facebook

Urugwaj po raz drugi

Zobacz jak drugi raz dotarliśmy do Urugwaju. Kliknij tutaj

 

21.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty trzeci

Jesteśmy w Urugwaju. Pogoda dziś wymarzona. Zimno, ale słonecznie. Rankiem zapakowaliśmy nasze motorki w cały ekwipunek i ruszyliśmy w stronę granicy. Jeszcze w Argentynie pozbyliśmy się wszystkich peso, kupując maleńkie pamiątki, zostawiliśmy sobie jedynie trochę peso, na międzynarodowy most nad rzeką Uruguay (Puente International Gualeyguachu - Fray Bentos).

W krótkiej kolejce na granicy

Odprawa przebiegła dosyć szybko, choć jak zwykle trochę czasu zmitrężyliśmy w oczekiwaniu na wypisanie pozwolenia na wjazd motocyklami. Wszyscy celnicy zajmowali się raczej oglądaniem meczu, bo akurat grała Argentyna z Iranem (ledwie wymęczyli 1:0!!!).

Nikogo nie ma na odprawie między Argentyną a Urugwajem. Wszyscy oglądają mecz...

Tuż za granicą spotyka nas nie lada nieszczęście. Zepsuł się komunikator. Straciliśmy ze sobą łączność. Mamy nadzieję, że uda się to naprawić, trzeba trochę przylutować jeden z kabelków przy mikrofonie i jest szansa, że łączność wróci…

Przerwał się kabelek w mikrofonie. Nic nie słychać ...

Dojechaliśmy do Mercedes. Tu czekali już na nas Elena i Horacio. Dostaliśmy „swój” pokój i miło spędziliśmy popołudnie oraz  wieczór, rozmawiając o podróżach, polityce i historii. Jak zwykle było bardzo sympatycznie. To szczęście mieć takich przyjaciół na drugim końcu świata!

22.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty czwarty

Dziś dzień pełen wrażeń. Rano idziemy do sklepu, zrobić zakupy. Wczoraj zadeklarowaliśmy się, że zrobimy gulasz. Pikantny. W Urugwaju nikt nie je pikantnych potraw, ale Elena i Horacio mówią, że lubią. Niestety. Znaleźć pikantne przyprawy w sklepie, graniczy z cudem, lub z grubym portfelem. Znajdujemy bowiem pieprz Cayenne, ale jego cena zwala z nóg (150 gram za 7 dolarów – przegięcie). Kupujemy coś na kształt papryki i tyle, musi wystarczyć. Na szczęście wołowina po ugotowaniu jest miękka, więc można powiedzieć, że gulasz się udał, pomimo, że nie jest pikantny. Na deser Elena zaserwowała nam deser zwany Chaja. To rodzaj ciasta z biszkoptu, kremu i bezów.  Słodki jak diabli, ale całkiem dobry.

Horacio i Krzysztof w muzeum. Za nimi skorupa gliptodonte... zwierza z epoki paleontolitu

Po południu jedziemy z Horacio do muzeum paleontologicznego w Mercedes, gdzie trochę oglądamy różnych ciekawych eksponatów.

Po drodze jedziemy też zobaczyć miejscowe wyścigi rowerzystów, a później tutejsze wyścigi chartów. Te aerodynamicznie zbudowane psy z dużą prędkością biegną za przynętą. Na mieście pełno samochodów z flagami narodowymi. To znak radości z wygranego niedawno meczu Urugwajczyków.

Wyścigi chartów. Na pierwszym planie jeden z championów...

Wieczorem oglądamy mecz. USA zremisowało z Portugalią. Ronaldo niepocieszony.

23.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty piąty

Ogólnie wypoczywamy. Motocykle stoją bezpiecznie w garażu obok motocykli Horacio. Śledzimy też w internecie pozycję naszego statku. Jest już u wybrzeży Brazylii i płynie na południe do Montevideo. Ale jeszcze wcześniej musi zawinąć do Zarate. Znamy już tą procedurę i mocno się nie denerwujemy przed powrotem do Europy.

