece (Rio Iguazu Superior). Jakieś 1100 metrów przechodzimy do punktu widokowego. Już z oddali słyszymy hałas spadającej wody. Po 500 metrach widzimy ogromne kłęby skroplonej w powietrzu wody. To rozbryzgujące się krople, kropelki wody, które unoszą się w powietrzu tworząc jakby parę wodną, ale tak naprawdę są to miliardy odprysków wodnych z ogromnej ilości wody, która z wielkim hukiem spada na dół. Po chwili jesteśmy mokrzy, bo w zależności od tego jak zawieje wiatr, kropelki tańczą na wietrze i osiadają wszędzie, i tak cały czas od nowa, kolejne kłębowisko drobinek wody otacza cię ze wszystkich stron. Napawamy się ty widokiem.

 Wielkie, piękne, ogromne, niesamowite. Brakuje słów , żeby opisać, jakie to piękne i niezwykłe. Usatysfakcjonowani wracamy do stacji kolejki i zjeżdżamy trochę niżej, do stacji  Cataratas. Tam przez system metalowych pomostów i przejść przerzuconych nad odnogami rzeki Rio Iguazu oglądamy kolejne wodospady, kolejno Salto Alvar Nunez, Salto Bossetti, Salto Chico, Saldo Dos Hermanas, Salto Adan y Eva, salto Berbabe Mendez, by na końcu pomostów, przy Salto Bossetti zobaczyć ogromne skupisko wodospadów, ogromny wodospad Salto Escondido, Salto San Martin i Salto Mbigua.

Są tak piękne, że brakuje nie tylko słów, myśli nie są w stanie tego ogarnąć. Nad wszystkimi unosi się mgiełka, z powodu rozbryzgującej się wody, a w wielu miejscach widać piękne tęcze.

Po parku biegają całe stada ostronosów (po hiszpańsku „coati”). Niestety, są dosyć rozpieszczone przez nierozsądnych ludzi i chcą żeby je karmić jakimkolwiek pożywieniem. Posuwają się nawet do drobnych kradzieży, jeśli nie pilnujesz swojej porcji jedzenia. W parku jest parę restauracyjek, gdzie można kupić coś do jedzenia, na zewnątrz stoją stoliki i krzesełka, a także zwykle czeka zgraja ostronosów by potowarzyszyć a przy okazji może coś uszczknąć dla siebie.

Mamy dużo szczęścia. Po wczorajszych opadach straciliśmy nadzieję na słońce. A tu i wczoraj i dzisiaj piękne słońce, trochę ponad 20 stopni, ani za ciepło, ani za zimno. Pamiętamy, że w Argentynie jest teraz przełom jesieni i zimy, nie mamy więc złudzeń, co do pogody..

Latem w tym rejonie gdzie teraz jesteśmy, jest ponad 30 stopni Celsjusza i ogromna wilgotność powietrza. Powoduje to wysyp komarów i innych latających owadów. Niestety nie ma teraz motyli, z których ogromnych ilości słynie Iguazu, ale jeśli to ma przełożenie także na brak komarów, to jesteśmy w stanie to zaakceptować. 

Po pięciu godzinach podziwiania, spacerowania, obserwacji, wracamy do miasteczka. Z parku można dojechać też autobusem. Niestety, cena jest w naszym przypadku prawie taka sama, jak taksówki. Ale kierowca miły, zatrzymuje się w dziwnych miejscach, zadziwia nas swoją nonszalancją, ale na szczęście dowozi nas do celu.

W naszym hostelu jest kuchnia, bierzemy zatem ją we władanie i po 15 minutach jemy pyszne spaghetti z sosem pomidorowym. Znowu jest pięknie, brzuszki pełne – można iść na miasto.

Po 19.00 rozpoczynamy wieczorny spacer po Puerto Iguazu. Ogromne ilości sklepów z pamiątkami, ceny europejskie, nawet bardzo europejskie… Znajdujemy lodziarnię, ale lody niestety nie powalają smakiem na kolana.

