facebook

Argentyna po raz piąty

Zobacz gdzie byliśmy wcześniej. Kliknij tutaj

14.06.2014r – dzień sto osiemdziesiąty szósty

Dziś dzień szczególny dla księdza Mariana. Obchodzi 35 lecie kapłaństwa.  My przygotowujemy prawdziwie polski obiad. Rosół i mielone. Do tego gotowana marchewka, ziemniaki i surówka z pora, marchwi i jabłka. Trzeba wiedzieć, że w Argentynie w zasadzie funkcjonuje jeden rodzaj sałatki – sałata z cebulą i pomidorami. Nic specjalnego. O mieszaniu pora z marchwią i jabłkami do tego śmietana, to nikt nie słyszał.

Wieczorem uczestniczymy we mszy dziękczynnej z okazji rocznicy kapłaństwa. Przy ogłoszeniach parafialnych trochę drętwiejemy i nie wiemy co powiedzieć. Ksiądz Jarek bowiem, zaczął opowiadać po hiszpańsku oczywiście, że „są wśród nas dziś Polacy, którzy objeździli całą Argentynę”. Spojrzenia wiernych ślizgają się po nas,  nie wiadomo co zrobić. Na szczęście zaraz koniec mszy. W Argentynie jest zwyczaj, ze księża po skończonej mszy stoją przy wyjściu i żegnają się z wiernymi. Każdemu uścisną dłoń, obejmą, całują się. To miłe. Maria Laura (sekretarka księży) przedstawia nam swoją znajomą, jej dziadek i babcia przyjechali z Polski. Niestety. Jedyne co potrafi powiedzieć po polsku to „aaa, kotki dwa, szaro bure oby dwa”. Co też wzrusza…

15.06.2014r – dzień sto osiemdziesiąty siódmy

Dziś mieliśmy w planie jechać dalej. Jednak po porannej rozmowie z naszymi gospodarzami plany się zmieniły i zostajemy jeszcze trochę… Niedziela mija zatem nieco leniwie. Wiele dziś nie robimy. Zaliczamy krótki spacer po centrum Posadas. Trochę jest pochmurno, od czasu do czasu pokropuje mikroskopijny kapuśniaczek. Uzupełniamy materiały na stronie, selekcjonujemy zdjęcia.

Rozpoczął się trzy dni temu Mundial, więc spędzamy też czas na oglądaniu meczy. Oczywiście wszystkie sklepy w mieście zawalone różnymi rodzajami atrybutów kibica. Argentyna żyje futbolem. Nawet psy chodzą w koszulkach reprezentacji...

16.06.2014r – dzień sto osiemdziesiąty ósmy

Nie chcą nas wypuścić nasi dobrodzieje. Dziś kolejny dzień spedzamy w Posadas u Redemptorystów. Tym razem przyjechali nas dobrzy znajomi - Ojciec Zenon wraz z hiszpańskojęzyczną ekipą Redemptorystów z San Pedro. Okazja jest podwójna. Rocznica przyjęcia święceń przez Ojca Mariana i imieniny Ojca Zenona. Dziś asado i sałatki. Dla nas okazja do praktykowania hiszpańskiego, bo rozmowa toczy się prawie tylko i wyłącznie w tym języku.

P. Mariano, P. Zenon y P. Vicente...

17.06.2014r – dzień sto osiemdziesiąty dziewiąty

Dziś wypoczywamy jeszcze w Posadas. Trochę nas do tego zmusiła pogoda, bo nieco siąpi i nie chcieliśmy ryzykować zmoczenia ubrań czy nawet przemoczenia przy dłuższym dystansie, a trochę nas do tego zachęciła Ojciec Jarek, bo wyciągnął ze spiżarki wielki słój suszonych grzybów. Zostaliśmy zatem i gotowaliśmy przepyszną zupę grzybową. Namawiamy Marie Laurę, żeby przyjechała do Polski.

Wizyta u Redemptorystów dała nam dużo do myślenia. Patrzymy teraz trochę inaczej na kapłaństwo, na małżeństwo, na wiele innych spraw także nasze patrzenie się zmieniło. Podróże kształcą, a ta wyprawa dała nam ogromne doświadczenie.