 Poszliśmy do znanego nam już sklepu w centrum na małe zakupy. Wymyśliliśmy, że zrobimy polski obiad, mielone, ziemniaczki i surówkę. Jak się potem okazało taki zestaw przypadł wszystkim do gustu i smakowało bardzo. Wieczorem dyskutujemy długo z Eleną i Horacio o sprawach polityczno-gospodarczych. O różnicach jakie są pomiędzy naszymi krajami. Jednak pomimo tak wielkiej inności naszych krajów niektóre problemy pozostają niezmienne.

24.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty szósty

Dziś fantastyczny dzień. Głównie za sprawą meczu Urugwaj – Włochy. Emocje były ogromne.

Urugwaj Italia - 1:0

Zmagania Urugwajczyków oglądaliśmy w porze obiadu, na który Horacio przygotował same pyszności – chinchulin czyli krowie jelita, nereczkę i kiełbaski zwane chorizo. Dwóch pierwszych nawet nie próbowałam, ale mój mąż nereczkę zjadł i owszem, może się nie oblizywał, ale zjadł. Na jelito jednak nikt go nie namówił. Tutaj chinchulin to przysmak.

Na pierwszym planie, po lewej - jego wysokość chinchulin...

Ogień wesoło buzuje w kominku i można się przy nim nieźle ogrzać. Niestety, w większości domów po prostu nie ma ogrzewania, bo krótko jest tu zimno, więc jakoś można przeczekać. Ewentualnie są niewielkie grzejniki, coś na kształt farelek...  Trochę podobna sytuacja jak z klimatyzacją w Polsce, zwłaszcza nad morzem. Po co na parę dni w roku, kiedy to występują upały montować klimatyzację...

Sytuacje normalne - mnie jest zimno, Krzyśkowi nie bardzo...

Przed obiadem i w trakcie popijamy słynnego Fernet Branca z colą. Fernet to ziołowy, 40% alkohol zapachem przypominający krople żołądkowe… Nic dziwnego, bo składa się z 40 różnych ziół, między innymi  aloes, kardamon, rumianek czy mirra. Choć ma włoskie korzenie, jest nader popularny w Argentynie i pobliskim Urugwaju.

Fernet w roli głównej

Fernet narodził się w słonecznej Italii, w Mediolanie w 1845 roku. Przywędrował do Argentyny na początku XX wieku razem z włoskimi emigrantami, a w 1925 roku oficjalnie wydano koncesje na produkcję tego alkoholu w Buenos Aires.

Fiesta na mieście

Po meczu, który Urugwajczycy wygrali 1:0, pojechaliśmy w kondukcie na objazd miasta. Było to entuzjastyczne wydarzenie. Wszyscy mieszkańcy Mercedes wylegli na ulicę z flagami narodowymi, część wsiadła na motory i do samochodów i w radosnym, pełnym hałasu i wrzawy zgiełku przejechała przez główne arterie miasta.

Owacjom, krzykom i radości nie było końca.  Na głównej promenadzie miasta dziesiątki samochodów, setki motocykli, z pasażerami wymachującymi flagami.

25.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty siódmy

Dzisiaj, po dwóch dniach przygotowań, pojechaliśmy na ryby. To znaczy pojechałem ja z Horacio. Mówił, że już od dłuższego czasu miał się wybrać, ale nie było okazji. Ale teraz jest. Najpierw pojechaliśmy na miasto w poszukiwaniu robaków. Niestety nie znaleźliśmy, więc Horacio kupił małą wędkę, żeby nałapać „żywców”. Potem ruszyliśmy już jego autem drogą numer 14 na północ w kierunku zapory na Rio Negro.

