facebook

Powrót przez Atlantyk

07.07.2014r – dzień dwieście dziewiąty

Wsiedliśmy na statek. Chwilę trwało zanim ulokowaliśmy się i rozpakowaliśmy w kabinie. To fantastyczne uczucie, znowu w znajomym otoczeniu, bezpiecznie wracać do domu. Co prawda mój mąż mówi, że w zasadzie nie powinniśmy się cieszyć bo oto za około 4 tygodnie kończy się nasza wyprawa. Ale ja patrzę na to trochę inaczej. Nasza podróż do Ameryki Południowej to był super czas, który spędziliśmy razem, walcząc z wiatrem, niewygodą, trudnościami, problemami.  Teraz wracamy bogatsi o nowe doświadczenia i możemy trochę „pogniazdować” (jak to mówi Górska!).

Ten wyjazd motocyklami to był dla nas duży sprawdzian, ale daliśmy radę. Daliśmy nawet radę wytrzymać ze sobą, a nie było łatwo… pewnie duży plus jest taki, że jednak dużo czasu spędzaliśmy na motorach i mogliśmy każdy sam snuć swoje „przemyślenia podkaskowe” (jak wiadomo, powyżej 90 km na godzinę niewiele już słychać przez interphone.

Dostajemy lunch, co nas bardzo ucieszyło, bo już podejrzewaliśmy, że się nie załapiemy. Kucharz – Roco – okazuje się przemiłym facetem i z zasięgniętych opinii wynika, że mamy szansę na dobre jedzenie podczas tego rejsu.

08.07.2014r – dzień dwieście dziesiąty

Siedzimy w kabinie. Rozmawiamy o naszej podróży. To były naprawdę fantastyczne miesiące i niezapomniany czas jaki spędziliśmy. Ta wyprawa po Ameryce południowej pozwoliła nam doświadczyć wielu niewygód, było niezmiernie trudno (czasami), ale wszystko to wynagradzają genialne wspomnienia, a także poczucie, że się udało, że zrobiliśmy naprawdę kawał wielkiego czegoś, co wymagało hartu ducha, wytrwałości, konsekwencji.

Razem z nami na statku są Ruedi i Susie, którzy prowadzą bloga, którego czytaliśmy przed wyjazdem. Dosyć dokładnie znamy ich przygody, częściowo można powiedzieć, że byli naszą inspiracją do rejsu Grimaldim, a także kopalnią informacji na wiele różnych tematów związanych z podróżą. To ciekawe spotkać przypadkiem kogoś, kogo dzienniki się czytało w Internecie. Świat jest mały. Pewnie byśmy się nie zorientowali, gdyby nie duży napis OKA na ich samochodzie (niektórzy nadają swoim motorhome’om imiona).

Oprócz tego są jeszcze Martine i Jean-Yves. To para z Francji, podróżują camperem Ducato 4x4. Przekonują nas, że duże jest piękne (jakieś kompleksy?) i że ważne jest w długiej podróży, by mieć przestrzeń do życia. Na razie zbieramy opinie i słuchamy doświadczeń innych. A z drugiej strony każdy ma inne potrzeby, więc trochę weźmiemy od każdego i wypracujemy własne rozwiązania.

09.07.2014r – dzień dwieście jedenasty

Dziś przyjemny dzień. Pomału przyzwyczajamy się znowu do życia na statku i powolnego upływu czasu. Większość dnia porządkujemy zdjęcia i filmy. Chcemy posegregować wszystko tak, by można było to pokazywać później. A to sporo pracy. Na szczęście mamy na to prawie 4 tygodnie.