Wieczorem jedziemy jeszcze zatankować i przewietrzyć motocykle. Przy okazji podjeżdżamy obejrzeć relikt przeszłości - kolej w Posadas.

18.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty

Dzisiaj zaplanowaliśmy wyjazd z Posadas. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu na bardzo długo, aż to do nas nie podobne. Dziś jednak postanowiliśmy za wszelką cenę wyjechać, bo zasiedzieć się w jednym miejscu wcale nie jest dobrze. Spakowaliśmy wszystkie nasze toboły i żegnani przez Ojców: Jarka i Mariana w siąpiącym nieco deszczu wyjechaliśmy z miasta. Nie był to najlepszy może pomysł, ale jak się okazało później wszystko się dobrze skończyło. Przez pierwsze 50 kilometrów nie mogliśmy się pozbyć deszczu, czy raczej deszczyku.

Wszystko utytłane w czerwonym błocie

Posadas leży w takiej jakby dolince i w dodatku nad rzeką, więc zbierają się nad nim wszelkie chmury. Kłębią się, popaduje z nich, a w ogóle się nie rozchodzą. My gnaliśmy na południe, wiedząc, że za chwilę już pokaże nam się błękitne niego, którego przedsmak mieliśmy na horyzoncie. Nie pomyliliśmy się. Pomimo, że jeszcze ponad 100 km musieliśmy jechać do słońca, w końcu je zobaczyliśmy. Piękne słońce i błękitne niebo. Ale nie ma tak dobrze. Zima w Argentynie zbliża się wielkimi krokami, więc temperatura nie przekraczała 13 stopni. Lekki chłodek nas otulał, gdy tak jechaliśmy spokojne 120 km/h. Pomimo, że mieliśmy poubierane wszystkie warstwy ocieplające w kurtkach i pomimo bielizny termicznej, odczuwaliśmy leciutki dyskomfort związany z temperaturą. Daliśmy jednak radę i wykorzystaliśmy piękną pogodę, przejeżdżając prawie 500 km.

Mniej więcej w Santo Tome zmieniła się ziemia. Do tej pory była to czerwona, po prostu czerwona gleba, tak charakterystyczna dla Misiones (tak zwana tierra colorada). Od Santo Tome ziemia zrobiła się już brązowa, najpierw lekko, później już całkiem zjaśniała. To takie ciekawe dla tego regionu, a dla nas szczególnie. W Posadas dzięki temu że tak popadywało, na ulicach było bardzo mokro i przejeżdżające przez miasto autobusy i ciężarówki unosiły kropelki czerwonego błota na wysokość 30 cm. Dzięki temu nasze buty i spodnie (do wysokości kolan) utytłane były w czerwonej ziemi.

Dojechaliśmy do Chajari. Spenetrowaliśmy już po ciemku miasteczko i znaleźliśmy nieco drogi hotel, w którym się zatrzymaliśmy. Zakupy, kolacja (robiliśmy pyszne empanadas z serem, korzystając z obecności piekarnika w naszym apartamencie).

19.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty pierwszy

Kolejny dzień w Argentynie. Nieubłaganie zbliża się finał naszej wyprawy. Przynajmniej ten lądowy, po Ameryce Południowej. Dziś zdaliśmy sobie z tego sprawę. Mamy niewiele kilometrów do Montevideo, toteż zwolniliśmy bardzo. Dzięki temu możemy też zatrzymywać się o wiele częściej w dziwnych miejscach, które normalnie byśmy ominęli.

Specjalnie zatrzymaliśmy się na kilometrze 246 drogi nr 14, by kupić escabeche. To rodzaj takiej zaprawy octowo-olejowej do mięsa. My wybraliśmy eschabeche z chivito (czyli z koziołka) oraz z guanacu. Zawieziemy te pyszności do Polski i będziemy jeść. Już wiemy, że jest dobre, bo chcieliśmy przed kupieniem próbować, czy to dobre. Niestety nie było to możliwe. Kupiliśmy zatem jeden słoiczek i zjedliśmy ze smakiem kawałeczki koziołka w lekko octowej zalewie. Dobre. Dokupiliśmy do spróbowania dla rodziny.