Oddalona o ponad 60 km zapora jest ponoć dobrym miejscem na połowy. Wysokość tamy to jakieś 30m. A różnica poziomów wynosi około 20m. Prąd wody zaraz za zaporą jest ogromny, widać mnóstwo wirów, a woda się pieni i kotłuje. Wyszukujemy spokojniejszą  zatoczkę i rozkładamy się ze sprzętem. Moja wędka, wieziona jeszcze z Polski wreszcie doczekała się połowów. Mój brak doświadczenia nadrabiam przypominając sobie filmy z TV o łowieniu i dawne chodzenie z ojcem na ryby. Jakoś idzie… to znaczy nic nie bierze. Po godzinie zmieniamy miejsce, aby spróbować jeszcze trochę dalej w dół rzeki. Niestety nie wiele to daje. Horacio mówi, że to nie sezon teraz i w zimę są małe szanse na złapanie czegokolwiek. Ale chociaż spróbowaliśmy. W drodze powrotnej wstępujemy do miejscowego rybaka i kupujemy piękny okaz dorady.

Przynajmniej taki połów udało nam się zrobić… Wracamy do Mercedes, ale że nie jest jeszcze ciemno jedziemy nad wodę. W okolicach miejsca gdzie rozbiliśmy się z namiotem ponad 5 miesięcy temu ponownie zarzucamy wędki. Tym razem mamy nieco więcej szczęścia. Łapiemy małe rybki, zawsze to coś. Pomimo, że nie nadają się do niczego, to fakt złapania chyba się liczy? Po zapadnięciu całkowitych ciemności, kiedy nie widać już spławików wracamy do domu. A tam czeka rosół…

26.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty ósmy

Robiłam wczoraj najdroższy rosół w swoim życiu. Za każdym razem kiedy idę do sklepu tak samo zwala mnie z nóg. Nie wiadomo czemu człowiek ciągle przelicza to na dolary i porównuje, albo do polskich cen, albo chociaż do argentyńskich. Jednak jeść trzeba, a rosół chodzi od jakiegoś czasu za nami, więc nie ma rady na ceny.

Można by powiedzieć, że dziś dzień jak co dzień w Mercedes. Sąsiedzi już nas rozpoznają, sprzedawca w sklepiku obok też. Idziemy po śniadaniu znanymi uliczkami do sklepu. Poznajemy normalne, codzienne życie w Mercedes. Cały czas zastanawiamy się co zrobić z pozostałym czasem, który mamy przed wypłynięciem do Hamburga. Z jednej strony ciągnie nas aby zobaczyć coś nowego jeszcze. Żeby nie mieć poczucia straty czasu. Ale z drugiej strony jesteśmy u wspaniałych ludzi – przyjaciół i miło spędzamy czas. Dowiadujemy się wielu ciekawych spraw o tak odległym z naszego punktu widzenia w Polsce kraju jakim jest Urugwaj. Nie tracimy tu czasu.

Czasem trzeba w takiej długiej podróży zwolnić, aby mieć czas na nabranie dystansu do życia i uświadomienie sobie co w nim jest najważniejsze. Na większe podsumowania będziemy mieli jeszcze dużo czasu po powrocie. Przecież nasza podróż jeszcze się nie skończyła, mamy jeszcze przed sobą ponad miesiąc w drodze. I tu w Mercedes w tak dalekim miejscu nachodzą nas różne ciekawe myśli. Trzeba robić to co się lubi i co daje spełnienie w życiu. Oczywiście jestem daleki od chodzenia z głową w chmurach, ale realizacja swoich marzeń jest bardzo ważna i daje siłę do kolejnych wyzwań. Szczególnie jeśli można robić to we dwoje…

O, takie refleksje czasem mnie nachodzą… Pomimo, że trochę tu marzniemy. Nie żeby było bardzo zimno. W końcu Urugwaj to ciepły kraj, ale jesteśmy tu w środku zimy i w nocy jest około 6 – 8 stopni na plusie. W dzień cieplej, nawet do 20 na słońcu, chyba, że są chmury, wtedy temperatura jest sporo niższa.

27.06.2014r – dzień sto dziewięćdziesiąty dziewiąty

Koniecznością już się stały odwiedziny u fryzjera. Zafundowałam zatem mojemu mężowi wizytę u męskiego specjalisty.

Dzień dziś mijał spokojnie, spacer z psem Eleny - Reksem (albo Rexem...), obiad, deser. Wieczorem Horacio przygotował quiso.  Jest to rodzaj jednogarnkowego dania z kawałkami mięsa baraniego, marchewką, ziemniakami, papryką i makaronem. Można to trochę porównać do gulaszu, ale byłoby to zbyt proste porównanie. W każdym razie danie to jest bardzo sycące i bardzo dobre.