10.07.2014r – dzień dwieście dwunasty

Dziś deszczowo od samego rana. Cały pokład zalany wodą, a gdy statek się kołysze na boki, woda przelewa się z jednej części statku na drugą. Obudziliśmy się gdy statek stał na redzie przed Santos. Silniki nie pracowały na pełną parę, także było dosyć cicho i spokojnie, nie odczuwaliśmy też tych charakterystycznych ciągłych wibracji. Około 8.30 statek ruszył. Wpływaliśmy do Santos. Przejazd do miejsca „zaparkowania” jest dosyć długi, bo miejsce na takie wielkie statki jak Grande Amburgo jest dosyć daleko. Niestety, kiedy już dopłynęliśmy prawie na sam koniec portu okazało się, ze nie możemy stanąć w miejscu dla nas przeznaczonym, bowiem wcześniej jakiś samochód spadł (?) z rampy rozładunkowej do morza i nie możemy tam wpłynąć, bo to niebezpieczne. Musimy zatem się wycofać z powrotem na redę. Zabawne. My mamy czas. Nigdzie nam się nie śpieszy. Jakie to cudowne uczucie…

Nawet nie wiemy jaki dziś dzień tygodnia i kompletnie nam się nie chce tego sprawdzać. Nie ma to żadnego znaczenia… fantastycznie.

I tak stoimy sobie na redzie przed Santos. Pierwszy oficer zapytany przez nas o to, czy jest jakakolwiek szansa na wpłynięcie dzisiaj do portu tylko wzruszył ramionami. A czy wam tu źle? - zapytał, gdzie wam się śpieszy? Nigdzie. Reda w Santos jest dosyć malownicza. Dookoła nas kilkanaście przeróżnej maści statków, wiszą nisko bardzo gęste chmury, lekko popaduje. Krople deszczu zbierają się na szybie w oknie kabiny. W oddali widać wysokie wieżowce Santos, a tuż przed nami niewielkie wysepki, całe porośnięte drzewami. Mgła która opatula zatoczkę jest delikatna, ale spowija wszystko niczym kokon. Czekamy… nic się nie dzieje….

11.07.2014r – dzień dwieście trzynasty

Wczoraj późnym wieczorem przypłynęliśmy do portu w Santos. Padał bardzo gęsty deszcz, a biedni członkowie załogi musieli organizować załadunek i wyładunek. Ciekawe czy praca trwa całą noc, bez przerwy?

Jest to bardzo możliwe. Widzieliśmy wiele ciężarówek czekających na załadunek, a także mnóstwo ciężarówek specjalistycznych, przystosowanymi do przewozu paliwa, które czekały na swoja kolej. Wyglądały jak nowe, także najprawdopodobniej były przewożone do Europy. A może do Afryki, bo przecież wkrótce przystanek w Dakarze…

Całą noc trwał rozładunek i załadunek w porcie. Rano gdy tylko wstaliśmy, statek był w zasadzie gotowy do drogi. Pilot był już na pokładzie i parę minut po dziewiątej wyruszyliśmy w drogę przez Atlantyk…

12.07.2014r – dzień dwieście czternasty

Nasza kabina jest druga w kolejności, po lewej stronie korytarza. Podczas rejsu do Ameryki Południowej mieliśmy pierwszą w kolejności kabinę. Czuję codziennie lekki dyskomfort wracając do kabiny, bo muszę uważać żeby się nie pomylić i „z przyzwyczajenia”, które mogło powstać podczas pierwszego rejsu, nie wejść do kabiny współpasażerów. Przypadkiem. Bezwiednie.

Na razie póki co, udaje mi się to, ale czuję pewien stresik, że się pomylę. Różnica jest też taka, że podczas pierwszego rejsu nasze imiona i nazwisko było wydrukowane na kartce i przyklejone na drzwiach kabiny. Tym razem tego nie ma. Kabiny pasażerów są nie opisane.

Wysłaliśmy dziś maila do rodziny. Niech wiedzą, że żyjemy…

Okazało się że dziś sobota. Jak zwykle straciliśmy rachubę dni tygodnia. Jaka jest data mniej więcej jesteśmy w stanie określić, ale jaki dzień tygodnia już nie …. Oooo !!!!, z tym już jest niewielki problem. Trzeba sprawdzać.

Ale wróćmy do tematu, jako że dziś sobota na kolację była pizza. Ale pizza nie taka sobie zwykła, tylko niezwykle pyszna. Przede wszystkim na cienkim spodzie, po drugie z dużą ilością różnorodnych składników, sera, pomidorów, szynki, oliwek, sałaty, oregano, i mnogości innych przypraw.

Wspominałam kucharzowi, że jego poprzednik był beznadziejny… ucieszył się bardzo. 