04.06.2014  dzień sto siedemdziesiąty szósty

Prognozy pogody na dziś zapowiadały deszcze. Całe szczęście rano pomimo sporej ilości chmur nie padało. Cristian, mąż właścicielki hoteliku gdzie jesteśmy przynosi nam małe śniadanie. Sami robimy sobie kawę, oraz zsiadłe mleko dla mojej piękniejszej połowy. Cały czas mamy ze sobą i zakwaszamy mleko „robaczkami” od Gali. Po śniadaniu decydujemy się wykorzystać kolejny dzień ładnej pogody i ruszamy ponownie oglądać wodospady Iguazu. Tym razem z Brazylijskiej strony. Na ulicy łapiemy autobus z napisem Foz do Iguacu i jedziemy na granicę. Samo łapanie autobusów jest w Argentynie bardzo proste. Wystarczy pomachać ręką. Przystanki owszem są, ale nie są jedynymi miejscami gdzie staja autobusy. Jedziemy więc kilkanaście minut, a następnie ze wszystkimi pasażerami wysiadamy do argentyńskiej kontroli granicznej. Podajemy paszporty w dwóch osobnych okienkach. Ja po chwili przechodzę dalej z pieczątką wyjazdową, a moja żona ma problemy… Zostaje aresztowana, żartuje! Jest jakiś kłopot, bo pomimo posiadania pieczątki wjazdowej do Argentyny z 29 maja, pani w okienku nie może znaleźć tego w systemie. Oddaje gdzieś paszport do kierownika, a sama wychodzi kończąc pracę bez słowa. Trochę stresująca sytuacja. Autobus już nam uciekł, bo przecież nie będzie czekał, a my stoimy i czekamy na wyjaśnienie sprawy. Całe szczęście po kilkunastu minutach wszystko jest OK. Znaleźli w systemie potrzebne dane i możemy jechać. Niestety nie ma czym. Aby nie tracić czasu decydujemy się na taxi. Podwozi nas do bramy wejściowej do wodospadów i ma po nas wrócić za kilka godzin.

Kupujemy bilety za 49 Reali od osoby. Znowu cena jest ponad dwukrotnie wyższa dla obcokrajowców. Trudno mi zrozumieć tą politykę, ale co zrobić. Płacimy i wchodzimy. A właściwie wjeżdżamy, bo trzeba jeszcze kilka kilometrów dojechać autobusem (wliczonym w cenę) w pobliże wodospadów. Wysiadamy na przedostatnim przystanku i przechodzimy na pierwszy taras widokowy. Już z pewnej odległości, jeszcze przez gałęzie drzew widzimy ich ogrom. Jest takie powiedzenie dotyczące wodospadów Iguazu, że Argentyna je posiada, a Brazylia ma na nie widok.

Coś w tym jest, sami mamy okazję tego doświadczyć. Naszym oczom ukazuje się ogromny i imponujący obraz. Mamy świadomość, że jest to nie codzienny widok i zostanie w naszej pamięci na długo. Niezliczone pomniejsze kaskady spadają pomiędzy drzewami z wysokości kilkudziesięciu metrów.

Tworząc na dole kipiel i unosząc w powietrze kropelki wody. Przechodzimy tarasami gdzie widzimy kolejne załomy skał i kolejne wodospady. Jednak na sam koniec mamy okazję podejść do samego serca żywiołu. Garganta del Diabolo. To największy z wodospadów w całym systemie. Ze strony Brazylijskiej,  kilkadziesiąt metrów poniżej górnego progu wodospadu jest pomost na samą jego krawędź. W kłębowisku unoszącej się wszędzie wody, jesteśmy mokrzy po kilku sekundach.

Widok i doznania słuchowe są za to imponujące. Właściwie ze wszystkich stron otoczeni jesteśmy wodą. Chronimy aparat jak się da i robimy fotki, a potem ubrani w kaptury chłoniemy widok.

Trochę nam „przeszkadza” wycieczka Japońskich turystów. Spora ich grupka, jednakowo ubrana w peleryny przeciwdeszczowe, karnie podąża za przewodnikiem. Każde z nich wyposażone w słuchawki do łączności z grupą i aparaty foto wyglądają zabawnie. Wolimy jednak sami…

Później wjeżdżamy jeszcze windą na górny taras, skąd rozciąga się panorama na większość terenu. Aż nie chce nam się wracać. Trzy godziny minęły niepostrzeżenie i niestety kierowca taxi będzie na nas czekał. Robimy jeszcze małe zakupy pamiątek i wracamy do hotelu. Na granicy już tym razem nie ma problemów, a paszporty dajemy do podbicia przez okienko auta.