28.06.2014r – dzień DWUSETNY

Dziś wielki dzień. Dwieście dni w podróży. Jak my to wytrzymujemy? Normalnie. Nawet można powiedzieć, że bardzo dobrze. Tak się złożyło, że dziś sobota i wieczorem Horacio i Elena zaprosili gości. Okazja jest podwójna. Po pierwsze przyjechali Polacy (czyli my) i trzeba ich zobaczyć, poznać, bo drugie jest mecz Urugwaj – Kolumbia (jedna ósma finału Mistrzostw Świata). Na mieście od samego rana duże podniecenie. Wszyscy machają flagami, w sklepach sprzedawcy mają poubierane czapki z napisem Urugwaj, nawet pomarańcze owinięte są w kolorowe papierki barw narodowych. Czad. Po akcji, kiedy to Suarez, najlepszy napastnik urugwajski dostał karę od FIFA za ugryzienie przeciwnika podczas meczu (zakaz gry przez 4 mieiące), w Urugwaju panuje narodowa akcja „todos somos Suares”, czyli wszyscy jesteśmy Suaresami. To taki symbol wsparcia dla zawodnika. Wszyscy mają maski z twarzą Suareza i zakładają, nawet prezenterzy w telewizji urugwajskiej.

W każdym razie dostaliśmy szalik z napisami Urugwaj i dzielnie kibicowaliśmy drużynie urugwajskiej podczas meczu. Niestety. Nie przyniosło to rezultatów. Urugwaj przegrał 0:2.

W trakcie meczu Horacio wyciągnął z worka niespodziankę. Lechon  czyli prosiaczek. Niewielki, dwunastokilogramowy wieprzak. Przygotował dużo drewna i nieśpiesznie, bo ponad 6 godzin piekł prosiaka na parilli. Zaczęli przychodzić kolejni gości. Młodzi i wiekowi. Różni. W Urugwaju charakterystyczny jest ścisły podział płci. Nawet podczas przyjacielskich spotkań są dwa stoły – jeden dla męskiej części towarzystwa, drugi dla kobiet. Pytaliśmy później Elenę, skąd wziął się ten zwyczaj. Okazuje się, że to uwarunkowania historyczne wchodzą w grę.

Podczas reżimu, jaki panował tu wcześniej przez wiele lat, mężczyźni zajmowali się sprawami militarnymi. Kobiety zostawały w tym czasie w domu. Przez kilkadziesiąt lat wojskowej dyktatury wytworzył się taki model stosunków międzyludzkich. To tutaj normalne. Kobiet nie miesza się w męski sposób życia i odwrotnie. Kobiety wiedzą co do nich należy i nie traktują siebie jak grupę gorszą czy mniej uprzywilejowaną…  Nie zmienia to faktu, że dla nas to jest trochę dziwne.

Z Buenos Aires przyjechali specjalnie Liliana i Alejandro. To było bardzo miłe ich zobaczyć i porozmawiać ponownie. Naprawdę mieliśmy wiele szczęścia trafiając tutaj na tak wspaniałych ludzi.  Około 23 prosiak był gotowy i wszyscy z apetytem go zajadali.

29.06.2014r – dzień dwieście pierwszy

Niedziela. Nieśpiesznie wstajemy. Witamy się z Lilianą i Alejandrem, który zostali na noc. Pijemy mate i relaksujemy się.

Mecz Holandia – Meksyk zakończył się niespodziewanym 2:1.  Pozatym dzień mija bardzo leniwie. Bardzo…

30.06.2014r – dzień dwieście drugi

Zimno. Zima na całego w Urugwaju. Co prawda w dzień temperatura dochodzi nawet do 15 stopni, ale gdy zajdzie słońce i zanim wzejdzie jest zimno. Nawet 5-6 stopni Celsjusza. A my mamy do Montevideo jeszcze 270 km. Musimy wyczekać na odpowiednią pogodę. Nie jest to dużo kilometrów, dlatego czekamy u Eleny i Horacio w domu. Rozmawiamy wieczorami do nocy, a potem śpimy do późna.

pozdrowienia dla wszystkich którzy są w sanatarium....