13.07.2014r – dzień dwieście piętnasty

Na dziś kucharz zapowiedział barbeque. I lody. Czekałam więc z niecierpliwością cały dzień na tą chwilę. Oprócz tego że staramy się przygotować, pociąć i poskładać nasze nakręcone filmy z wyprawy, przygotowujemy różne prezentację, dbamy o kondycję fizyczną w sali gimnastycznej i jak to zwykle bywa na statku czekamy na posiłki.  Pory na jedzenie odmierzają tutaj czas. 

 

14.07.2014r – dzień dwieście szesnasty

Wczorajsze barbeque było bardzo udane. Zanim jednak to nastąpiło o 16.00 mieliśmy ćwiczenia, w celu zapewnienia właściwego poziomu bezpieczeństwa. Rozległ  się głośny alarm i ubrani w kamizelki i kaski, trzymając w rękach całe wyposażenie w workach (pianki i inne niezbędne w przypadku tonięcia elementy) przeszliśmy do punktu ewakuacyjnego na górnym pokładzie. Tam trwały już ćwiczenia, uruchomiono węże strażackie, ktoś z załogi symulował cierpienie i musiano go na specjalnych noszach ewakuować do szpitala (który też jest na pokładzie). Ogólnie rzecz biorąc dużo ciekawych zajęć.

O 19.00 była kolacja. Rozparcelowano świnkę, która całe popołudnie piekła się, a na deser podano lody. Życie ma sens. Jakby tego jeszcze było mało dla smakoszy serwowano caipihrinię. Słodką miksturę z soku z limonki, cukru i brazylijskiej wódki. 

Dziś dzień natomiast mija jak co dzień. Cisza, spokój, selekcja filmów i zdjęć, przygotowywanie prezentacji. Leżakowanie na pokładzie w słońcu. I cisza. I tylko szum przelewających się dookoła statku fal. Jesteśmy już na pełnym oceanie. Do tej pory płynęliśmy wzdłuż wybrzeża brazylijskiego, ale od dzisiejszego ranka już wpłynęliśmy na szerokie wody Atlantyku.

15.07.2014r – dzień dwieście siedemnasty

Pewnie nikt nie uwierzy, że naprawdę nic się nie dzieje. Cały dzień spędzamy na segregowaniu i przetwarzaniu filmów z wyprawy. Kucharz przechodzi sam siebie, w przesmacznych potrawach, jakie przygotowuje. Oczywiście zwykle jest pasta, ryba lub mięso. Czasami są bardzo dobre sałatki, a dziś wieczorem były pyszne eklerki. Co ciekawe na zewnątrz wcale nie jest gorąco, pomimo, że jesteśmy już bardzo blisko równika. Cały czas jest dosyć silny wiatr, tak że jak się wyjdzie na pokład to się wraca z bardzo potarganymi włosami…

16.07.2014r – dzień dwieście osiemnasty

Dziś, niepostrzeżenie około godziny 9.00 przekroczyliśmy równik. Jesteśmy zatem znowu na naszej półkuli, co nas specjalnie nie cieszy, bo jakoś tak wcale się nie śpieszymy z powrotem. Ten rejs jest zdecydowanie krótszy, od tego, który odbywaliśmy w stronę Ameryki Południowej. Może dlatego, że wsiedliśmy w Montevideo, pomijając czekanie przed i po Zarate, także w brazylijskim porcie byliśmy dosyć krótko, bo zaledwie 18 godzin. Teraz pełną parą płyniemy w stronę Dakaru, przy czym „pełną parą” oznacza prędkość 17-18 węzłów (knots), czyli jakieś 31-32 km/h. Czasem jednak mamy wrażenie, że płyniemy szybciej, z większą prędkością, ale to tylko wrażenie.

Na pokładzie wszyscy już przechodzili chrzest morski, z okazji przekroczenia równika, oprócz jednego „zabłąkanego” kadeta, który dziś cichutko został ochrzczony. Dwa węże strażackie trzymane w dłoniach marynarzy z wielkim hukiem trysnęły gigantycznym strumieniem, pod dużym ciśnieniem i zlały wodą młodego człowieka. Dobrze, że nie zmyło go z pokładu… Nie było niestety żadnego party, żadnego przyjęcia i innych celebracji.