Jak przystało na prawdziwych podróżników w hotelu jemy po kanapce z żółtym serem i ruszamy zwiedzać miasto. Naszym celem jest miejsce gdzie łączy się Rio Iguazu i Rio Parana. Jest to styk granic Argentyny, Paragwaju i Brazylii. W najbardziej wysuniętym punkcie stoją kamienne tablice z godłami i flagami tych państw.

Widzimy wyraźną różnicę w kolorze obydwu rzek. Wody Rio Iguazu maja kolor brunatny, a Rio Parana jest dużo bardziej przejrzysta. Łapiemy ponownie autobus i jedziemy na drugi koniec miasta z zamiarem obejrzenia lokalnej atrakcji, domu zbudowanego z butelek po napojach. Wszystko było by dobrze i pewnie byśmy go zobaczyli od wewnątrz. Jednak odezwał się w nas swoisty bunt przeciw dyskryminacji zagranicznych turystów. Kiedy to od właściciela tego dzieła usłyszeliśmy cenę ośmiokrotnie wyższą niż dla lokalnej ludności. Jakoś w tym momencie przestało nas interesować to cudo „architektury” . Wracamy do hotelu i gotujemy spaghetti… ponownie. Co jutro? Jeszcze nie wiemy…

05.06.2014 – dzień sto siedemdziesiąty siódmy

Rankiem na szczęście nie padało. Pomyśleliśmy zatem, że dobrze by było zrealizować nasz plan i wyjechać dziś do Wandy. To około 40 km, nawet jeśli zacznie padać, to raczej nie przemokniemy, tylko zdążymy dojechać do miasteczka i gdzieś się schowamy przed deszczem.

Zapakowaliśmy wszystko, ubraliśmy się w ciuchy motocyklowe i  pożegnaliśmy się z właścicielami gościńca „Los Pinos” - Mabel i Cristianem. Przemili, bardzo sympatyczni ludzie. Przed opuszczeniem Puerto Iguazu podjechaliśmy jeszcze motocyklami w miejsce, gdzie rzeka Parana łączy się z rzeką Iguazu, zrobiliśmy pamiątkowe „motorowe” zdjęcia na styku trzech granic.  Nieśpiesznie ruszyliśmy w stronę Wandy, spoglądając z lekkim powątpiewaniem w niebo. Ciemne chmury zbierały się na zachodzie, ale ciągle jeszcze nie padało, tylko nieśmiało przebijało słońce. Mieliśmy szczęście. Zaczęło padać dopiero wtedy, gdy dojeżdżaliśmy do celu, więc deszcz nie zmoczył nas za bardzo.

Dojechaliśmy do Wandy. Wanda powstała w 1936 za sprawą polskich emigrantów, którzy tutaj założyli swoją kolonię. Nieco zmoczeni wjeżdżamy do miasteczka. Bardzo szybko zaczepia nas jeden Argentyńczyk, chwilę rozmawiamy po czym on mówi, że ma tutaj brata, który prowadzi hotel i ma cabanasy. Dzwoni do niego i już za chwilę, tamten podjeżdża. Pilotuje nas do swojego hotelu, który okazuje się kilkoma mieszkaniami, wybieramy jedno z nich, mamy do dyspozycji kuchnię, także już wiemy, że będziemy gotować.

Od słowa do słowa, podczas rozmowy, mówimy, że szukamy Polaków. Na co on, potomek niemieckich emigrantów, mówi, że zna wielu polaków, a jeden z nich jest jego przyjacielem i może nam go przedstawić. Chętnie przystajemy na tą propozycję i już za chwilę jedziemy razem do pana Władysława Firka, czy raczej do Ladyslaw Firka.

Następne godziny będą dla nas bardzo wzruszające. Pan Władysław wraz z żoną, Anną Woronowicz mieszkają w Argentynie od zawsze. Pan Władysław przypłynął w 1938 roku, na SS Kościuszko. Miał wówczas 3 lata, razem z rodzicami i ósemką rodzeństwa.