01.07.2014r – dzień dwieście trzeci

Dziś ładny dzień. Słonecznie. Prawie ciepło. Nie zmienia to faktu że ludzie rano chodzą opatuleni w szaliki i w czapkach. Mercedes to typowe miasto urugwajskie. Zaczynamy się do niego przyzwyczajać. Do rytmu życia w nim panującego. Sklep warzywny na rogu obok nas jest zamykany na około 4 godziny w środku dnia. Pomiędzy 12 a 16. Trzeba o tym wiedzieć jeśli chce się na przykład napić soku ze świeżych pomarańczy. My to już wiemy, a dla mieszkańców jest to oczywiste. 

Spacer po mieście przyniósł nam dziś kilka motoryzacyjnych atrakcji… Często można spotkać tu bardzo ciekawe i stare modele aut. Nasz wzrok dziś przykuł mercedes z przed około 40 lat, albo i więcej. W całkiem niezłym stanie. Pewnie tutejszy klimat pozwala zachować autom dobry stan techniczny.

02.07.2014r – dzień dwieście czwarty

Dziś zaczęliśmy się wreszcie pakować, bo trochę się zasiedzieliśmy w Mercedes. Wiem, wiem, czekamy na statek, wypoczywamy, ale jednak 10 dni w jednym miejscu to trochę długo, zwłaszcza że korzystamy z gościnności Eleny i Horacia. Dzisiaj Elena wymyśliła, że załatwi nam nocleg u swoich znajomych w Montevideo. Trochę mieliśmy problemu z couchsurfingiem, z którego początkowo chcieliśmy skorzystać. Martin, u którego już byliśmy przy naszej pierwszej wizycie w Montevideo, niestety nie może nas gościć. Znaleźliśmy następną osobę, która chciałaby nas przyjąć na ostatnie chwile przed wypłynięciem statku, ale niestety nie ma ona weryfikacji na CS, więc postanowiliśmy nie ryzykować. Zwłaszcza, ze podała nam adres, a nasi obecni gospodarze  odradzili nam nocleg w tej lokalizacji…

moja własna, osobista mate...

03.07.2014r – dzień dwieście piąty

Elena uparła się że załatwi nam nocleg i załatwiła. Rano przyszła do domu Eleny Tatiana, współwłaścicielka mieszkania w Montevideo. Zgodziła się z radością, byśmy parę dni pomieszkali u niej. Tatiana ma 20 lat, jest studentką, urodziła się w Mercedes i często tu przyjeżdża.

Wyruszyliśmy o 11.00 z Mercedes żegnani czule przez Horacio i Elenę. Udało nam się wyrwać z jej gościnnych ramion. Pogoda była piękna, pomimo, że naprawdę było zimno. Słońce też krótko było na niebie. Nie ma się co dziwić, w Urugwaju zima. Nie było dziś więcej niż 15 stopni.

Za miastem wjechaliśmy na drogę  numer 2 w kierunku Montevideo. Po około 70 km zatrzymaliśmy się aby dolać do zbiorników paliwo z bańki kupione jeszcze w Argentynie. Tym sposobem zaoszczędzimy parę złotych. Przy okazji robimy przerwę na małą przekąskę. Jedziemy dalej rozglądając się na boki, jakbyśmy chcieli na zapas nasycić się Urugwajem, bo to nasze ostatnie kilometry w tej wyprawie na kontynęcie  amerykańskim.

Dojeżdżamy do skrzyżowania z drogą numer 1, którą już kiedyś jechaliśmy, tylko w drugą stronę. Kolejny raz podczas tej wyprawy ogarnęło nas dziwne wzruszenie. Zamknęliśmy kółko. Wracamy do metropolii, w której w styczniu zaczęliśmy amerykański etap naszej podróży. Po ponad półrocznym zwiedzaniu południowej części Ameryki, wracamy do kraju, do domu. Na podsumowania naszej drogi na pewno będzie jeszcze czas. Dotychczas przejechaliśmy blisko 19000 km drogami i bezdrożami.