Po prostu. Już jesteśmy za równikiem. Już „z górki…” 

17.07.2014r – dzień dwieście dziewiętnasty

Rejs mija powoli. A nam się wydaje, paradoksalnie, jakby czas gnał bardzo szybko. Zwyczajem stało się już oglądanie filmów o 14.00. Francuzi zwykle chwalą się swoimi długimi filmami z wyprawy do Afryki , (jakieś 15 czy 20 lat temu…). Oglądając filmy utwierdzamy się w przekonaniu, że nie mogą być one za długie…

Niby jesteśmy na równiku, ale pogoda jakaś taka kapryśna. Nie znaczy to że jest zimno, ale dziś na przykład całe niebo zaciągnięte chmurami i popaduje od czasu do czasu tropikalny deszcz. Temperatura utrzymuje się powyżej 25 stopni Celsjusza, także w kabinie pracuje klimatyzator, bez tego byłoby trochę za duszno…

18.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty

Kolejny dzień wytężonej pracy. Tak właśnie chcieliśmy, gdy kupowaliśmy bilet powrotny na statek. Jednym z argumentów za tą podróżą, był między innymi czas i możliwość pracy nad filmami i zdjęciami. Niestety, ograniczenia sprzętowe nie pozwalają nam utworzyć pięknego filmu z naszej wyprawy. Wszystko się zacina, przerywa, rwie, nie sposób pracować. Stary Asus mego męża doprowadza go do szału, nerwowej gorączki, palącego wkurzenia i innych temu pokrewnych. Niestety dużo odbija się na mnie, a ponieważ „mistrz pracuje” ja chodzę na paluszkach i  nie przeszkadzam, korzystając ze słońca i leżaków na pokładzie. No dobra, dobra, od czasu do czasu też trochę pomogę i przedstawię swój pomysł, kreatywną ideę, lub podpowiem coś równie ważnego.

19.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty pierwszy

Dziś o północy wpłynęliśmy do Dakaru. Później popłyniemy już prosto do Tilbury w Anglii, Antwerpia w Belgii i już po kolejnych dniach będziemy w Hamburgu. Już bliżej jak dalej…

Cały gorący, upalny dzień spędziliśmy w Dakarze, nie wychodząc niestety ze statku. Nasi współpasażerowie stwierdzili, że nie będą się narażać na ebolę i malarię, a my nie chcieliśmy kapitanowi zawracać głowy o jakieś tam pozwolenie na opuszczenie pokładu. Mogliśmy więc z górnego pokładu podziwiać pracę Senegalczyków przy załadunku statku.

Korzystając z krótkiego postoju w porcie, Krzysztof w ramach odstresowania wyciągnął wędkę (swoją drogą ciekawe czym on się tak stresuje???) i zaczął łowić ryby. Niestety nic nie złowił, ale co sobie porzucał wędką to jego…

Port w Dakarze położony jest w samym sercu miasta. Na ciemniejącym, wieczornym niebie pięknie rozświetlonym od świateł, błyskają światła lądujących na pobliskim lotnisku samolotów.

Dziś sobota, wiec na kolację była pizza i spaghetti. Po prostu przepyszne…

20.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty drugi

Niedziela mija leniwie. Pogoda się ustabilizowała. Jest po prostu gorąco, chociaż niebo zachmurzone. Lepimy dalej do kupy filmy. Czy wspominałam już że to żmudne zajęcie, zwłaszcza jak ma się zamulony komputer?

Mieliśmy wypłynąć z Dakaru wczoraj około północy, ale ranek zastał nas jeszcze w porcie. Wypłynęliśmy dobrze po 10.00, więc mieliśmy około 7-8 godzin opóźnienia. Ale tutaj nie liczy się opóźnień. Dzień w tą, czy w tamtą nie ma znaczenia. Liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo ładunku. Trzymanie się rozkładu jest na drugim planie, a raczej po prostu się aktualizuje daty planowanego przypłynięcia, stosownie do okoliczności. Pasażer jest na trzecim planie (albo i czwartym…).

21.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty trzeci

Dziś niestety chief mate zakomunikował nas smutną wiadomość. Musimy się przenieść do kabiny bez okna. Wkrótce, w Tilbury, będą wsiadać pasażerowie, więc trzeba będzie im udostępnić kabinę, którą, trochę bezpodstawnie zajęliśmy. Jutro zatem z samego rana przeprowadzka do „nowej” kabiny.