Pani Anna urodziła się już w Argentynie, ale jej matka przyjechała razem z rodziną do Argentyny pod koniec lat trzydziestych.

Słuchamy z zaciekawieniem historii ich życia w Argentynie, w prowincji Misiones. Aż serce rośnie, kiedy się słucha PO POLSKU, opowieści ludzi, którzy całe swoje życie spędzili na obcej ziemi.

W domu państwa Firków jest całe mnóstwo polskich akcentów, polska flaga, biało czerwony szalik z napisem „Polska”, godło orła białego na ścianie.

Jesteśmy poruszeni, ze ludzie ci tak pięknie mówią po polsku, bo pomimo, że miedzy sobą rozmawiają po polsku, to jednak cały czas mówią też po hiszpańsku, skończyli szkoły w tym języku, pracowali i pozostawali w społeczności, gdzie naturalnie porozumiewali się w tym języku. Mało tego, poza rodzinnymi domami nie mieli wielu możliwości do swobodnej, naturalnej nauki polskiego, a pomimo to mówią tak, że aż się chce ich słuchać.

Dostajemy zaproszenie na następny dzień do nich i mamy pewność, że na pewno skorzystamy, ich historie są bardzo ciekawe, a dodatkowo ściśle związane z naszym projektem Chrobry, bo nadal szukamy potomków pasażerów.

Od państwa Firków udajemy się do miejscowego supermercado. Kupujemy drożdże, mąkę i jajka, dziś na kolację bułeczki drożdżowe.

Przy kasie zatrzymuje nas staruszka, mówiąc: „dzień dobry, słyszałam, że państwo po polsku mówią, skąd państwo tutaj przyjechali?”. To bardzo dziwne dla nas i miłe, usłyszeć polską mowę, choć wiedzieliśmy że w Wandzie, w Misiones jest dużo Polaków. Opowiadamy swoją historię. Bardzo nas cieszy fakt, że ludzie mówią tutaj bez żadnego obcego akcentu, co często spotyka się na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie Polacy mówią „dziwnie” (na przykład Dżoana Krupa). Tutaj, w Argentynie, jeśli już ktoś mówi po polsku, to bez akcentu. Mówi po prostu. Jest to ten język przodków, więc raczej nie ma w nim słów takich jak „fajnie” czy innych nowomodnych naleciałości, przynależnych naszym czasom. Pięknie się tego słucha.

06.06.2014 – dzień sto siedemdziesiąty ósmy

Cały dzień, od rana pada. Może nie jest to rzęsisty deszcz, ale na pewno uniemożliwia nam dalszą jazdę. Popaduje, są częste przerwy, jest bardzo duża wilgotność powietrza.
Dziś kolejne prace przy motorze. Znaleźliśmy maleńki warsztat motocyklowy w Wandzie, gdzie naprawiliśmy nieszczęsny hamulec nożny w jednym motocyklu i poprawiliśmy stopkę, bo trochę trzeba było ją podspawać.

Mój mąż mówi, że już by chciał wyjechać z tego błota. W Misiones, jak pisaliśmy wcześniej jest czerwona ziemia, bardzo gliniasta. Mamy ubłocone motory, oblepione śliską ziemią łańcuchy i zębatki. Czerwona ziemia powłaziła pomiędzy sprężynę amortyzatora,  zakleiła bieżnik w oponach. Rozbryzgujące się podczas jazdy błoto oblepia chłodnicę. Masakra. Powłaziło we wszystkie zakamarki wahacza i trochę nam szkoda naszych maszyn, bo są straszliwie wymęczone w tym terenie. Polewanie wodą niewiele daje, trzeba mocno szorować, bo po zaschnięciu twardnieje i przykleja się jak farba.  A jeszcze niedawno w Buenos Aires, wymieniliśmy część elementów na nowe.