Montevideo widziane po raz drugi jest już nieco inne, wjeżdżamy od strony Colonia del Sacramento, przejechaliśmy kawałek przez miasto po czym dojechaliśmy do domu Tatiany.

Otworzyliśmy dwuskrzydłowe drzwi wejściowe, kluczami które od Tatiany dostaliśmy i się załamaliśmy. Już widać było z daleka, że motory nie zmieszczą się przez nie. Chociaż próbowaliśmy wiele razy, zdjęliśmy nawet sakwy, niechętnie co prawda, ale zdjęliśmy. Motory jednak nie chciały za żadne skarby przejechać przez drzwi do korytarza, w którym miały spędzić czas postoju.

Za szeroki rozstaw kierownicy. A na dodatek przed mieszkaniem był bardzo wysoki krawężnik, a dwa bardzo wysokie progi zaraz za nim. Na datek w odległości równej rozstawowi kół w motocyklu i  nie pozwalały na żaden manewr. Klnąc głośno i żałośnie poddaliśmy się. Zaczęliśmy szukać hotelu, dalej klnąc donośnie.

Zaczęła się najokrutniejsza część dnia. Jeździliśmy od hotelu do hotelu szukając miejsca parkingowego na motory. Nic z tego. Piętnasty hotel z kolei nie miał parkingu. Owszem, są parkingi w mieście, ale nie wyglądają bezpiecznie to raz, po drugie chcieliśmy motory mieć na widoku, po trzecie kilka parkingów powiedziało „nie, nie przyjmujemy motocykli”.

Witamy w Montevideo. Żadnego taniego hotelu z parkingiem. Załamaliśmy się. W końcu daliśmy za wygraną i odstawiliśmy maszyny na parking, dwie przecznice od hotelu. Nie czujemy się bezpiecznie, zostawiając je tam, ale nie ma innego wyjścia.

W centrum dużo żebraków, dziwnych ciemnoskórych elementów podejrzanych (jakiś rasizm się we mnie odzywa!!!) w ogóle dziś byliśmy tak zmęczeni ponad 4 godzinnym poszukiwaniem hotelu, że w ogóle nam się nie chciało rozmawiać z zaczepiającymi nas ludźmi. Do tego stopnia, że kręciłam cały czas głową wzruszając ramionami, na zasadzie, że nie rozumiem.

Utknęliśmy w końcu w hotelu Floryda, który musiał być piękny, jakieś 80 lat temu. Większość wystroju  wygląda na tyle lat, ale jest nawet dosyć czysto. Dostaliśmy czyste ręczniki i cztery mydełka cięte z metra… Niestety ogrzewania w hotelu brak, co prawda jeden z pokoi które pokazała nam recepcjonistka miał mały grzejni czek, za to nie miał okna i nie mieściło się tam nic poza łóżkiem. Zdecydowaliśmy się na widok na miasto i port, oraz zimno…

Wieczorem zaszaleliśmy i to co zaoszczędziliśmy będąc w Mercedes, wydaliśmy na włoską pizzę. Zasnęliśmy kamiennym snem pod trzema kocami…

04.07.2014r – dzień dwieście szósty

Rano trochę chłodno. Nie chce się wyjść z ciepłego łóżka. Z niechęcią wstaliśmy wreszcie i poszliśmy do agencji celnej, która zajmuje się naszą odprawą.

Nie mieliśmy daleko, jakiś dwie przecznice od naszego hotelu. W agencji pojawiło się niewielkie światełko w tunelu. Jest szansa, że juro wypłyniemy. Co prawda nasz statek jeszcze cały czas stoi w Zarate, ale jest szansa, że jutro popołudniu dopłynie do Montevideo. Tak twierdzą w agencji. Musimy czekać na wiadomość od nich. Czekamy zatem, spacerując po Montevideo. Przechadzamy się po uliczkach starego miasta, dochodząc do wniosku, że jednak warto wracać w te same miejsca. Ma się zupełnie inne spojrzenie, inaczej postrzega się miasto.