Wieczorem kucharz przygotował pyszne barbeque, wołowinę, wieprzowinę i kurczaka. Najedliśmy się po brzegi.

22.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty czwarty

Rano przenieśliśmy się do kabiny wewnętrznej. Jest nieco mniejsza niż kabina zewnętrzna i łóżko mamy piętrowe. Spanie na górnym łóżku będzie nie lada wyzwaniem…

Poza tym, smutna rzecz, okazało się że nie ma mleka, to znaczy , że pasażerowie nie będą pić cappuccino po obiedzie. Jakoś tak dziwnie się zrobiło podczas tego rejsu. Żeby mleka nie było? Przecież mleko kartonowe jest równie tanie jak półtora litrowa woda mineralna, którą każda para pasażerów dostaje do posiłku. Staramy się nie komentować, ale wszyscy pasażerowie wydają się być nieco rozgoryczeni, zniesmaczeni i (….jakich by tu jeszcze przymiotników użyć?) trochę zirytowani.

23.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty piąty – Urodziny Krzyśka

Niestety. Kucharz odmówił przygotowania jakiegokolwiek ciasta, wymówił się brakiem składników. Nie wnikam… Już w domu urządzimy przyjęcie urodzinowe, nie ma co…

24.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty szósty

Witamy w Europie. Co prawda jesteśmy już na wysokości Portugalii, ale jakoś dziwnie chłodno jest cały czas. Czy oby na pewno jest lato w na Starym Kontynencie?

Dziś po południu znowu   był alarm ćwiczebny. O 16.00 zabrzmiał alarm (trzy krótkie i jeden długi sygnał) ubraliśmy więc kamizelki, kaski i wzięliśmy ze sobą worki z piankami ochronnymi i ruszyliśmy na górny pokład do punktu zbiórki (muster stadion). Wiało paskudnie, pomimo że świeciło słońce. Odstaliśmy swoje patrząc jak załoga ćwiczy manewr gaszenia pożaru. Potem udaliśmy się do naszych obowiązków… ale zaraz, my przecież nie mamy żadnych obowiązków…

25.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty siódmy – imieniny Krzyśka

Nie było dziś żadnych spektakularnych wydarzeń. Dzień minął spokojnie, bez specjałów z kuchni, ba, nawet można powiedzieć, że jedzenie się pogarsza. Ale na pewno nie jest takie niesmaczne jak podczas poprzedniego rejsu. Kucharz poproszony dziś przez nas dał litr mleka do cappuccino. Trzeba ją zrobić samemu. Może jednak to nie o mleko chodzi, tylko o robotę dla mesmena? Nie wchodzimy w ten temat głębiej.. jutro wieczorem powinniśmy być już w porcie Tilbury. Ciekawe, czy uda się zobaczyć Anglię z bliska…

26.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty ósmy

Przepływamy po prawej stronie kanałem bliżej Francji, po lewej jest Wielka Brytania. Wpłynęliśmy do kanału La Manche. Od jednego do drugiego brzegu jest nie więcej niż 40 km. Ale nic nie widać, bo utrzymuje się gęsta mgła.

Latają mewy w dużych ilościach, co dla nas raczej dziwne.

Na pełnym morzu i daleko od brzegu trudno znaleźć jakieś ptaki. Kiedy już jesteśmy na tyle blisko lądu, że można złapać zasięg, statek zatrzymuje się i przez dobre 4 godziny oczekujemy na możliwość wejścia do portu. Tak to już jest na statku towarowym. Niby czas jest wyliczony, niby są jakieś spodziewane godziny przybicia do portu, jednak nigdy, niczego nie można być pewnym.

angielska mgła o zachodzie słońca...

W każdym razie około 20.00 ruszyliśmy, zrazu powoli, powoli, ale później rozbujaliśmy się do jakiś 20 km na godzinę. O zachodzie słońca pogoda była typowo angielska. Mgła była tak gęsta, że ledwie słońce było widać. Malowniczo wyglądały statki, które mijaliśmy po drodze. Widać było tylko kominy, spod gęstej, opadającej na powierzchnię wody mgły.