Popołudniu poszliśmy w odwiedziny do Państwa Firków, tym razem już z zapowiedzianą wizytą. Pani Anna przygotowała pyszne ciasto, raczymy się więc kawą i słuchamy kolejnych opowieści. Wzięliśmy ze sobą listę pasażerów Chrobrego, ale niestety żadne nazwisko nie jest znane naszym gospodarzom. Trochę nas to martwi, ale wygląda na to, że większość osób z naszej listy powędrowała do Paragwaju, tak jak rodzina Gracieli, z którą spotkaliśmy się na początku naszej wyprawy w Buenos Aires.

Potwierdza się też to, co podejrzewaliśmy. Upłynęło 75 lat od tego rejsu. To szmat czasu.   Coraz trudniej jest nam znaleźć osoby, którym nazwiska na liście coś mówią, z kimś się kojarzą. Pan Władysław czytając listę pasażerów przyznał to,  o czym myśleliśmy. Tym rejsem płynęło bardzo wielu Ukraińców z polskimi paszportami. Zagłębiając się w historię Polski i Ukrainy w latach trzydziestych XX wieku, wiemy że Ukraina jako państwo nie istniała, zawładnęło nią z jednej strony ZSRR, a z drugiej Polska.

To co potwierdza nam zarówno pani Anna, jak i wcześniej Graciela, nikt z przybyłych do Argentyny nie opowiadał o Polsce. Przypuszczamy, że musiał to być ciężki okres dla mieszkańców Podlasia czy Wołynia, bo z tych obszarów głównie przybywali emigranci.

To co nas wzrusza do łez, to ziemia z Wołynia, którą pan Władysław trzyma w butelce. Przywiózł ją 10 lat temu z Ukrainy, którą odwiedził podczas swojej pierwszej i jak dotąd jedynej wizyty w Polsce.

Słuchamy opowieści, jak ciężko było Polakom, którzy tu przyjechali na początku lat trzydziestych. Jak trudno im było „ujarzmić” nieznaną, czerwoną ziemię, jak wielu z nich uciekało z tych terenów, bo nie mogli dać sobie rady z upałem, później z dużą wilgotnością, owadami, brakiem lekarzy czy możliwości konsultacji.

Pan Władysław opowiada nam, jak jego rodzina przywiozła ze sobą kosę, sierp, hebel, siekierę. Ludzie wieźli ze sobą mnóstwo rzeczy, by tylko mieć na zagospodarowanie tutaj, ale wyobrażamy sobie, jak ciężkie to musiało być, te początki, gdy emigranci próbowali się tu „urządzić”.

Pani Anna przytacza różne historie jak ciężko było uprawiać i gospodarować na tej czerwonej ziemi, bo w porze deszczowej było błoto, a w lecie ogromny kurz. Kurz tak wielki, ze jak się pranie wywiesiło, to całe czerwone było.

Słuchamy i słuchamy, aż wreszcie wieczorem zbieramy się do naszego hotelu. To bardzo poruszający dzień.

07.06.2014 – dzień sto siedemdziesiąty dziewiąty

Dziś był długi dzień, a prawie w całości upłynął nam na rozmowach z Polakami. Najpierw w sklepie spotkaliśmy, a raczej zaczepiła nas, słysząc naszą rozmowę Marta Sawa (Sawicka). Później Damaso (Damazy) Iber,  z pochodzenia Polak, zaprosił nas na przejażdżkę po Wandzie, a później poszliśmy razem na obiad do restauracji.

Rodzina Damaso przyjechała z małej miejscowości pod Suwałkami pod koniec lat 30 ubiegłego wieku.  Damaso jest już na emeryturze, ale wcześniej wiele lat mieszkał w Buenos Aires, gdzie między innymi był pilotem śmigłowców i szybowców.

O  14.00 jedziemy do radia Wanda. Marta Sawa zaprosiła nas na krótki wywiad, także debiut radiowy mamy już za sobą… W rozgłośni poznajemy Ojca Florencjusza, który właśnie prowadzi audycję religijną. Pomiędzy naszym, a jego wejściem na antenę rozmawiamy chwilę i dostajemy zaproszenie na kolację na następny dzień do Libertad. W miejscowości tej około 8 km w kierunku Iguazu mieszkają polscy księża. Z lekkim stresem rozmawiamy kilka minut o naszej podróży i spotkanych w Wandzie Polakach.

Niestety tak jak przypuszczaliśmy, w Wandzie nie ma żadnego mieszkańca o nazwisku z listy pasażerów Chrobrego.  