Na śniadanie zjedliśmy pizzę, jakoś tak wyszło, byliśmy głodni i chcieliśmy coś zjeść, a pizzeria była jedynym pobliskim  miejscem, gdzie można było zapłacić kartą, bo niestety nie mieliśmy przy sobie urugwajskiej waluty. Wczorajszy parking „zjadł” nam wszystkie peso które jeszcze mielismy. Jedząc pizzę dyskutujemy, jakie to niezwykłe, a normalne w Ameryce Południowej, że w knajpach, restauracjach pracują osoby delikatnie mówiąc wiekowe. Chodzi nam o to, że w przeciwieństwie do polskich miejsc gastronomicznych, gdzie zwykle pracują młode, lub bardo młode dziewczęta, tutaj jest to najnormalniejsze pod słońcem, że kelnerka ma 60 lat, a przynajmniej na tyle wygląda. I to nie, że jakiś sporadyczny przykładek. Tak po prostu jest. To norma.

 W południe odwiedzamy muzeum Casa Gobierno. W Urugwaju większość muzeów jest bezpłatna, co nas bardzo cieszy. Krótko po południu wpadamy znowu w szał zakupów i dokupujemy parę pamiątek.

Wieczorem jemy skromny posiłek w pokoju i czekamy. Czekamy na nasz statek. To był bardzo udany dzień.

05.07.2014r – dzień dwieście siódmy

Wczoraj jeszcze byliśmy pełni nadziei, że dziś wsiądziemy na statek. Niestety nie udało się. O 12.00 zadzwoniliśmy do agenta ale niestety powiedział, że najwcześniej jutro o 9.00. po południu dostaliśmy telefon, że jednak o 14.00 jutro mamy się okrętować. Wszystko się tak przesuwa, a do tego wszystkiego jeszcze dziś padało od samego rana, co nas trochę rozbroiło. Musieliśmy iść w deszczu na parking i przesunąć datę odbioru motorów. Bardzo to uciążliwe, bo jednak jest to kawałek od hotelu. Czemu parkingi w Montevideo nie mogą być przy samym hotelu? Nie wiadomo.

Po południu trochę przestało padać. Poszliśmy się trochę przejść po mieście. Przy okazji zahaczyliśmy o port, miejsce z którego wyjeżdżaliśmy na naszą wyprawę, pierwszy raz w Ameryce Południowej, prawie pół roku temu.

Na mieście dużo turystów, głównie Brazylijczyków, choć wyglądało na to, że także dużo Europejczyków. Stare miasto w Montevideo ma swój urok, ale są tam też takie zakamarki, gdzie naprawdę lepiej się nie zapuszczać. Znowu mijamy bezdomnych, śpiących na ulicy, żebraków a także pospolitych nagabywaczy, wyciągających rękę po peso.

Miejmy nadzieję, że jutro już będziemy na statku. W sumie to czekamy na to z niecierpliwością. Może dlatego, że tu zimno i deszczowo, a statkiem popłyniemy w kierunku równika, gdzie na pewno będzie ciepło…

06.07.2014r – dzień dwieście ósmy

Kolejny poranek w Montevideo przyniósł nam wiadomość, że z zaokrętowania się dziś nic nie wyjdzie. Sprawdziliśmy pozycję statku w Internecie i okazało się, że z Zarate owszem wypłynął, ale stoi na redzie ponieważ wieje silny wiatr i port jest zamknięty. Cóż robić na siły natury nic nie poradzimy i musimy czekać dalej. Z telefonu z recepcji dzwonimy ponownie do agenta Grimaldi i dowiadujemy się tylko tyle, że da nam znać jak rozwija się sytuacja.