Dobrze po 22.00 widać było już światła lądu i rozświetlone statki stojące na redzie. Późno w nocy dobiliśmy do portu.

Roco i dwie pokładowe gwiazdki..

Dziś sobota, wiec na kolację tradycyjnie pizza i spaghetti. Dziś był pożegnalny dzień z Roco. Kucharz który towarzyszył nam przez prawie cały rejs, jutro kończy pracę i ma przyjść jego zmiennik. Oj, ciekawe co to się będzie działo w kuchni…

pożegnanie z Roco...

27.07.2014r – dzień dwieście dwudziesty dziewiąty

Tilbury to niewielki port w Anglii. Raczej nie zapowiada się, żebyśmy wyszli na ląd. Szybki rozładunek, załadunek i ruszamy dalej. Załoga całą noc pracowała. Ciężka jest praca marynarza…

angielska mgła...

Co prawda nikt nas nawet nie zapytał, czy chcemy wysiąść i przejść się na miasto, a my sami też nie wyszliśmy z takim zapytaniem do kapitana. Kapitan jest wiekowy, pali papierosy jeden za drugim i do tego pali w mesie. Na szczęście jedliśmy razem kolację tylko dwa razy, więc jakoś to wytrzymaliśmy. Ale nie jest to fajne… A na ścianie wiszą tabliczki z zakazem palenia. Jak widac nie dotyczy to kapitana.

Przyszedł nowy kucharz. Na razie trudno powiedzieć, czy przez najbliższe cztery dni, które jeszcze spędzimy na statku będzie dobre jedzenie. Bądźmy dobrej myśli.

Przez parę godzin po statku chodzą inspektorzy z kontroli celnej. Sprawdzają czy ktoś nie przemyca papierosów, alkoholu, narkotyków, albo czy na statku nie ma nielegalnych emigrantów…

Tilbury nocą

Dziś wieczorem kolejny raz pasażerowie chwalili się swoimi filmami z podróży po Ameryce Południowej, zmontowanym podczas rejsu.

Przyszło mi do głowy, że byłby to cudowny czas, gdybym tak miała jeszcze trzech do brydża… Cisza i spokój przez ponad 3 tygodnie i brydż mógłby być codziennie! Sueno…

28.07.2014r – dzień dwieście trzydziesty

Z każdym dniem bliżej domu. Wczoraj w Anglii pogoda była prawdziwie letnia, jak na tą porę roku przystało. Niestety. Dziś już jesteśmy prawie w Belgii, widać cały czas wybrzeże, bo zbliżamy się do Antwerpii, a leje od samego rana. Jest mokro i mglisto.  Oby tylko nie padało w Hamburgu. Może być zimno, nieważne. Byleby tylko nie padało.

Wpłynięcie do portu zajęło nam bardzo dużo czasu, jak to zwykle bywa. Już przed 17.00 wpłynęliśmy do rzeki, a później kanałami przeprawialiśmy się do portu.  Przycumowaliśmy krótko przed 23.00. Antwerpia to ogromny port, a stanowiska Grimaldiego są prawie na jego końcu.

29.07.2014r – dzień dwieście trzydziesty pierwszy

Antwerpia, a w zasadzie port w Antwerpii, bo do samego miasta jest kilka dobrych kilometrów. Dziś żegnamy się z pasażerami, z którymi spędziliśmy ostatnie trzy tygodnie. Obserwujemy jak odjeżdżają swoimi maszynami – Ruedi z Susie jadą swoją Oką, a Jean-Yves wraz z Martine wsiedli do swojego campera. Machamy im z najwyższego pokładu. I czekamy na nowych pasażerów.