08.06.2014 – dzień sto osiemdziesiąty

Dzisiaj dzień kolonizatora/osadnika polskiego w Wandzie. Na szczęście o 14.00  przestało padać i wyszło słońce. Dla nas to trochę za późno, aby ruszać dalej, zwłaszcza że mamy dziś zaproszenie na kolację do Franciszkanów w Libertad. W ciągu dnia trochę szykujemy motocykle do drogi, zwłaszcza że prognozy mówią, ze jutro będzie bezdeszczowo, a po południu idziemy na mszę do tutejszego kościoła, który się nazywa Częstochowa.

Msza odprawiana jest w języku hiszpańskim. Trochę różni się od tych w Polsce. Trudno opisać jaka jest, może bardziej egzotyczna, dlatego że w obcym języku. Pieśni śpiewane po hiszpańsku też trochę się różnią, chociaż słowa mają te samo znaczenie. Wychodząc z kościoła po mszy wszyscy żegnają się z księdzem przed wejściem. To bardzo miły zwyczaj.

Jedziemy z Damaso do Libertad. Tym razem z powodu awarii auta autobusem. Już prawie po ciemku dojeżdżamy do miasteczka. Przed kolacją czeka na jeszcze jedna msza dzisiejszego dnia. Kościół jest tym razem murowany i sporo większy. Ale nie ma się co dziwić, to stosunkowo młoda budowla. W odróżnieniu od zabytkowego już jak na warunki argentyński kościółka w Wandzie. Udajemy się na plebanię gdzie serdecznie wita nas Ojciec Florencjusz i Seweryn, który prowadził drugą mszę. Poznajemy też nauczycielkę Teresą, oraz jej męża Darka. Teresa jest tu już od ponad roku i uczy języka polskiego w szkole.

Wieczór upływa na ciekawych rozmowach w bardzo miłej atmosferze i tracąc poczucie czasu zasiedzieliśmy się prawie do północy. Ach, te wieczorne Polaków rozmowy........

09.06.2014  - dzień sto osiemdziesiąty pierwszy

Dziś jest kolejny dzień naszego pobytu w Wandzie. Pomimo poprawy pogody nie pojechaliśmy dalej. Zostaliśmy ponownie zaproszeni do Libertad, tym razem na obiad. Po wczorajszej kolacji, która przeciągnęła się do późna przy miłej rozmowie liczyliśmy na więcej. Około południa ojciec Florenciusz zabiera nas i Teresę która skończyła lekcje języka polskiego w szkole do Libertad. A tam czekał już pyszny rosół, sałatka i pieczona argentyńska wołowina. Palce lizać. Po obiedzie Ojciec Florenciusz zabiera nas kilkanaście kilometrów za miasto. Jedziemy kawałek asfaltem, a potem skręcamy w boczną drogę. Czerwona lekko rozmięknięta ziemia przykleja się do wszystkiego. W niżej położonych odcinkach stoi woda, przez ostatnie kilka dni sporo padało. Dookoła ciągną się uprawy trzciny cukrowej, Widzimy dużo bananowców, drzew pomarańczowych i mandarynek. Duże i pomarańczowe owoce widoczne są wyraźnie. Zatrzymujemy się na kilka minut koło malutkiej szkoły na wsi.

Na gliniastym boisku dzieci grają w piłkę, a w jednej z dwóch sal będą zaraz jakieś lekcje. Kilka kilometrów dalej dojeżdżamy do brzegów rzeki Parana. Po drugiej stronie jest już Urugwaj. Spotykamy znajomego Ojca Florenciusz który ma tu kawałek ziemi. Opowiada nam, że stan wody jest teraz wyjątkowo wysoki i nigdy takiego nie widział. Faktycznie koryto rzeki jest ogromne, a jej nurt szybki i widać jak przenosi konary drzew. Idziemy na mały „spacer” do dżungli. Pomimo, że dziś pogoda jest słoneczna, zaraz po wejściu do lasu otacza nas lekki mrok i mnóstwo komarów. Wilgotność powietrza jest ogromna. Idziemy wąską ścieżką wijącą się po zboczach pagórków. Co chwile musimy się schylać, albo przechodzić przez jakieś przeszkody. Kilka metrów od nas jest w niektórych miejscach sporo wody. Teren jest bardzo podmokły, a ziemi śliska i trzeba uważać przy każdym kroku. Kilkanaście minut takiego marszu w zupełności nam wystarcza. Z ulgą wychodzimy do drogi gruntowej gdzie jest więcej słońca i mniej komarów. Przed odjazdem jemy jeszcze pyszne mandarynki zerwane prosto z drzewa.