Idziemy więc ponownie na miasto, tym razem szukać kantoru gdzie wymieniamy trochę dolarów aby zapłacić za kolejny dzień parkowania motocykli. Jemy pizzę w znanej nam knajpce i wracamy do hotelu. Recepcjonista chciał nas namówić na zmianę hotelu na jakiś inny, podobno lepszy ze śniadaniem. Ale niestety droższy. Może nie dużo droższy, ale teraz już nie chcemy wydawać niepotrzebnie kasy. Zostajemy więc w tym samym hotelu. Zmieniamy tylko pokój na inny z ogrzewaniem. Co prawda nie działa ono zbyt wydajnie, ale pokój jest mniejszy i niższy, więc mamy przynajmniej kilka stopni cieplej. A na dworze dziś 11 stopni. Ciekawe kto wymyślił taki wyjazd w zimne kraje …

Siedzimy zatem w pokoju hotelowym i obmyślamy plan następnej podróży…

Wieczorem wychodzimy zjeść pizzę, kupić jakieś pomarańcze w markecie i czekamy dalej. Nasz statek stoi na redzie.... czekamy. Nic się nie dzieje...

07.07.2014r – dzień dwieście dziewiąty

Nadeszła wiekopomna chwila. Po długich godzinach oczekiwania w zimnym hotelowym pokoju (choć na szczęście zmieniliśmy pokój na mniejszy i z ogrzewaniem na ostatnią noc), doczekaliśmy wreszcie się naszego statku. Rano o 8.00 zadzwonił budzik. Pierwsze co zrobiliśmy, to sprawdziliśmy w Internecie na marinetrafic(wstawić link) nasz statek. Udało się ! jest! Grande Amburgo stał w porcie w Montevideo, według danych internetowych. Ubraliśmy się, spakowaliśmy się i ruszyliśmy na parking. Na szczęście dla nas parking okazał się być bezpieczny.

Trochę się martwiliśmy, bo zostawiliśmy motory z całym ekwipunkiem, z sakwami, z workami. Co prawda przykryliśmy je pokrowcami, ale co to za ochrona!? Pomyślnie dla nas, cały bagaż był nienaruszony i spokojnie mogliśmy jechać w stronę portu.  Spokojnie przejechaliśmy trzy przecznice, zaczął się poranny ruch i był spory tłok na drodze.

Dojechaliśmy do bramy, zatrzymaliśmy się i już widzimy parę machającą do nas. Okazało się że to Suzi i Ruedi z Australii i częściowo ze Szwajcarii (są multinarodowi, mają domy w dwóch krajach). Obok druga para ze swoim zaparkowanym obok camperem. TO nasi najbliżsi towarzysze podczas rejsu. Witamy się i czekamy wspólnie na agenta, który za paręnaście minut przyjechał. Okazało się że to Fabrizio, ten sam młody człowiek, który prowadził naszą odprawę, kiedy przyjechaliśmy do Montevideo.

Wszelkie formalności nas, motocyklistów w zasadzie nie obchodziły. Samochody pojechały na rentgen, a my czekaliśmy. Celnicy zabrali tylko nasze pozwolenia na motory i nic więcej. Podjechaliśmy pod statek i czekaliśmy jeszcze około godziny na możliwość wjazdu do środka.

Najpierw wyjechali pasażerowie, którzy przyjechali Grande Amburgo do Montevideo. Włosi i Niemcy. Pierwsze o co pytamy, to czy kucharz jest ok. To nas najbardziej interesuje…

 Ze statku wysiadł jeszcze Gonzales – ten sam cargo agent, którego poznaliśmy podczas pierwszego rejsu, podczas postoju w Zarate i później spotkaliśmy się ponownie, gdy wysiadaliśmy z Grande Amburgo w Montevideo. Gonzales jest motocyklistą, jeździ Honda Translapem. Przywitaliśmy się serdecznie. To miłe spotkać „starych znajomych”.

Przyszła wreszcie chwila wjazdu na statek. Po metalowym trapie wjechaliśmy na poziom szósty i zaparkowaliśmy motocykle. Dobre wiadomości, które już od spotkania z pasażerami mieliśmy to takie, że jest nas tylko trzy pary pasażerów. Dzięki temu, że nas tak niewiele, mamy kabinę z oknem. Dzięki Bogu nie musimy spędzać rejsu w „norce” bez okna.

Zobacz jak płyniemy z powrotem do Europy... Kliknij tutaj

 

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012