Jedziemy spokojnie dalej. Nieśpiesznie. To jedna z wielu uciech teraz. Nie musimy się nigdzie śpieszyć. Ba, nawet specjalnie zwalniamy, by nacieszyć się naszą jazdą z duuużym bezpieczeństwem czasowym, który mamy. Jesteśmy w rejonie sadów pomarańczowych (czy można tak napisać?). Po obu stronach drogi, którą jedziemy w kierunku Urugwaju, pełno drzew z pomarańczami. Pomarańczowe kulki odcinają się wyraźnie od zielonych koron drzew. Wygląda to pięknie. Przy drogach pełno stoisk z pomarańczami. Za 20 kilo chcą jedyne 100 peso (około 26 zł).

Zatrzymaliśmy się na noc w Colon. To nadrzeczna (!!!) mieścinka, pełno w niej pensjonatów, kwater i hotelików. Tuż obok przepływa rzeka Rio Uruguay, szerokim, spokojnym nurtem. Szeroka na ponad 150 metrów rzeka jest atrakcją dla turystów, można kajakować, pływać i cieszyć się wilgotnością.

Dużym problemem jest podróżowanie po Argentynie jesienią lub zimą dla zmarzlaków. Tutejsze hotele czy hostele w ogóle nie są przystosowane do tego. Piecyki, które tu są ledwo dają radę zagrzać pomieszczenie, a klimatyzacja, która sprawdza się w upały, nie daje ciepła gdy jest zimno (zwykle). Niektóre modele działają całkiem znośnie i można wytrzymać, ale większość tańszych lokum nie spełnia naszych oczekiwań. My jednak zaprawieni w bojach, przykrywamy się dwoma kocami i dajemy radę. A słyszeliśmy że w Polsce upały…

20.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty drugi

Wczesnym rankiem, skoro świt, to jest około 11.00 wyjeżdżamy z Colon. Mieliśmy tu zostać na dwie noce, ale pomimo, że dni są stosunkowo ciepłe, jak na zimę w Argentynie, to jednak temperatura w nocy pozostawia trochę do życzenia, jak na pomieszczenia ze słabym ogrzewaniem. Nie, żebyśmy zmarźli w nocy, ale jednak nieogrzewana łazienka nie zachęca do pozostawania w niej dłużej, niż to konieczne. Jedziemy zatem do Gualeygachu i tam zostaniemy na noc. W tym mieście już byliśmy, przejazdem. Było to w styczniu, kiedy pierwszy raz przekraczaliśmy granicę z Argentyną, w kierunku Buenos Aires. Teraz, po raz kolejny „zamknęliśmy kółko”. Gualeygachu nas trochę zaskoczyło. Całkiem duże miasto, z malowniczym placem, na środku którego tradycyjnie znajduje się pomnik San Martina. Znajdujemy stosunkowo niedrogi hostel przy samym głównym placu i zatrzymujemy się na noc. Nie liczymy na zbyt wiele, jeśli chodzi o temperaturę w pomieszczeniu, ale widok mamy na katedrę, więc nas to zadowala. Zadowala nas też cena za hostel, bo w tym ostatnim tygodniu naszego pobytu w Ameryce Południowej nie ma za bardzo z czym szaleć…

Liczymy nasz majątek w Peso argentyńskim - ani dużo ani mało. Za mało żeby szaleć… Nie zważając jednak na to idziemy do restauracji zjeść już po raz ostatni argentyńską wołowinę, do tego zwiększamy dawkę szaleństwa i zamawiamy rabas, czyli kalmarowe krążki panierowane i pieczone w głębokim tłuszczu. Na dokładkę empanadas i już jesteśmy zadowoleni.

Wieczorem fundujemy sobie jeszcze lody, robiąc pożegnanie z argentyńskimi lodami w lodziarni Cremolatti. Noc mija nam przyjemnie. Zrobiło się nawet ciepło, a Kostaryka wygrywa mecz z Włochami. Koniec świata!!!

Jutro jedziemy do Urugwaju. Dziś był nasz ostatni dzień w Argentynie. Trochę smutno…

Zobacz dokąd pojechaliśmy dalej. Kliknij tutaj

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012