30.07.2014r – dzień dwieście trzydziesty drugi

Nerwowe sytuacje dziś od południa. Zeszliśmy przed obiadem zobaczyć jak tam się mają nasze motocykle. Patrzymy, a w jednym z nich uszkodzona jest szyba przednia i kierunkowskaz. Oczywiście, nikt się nie poczuwa do żadnej odpowiedzialności. Najpierw nerwowy, aż po brzegi chief mate – pierwszy oficer, stwierdził, że to uszkodzenie już było wcześnie. Później zaczął krzyczeć coś po włosku, czego oczywiście nie mogliśmy zrozumieć, skończyło się na tym, że poszliśmy nerwowi do kapitana. Ten w swój flegmatyczny, spokojny sposób, powiedział, że oni na statku nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, że niczego nam nie napisze, żadnego protokołu uszkodzenia, ani temu podobnych rzeczy. Że jego chief mate jest przepracowany i bardzo zmęczony i być może to tłumaczy jego zachowanie. Nam pozostaje tylko pisanie listu do naszego agenta. Czyli po prostu nic nie można zrobić. Najlepiej to mieć pełne ubezpieczenie na motory i może wówczas dostalibyśmy jakieś odszkodowanie na razie nic z tego. Nie chodzi o to, że jest uszkodzenie, w sumie jest niewielkie, ale bardziej chodzi o fakt, że nikt tu się do niczego nie poczuwa. Utwierdza nas to w przekonaniu, ze Grimaldi traktuje pasażerów jak dopust boży i jako zło konieczne. A wcześniejsze nie które informacje wyczytane w necie potwierdziły się na naszej skórze. Wiedzieliśmy, że pasażerowie powinni mieć ubezpieczenie na czas podróży i takowe mamy. Ale tu chodzi o sposób załatwienia sprawy, ale o całokształt zachowania się w szczególności chief mate. Dwa dni temu nakrzyczał na pasażerów na pokładzie, że ciągle robią zdjęcia… No i razem z kapitanem pali papierosy w messie podczas posiłków…

Nocne wpłynięcie do Antwerpii

Wczoraj pojawili się nowi pasażerowie. Trzy pary francuskich emerytów wraz ze swoimi camperami. Jedni są całkiem sympatyczni, mówią po hiszpańsku, także odświeżyliśmy naszą znajomość tego języka. Od razu od kolacji wprowadzono nowe porządki. Kolejne zmiany mające na celu oszczędność wina i wody! Możesz zamówić sobie albo wino, albo wodę, albo colę. Nie ma już wody dostępnej dla każdego. Cóż, podobno oszczędzać już można na wszystkim. Dziś po obiedzie, Bryan (nasz steward) nawet nie zapytał o to, czy chcielibyśmy kawę. Och! Jakże już chcielibyśmy wysiąść! Gdybyśmy tylko mieli przegląd na jeden z motorów, wysiedlibyśmy w tej Antwerpii i nie oglądalibyśmy się w ogóle na statek Grimaldiego. Postanowiliśmy jednak dać się uspokoić naszym nerwom i wyczekać do tego Hamburga. Mamy nadzieję, że jutro wieczorem tam dopłyniemy, a pojutrze, z samego rana będziemy już przemieszczać się przez Niemcy, by dotrzeć do Polski. Nie zmienia to faktu, że dziś jesteśmy bardzo zdenerwowani. Zaczęliśmy się pakować i jesteśmy gotowi do wyjazdu. Jeszcze tylko jutro trzeba wytrzymać. Tranquilo!

31.07.2014r – dzień dwieście trzydziesty trzeci

Ostatni dzień na statku. Nie denerwujemy się, jesteśmy spokojni. Trochę pracujemy nad artykułami do strony, trochę czytamy. Sprawdzamy pozycję statku. Płyniemy cały czas wzdłuż wybrzeża, najpierw holenderskiego, a od 11.00 już niemieckie. O 15.00 wsiadł na statek pilot, to niechybny znak, że zbliżamy się do Elby, u brzegów której znajduje się port w Hamburgu.

Jedzenie niestety zdecydowanie się pogorszyło, ale staramy się nie narzekać, tylko jemy, to co podają. Zaprzyjaźniamy się z sympatycznymi Francuzami – Marie i Joan, emeryci, którzy lubią podróże. Pozostali pasażerowie nie są podróżnikami, tylko turystami. Panie w sukienkach, spodniach dżinsowych, ze srebrną nitką, z torebeczkami (!), a także z dużą ilością biżuterii. Można i tak podróżować..

Z nowymi pasażerami trenujemy hiszpański...