Owoce są bardzo dojrzałe, a ich zapach jest tak intensywny, że unosi się dookoła. Wracamy powoli do Libertad na plebanię, aby dokończyć pozostały pyszny rosół. A następnie około 17 mamy jeszcze okazję wybrać się z Ojciec Seweryn Do wioski Indian Guarani. Jedziemy tam zawieźć trochę materiałów do budowy domków drewnianych w których mieszkają. Pomimo, że niezbyt daleko od drogi, wioska jest jak mi się wydaje bardzo tradycyjna. Na lekko przerzedzonej polanie stoi kilkanaście chatek. Większość kryta liśćmi drzew, które nie chronią za bardzo podczas opadów deszczu. Wszystko umazane jest w czerwonej ziemi. Dookoła chodzą kury, a w jednej z chatek przez dziury w bambusowej ściance widać palące się ognisko. Stoimy tak jakiś czas i oglądamy z zaciekawieniem ten nie codzienny dla nas widok. Ludzie tu żyjący nie mają zbyt wiele. Mam mieszane uczucia, bo cywilizacja chyba za bardzo do nich nie dotarła. Dobrze to, czy źle… nie mnie oceniać.

Wieczór spędzamy w miłym towarzystwie Teresy i Darka. Rozmawiamy o polakach, emigracji, jedzeniu i wielu jeszcze innych ciekawych sprawach. Tak nam minął już piąty dzień w Wandzie…

10.06.2014 – dzień sto osiemdziesiąty drugi

Rano nie padało. Postanowiliśmy to wykorzystać i wyjechać z Wandy. Już i tak za długo tu siedzieliśmy… spędziliśmy miło czas, ale najwyższa pora jechać dalej. Spakowaliśmy się, podjechaliśmy do Teresy i Darka, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w stronę Libertad. Musieliśmy się trochę cofnąć, o jakieś 6 km, ale chcieliśmy się pożegnać z Franciszkanami.

Ojciec  Seweryn błogosławi nas na drogę i możemy ruszać. W Esperanza zatankowaliśmy i spokojnie jechaliśmy dalej. Tuż za tym niewielkim miasteczkiem widzimy skutki wypadku  - bus potrącił motocyklistę. Nie jest to miłe, taki widok. Na drodze w okolicach Libertad, Wandy i Esperanzy, co jakiś czas są na asfalcie namalowane gwiazdy z imieniem. Przypominają trochę Aleję Sław w Holywood. Trochę. To imiona osób, które zginęły w tych miejscach. W Polsce stoją przy drodze krzyże, tutaj gwiazdy  z imieniem namalowane na asfalcie. Nie ujechaliśmy daleko. Jakieś 5 km za El Dorado zamknięta droga. „Que paso?” Okazało się że na skutek ulewnych deszczy w południowej Brazylii i otworzeniu zapór na tamach, po Argentyńskiej stronie jest mnóstwo wody w rzekach. Droga, którą chcieliśmy jechać  - Ruta 12 – jest zamknięta bo rzeka płynie przez środek jezdni. A właściwie płynie ponad mostem. Podobno wody jest mniej więcej metr, ale raczej nie przejedziemy, bo sakwy byłyby całkiem mokre i my także. Zresztą policja i tak nam na to by nie pozwoliła, stoją i pilnują.

Nie ma wyjścia. Jeśli chcemy dziś gdziekolwiek dojechać,  musimy dojechać do równoległej ruta 14. Wracamy do El Dorado, jedziemy przez San Pedro do San Vicente. Los zdecydował dziś za nas. Mieliśmy jechać do San Ignacio, a później do Posadas. Niestety musimy to odłożyć. Nadkładamy ponad 100 km. Po drodze do San Vicente widzimy kolejny wypadek samochodowy, tym razem autobus nie wyhamował jadąc za  ciężarówką i cała przednia szyba w mak rozbita. Coś dziś dzień wypadkowy. Tego dnia zobaczymy jeszcze jeden wypadek, tuż za San Pedro.