Po 17.00 wpływamy do stosunkowo wąskiego ujścia Elby. Niedługo przybijemy do nabrzeża w Hamburgu. Z samego rana wyruszamy do Polski. Mamy nadzieję, że niemieckie służby nas nie zatrzymają, bo przecież na jeden motor skończył nam się przegląd!!!

01.08.2014r – dzień dwieście trzydziesty trzeci

Wczorajszy wieczór upłynął stosunkowo spokojnie. Przez długi czas wpływaliśmy do portu w Hamburgu, ponad 3 godziny od ujścia rzeki Elba aż do przycumowania.

Hamburg

Widoki na Hamburg bardzo piękne, bo port leży prawie w samym centrum (tak można to ująć). Gdy tylko otworzyła się rampa załadunkowa statku na pokładzie zaroiło się od czarno mundurowych służb. To kontrola celna (ZOLL). Łazili po statku i kontrolowali. Wleźli także do naszej kabiny. To znaczy słowo „wleźli” nie jest tutaj na miejscu. Byliśmy już spakowani, po kilkugodzinnej obserwacji nabrzeża niemieckiego wraz z innymi pasażerami, poszliśmy do kabiny, przygotować się do nocy. Pukanie. To drugi oficer, mówi, że panowie celnicy chcieliby skontrolować naszą kabinę. Panów celników było trzech i pies. Pies na głodzie. Wszedł wraz ze swoim panem do naszej kabiny i zaczął nerwowo wszystko obwąchiwać. Celnicy całkiem grzeczni, spytali czy posiadamy jakieś cigarety, albo dragi. My że nie, oczywiście, że nie. Bo kto by się przyznał do czegokolwiek J. Na szczęście niczego sobie na pamiątkę nie przywieźliśmy z Kolumbii (bo w niej nie byliśmy…) ani z innego kraju, w którym byliśmy, co byłoby niedozwolone. Małe alfajorki przecież się nie liczą…

W każdym razie pies niczego nie znalazł, a obwąchiwał wszystkie nasze sakwy i worki podróżne. Nic. Panowie celnicy uprzejmie podziękowali i sobie poszli.

Dziś rano budzik zadzwonił skoro świt, o 7.25. Zjedliśmy śniadanie i o 8.00 byliśmy gotowi do załadunku, czy wyładunku ze statku.

Ostatnie pakowanie na Grande Amburgo

Trochę trwało zanim przymocowaliśmy wszystkie sakwy i inne bagaże. W porcie w Hamburgu nie możesz się poruszać bez pilota. Przy wyjściu ze statku jest niewielka budka strażnicza, trzeba nacisnąć przycisk i po paru minutach przyjeżdża samochód, który pilotował nas do budynku agencji celnej Unikai. Przemili panowie najpierw mają problem z naszym numerem VIN, nie zgadzają się dokumenty z biletami czy deklaracjami Grimaldiego. Jak już sobie to wyjaśnili, to poprosili nas grzecznie, żebyśmy pojechali do Urzędu Celnego. Nie ma wyjscia, musimy podjechać 2 km do Urzędu. Wchodzę z papierami do urzędu. I dopiero sobie wtedy przypominam, ze po niemiecku to ja co najwyżej „danke” potrafię powiedzieć… Wszyscy po niemiecku. Nikt nic mi nie potrafi powiedzieć. Po 5 minutach trafiam jednak na drugie piętro i tam już mówią po angielsku. Uff, jestem uratowana. Szybko załatwiamy formalności, pan celnik bardzo młody, schodzi ze mną do motorów, sprawdza numer VIN, na szczęście nie każe otwierać bagażu, więc po paru minutach możemy jechać. Musimy jeszcze wrócić do agencji Unikai, bo by mieć pewność, ze pojedziemy do Urzędu Celnego, zostawili sobie nasz jeden paszport. Odbieramy go sprawnie i wyjeżdżamy z Hamburga. Trochę nam to czasu zajmuje, żeby się wydostać z miasta. Ogromne korki, gorąco

Jakoś nam się udaje i po pół godzinie pędzimy autostradami, najpierw 1, potem 24, 10  i do samej granicy 11. Witamy w Polsce…

KONIEC NASZEJ OŚMIOMIESIĘCZNEJ PODRÓŻY...

comments powered by Disqus
Copyright ludziepodrozuja.pl 2011/2012