Na szczęście jedziemy ostrożnie i w pełnej koncentracji. Jest raczej chłodno, ale pod koniec naszej trasy wychodzi słońce.  Cały dzień było pochmurnie. Po drodze widzimy też mnóstwo turystów z Chile, którzy długimi kawalkadami jadą do Brazylii na Mundial. Samochody są oflagowane (narodowe symbole Chile), a także mają różne naklejki związane z Mistrzostwami Świata. Coś czuję, że ten Mundial mnie ominie w tym roku…

Dojeżdżamy do San Vicente z zapowiedzianą kilka dni temu wizytą. Ojciec Zenon przyjmuje nas z otwartymi ramionami. Jedziemy razem do sklepów, kupujemy duuuużo mięsa i będziemy czynić asado.  Wieczór upływa nam na miłych rozmowach. Dowiadujemy się z lokalnych gazet, że zalane jest część Puerto Iguazu, a w Libertad ogłoszono alert pomarańczowy. Nie jest dobrze…

11.06.2014 – dzień sto osiemdziesiąty trzeci

Noc spędzamy w gościnie u Ojca Zenona. W nocy było trochę chłodno ale rano jest w miarę pogodnie i robi się cieplej. Po śniadaniu pomimo, że chcielibyśmy zostać na dłużej podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. Szkoda jest opuszczać tak gościnne progi, ale nie ma rady. Jedziemy zatankować paliwo na stacje w miasteczku i ruszamy drogą numer 14 na południe. Dziś nie napotykamy już żadnych niespodzianek w postaci zalanych mostów. Po około 1,5 godzinie mijamy Obera tranzytem, a po następnej godzinie skręcamy w drogę numer 12 w prawo. Musimy cofnąć się około 20 kilometrów do San Ignacio. A wszystko to z powodu bardzo wysokiego poziomy rzeki Parana.

Dojeżdżamy do pierwszej misji Jezuickiej jaka odwiedzamy w Argentynie. San Ignacio Mini. Za pozwoleniem strażników  zostawiamy motocykle, kaski i kurtki wewnątrz na placu przy wejściu. Zdejmujemy jeszcze ciepłe termiczne ubranie, słońce wyszło zza chmur i jest naprawdę ciepło. Kupujemy bilet po 90 peso i zaczynamy zwiedzanie od małego muzeum. Rysunki i makiety dają nam obraz jak kilkaset lat temu wyglądała cała misja. Następnie idziemy zobaczyć jak to wygląda dziś. Spomiędzy drzew wyłaniają nam się zarysy dosyć wysokich budowli. Co prawda wszystko mocno zrujnowane, ale robią wrażenie. Przechodzimy pomiędzy rzędami porośniętych mchem pozostałości po pawilonach gdzie mieszkali Indianie Guarani. Na środku kompleksu mieści się ogromny plac, a zaraz za nim pozostałości kościoła. Dosyć dobrze zachowała się cała sieć systemu odprowadzania wody wokół placu i budowli. Konieczna, bo jak zacznie tu padać, to leje intensywnie. Chodzimy dobrą godzinę po terenie redukcji. Oglądamy i chłoniemy klimat tego miejsca. Mieszkało tu kilka tysięcy Indian.

Z San Ignacio jedziemy prosto do Posadas. W Tym mieście na granicy z Paragwajem mamy zgłosić się do polskich księży z misji Redemptorystów. Jeszcze w San Vicente  ojciec Zenon mówił nam, że w Posadas są polscy księża, więc jedziemy. Ponownie zostajemy bardzo mile przyjęci. Zatrzymujemy się w Domu Redemptorystów, a ksiądz Marian i ksiądz Jarek goszczą nas i częstują kolacją. Dostajemy na noc bardzo ładny pokój, a motocykle bezpieczne miejsce.

Zobacz co się wydarzyło w Paragwaju.... Kliknij tutaj

 

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012